24.06.2019

Poezja nawrócenia

Jan Paweł II jest najpierw i przede wszystkim człowiekiem słowa. Jeśli tak, można i należy pytać o jego poezję, jest to bowiem dziedzina, gdzie stosunek człowieka do słowa jawi się jako najbardziej zażyły, choć niekoniecznie najjaśniejszy. Kilka aluzji pozwala przypuścić, że była w jego życiu chwila – około roku 1940 – kiedy widział siebie samego jako poetę czy pisarza dramatycznego. Prawie czterdzieści lat później, zezwalając na publikację swoich wierszy, prosił przedmówcę o przypomnienie, że „poezja to wielka pani, której trzeba się całkowicie poświęcić; obawiam się, że nie byłem wobec niej zupełnie w porządku” [PID 6]. Słowa żalu, a może także – krytycznej trzeźwości. Ale poezję czytać można nie tylko dla jej estetycznej doskonałości. Stanowi ona też często świadectwo duchowego doświadczenia. Tym bardziej, że Karol Wojtyła nigdy pióra całkiem nie złamał i w ważnych momentach życia – przynajmniej do 1979 roku – odczuwał potrzebę dania im poetyckiego wyrazu.

Stałość tej potrzeby pozwala przypuścić, że praktykowanie poezji zachowało na zawsze dla Karola Wojtyły szczególną egzystencjalną wartość. Rozumiem przez to przekonanie, że poezja odsłania, doświadcza, wyraża lub też czyni obecnym jakiś wymiar istnienia, który inaczej pozostaje niedostępny, trudny do samouświadomienia a zwłaszcza zakomunikowania. Nie będę więc wchodzić w – skądinąd ciekawe – badanie źródeł i natchnień tej poezji. Skoro uczynił to sam autor, pozostawię też kwestię jej oceny i miejsca w polskim piśmiennictwie. Postaram się raczej zastanowić, jakie właściwie były owe zdolności czy funkcje poezji, które sprawiły, że była poecie potrzebna czy niezbędna. Oprę się tylko na tekstach, nie bawiąc się w filozofa czy tym bardziej teologa. Zacznę od problemów gatunku i struktury komunikacyjnej.

Znana nam twórczość Karola Wojtyły składa się z piętnastu poematów, z których tylko pierwszy – Pieśń o Bogu ukrytym, napisany w roku 1944 – można bez wahania uznać za liryczny. Poeta święci tam radość intymnego związku z Przyjacielem, który utożsamia chwilę i wieczność, pogrążając duszę w „milczeniu” czy „nicości”, co zdaje się pochodzić „sprzed stworzenia”. Orientacja wypowiedzi na mówiące „ja” – to samo w szesnastu fragmentach Pieśni – łączy się tam z dominacją teraźniejszości: mistyczne zachwycenie odnawia się równolegle do słów, które usiłują je wyrazić. Jakby przekonany, że to, co najważniejsze, zostało wypowiedziane raz na zawsze, Karol Wojtyła nie powrócił nigdy do karmelitańskiej prostoty Pieśni. Swe następne poematy komponował już nie repetytywnie, ale koncentrycznie. Rozwijają się one w wachlarz monologów zwróconych ku ośrodkowi, który by można określić jako „zdarzenie”. Na poły zanurzone w cieniu, trudne do ścisłego określenia, zdarzenie to domaga się opisania w rozmaity sposób i z rozmaitych punktów widzenia. Poemat nabiera tak rysów zarówno dramatycznych, jak medytacyjnych: połączenie osobliwe, które czyni lekturę trudną i nadaje głosowi Karola Wojtyły całkiem szczególny rezonans.

