22.04.2021

Nowy Napis Co Tydzień #097 / Gry z pamięcią (2). Wokół „Pod słońcem” Julii Fiedorczuk

Samotność, tożsamościowy indywidualizm, pęknięcie rodzinnych wspólnot – to kategorie, do których, przypomnijmy, doprowadziła nas lektura powieści Pamięci pamięci Marii Stiepanowej, której poświęciłem pierwszą część tego szkicu. Spróbujmy teraz zestawić ją, i spostrzeżenia płynące z jej odczytania, z inną realizacją podobnego, biorącego swe źródło w rodzinnej pamięci, projektu tożsamościowego – a mianowicie z Pod słońcem Julii Fiedorczuk.

Gdyby zrobić katalog różnic między tymi książkami, powstałby obszerny rejestr; gdyby chcieć wypisać cechy wspólne, wystarczyłaby niewielka karteczka. Jedno i drugie wydaje się zresztą w równym stopniu zbędne. Trudno byłoby także opowiadać o powieści Fiedorczuk tak długo, jak robiliśmy to w przypadku Stiepanowej. Nie jest to bowiem – w przeciwieństwie do Pamięci pamięci – książka dyskursywna, nie problematyzuje zagadnień, nie pokazuje kontekstów, nie próbuje wyciągać wniosków. Nie jest to nawet klasyczna powieść (w jej kanonicznym, XIX-wiecznym typie) – choć tak bywa najczęściej kategoryzowana – w której zwykle łatwiej o rejestr tematów. Pod słońcem bliżej raczej do prozy poetyckiej, gdzie ważniejsze od intelektualnego wywodu są walory estetyczne, brzmienie frazy, nastrój, świadomość słowa, płaszczyzna emocjonalna.

Ale również Fiedorczuk bierze na warsztat historię rodzinną. W jakimś stopniu są to dzieje jej własnej rodziny (na co mogłyby wskazywać pewne tropy topograficzno-biograficzne oraz autorskie deklaracje), w jakimś – historia podkradziona innym rodzinom, w jakimś – właściwe fikcji zmyślenie. Z tak zakreślonym materiałem źródłowym autorka zdaje się być w nieporównanie bardziej komfortowej sytuacji niż Stiepanowa, która dysponuje zamkniętym katalogiem faktycznych śladów przeszłości. A jednak mimo to również Fiedorczuk kształtuje swą opowieść tak, aby podkreślić fragmentaryczność pamięci. 

Spośród wielu podobnych do siebie przedwiosennych dni – mówi ustami jednego ze swoich bohaterów – pamięć wybierze jeden, żeby go przechować, a inne skaże na zapomnienie.

Nieraz przychodziło mi do głowy – dodaje inna bohaterka – że pamięć jest dziwna. Przebiera w zdarzeniach jak chce, przetrząsa myśli i wyciąga, co jej się podoba, resztę przesypuje piaskiem. 

Im dalej w przeszłość, tym więcej jest zdarzeń „przysypanych piaskiem”. Dlatego zaledwie w migawkach poznajemy te najpierwsze, przenoszące nas w lata 30. XX wieku, sceny przedstawione w Pod Słońcem: dzieciństwo Michała (centralnej postaci tej książki), wspomnienie azjatyckiej podróży jego ojca, docierające na podlaską prowincję echa wojny. 

W zapominaniu nie ma jednak nic złego – zdaje się mówić Fiedorczuk – ponieważ jest ono zgodne z porządkiem natury, w którą jesteśmy wpisani. Nie należy z nim walczyć, należy je oswoić. Bać powinniśmy się raczej narastającej przeszłości, która nie chce odejść.

A przecież tylu zginęło – czytamy w liście Eugeniusza do swojej siostry, Miłki, żony Michała – starych i młodych, winnych i niewinnych – że ludzka pamięć musiałaby się zamienić w wielkie cmentarzysko, aby ich wszystkich pomieścić. Nie da się wszystkiego z tej ostatniej wojny pamiętać – i żyć.

Nie da się żyć z nadmiarem pamięci. Bo dla życia niezbędne jest przemijanie, ruch, który pozwala pójść naprzód: „Pamięć blaknie i wszystko, co oddycha, zwraca się ku przyszłości”. Wypisanie się z tego linearnego porządku byłoby po prostu rezygnacją z egzystencji. 

