08.04.2021

Nowy Napis Co Tydzień #095 / Pisarze „drugiego etatu”, czyli: Czy kwarantanna przyniosła coś dobrego polskiej literaturze?

Kiedy myślimy o zarazach i ich wpływie na literaturę, zapewne wspominamy co najmniej dwóch klasyków, Giovanniego Boccaccia oraz Alberta Camusa. Każdego z nich wielka epidemia natchnęła do napisania najsławniejszego dzieła swojego życia. W przypadku Boccaccia jest to oczywiście Dekameron, zbiór nowel pisany tuż po, a może jeszcze w trakcie wielkiej europejskiej zarazy połowy czternastego wieku. Powieść Camusa, Dżuma, choć nie przedstawiała bezpośrednich przeżyć autora, została zainspirowana przez wiek wcześniejszą epidemię cholery, którą piewca egzystencjalizmu przeniósł w lata czterdzieste XX wieku. Choć trudno oczekiwać, aby niedawne fale wirusa SARS-CoV-2 przyniosły nam dzieła o porównywalnym znaczeniu, warto zastanowić się, jaki miała i jeszcze przez długi czas będzie miała wpływ na polską literaturę.

Książka jest nie tylko dzieckiem natchnienia, to również produkt tworzony na rynkowe zapotrzebowanie. Choć zjawisko jest obecne niemal w każdym przejawie twórczości, zdecydowanie najwyraźniej widać je w światku literatury gatunkowej. Ponieważ Polska kryminałem stoi (już dawno odebrał palmę pierwszeństwa fantastyce jako gatunkowi przyciągającemu masowego czytelnika do książek w ogóle), pozwolę sobie uznać, że moje niedawne doświadczenia z twórcami literatury kryminalnej i sensacyjnej nie tylko są w dużej mierze uniwersalne dla świata pisarzy w ogóle, ale też wskazują przyszłe ścieżki rozwoju środowiska i rynku literackiego w Polsce. Nie twierdzę, że owe spostrzeżenia można sformalizować i skwantyfikować (a w każdym razie ja nie potrafię), ale intuicja dziennikarza, redaktora i pisarza podpowiada mi, że – aby użyć bon motu Rafała Ziemkiewicza – czeka nas przyszłość, która wygląda jak teraźniejszość, tylko że „bardziej”. Kiedyś koronawirus przestanie być zagrożeniem dla naszego życia i jego stylu. „Nowa normalność” przestanie być nowa, gdyż przyzwyczaimy się do odkrytych w tym roku nowych sposobów pracy, komunikacji i rozrywki. I będzie to dziedzictwo wszechobecne w naszym życiu, też kulturowym.

Więcej wolnego czasu

Zmiany w życiu codziennym spowodowane przez zarazę i kwarantannę są jednocześnie widoczne i trudne do opisania. Niosą one oczywiste straty, na przykład finansowe i zawodowe tragedie wielu rodzin, czy kryzys tradycyjnych sposobów kontaktów międzyludzkich oraz spędzania wolnego czasu. Gdzieś „pomiędzy” tymi aspektami pojawia się i umyka nam sporo konsekwencji mniej oczywistych, drobnych, ale istotnych.

Na przykład upowszechnienie się modelu pracy zdalnej: trzeba na początku zauważyć, że praca zdalna zmienia sposób działania wielu firm, pozwala na nieoczekiwane oszczędności, a jednocześnie osłabia możliwości kontroli pracownika. Z drugiej strony pozwala ona pracownikom zupełnie inne rozplanowanie czasu, które jest konieczne, ponieważ zamknięcie szkół spowodowało potrzebę poświęcenia większej ilości czasu dzieciom… A to nie wszystko – efekt domina, rozpoczęty wprowadzeniem stałej pracy zdalnej, kończy się gdzieś na radości mieszkańców Służewca i Ksawerowa, czyli mieszkalnych otoczek „Warszawskiego Mordoru”, którzy odkrywają, że dotychczas koszmarnie trudne parkowanie staje się łatwe, gdy nie trzeba konkurować o miejsce z pozostającymi w domu pracownikami wielkich korporacji. Podobnie nowy sposób pisania, dystrybuowania i konsumowania literatury (podobnie jak innych mediów) należy opisywać ostrożnie, szukając nieoczywistych detali.

Jako członek redakcji pisma „Pocisk” mogę opowiedzieć o zmianach, które zaszły w mojej pracy. Praktyczne zawieszenie imprez literackich, zarówno targów, jak i spotkań „fanowskich”, niezwykle „ustacjonarniło” moje zajęcia. Podobny efekt miało praktyczne zawieszenie przeprowadzania wywiadów metoda klasyczną i przerzucenie ciężaru rozmowy na kontakt telefoniczny lub pisemny. Ale czy zmieniły się recenzowane przez nas książki i garnitur piszących je twórców? To już znacznie trudniejsze pytanie.