Jakie są jednak te zdarzenia? Niby to rozmaite, biblijne, historyczne, biograficzne. Samarytanka spotyka Chrystusa, Jakub walczy z aniołem, Cyrenejczyk godzi się nieść krzyż. Ale także: w pracy zdarzył się wypadek, poeta pielgrzymuje do Ziemi Świętej, biskup udziela bierzmowania. Zdarzenia te rzadko przedstawione są bezpośrednio. Częściej wynurzają się z przeszłości, docierają do mówiącego (mówiących) w postaci natrętnego wspomnienia albo pytania, domagającego się odpowiedzi czy komentarza. Czasem zdają się mnożyć czy powtarzać: gest Szymona z Cyreny wraca czternaście razy, odnowiony wewnętrznie przez ślepca, aktora, dziewczynę zawiedzioną w miłości, robotników i tym podobne. Mogą zatem zostać upośrednione, zmediatyzowane, przez uczestników, świadków, rozpamiętywaczy… Albo też objawić się w swoich skutkach: po „zdarzeniu” nawet krajobraz bywa inaczej zobaczony.

Słowem, poematy Karola Wojtyły są zwykle konstelacjami monologów„Politoniczność” wierszy K. Wojtyły spostrzegł J. Okoń, Życiowy profil poety, „Znak” 1982, nr 6.[1]. Poznać to najwyraźniej w Pieśni o blasku wody. Głos zabierają tam kolejno: 1. człowiek dzisiejszy, który zwraca się do Samarytanki, 2. tenże mówiący do swoich współczesnych, 3. Samarytanka żegnająca się z Chrystusem, 4. Samarytanka rozważająca to spotkanie, 5. ludzie dzisiejsi rozmawiający z Samarytanką i Chrystusem, 6. znowu Samarytanka, która jednak odzywa się w trzech odmiennych chwilach: a) wspomnienia, b) decyzji, c) głębokiej wewnętrznej radości. Jak widać, słowo jest w tych poematach zawsze czyimś: wyraźnie związane z określoną osobą oraz wypowiedziane w określonej sytuacji. Jest zarazem słowem ograniczonym, nie wahałbym się nawet powiedzieć – ułomnym. Zdaje się świadome własnej niewystarczalności, ponieważ nigdy nie może uchwycić „zdarzenia” w pełni jego sensu. Jest tak nawet wtedy, kiedy mówi ten sam podmiot, jak w Wigilii Wielkanocnej 1966. Jego wypowiedź pozostaje nieciągła: czuwający zwraca się do samego siebie, do Boga, do człowieka niewierzącego, którego słowa przytacza, do Chrystusa, którego tożsamość odkrywa się stopniowo. Zarazem odsłaniają się rozmaite aspekty „zdarzenia”, którym jest spotkanie ze „Zranionym Drzewem” (Wigilia Wielkanocna 1966:II [PID]): będzie to drzewo przodków (a więc drzewo genealogiczne), potem Krzyż odrzucony, dalej przyjęty, wreszcie – pochłaniający mówiącego [PID 78–80]… Ale nie pora teraz na szczegółowy komentarzKomentarze poematów dali: J.S. Pasierb, Przestrzeń człowieka, „Studia Theologica Varsaviensa” 1981, t. 18, Poezja uniwersaliów, „Znak” 1981, nr 4–5; K. Dedecius, „Myśl jest przestrzenią dziwną”. Na marginesie wierszy Karola Wojtyły, „Pismo” 1983, nr 4; S. Grygiel, Quel pezzo di terra [w:] Karol Wojtyła. Filosofo-teologo-poeta. Atti del primo colloquio del pensiero cristiano, Vaticano 1984.  [2].

Mistyczny liryzm był inwokacją w teraźniejszości. Medytacja zwraca w przeszłość, bowiem zdarzenie – niedookreślone centrum poematu – miało miejsce w „niegdyś” czy w „gdzieś”, dostępnych zwłaszcza pamięci. Nie może też ono ujawnić się inaczej niż przez zestawienie monologów: słowa muszą zostać skupione, skonfrontowane, aby odsłoniła się potęga Słowa. Jego jedność dostępna jest tylko poprzez mnogość wypowiedzi… i mnogość mówiących. Tak więc nadnaturalne objawia się przez ludzkie: głos – czy działanie – Boga można odczuć czy wyczuć w głosach osób.