Kiedy człowiek coś robi, to i czas coś robi. Mówią: płynie, biegnie, chociaż mogliby mówić: wschodzi albo zachodzi, rośnie albo opada, sieje albo zbiera. A kiedy człowiek spowalnia, także i czas spowalnia. Traci trwanie, ale nabiera głębi. 

Skoro więc życie polega na trwaniu, przemijaniu, nieustannym ruchu w jednym kierunku – to dlaczego Fiedorczuk daje nam do czytania powieść, w centrum której stoi właśnie pamięć? Pamięć, która zaburza ten ład, miesza porządki czasowe, wprowadza dwa przeciwstawne wektory ludzkiego istnienia: życie biologiczne zmierza w przód, a praca myśli cofa nas; i – żeby było trudniej – dzieje się to często w tym samym momencie:

Kochała ruch, bo oczyszczał ją z niej samej, a najbardziej ze wszystkiego lubiła stawać się pusta – wlewała się w nią wtedy przeszłość, jakby nurt czasu został zawrócony […].

Ten moment, którego doświadcza jedna z bohaterek Pod słońcem, okazuje się niezmiernie ważny. Bez niego także nie dałoby się żyć. Tak jak, co stwierdziliśmy przed chwilą, nie dałoby się żyć w przytłoczeniu przeszłością, w permanentnym odwróceniu „nurtu czasu”. Totalna pamięć i całkowite zapomnienie – są to dwa przeciwstawne bieguny. Człowiecza egzystencja musi ulokować się pomiędzy nimi.

Zbliża nas ta konstatacja do rozważań Paula Ricœura, który źródeł obserwowanego współcześnie spiętrzania pamięci upatrywał właśnie w zaburzeniu dynamiki pomiędzy przywracaniem wspomnień a ich usuwaniem.

To – pisał Ricœur – co jedni kultywują z ponurym, a przed czym inni uciekają z nieczystym sumieniem, to właśnie pamięć-powtarzanie. Jedni uwielbiają zatracić się w niej, drudzy boją się, że ich pochłonie. Ale i jedni, i drudzy podobnie cierpią z powodu niedoboru krytyki. Nie przystępują, jak to nazywał Freud, do pracy odpominania […].

To, gdzie na osi pomiędzy pamięcią i zapomnieniem faktycznie lokuje się egzystencja zależy, według Fiedorczuk, od rozmaitych kontekstów: geograficznych, historycznych, kulturowych. Czyniąc pewne uogólnienie w rozpoznaniach autorki, moglibyśmy powiedzieć, że z biegiem kolejnych epok i wraz z postępem globalizacji – stopniowo przesuwamy się coraz bliżej bieguna „totalnej pamięci”. Dawne czasy (w tym przypadku – przedwojnie) i prowincja (tutaj podlaska wieś) byłyby więc na tym tle wcieleniem egzystencji bliskiej naturalnemu trwaniu, jakiejś pierwotnej biologiczności. Nowoczesność (którą zapoczątkowuje 1945 rok) i rosnące na sile oddziaływanie „centrali” lub, innymi słowy, narastające ciążenie ku miastu (które staje się końcową przystanią bohaterów Pod słońcem) rozpoczynają życie zawieszone na wspomnieniu, nieustannym przeżywaniu przeszłości. Żyjący jeszcze w momencie transformacji tych światów, choć jednoznacznie przynależni do pierwszego z nich, Ziemiakowie:

[…] żyli na krawędzi czasu, tego najstarszego wyznaczanego przez pory roku i dnia, porządek prac na polu, kolejność plonów. Czas płci, odmierzany przez porywy serca i dojrzewanie jajka w kobiecie, już ich nie dotyczył, a tego najnowszego, napędzanego przez maszyny i ideę postępu, nigdy nie poznali. Popatrzyli sobie tylko z daleka, że stary świat odchodzi, a przychodzi nowy. Ten nowy to już nie dla nich. Tak musi być i tak jest dobrze.