Moja analiza opiera się głównie na znajomości świata twórców literatury fantastycznej, kryminalnej i powieści historycznej, przede wszystkim „najmitów pióra” tworzących w tych wszystkich podgatunkach i na ich pograniczach.

Nowi autorzy

Zjawisko, które dostrzegam i od którego chciałbym zacząć, na pewno nie pojawiło się wiosną 2020 roku. To raczej pewien ogólny trend w środowisku twórczym i wydawniczym, który jednak przyśpieszył znacznie w czasach zarazy. Postanowiłem nazwać je roboczo „pisarstwem na drugi etat”, choć ta nazwa opisuje tylko jedną z cech nowych autorów.

Pisanie powieści gatunkowych jako wytchnienie, sposób odpoczynku od głównego nurtu twórczości to nic nowego. W literaturze polskiej najbardziej chyba znanym jest przykład Macieja Słomczyńskiego, pisarza, tłumacza i scenarzysty, który pod pseudonimem Joe Alex napisał dziewięć powieści kryminalnych udających klasyczny kryminał angielski. Praktyka pisania pod pseudonimem książek beletrystycznych, zupełnie odmiennych od oficjalnej specjalizacji autora, ma jednak w Polsce jeszcze dłuższą historię. Choćby Roman Dmowski w 1931 roku wydał powieść sensacyjną Dziedzictwo, która, choć prezentowała poglądy autora (zwłaszcza jeśli chodzi o jego stosunek do Żydów i wolnomularstwa), to ubierała je w fabularną otoczkę.

Jednak w ostatnim czasie zjawisko literackich „skoków w bok” przybrało na intensywności – było dokonywane przez bardzo wielu ludzi kultury, mediów i świata rozrywki. Moda na pisanie książek przez internetowych celebrytów (Cybermarian, Malcolm XD i inni) zaczęła się kilka lat temu, ale ostatnio przybrała na sile. Za pióro sięgało ostatnio także wielu naukowców i wykładowców akademickich. Na przykład Tadeusz Cegielski, historyk idei i wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego, wydał serię o Ryszardzie Wirskim, przedwojennym policjancie służącym w Milicji Obywatelskiej. Warto tu zauważyć, że Cegielski jest historykiem specjalizującym się w dziejach XVIII i XIX wieku, więc jego wyprawy literackie nie mają wiele wspólnego z zainteresowaniami badawczymi, są za to artystycznym przepracowaniem wspomnień z dzieciństwa i młodości w powojennej Warszawie. Także niedawno zmarły Marcin Król, historyk idei, filozof polityki i publicysta, opublikował w 2017 roku powieść kryminalną Prowincja, której rozgrywająca się współcześnie akcja jest w jakiś sposób literacką kontynuacją publicystyki profesora, ale nie ma praktycznie nic wspólnego z naukowymi specjalnościami Króla.

Jednak najbardziej widoczna fala nowych autorów to nieco inna grupa twórców. To zwykle dziennikarze, naukowcy, prawnicy, czasem reportażyści, podróżnicy, pijarowcy, zwykle młodszego lub średniego pokolenia. Ludzie, którzy osiągnęli sukces zawodowy w swoich „macierzystych” dziedzinach, a wyprawę w świat literatury rozrywkowej traktują jako hobby lub zajęcie poboczne. Nie piszą tylko dla chwały – często bardzo zdecydowanie negocjują stawki z wydawcami, choć od pisania nie zależy ich byt materialny. Rzadko też po wydaniu książki określają się mianem pisarzy. Jest to ich drugi etat, zajęcie dochodowe, ale bliższe pasji niż pracy.

Autorów takich nigdy nie brakowało. Max Czornyj, Grzegorz Kapla, a w pewnym sensie także Grzegorz Kalinowski czy Igor Brejdygant rozpoczynali literackie kariery jako pisarze akcydentalni. Choć zapewne nie opuszczą już uprawiania literatury gatunkowej, wejście w ten świat było dla nich rodzajem przygody. Sami zapewne nie przestaną się uważać za prawników, podróżników, scenarzystów czy dziennikarzy, a uczestnictwo w świecie literackim będzie dla nich powodem do dumy, ale nie elementem autoidentyfikacji. Zapewne też nie stanie się dla większości podstawą utrzymania, choć – być może – będzie ważnym składnikiem dochodu.

