12.12.2019

Nowy Napis Co Tydzień #027 / #tyrmand2020, czyli czytajmy Tyrmanda!

Do upadku komunizmu książki Leopolda Tyrmanda krążyły w drugim obiegu. Dzisiaj pisarz przeżywa swój benefis, podobnie jak wiele zamrożonych przez epokę PRL postaci i zjawisk.

Jeszcze w latach 80. wytarte egzemplarze Złego i odbijane na powielaczu kopie Dziennika 1954 pojawiały się na rynku tylko jako białe kruki, a o zmarłym w 1985 roku Tyrmandzie ani specjalnie nie pisano, ani nie interesowano się jego amerykańskimi losami. Trwało to od czasu objęcia pisarza cenzurą w połowie lat 60.Zob. J. Pilch, Romans z bruku zrujnowanego, „Tygodnik Powszechny” 1985, nr 43, s. 5.[1] W pamięci czytelników pozostawał „barwnym ptakiem PRL-u” i „człowiekiem w kolorowych skarpetkach”, a w pamięci krytyków – minorum gentium, pisarzem „drugiego gatunku”. Karta miała się jednak odwrócić.

Zawsze pod prąd

Jack London przeszedł do historii literatury jako autor powieści przygodowych, mimo że jego poglądy i działania miały dużo głębsze podłoże społeczno-polityczne. Podobnie Leopold Tyrmand – barwny oportunista. Urodzony w 1920 roku w Warszawie pisarz zasłynął jako autor powojennego eposu na cześć stolicy. Wydana w styczniu 1956 roku łotrzykowska powieść miejska Zły szybko stała się tłumaczonym na dwadzieścia języków bestsellerem. Sam autor, ceniony dziennikarz, stał się prawodawcą obyczajowości, organizował pierwsze koncerty jazzowe i pierwszy nosił kolorowe skarpetki, będące symbolem sprzeciwu wobec komuny. Na początku lat 60. nad głową Tyrmanda zawisły ciemne chmury. Toczyły się przeciwko niemu sprawy operacyjne, był szpiegowany i podsłuchiwany, wstrzymywano jego książki, dostawał telefony z pogróżkami, a jego teścia znalezionego powieszonego w celi.

W 1965 roku wyjechał do Ameryki. Paradoks polegał na tym, że skazany w Polsce na cenzurę i wygumkowany w ojczyźnie z historii, tysiące kilometrów dalej został cenionym publicystą i gwiazdą „The New Yorker Magazine”. Ale Tyrmand to nie tylko Zły. Napisany w czasie siermiężnego komunizmu Dziennik 1954 był w latach 80. drogowskazem dla walczących z komunizmem Polaków. Poglądy Tyrmanda w USA wyostrzyły się, a wobec przemian kulturowych (rewolucja seksualna, rozwój mediów masowych) i politycznych pisarz przyjął postawę konserwatywną. Gdy w Polsce cenzura słabła, a moda na Tyrmanda zaczęła wracać, w marcu 1985 roku pisarz niespodziewanie zmarł. Listy z kondolencjami przysłał sam Ronald Reagan.

Anglojęzyczna rodzina nie miała kontaktu z Polską, a archiwa po Leopoldzie trafiły do Kalifornii i nic nie wskazywało na to, że zostanie kiedyś w Polsce odkryty jako moralista i myśliciel. Jego emigracyjna publicystyka miała nigdy nie trafić na podatny grunt.

Leopold Tyrmand i Sławomir Mrożek

Coś więcej niż mit

Po 1989 roku „mury runęły”, a kultura zaczęła wyciągać ze śmietnika historii to, co komuniści chcieli zostawić tam na zawsze. Szybko okazało się, że polscy czytelnicy o Tyrmandzie nie zapomnieli. W roku 1990 na polskim rynku pojawiła się powieść Waldemara Łysiaka Dobry, tyrmandowskie tribute to.