Czas bowiem przypomnieć tę oto oczywistość: poezja Karola Wojtyły jest poezją ściśle religijną. Więcej: zwraca się wprost ku ośrodkowi doświadczenia religijnego, którym jest nawrócenie. I właśnie ono stanowi zawsze centrum poematu. Jest tym zdarzeniem, które poeta chce osiągnąć, medytując nad scenami biblijnymi, liturgicznymi czy historycznymi: Samarytanką, bierzmowaniem, św. Stanisławem i tym podobne. Osiągnąć znaczy przede wszystkim opisać: ani teologicznie wytłumaczyć, ani lirycznie opiewać, ale – uczynić dostępnym, obecnym w jego głębokim narastaniu. Nawrócenie należy niewątpliwie do najtrudniejszych i najbardziej niebezpiecznych tematów literackich. Jest ono samo w sobie procesem naśladowczym: naśladowaniem Chrystusa – lub Jego wyznawców, które nabiera sensu, poczynając od swego wyniku. Stąd retrospektywna orientacja tych wierszy. Dalej, przekształca ono liryczne (wszystkie?) aspekty jednostkowego istnienia i imienia w zachowania społeczne: Jan Paweł II powiedziałby może, że tylko w nawróceniu człowiek rozpoznaje się w pełni osobą… Zarazem jednak pozostaje nieprzenikalne w swych przyczynach i naturze: dlatego przybliżyć je można tylko pękiem monologów. Wreszcie, nawrócenie jawi się na przemian jako ciągłość (proces) i jako wstrząs, poruszenie, które może sięgać iluminacji.

Ciekawe, że z tych dwóch wymiarów „zdarzenia” uwagę poety przyciąga raczej pierwsze. Tym samym medytacja bierze coraz bardziej górę nad liryzmem. Poczucie ciągłości (procesualności) zostaje zapewnione przez użycie słownictwa abstrakcyjnego, dyskursywnego, które podkreśla uogólniającą moc opisu. Taki jednak opis nie może sięgnąć centrum odtwarzanego doświadczenia: ucodziennia je i rozczłonkowuje, przechodząc zawsze obok swego celu. Pozostaje więc z konieczności „odśrodkowy”, w ścisłym znaczeniu słowa.

Spostrzeżono prędko i sklasyfikowano obrazy i symbole nawiedzające poezję Karola WojtyłyK. Dybciak, Poetycka fenomenologia człowieka religijnego [w:] Sacrum w literaturze, Towarzystwo Naukowe KUL, „Roczniki Humanistyczne”, t. 28. Por. także: Z. Kubiak, Kamień i bezmiar, „Tygodnik Powszechny” 1979, nr 5.[3]. To najpierw noc i przepaść, przepaść, która czyha na człowieka samotnego, zmęczonego, ale także ta, którą rozpoznaje on w sobie i z którą musi się pogodzić, by postąpić naprzód. Znikomość – zwiewność czy „wyschnięcie” – rzeczywistości codziennej, gdzie ludzie rysują się niczym anonimowe profile na „ścianie wieczoru”. Przestrzeń, co zamyka się i otwiera, która staje się „dziwna”, dając mówiącemu poczucie wolności. Lustro, znak niezupełnego poznania, które staje się czasem jakby „wchłaniającą” soczewką albo które zmienia się w spojrzenie świadczące o obecności oka promieniującego światłem. Woda wreszcie, żywioł ożywczy, zdolny nadać rzeczom blask (jakość istnienia) nieobecny w codzienności. Ów blask budzi zachwyt, podziw: słowa „dziwny”, „podziw” pełnią podobną rolę, co w poezji Miłosza, która skądinąd nie miała żadnego wpływu na Karola Wojtyłę. Są to jednak słowa ważne: przypominają one, że tylko obecność Boga przydaje blasku cudowności – tej rzeczywistości przygodnej, gdzie nawiązuje się duchowe poszukiwanie. W kilku wreszcie wierszach powraca symbol drzewa, drzewa, które jest krzyżem, osią świata (axis mundi), a więc także wkorzenieniem w historię tą obecnością przeszłości. Zjawiają się także obrazy Ojca, które kierują medytację ku tajemnicy Trójcy.