Liczba takich autorów ostatnio bardzo się zwiększyła. W mijającej dekadzie pojawiło się ich kilkudziesięciu, a tylko w tym roku – następnych kilkudziesięciu. Spodziewam się, że w 2021 roku nadejdzie kolejna fala, zapewne złożona z przedstawicieli jeszcze szerszej gamy zawodów. Pisali, piszą i pisać będą, tym łacniej, że świat kwarantanny, pracy zdalnej i wymuszonego wygaszenia kontaktów towarzyskich im w tym sprzyja.

Większa różnorodność

Więcej czasu w domu, spowolnienie tempa pracy i nuda mogą stać się nawozem dla twórczości nie mniej znaczącym niż inspiracja bieżącymi wydarzeniami politycznymi, nowymi rodzajami przestępczości kwitnącymi w epoce dominacji sieci, czy doświadczenia choroby swojej lub bliskich. Wspomniana elastyczność czasu pracy zdalnej sprzyja znajdowaniu w pisaniu wytchnienia od codziennych obowiązków, a tworzenie nowych bohaterów zapewne wniesie wartość terapeutyczną, tak ważną w czasie odosobnienia. Wolny czas to również okazja do przeczytania większej liczby inspirujących lektur, a także racjonalnego planowania twórczego kalendarza.

Mamy to szczęście, że nowe warunki stworzyła groźna, ale niekoniecznie śmiertelna choroba. Naszych nowych Boccacciów inspiruje i wspomaga niemal już opanowana pandemia, a nie plaga Czarnej Śmierci, wojna, czy stan wojenny (nota bene chyba najbliższy nam historycznie społeczny stan wyjątkowy, który przyniósł namacalnie nową jakość w kulturze – jest to jednak temat na oddzielne rozważania). Pośród wielu tragedii i niedogodności roku 2020 trzeba owo względne szczęście docenić.

Co z tego wszystkiego wynika? Moim zdaniem: dużo dobrego. Zwłaszcza w świecie kryminału i sensacji, podgatunków cierpiących na znaczny niedobór oryginalności. Schematyczne powieści kryminalne, które w najlepszym razie stanowią próby udoskonalania ustalonych ram gatunku, w najgorszym – są mechanicznym kopiowaniem rodzimych i zagranicznych wzorców, po prostu nudzą. Nowi autorzy, zwłaszcza ci piszący na owym „drugim etacie”, wnoszą do literatury różne wiana. Nie zawsze jest to wysmakowany styl czy erudycyjne bogactwo. Nawet doświadczony dziennikarz, który jest mistrzem języka użytecznego w świecie mediów, pisząc powieść, niekoniecznie osiągnie wyżyny wysmakowania stylistycznego. Za to niemal zawsze cechować go będzie świeże spojrzenie, podejmie nowe tematy, będzie inspirował się prawdziwymi wydarzeniami i miał zapał debiutanta. Przy okazji powinniśmy zakładać, że posiada on zestaw podstawowych kompetencji, zarówno językowych, jak i związanych z kwerendami źródłowymi i sposobami autopromocji. Przy okazji, twórcy starsi piszący na „drugim etacie”, ukształtowani zawodowo i dysponujący lepszym fachowym rozpoznaniem, rzadziej staną się ofiarami nieuczciwych umów wydawniczych, co zawsze sprzyja podnoszeniu standardów współpracy twórców i wydawców.

Opisane zjawisko nie jest pozbawione zagrożeń i wad dla jakości literatury. Owszem, zapewne spowoduje nadprodukcję przeciętnych powieści pisanych przez nienadających się do tego nowych autorów lub celebrytów, nieposiadających żadnego kapitału twórczego, prócz chęci wydania książki. Jest to jednak cena, którą warto zapłacić, gdyż pomiędzy licznymi pustymi małżami na pewno znajdziemy perły. Nie jest to żadna gwarancja powstania arcydzieła czy nawet dobrej powieści. Ale prawo wielkich liczb jest nieubłagane: wraz ze zwiększeniem się częstotliwości owych późnych debiutów ludzi spoza środowiska literackiego zwiększa się szansa na odkrycie wartościowego pióra i świetnych książek. A tych potrzebujemy rozpaczliwie w epoce spadającego czytelnictwa.

Chińskie życzenie: „Obyś żył w ciekawych czasach!” zazwyczaj jest traktowane jak klątwa. Ale taką klątwą być nie musi. Może się stać powiewem świeżego, wcale nie morowego, powietrza.

 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Adam Podlewski, Pisarze „drugiego etatu”, czyli: Czy kwarantanna przyniosła coś dobrego polskiej literaturze?, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 95

Przypisy

    Powiązane artykuły