[…] Otwarł Złego i zasunął ten cytat, wolno, z powagą. [...] Położył knigę na stole otwartą, jakby chciał rzec: do sprawdzenia! [...] – Czytałem to arcydzieło i pozostałem zdrowy, przynajmniej na tyle, by nie marzyć o zostaniu „tytanem przestępstwa”, i jeszcze na tyle, by rozumieć, jak wytyczyło bieg pańskich marzeń. – Że co, że kicz? Daj nam Boże więcej takich kiczów! – obruszył się „Petro”. – Niech pan nie prosi w moim imieniu, i nie Boga, lecz Tyrmanda. Raz wysłuchał modlitw o warszawski płaszcz ze szpadą, to może machnie jeszcze jeden taki epos, w stylu ortalion z kastetem, i z panem w głównej roliW. Łysiak, Dobry, Warszawa 1990, s. 35.[2].

Rozwijająca się kultura popularna i rozkwit nowych gatunków, takich jak powieść kryminalna, zaczęły wyciągać z lamusa tego, który polskiej powieści miejskiej dał początek. Jerzy Pilch, opisując bohaterkę Uwikłania Zygmunta Miłoszewskiego, stwierdził, że „jest pisana Tyrmandowskimi zdaniami”, a sam Miłoszewski przyznał mi nawet niedawno, że Zły stał w jego rodzinnym domu między Pismem ŚwiętymPanem Tadeuszem.

Zły zaczął powracać do Warszawy ze zdwojoną siłą. Agnieszka Osiecka stwierdzała, że:

Od kiedy Tyrmand zapoczątkował modę na włóczęgę po mieście, na ulicach Warszawy zaroiło się od łazików. Ten rodzaj wędrowca rozpływa się w tłumie, staje się ruchomym punktem w geometrii ulic, skleja się z tkanką miastaU. Ryciak, Potargana w miłości. O Agnieszce Osieckiej, Warszawa 2014, s. 155.[3].

Odkryta na nowo topograficzna dokładność opisów Tyrmanda – flâneura czytającego Warszawę jak palimpsest – zachęciła wielu śmiałków do podążania tropami bohaterów jego powieści. Odbyły się gry miejskie, popularność zyskały spacery po Warszawie śladami bohaterów Złego. Paweł Kozdrowicz, mieszkaniec Warszawy, od wielu lat na swoim internetowym blogu odszyfrowuje kolejne miejsca akcji powieści. Strona zly.ownlog.com, zawierająca zbiór fotografii i opisów, początkowo oparta była o stare mapy, ale gdy zastąpiła je aplikacja Google Maps, jeszcze wyraźniej się okazało, że w Warszawie opisanej przez Tyrmanda wszystko jest sprawdzalne. XXI-wieczni czytelnicy bezbłędnie odczytali stylistykę powieści, która pierwotnie miała być przecież graphiv novel. Na kanwie powieści o „człowieku o białych oczach”, jak nazywano tytułowego Złego, powstały komiksy, po Tyrmanda sięgnęli graficy, designerzy, muzealnicy. Sztukę sceniczną wystawił Teatr Powszechny i Teatr Muzyczny w Gdyni. Nieopodal Placu Trzech Krzyży odsłoniono mural z wizerunkiem Złego – pieniądze na malowidło zebrano w Internecie, a do akcji promocyjnej włączyli się Marcin Meller, Sylwia Chutnik, Hirek Wrona i Stacja Muranów. Portret samego Tyrmanda czeka z kolei na podróżnych wysiadających z autobusu na przystanku GUS przy Alei Armii Ludowej w Warszawie.

Kontekstów i nawiązań można szukać dalej. Autorzy filmu fabularnego Stacja Warszawa w jednej z końcowych scen umieścili kadr z białymi oczami spoglądającymi na miasto z jednego z wieżowców. W stolicy funkcjonuje klub piłkarski AKS Zły, drużyna kilka dni temu rozegrała pierwszy mecz po awansie do A-klasy.

Leopold Tyrmand

Jaki ojciec, taki syn

Na początku lat 90. reżyser Janusz Morgenstern przyznawał ze smutkiem, że Złego nie da się już nakręcić, ponieważ nie ma już tamtej Warszawy. Jednak wiek XXI przyniósł technologie umożliwiające wykreowanie każdej rzeczywistości. Czy powieść zostanie zekranizowana? Chce zadbać o to syn pisarza, który został jednym z producentów powstającego filmu.