Jak współistnieją w poemacie – dyskurs medytacyjny i symbolika mistyczna? Inaczej mówiąc, człowiecze staranie i interwencja łaski? Medytacja przybiera nieraz postać inwestygacji semantycznej: co znaczą na przykład słowa „spotkać”, „historia”, „dojrzałość”? Poemat – lub jego fragment – postępuje naprzód niczym eksplikacja znaczenia, tak „spotkać” oznacza „dotknąć”, „być wobec siebie”, „znaleźć” [PID  2]; „dojrzałość” – zstępowanie do istoty, zbliżenie powierzchni i głębi [PID 91] i tak dalej. Drążenie znaczenia postępuje aż do momentu, kiedy trafia na wyrażenie silnie nacechowane symbolicznie, na słowo ze słownika mistyków. Wtedy albo przystaje i rusza na nowo z innego punktu, albo też – dokonawszy jakby odwrócenia sensu – posuwa się naprzód w kierunku nieprzewidzianym albo nawet zupełnie różnym od poprzedniego. Medytacja postępuje, mnożąc różnice lub łącząc przeciwieństwa. Jej addytywność (powolne nakładanie się odcieni znaczenia) każe myśleć o obecności tajemnicy, tajemnicy, której wyczerpać nie może. Zdaje się wyrażać to, co w tajemnicy stanowi część człowieczą, pars humana, inaczej – trud poszukiwania. Zaś obrazy-klucze, czerpiąc z mistycznej tradycji, czynią obecną nadnaturę; uruchamiają też energiczniej rozmaite związki znaczeniowe, tak na przykład woda staje się otchłanią (studni), źrenicami (spojrzeniem), światłem lub dobroczynnym gwałtem – pod postacią fali [PID 30–32]. Poezja Karola Wojtyły jest osobliwym połączeniem tych dwóch ruchów, nie zawsze zresztą wyraźnie czytelnych. Pierwszy jest linearny i eksplikatywny, drugi – „zstępujący” i okrężny. Inaczej – myśl wyznacza szlak, itinerarium, symbole mistyczne tworzą sieć, okrąg znaczeń.

Poeta nawrócenia stara się więc złączyć – poza granicami języka – trud wysiłku i dar łaski. Dyskurs medytacyjny zdąża do tryskającej wody i olśniewającego światła, do „całego obrazu” [PID 40], którego nie wyczerpie żaden znak, żadne słowo. A przecież trzeba mnożyć znaki i słowa, albowiem nie ma „ścieżek gotowych” [PID 101], inaczej – nigdy nie kończy się praca nawrócenia. Człowiek Karol Wojtyła jest człowiekiem zmęczonym, albowiem myśl wyczerpuje… i sama się wyczerpuje. „Przez myśl – czytamy – stale wchodzę sam w siebie / i stale od siebie odchodzę” [PID 98], podczas gdy zmęczenie i strach znikają wtedy tylko, gdy człowiek czuje w sobie „ciężar właściwy”, „ciężar, który poczuł na sobie Jakub” [PID 40–42], słowem, obecność Boga. Medytacja jawi się zarazem jako konieczna i niewystarczająca: myśl jest tylko „kładką”, chociaż „każda droga człowiecza prowadzi w kierunku myśli” [PID 55, 61]. Jej jakość jest więc miarą człowieka… Ona też przygotowuje wybór, akt woli, „bezbarwny i ciężki jak uderzenie tłoka” [PID 55]. Tak więc przejście od medytacji do iluminacji skrywa dialektykę wysiłku i daru – zawsze oczekiwanego, chociaż nigdy nie zapewnionego nikomu.

Można jeszcze w tym przejściu rozpoznać obecność kilku opozycji tematycznych. Przystanę tylko przy dwóch: pozoru i rzeczywistości oraz śladu i wkorzenienia.