Jest dobrze, ale gdzie? W tym starym świecie czy w obu? Dobrze, ale dla kogo? Dla Ziemiaków, bo już nie muszą opuszczać pierwszego świata, czy także dla młodszych, którym został tylko ten drugi? Czujemy instynktownie sympatię, którą Fiedorczuk darzy ów stary świat, zresztą znajdą się też bezpośrednie, deklaratywne na to dowody.

Poruszamy się w epoce [w Pod słońcem] – mówi autorka w rozmowie z Pauliną Małochleb – kiedy w naszej szerokości geograficznej obowiązywały pory roku (jak może pamiętasz, było ich sześć) i stanowiły jakieś naturalne oparcie dla ludzi. Nie chodzi o to, że moi bohaterowie żyli „w harmonii” z przyrodą. Powiem to inaczej: wyrastali z ziemi jak drzewa i ich grzyby, z tym że ziemia to w tym wypadku nie tylko gleba, ale też warstwy historii, pamięci, wyobrażeń.

Nie mamy złudzeń, że autorka chętnie wybrałaby tak opisany stary świat. Wybrałaby, gdyby tylko mogła. Lecz przecież ma świadomość – będąc przenikliwą pisarką żyjącą w XXI wieku – że taki wybór nie jest jej dostępny. Nie ma możliwości, by na powrót wrosnąć w ziemię „jak drzewa i ich grzyby”. Nie może również uwolnić się od ciężaru pamięci, który zgromadziła nasza współczesność. Próbuje więc, na ile to możliwe, zaprząc te ponowoczesne uwarunkowania, by pracowały na rzecz jej tożsamości. Ale zanim o tym powiemy, trzeba przyjrzeć się jeszcze, podobnie jak to robiliśmy w przypadku Stiepanowej – w jaki sposób postrzega Fiedorczuk ów współczesny, pamięciowy bagaż.

Wspomnieliśmy już o fragmentaryczności pamięci. Należałoby dodać do tego jej zwodniczy charakter. Fiedorczuk, tak jak rosyjska pisarka, bazuje na okruchach wspomnień, mówionych świadectwach (czy może raczej anegdotach), które, zależnie od tego, kto je opowiada, przybierają różną postać. 

Nie, to była raczej pamięć zamknięta – powiada dalej w cytowanej już rozmowie – a rodzina nieskora do opowiadania. Trochę za późno zaczęłam się tymi rzeczami interesować. Moi rodzice już nie żyją, nie mówiąc o moich dziadkach, więc trudno mi mówić o zapisywaniu doświadczeń rodzinnych, co nie zmienia faktu, że Pod słońcem ma charakter elegijny. Zaczęłam pisać tę książkę, kiedy jeszcze żyła moja matka, ale od dawna już nie żył mój ojciec. Zostały mi w pamięci jedynie odpryski opowiadanych przez niego historii. Mówiło się, że dziadek pojechał na Ural, więc próbowałam się dowiedzieć, po co, co tam robił, gdzie pracował. Nie dotarłam do żadnych konkretów, więc zbudowałam jego biografię z historii, które przydarzyły się innym ludziom. W pamięci rodzinnej pozostały też pojedyncze odpryski scen z czasów wojny, ale zawsze w postaci mało konkretnych wspomnień, które ktoś komuś opowiadał. Na przykład, że ktoś kogoś zastrzelił w kuchni. Potem dopytywałam mamę, o co chodziło, rozmawiałam także z jej siostrami, ale każda z nich opowiadała co innego. Trup był niezaprzeczalnym faktem, ale cała reszta nieustanie podlegała opracowaniu przez pamięć, postpamięć, przez czas.  

Fiedorczuk zapewne zgodziłaby się też ze Stiepanową co do przypadkowości pamięci. Daleka jest od wpisywania jej w jakieś teleologiczne czy choćby koincydencyjne, Sebaldowskie ramy.  

Ot, życie – mówi Michał u kresu lat, wracając do krainy swojej młodości – godziny spędzone na niczym, żałosne próby nadania sensu chaotycznym poczynaniom, tylko po to, żeby uwierzyć, że nie żyło się po nic.