Matthew Tyrmand odnalazł polskie korzenie dopiero po latach. Czytając jego książkę Jestem Matthew, syn Leopolda można odnieść wrażenie, że mimowolnie podąża podobną do ojca ścieżką.

W Chicago spotkałem Barracka Obamę [...] trafiłem na jego wykład, zabrałem głos i miesiąc później musiałem wyprowadzić się z akademika. W tym kontekście jasne jest, że nie lubię Obamy. W tym facecie nie ma istoty, tylko słowa, słowa, słowa. [...] Trudno – pomyślałem, zbierając rzeczy z akademika. Zostałem odseparowany od przeciwników politycznych. Będę z nimi walczył, ideologicznie oczywiście, z wygnaniaM. Tyrmand, K. Sypiewska,  Jestem Tyrmand, syn Leopolda, Warszawa 2013, s. 113.[4].

„Nowy” Tyrmand od kilku lat ma konto w serwisie Facebook, które bardzo szybko zapełniło się maksymalną liczbą znajomych. Spośród pięciu tysięcy nazwisk, 90 procent stanowią polscy czytelnicy. Często przebywa w Warszawie, najbardziej lubi się bawić na Placu Zbawiciela.

„Król bikiniarzy” na Placu Hipstera

hipster: przedstawiciel współczesnej subkultury, funkcjonującej zarówno wśród nastolatków, jak i ludzi po 20. i 30. roku życia i starszych. Wyznacznikiem stylu hipsterów jest deklarowana niezależność wobec głównego nurtu kultury masowej (tzw. „mainstreamu”) i ironiczny stosunek do niego oraz akcentowanie swojej oryginalności i indywidualności. Hipsterzy silnie podkreślają swój wizerunek, rozumiany zarówno poprzez wyrazisty i „artystyczny” strój (m.in. w stylu vintage), jak i poprzez wyjątkowe, nieszablonowe zainteresowania. Pośród hipsterów ceniona jest deklarowana niezależność myślenia, zajmowanie się twórczością artystyczną, zainteresowanie niszowymi formami kultury, w tym muzyką, filmem niezależnym itd.https://pl.wikipedia.org/wiki/Hipster [dostęp 20.08.2019].[5]

Historia subkultur w drugiej połowy XX wieku pokazała, że polska młodzież potrafiła się odnaleźć w każdej sytuacji. Nosiła bikiniarskie skarpetki, fotochromowe okulary wzorowane na Zbigniewie Cybulskim, wąsy zapuszczone na wzór Lecha Wałęsy, ramoneski czy pasiaste krawaty znane z koncertów Grzegorza Ciechowskiego. „Kolorowe skarpetki” Tyrmanda są ochoczo wspominane przez dziennikarzy i krytyków, piszą o nich w swoich opracowaniach socjologowie i wydaje się, że dziś mienią się już wszystkimi kolorami tęczy. Tyrmand, pionier własnego stylu, błyszczący niegdyś na tle zunifikowanej szarzyzny, prezentuje sznyt dziś niezwykle pożądany. Indywidualizm jest w cenie, gdy powszechnie panuje mainstream i masowa nadkonsumpcja. Obecne młodsze pokolenia są kolejnym wcieleniem marzenia o niezależności. Ich oczy znów spoglądają na Tyrmanda, którego legenda i „warszawskość” na pozycji autorytetu jeszcze bardziej się umacniają. A czy sam Leopold Tyrmand zbliża się, czy oddala od Leopolda Tyrmanda?

Tyrmand-człowiek nie był przez całe życie „jednym i tym samym” Tyrmandem. Był Tyrmandem różnych czasów, różnych kultur i różnych miejsc. Dziś zyskuje nowe konteksty i nowe odcienie. To dlatego starsi odczytują Tyrmanda przez pryzmat doświadczeń całego pokolenia, a młodsi wychwytują w pisarzu elementy możliwe do zaadaptowania jako role model.