Obu autorkom bliska jest za to koncepcja pamięci jako archiwum, miejsce składowania, może nawet jako żyjący – na swój sposób – cmentarz („pamięć – pisze Stiepanowa – okazuje się ostatnią formą nieruchomego mienia, dostępnego tym, którzy pozbawieni są całej reszty”). Ciekawie brzmi takie oto zestawienie cytatów, obrazujące przy okazji różnice w dykcji obu omawianych książek: 

[…] cmentarz to miejsce pisma, terytorium pisanego świadectwa. W tej książce adresowej ludzkości wszystko, co niezbędne, przedstawiono dość skrótowo i sprowadzono głównie do nazwisk i dat, więcej też nie trzeba […]

(Pamięci pamięci)

 

[…] Franciszek zwykł mawiać w swoje gorsze, ale nie najgorsze dni: że postanowił zamienić własne serce w cmentarz. Tam, na tym cmentarzu, trzymał tych, których nikt inny nie opłakiwał. 

(Pod słońcem)

„Więcej nie trzeba” – powiada Stiepanowa. Wystarczą dwie daty, odnotowujące w niezmienny sposób fakt, że się istniało. Lecz Fiedorczuk oczekuje od pamięci znacznie więcej. „Niech twoja pamięć będzie moim domem” – powiada do młodego Miszy (który później stanie się Michałem) jego nauczyciel i mistrz profesor Koniarski. Niech wasza pamięć – zdaje się mówić autorka – będzie moim domem. Niech to, co wam powiem – dopowiedzmy, uprzedzając nieco wydarzenia – moja opowieść, będzie moim życiem, będzie moją tożsamością. I, by pójść dalej, podeprzyjmy się jeszcze dwoma cytatami:

Tak człowiek podróżuje przez czas – ciągnął nauczyciel – tak z nim walczy. Szukamy słów. Snujemy opowieści, bo gdyby nie to…

 

Trudno stale pamiętać, że ten moment nigdy już się nie powtórzy, że teraz jest teraz i nie ma drugiej szansy, aby przyjrzeć się z bliska tej konkretnej chwili. Potem można jeszcze obracać ją w pamięci, lecz nie będzie już do niej innego dostępu niż przez słowa – i nawet jeśli zapach i smak albo dźwięk pozwolą dotknąć w sobie czegoś sklejonego na zawsze z tamtym pojedynczym teraz, to coś sklejone z przeszłością okaże się już obce, a obcego można dotknąć tylko słowami.

Jesteśmy tutaj w centrum rozważań Julii Fiedorczuk. Przypomnijmy sobie, co Stiepanowa mówiła o przywracaniu przeszłości: była tam zniekształcająca wszystko interpretacja, konieczność ekstrahowania dawnego świata in crudo, która i tak kończy się niemożnością dotknięcia i skutkuje w najlepszym razie zapośredniczoną narracją o rzeczach, które nigdy w takim kształcie nie istniały. Kończy się opowieścią o sobie samym. 

Pod słońcem także jest mowa o opowieści. Tylko że tutaj pozwala ona dotknąć przeszłości. Stanowi jeden z dwóch – obok języka – instrumentów, których wyjątkowość właśnie na tym polega, że mają kontakt z czasem przeszłym. Brzmi to zapewne doskonale dla fundamentalistów lingwistyki – spod obojętnie którego sztandaru: strukturalistycznego, analitycznego czy kognitywistycznego – którzy w języku dopatrują się nieodmiennie sensu naszej egzystencji i centrum naszego świata. Lecz jak miałby wyglądać w praktyce ów językowy kontakt z czasem przeszłym? Czy nie jest to tylko efektowna metafora, która dodaje otuchy poetom, prozaikom i innym poczciwcom uprawiającym tę beznadziejnie bezcelową sztukę? A jeśli nawet istnieje jakaś trudna do wytłumaczenia więź, to czy język, nasze użycie języka, jest w stanie sprostać randze owej więzi? Sama Fiedorczuk ostrzega nas przecież przed jego zwodniczością, niedoskonałością, skłonnością do przeinaczania („człowiek kłamie przede wszystkim słowami” – mówi).

A jednak cała narracja Pod słońcem zaświadcza o wierze w siłę opowieści (a my wierzymy, że autorka nas w tym względzie, choć słów używa, nie okłamuje). W jej wymiar porządkujący – choć niekoniecznie odtwarzający przeszłość co do joty – i jej moralną perspektywę. Otóż to, opowieść ma tu wymiar na wskroś moralny, o ile moralność można rozumieć jako empatyczny akt występujący w obronie stłumionego świata, przeciwko chaosowi, przeciwko kakofonii głosów, przeciwko zapomnieniu istoty, czym jesteśmy i czego część stanowimy. Nie jest to jednocześnie proste moralizatorstwo, wskazujące palcem: ty jesteś dobry, a ty zły.

Gdzie kończy się niebo, a zaczyna piekło? Nie da się ich od siebie oddzielić, nie na tym świecie, nie w sercu człowieka, w którym wszystko jest przemieszane, jak doskonały kształt marzenia i jego wypaczone urzeczywistnienie, jak strach w oczach zdychającego konia i ulga człowieka, który mógłby być na jego miejscu, a nie jest – jeszcze nie. 

Myliłby się jednak ten, kto – na podstawie powyższych przykładów – przypisałby autorce jakieś demiurgiczne zapędy pisarza-twórcy. „Znajdziesz swoją opowieść” – słyszy od profesora Misza. Tak, opowieści się nie wymyśla, nie stwarza, nie konstruuje – opowieść trzeba odnaleźć. Cała ta książka jest odnajdywaniem opowieści, przedostawaniem się do swojej (to znaczy autorskiej, ale też ogólnoludzkiej, jak to w dobrej literaturze) właściwej ścieżki narracyjnej. I może szerzej – cała egzystencja jest szukaniem właściwej ścieżki narracyjnej – jakkolwiek sztambuchowo by to nie zabrzmiało. W poszukiwaniach tych pomagają nam zaś tropy rzeczywiste: dawne biografie, odnalezione miejsca, przedmioty, które przenoszą nas w przeszłość.

Po co to robimy, po co szukamy takich miejsc, po co chcemy do nich wracać? Nie wiadomo. To jak zbieranie kolejnych fragmentów niekończącej się, wielowymiarowej układanki, jaką jest nasza tożsamość.

To rozróżnienie jest ważne i stanowi być może fundamentalną dychotomię pomiędzy chłodną optyką Stiepanowej i czułym spojrzeniem Fiedorczuk. Nie wymyślanie, a odnajdywanie. Nie konstruowanie własnej tożsamości, a próba jej ponownego ułożenia. 

Jeśli nie wybrzmiało to do tej pory – za sprawą wzmianek o czułości, empatii czy wrażliwości – powiedzmy to wprost: proza Fiedorczuk obdarzona jest dużą dozą uczucia. Przypomina w tym przecież twórczość Olgi Tokarczuk, a sławne już słowa z noblowskiej mowy – „czułość personalizuje to wszystko, do czego się odnosi, pozwala dać temu głos, dać przestrzeń i czas do zaistnienia, i ekspresji” – pasują doskonale do charakterystyki Pod słońcem. Pokrewieństw z Tokarczuk znajdziemy tu zresztą więcej, by wspomnieć tylko tytuły rozdziałów (jako żywo przypominające Prawiek i inne czasy), czy pewien – zapożyczony w realizmie magicznym – holistyczny model opisu świata.

Jakieś dogłębne współodczuwanie ze swoimi bohaterami, które dane jest Fiedorczuk (a których, a contrario, próżno szukać w Pamięci pamięci), pozwala wżyć się w ich losy, nie tylko z nich czerpiąc – dla siebie, dla własnej tożsamości – ale również biorąc na siebie część ich brzemion. Czy można brać na siebie brzemiona zmarłych (albo, co gorsza, fikcyjnych) ludzi – zapyta ktoś przytomnie? Czy można współczuć ziemi, która jest także warstwami „historii, pamięci, wyobrażeń”? Cóż, być może tak właśnie (czy tak również) należałoby definiować miłość wobec świata. Czy nie jest ona lepsza od naszych cząstkowych i interesownych miłości, które współcześnie zwykliśmy utożsamiać z tym wielkim, nieuznającym historycznych, geograficznych, rasowych i gatunkowych granic – uczuciem?