Mural ze Złym

Tyrmand-pisarz wciąż nieodkryty

Tyrmand wciąż się sprzedaje. Jest to zaskakujące, biorąc pod uwagę, że Zły liczy sobie ponad sześćdziesiąt lat, a tekst jest gęsty i nieprzystający do dzisiejszej epoki. Wystarczy jednak zajrzeć na Instagram – nie ma dnia, by pod hashtagami „#tyrmand”, „#leopoldtyrmand” czy „#zly” nie pojawiały się nowe fotografie. Na ostatnich targach książki w Warszawie prozę Tyrmanda można było znaleźć na wszystkich stoiskach antykwarycznych. Każdego dnia ktoś pytał o Dziennik 1954Złego, znaleźli się również amatorzy Życia towarzyskiego i uczuciowego czy Zapisków dyletanta. Bo wraca moda nie tylko na skarpetki Tyrmanda, lecz także na Tyrmanda-myśliciela i Tyrmanda-pisarza. Jego proza, mimo innej sytuacji społecznej, okazuje się ponadczasowa – także ze względu na walory językowe:

Słownictwo magiczne. Buchalter, hochsztapler, etażerka, szofer, rynsztunek, chuligan, sawantka, sufrażystka. I setki innych. Okraszone pięknie przymiotnikami i przysłówkami – znanymi nam nawet lepiej, ale tak rzadko przez nas używanymiM. Górecki, Zły. Leopold Tyrmand. Wow. Wow. Wow [online] www.michal-gorecki.pl/2015/05/zly-leopold-tyrmand-wow-wow-wow/ [dostęp: 30.05.2015].[6].

Zły odczytywany dziś jest jak Zorro. Na bohatera o białych oczach każda społeczność od czasu do czasu czeka. Może dlatego piłkarze z klubu AKS ZŁY swój stadion nazywają „Pedro Arena”? Dziennik 1954, napisany przez Tyrmanda po lekturze Roku 1984 Orwella, jest dzisiaj czytany jak raport z oblężonego, totalitarnego kraju. – Polecam ją każdemu, kto chce zrozumieć, jak wyglądał komunizm – mówi Matthew Tyrmand. Z kolei Zapiski dyletantaCywilizacja komunizmu pozwalają lepiej zrozumieć paralele między komunizmem i kapitalizmem, a zmagania autora z amerykańską mentalnością nabierają nowego kontekstu zwłaszcza dzisiaj, w przededniu zniesienia wiz do USA. Pozostała Tyrmandowa publicystyka z USA wciąż jednak czeka na przekład i wydanie.

Szczególną lekturą dla współczesnego czytelnika może być autobiograficzna powieść Filip – „płaszcz do dorosłości”, pod którym skrył się autor. A skrył się podwójnie: w książce jako bohater, a w prawdziwym życiu jako Żyd legitymujący się w wojennych Niemczech francuskim paszportem. Do niedawna odczytywano książkę niczym kliszę: bezkrwawy odwet na Niemcach, którym Polak pluje do zupy. Dziś czytelnicy odkrywają w Filipie opowieść o inicjacji w dorosłość i dorosłe życie pełne bólu i braku nadziei. Może dlatego Stefan Kisielewski, przyjaciel Tyrmanda, uważał tę książkę za najlepszą w dorobku Lolka?

#tyrmand2020

W XXI wieku Leopold Tyrmand zyskał drugie, jeśli nie trzecie życie, wracając do obiegu w ponowoczesnej formie – niepełnej, za to oryginalnej i wybijającej się spośród innych. Z Tyrmandem stało się to, co z filmami Stanisława Barei i butami marki „relax”. To „symulakra” Baudrillarda: kopie bez oryginałuT. Chawziuk, Co nam mówi Jean Baudrillard?, „Kultura Współczesna” 1997, nr 1, s. 29-45.[7]. Wystarczy spojrzeć na wycieczki organizowane po Nowej Hucie, wypożyczalnie samochodów z czasów PRL czy stoiska z gadżetami „spod lady”. W warszawskim Muzeum PRL przy stanowisku „Opozycja” lecą cytaty z utworów Tyrmanda. Do łask powraca oranżada, saturatory i przebrani za milicjantów kelnerzy w pijalniach wódki. Kultura konsumpcyjna w rzeczywistości postpeerelowskiej i ponowoczesnej przekształca wszystko dookoła w produkty do konsumpcji. Nie ominęło to także „kolorowych skarpetek” Tyrmanda i barwnej „biografii” człowieka, który żył w „mitycznej” Warszawie i pisał o jej „mitycznych” mieszkańcach. Czasy komunizmu lat 50. malują się z dzisiejszej perspektywy w szarych barwach, przesłonięte są kurzem z placów budowy i łopoczącymi sztandarami, ponad którymi z krajobrazu wybija się barwny ptak. Ptak, który z upływem czasu odsłania coraz więcej kolorów.