Świat widziany oczami Julii Fiedorczuk przepełniony byłby tak zarysowaną holistyczną miłością. Jej opowieść zaś ma być krokiem w stronę takiego świata. I w zasadzie – zdaje się mówić autorka – słowo, język mogą być tylko tym: drogą, która doprowadzi nas do świata biologicznego. Świata z porami roku, z cyklami przyrody, z odwiecznym porządkiem natury.

Perła niedawno urodziła swoje pierwsze cielę – czytamy w Pod słońcem. – Było to na początku jesieni, akurat ziemia szykowała się do zabrania w siebie części swoich dzieci, tego, co się dość latem na słońcu nażyło i co już musiało wrócić do domu. 

Wiele jest takich scen w powieści Fiedorczuk, w których na pierwszym planie pojawiają się zwierzęta albo rośliny; obrazów, które na przykład nad umieraniem człowieka nadpisują procesy niekończące się wraz z jego odejściem. 

Tymczasem mnie chodziło o wypracowanie języka – tłumaczy to podejście autorka – w którym nie ma już tego, kto opisuje, ani przedmiotu opisu, który nie pozwala na oddzielenie się od opisywanej rzeczy. Nie jesteśmy z naturą rozdzielni, więc nie możemy na nią patrzeć z zewnątrz, w niej przecież żyjemy. Poza tym natura nie czeka pasywnie, by zostać opisana. Dlatego właśnie w powieści próbuję pokazać współistnienie materialnego świata otaczającego ludzi z ich wzrokiem, z tą perspektywą opisu. Zapewne próbowałam wystawić na pierwszy plan ścisłą współzależność pomiędzy ludzkim spojrzeniem i ludzką podmiotowością a przyrodą, która nas otacza i warunkuje. 

Ów materialny świat – w swoich rozmaitych porządkach: ludzkim, zwierzęcym, roślinnym, należącym do martwych przedmiotów – staje się dla autorki centralną osią jej człowieczej tożsamości. 

Szukałam takiego klucza, który pozwoliłby mi pokazać duchowość zwracającą się nie do góry – nie ku temu, co intelektualne, ale do dołu – ku temu, co związane z naturą, biologią, materią. Tak jak Nadzieja, matka Michała, patrzy w ziemię i widzi Boga w ziemi. Może to jest jakaś duchowość kobieca, związana z ziemią. Odniesienia do niej pojawiają się też w scenie śmierci Miłki, która mówi o przejściu do krainy matek. To jest rodzaj duchowości znacznie mi bliższy – duchowość ściśle związana z przemianami ciała i ziemi, z materialnością naszego istnienia. 

Jeśli więc materialność może być podstawą duchowości, materialne ślady przeszłości nabierają nowego znaczenia. Są dowodem na ciągłość, na trawnie i na przemijanie, ale jednocześnie na istnienie związku pomiędzy tym, co było, tym, co jest i tym, co się dopiero urodzi. Jest więc – wbrew temu, co się wcześniej powiedziało – jakąś teleologią, jakimś argumentem za sensownością świata. Lecz czy język wciąż potrafi opisać granice tego świata, jak opisywał granice świata Wittgensteinowskiego?

Język nie jest dla mnie oddzielny od dzikiej przyrody – mówi Fiedorczuk – która współtworzy perspektywę moich postaci – język jest jej częścią.

Znów brzmi to bardzo pociągająco: język jako część przyrody. Pars pro toto, totum pro parte. A jednak – gdy to słyszymy – z jakiegoś powodu odzywa się w nas sceptycyzm. Bowiem czym miałby być język w tak zdefiniowanym świecie? Komu poza nami miałby w nim służyć? I czy użycie języka – z jego nieodłączną funkcją dialogiczną – ma sens w świecie nieantropocentrycznym? Czy czasem nie stajemy wobec takiego świata z pytaniami, które stawia sobie w końcówce życia Michał – z pytaniami bez odpowiedzi? 

Od zawsze przyglądał się światu, ale nigdy wcześniej, aż do tej nocy, nie przyszło mu do głowy, że świat także na niego patrzy. Co widzi? Co z niego rozumie? 

*

Jakże daleko od ponowoczesnej tożsamości skonstruowanej przez Stiepanową poprowadziła nas powieść Fiedorczuk. Jak odległe od siebie wydają się przedstawione przez obie autorki duchowości: indywidualistyczna i nieantropocentryczna. Ile przestrzeni dzieli przesycony post-pamięcią świat wielkiego miasta od krainy biologicznej, która wpisuje nas w ramy zapomnienia. Mała karteczka podobieństw kurczy się jeszcze bardziej, gdy dochodzi do zestawiania rzeczy fundamentalnych – tak nam się przynajmniej wydaje.

Lecz pamiętajmy, że w naszej dziwnej współczesności te dwa „projekty” intelektualne – niczym ruch podróży i bezruch selfie – nie stoją wcale tak daleko od siebie. Erozja tradycyjnie rozumianej humanistyki – za sprawą rozmaitych nowych studies czy critics – odbywa się dziś na uniwersytetach (do czego swoją cegiełkę dokłada także Fiedorczuk), a apologia starego świata możliwa jest w nowoczesnym piśmie internetowym (które prowadzi Stiepanowa). Z kolei zdanie: „Szczególnie mi bliską jest utopia intelektualna, poetycka, życie w świecie książek i budowanie sensu z tego, co »urobili« inni myśliciele” – skłonni bylibyśmy przypisać raczej rosyjskiej pisarce – a tymczasem wypowiada je autorka Pod słońcem. Stiepanowej nie podejrzewalibyśmy zaś o tego rodzaju wyznania (które, i owszem, czyni w Pamięci pamięci):

Czego nie mogę sobie wyobrazić, choćbym nie wiem jak gorliwie mrugała – szumu i konsystencji ówczesnej codzienności. Herbaty w ogrodzie Getlingów, siostry Wiery z tomikiem Nadsona, niekończących się godzin, gdy furmanka ciągnie do Niżnego, mokrego od rosy skraju sukni, z którego zdziera się rzepy, rzeczki, palenia w tajemnicy na strychu. Poczinki były domem, do którego przyjeżdżało się odpocząć, wypłakać się, poprawić

Otóż to – Stiepanowa bywa sentymentalna i nostalgiczna, a Fiedorczuk sprawnie porusza się wśród idei, które rozpalają współczesne akademie. Czyż nie są więc te ich wielkie i piękne książki – jedynie swego rodzaju grą? Grą z pamięcią, jej mechanizmami, grą z własną tożsamością i narracjami, które toczą się wokół nas. Intelektualną rozgrywką, którą, dzięki Bogu, prowadzić można bezkarnie – a nawet z niebanalnym pożytkiem dla czytelników – w czasach pokoju, dobrobytu i powszechnej wolności.

I czyż najważniejszą rzeczą w tej grze nie jest, jak w każdej dobrej, wspólnej zabawie, gotowość do porzucenia własnej roli? Otwartość, aby udostępnić innemu swój pierwszy plan. Chęć do pracy zespołowej, do wspólnych zwycięstw i wspólnych przegranych. 

Samotnicy nie potrafią się bawić. Spotkanie jest weselem. Pamięć zawiera się w anegdocie. Nie homo ludens, a homines ludentes. Może o to w tym wszystkim chodzi? A może tylko ciąży na naszym rozumowaniu ów lekturowy kontekst – przywołany w pierwszej części tego szkicu – kontekst rodzinnych wakacji, kontekst spotkania, przeżywania i zanurzenia we wspomnieniach? Lecz jeśli nawet to on popycha nas ku takiemu odczytaniu książek Marii Stiepanowej i Julii Fiedorczuk, popycha ku pochwale wspólnego kosztem własnego, ku dobrotliwej akceptacji przeszłości zamiast jej chłodnej, krytycznej analizy – dlaczego mielibyśmy odrzucić jego wskazania? – jest przecież jak owe powieściowe światy, pełnoprawnym składnikiem rzeczywistości.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Kamil Suskiewicz, Gry z pamięcią (2). Wokół „Pod słońcem” Julii Fiedorczuk, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 97

Przypisy

    Powiązane artykuły