Nostalgii nie odczuwa się na widok czerwonej flagi i zdjęć Lenina, lecz na widok wódki, którą się wtedy piło, i papierosów, które się paliłoP. Sauter, Czy Lenin żyje? [w:] Nostalgia. Eseje o tęsknocie za komunizmem, red. F. Modrzejewski, M. Sznajderman, Wołowiec 2002, s. 43.[8].

W wyszukiwarce Google Tyrmand ma 235 tysięcy rekordów. Jak w kalejdoskopie liczne obrazy z życia pisarza rozsypują się, by po chwili być ułożonymi w inne konstelacje. Karnawał trwa, a wszystkożerna kultura popularna nie ma powodu, by przerywać coś, co pisarz sam dawno temu rozpoczął. Można postawić tezę, że Tyrmand ze swoją daleko posuniętą autokreacją mocno wyprzedził epokę i tym lepiej jego legenda odnajduje się w czasach 3.0.

Początkowo uczyniono go kolejną ikoną współczesnego pokolenia, stawiając go w szeregu z Krzysztofem Komedą, Romanem Polańskim, Markiem Hłasko czy Zbigniewem Cybulskim, a cechy wizerunkowe i osobowościowe pisarza podchwycili przedstawiciele różnych środowisk. Doczekaliśmy jednak czasów, kiedy zataczający coraz szersze kręgi dyskurs o polskiej tożsamości kulturowej sprawia, że chcemy czerpać nie tylko z wizerunku Tyrmanda, ale także z jego dorobku publicystycznego i niezależności myśli, które wyrażał tak w swoich tekstach, jak i w afirmującej wolność postawie życiowej. Jego nazwiskiem nazwano ulice w Warszawie, Łodzi i Wrocławiu. Sejm RP ustanowił rok 2020 „Rokiem Leopolda Tyrmanda”. Lolek wraca z długiej i dalekiej podróży do ojczyzny.

Fragment komiksu Zły

Tyrmand jest vintage

Nasz kłopot z historią polega na tym, że okres PRL zamroził w sferze publicznej dyskusję o bohaterach. Po PRL wylądowaliśmy z masą fałszywych klisz. Trzeba to wszystko wyrzucić do śmieci – mówił dyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego Jan Ołdakowski w wywiadzie dla „Polska The Times”https://polskatimes.pl/oldakowski-prl-zamrozil-nasza-historie-dlatego-teraz-jest-tak-zywa-ludzi-z-zachodu-to-dziwi/ar/c1-9302897 [dostęp: 20.08.2019].[9]. Sam Leopold Tyrmand zwykł uważać, że nie ma nic przeciwko temu, by o nim mówiono, zarówno dobrze, jak i źle. „Najważniejsze – stwierdzał – żeby nie przekręcali nazwiska”. Nie przewidział jednak, że zamiast ludzi przemawiać mogą algorytmy. One z pewnością wychwycą popularność i pod odpowiednimi hashtagami zapewnią każdemu zjawisku popularność, nawet Tyrmandowi, gdy w 2020 roku świętować będziemy w Polsce jego rok. Aplikacje jednak książek za nas nie przeczytają, zresztą, dlaczego miałyby to robić? Napisano je dla nas, kolejnych pokoleń czytelników. A zatem – czytajmy.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Marcel Woźniak, #tyrmand2020, czyli czytajmy Tyrmanda!, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2019, nr 27

Przypisy

    Powiązane artykuły