Rozmyślać to zwracać się ku sobie, zamykać się w świecie znaków. Iluminacja pozwala pokonać osamotnienie, opuścić siebie samego, rozpoznać się w obliczu piękności, wspaniałości świata. Tak więc poddanie się Bogu – poczucie absolutnej zależności – obdarza człowieka pełnią rzeczywistości… Jest to rys znamiennie religijny. Istotnie, „zwierzęta i ludzie […] kwiaty […] krople krwi” uszłyby w „krainę samych znaczeń”, gdyby nie miłość, która podtrzymuje je w istnieniu [PID 98–99]. A zatem rozmyślanie rozpuszcza i unicestwia rzeczywistość, którą iluminacja przywraca człowiekowi… Będzie to najpierw:

Rzeczywistość podmiotu. Monologowy fragment Narodzin wyznawców składa się w osobliwy epigram, który przytoczę w całości:

Czy muszę być myślą we wszystkim i zawsze do końca?
Czy nie wolno mi myśleć dla siebie i tylko na swój użytek?
Czy nie wolno mi nigdy pomyśleć, że jestem „ciekawym zjawiskiem”,
a ciągle muszę pamiętać, że jestem „przygodnym bytem”?
(Narodziny wyznawców, PID)

A zatem nie „myśl” uwalnia od przygodności, ale spojrzenie Boga, dla którego każdy jest „ciekawym zjawiskiem”. Dalej:

Rzeczywistość rzeczy, oświetlonych „innym światłem”: to światło budzi radość istnienia, której religijne źródła zostają wyraźnie wskazane: „Ożyje woda, ożyją drzewa, ożyje ziemia, stanie się obrzędem” [PID 85].

Rzeczy zyskują tak nową, sakralną tożsamość. Wreszcie:

Rzeczywistość „innego” czy drugiego… I tu, doprawdy, nie wiadomo, czy posłużyć się majuskułą czy nie. Może znaczenie słowa zostało umyślnie zmącone, po to aby oblicze Boga objawiło się przez twarz człowieka? Poeta prosi Weronikę, aby wzniosła ręce w „krainę najgłębszych znaczeń” i dotknęła „twarzy człowieka”. Człowieka od małej litery, ponieważ święta nie pragnęła „ani przez chwilę / by [jej] uczynek nazwano niecodziennym”, i na tym właśnie zasadzała się jego wartość! [PID 99]. Ale profil Cyrenejczyka „zaczyna się zawsze przy drugim Człowieku”: duża litera wskazuje na rozpoznanie Boga. W tejże chwili „profil przechodzi w przekrój” [PID 49]. To przeciwstawienie zdaje się wskazywać, że w Bogu tylko ludzie widzą się wzajemnie „w głębokości”, mogą się rozpoznać, poświęcić się i uświęcić wzajemnie, słowem, dotrzeć jeden do drugiego. Bez Boga pozostają „profilami” pozbawionymi konsystencjiJ.S. Pasierb (Przestrzeń człowieka) „widzi w profilu – konturze zewnętrznym – fenomen konkretny”, w przekroju – przeniknięciu wnętrza – wgląd do istoty. [4]. Krótko mówiąc, doświadczenie religijne – kontemplacja czy iluminacja – pozwala nam sięgnąć bytu lub przynajmniej rozpoznać go w pełni.

Podobne stopniowanie można dostrzec w rozumieniu (przeżywaniu) historii, której Karol Wojtyła poświęcił kilka utworów. Historia jest najpierw śladem, który człowiek pozostawia na rzeczach. Jako taka musi budzić smutek, ponieważ „nie jest zmartwychwstaniem, jest stałą zgodą na śmierć” [PID 84]. Łudzimy się też, sądząc, że rozumiemy dzieje: rozmyślając o przeszłości, „umawiamy się” tylko – powiada poeta – że ta czy inna „treść” (ślad) pozostaje „ważna czy wielka” [PID 76]. Jeśli tak, historia będzie zawsze różna, zależnie od kąta, pod którym patrzą jednostki czy pokolenia…

Ale historia może także zostać ujęta jako świadomość wzrostu. Jest najpierw zakorzenieniem: badać przeszłość to trafiać na „korzenie własnego drzewa” [PID 76]. Rosnąć w głąb to odkrywać, tworzyć: „przeszłość jest czasem narodzin, nie śmierci”. Wzbogacony przez wkorzenienie, człowiek „w chwili odejścia […] jest większy niż dzieje, których / cząstkę stanowi” [PID 77]. Myślenie o historii byłoby więc mniej ważne niż doświadczanie jej jako przeszłości naszej przyszłości: ależ ta przeszłość to nic innego niż nasze ciało, gdzie skupia się pragnienie i boleść, naznaczone, ukształtowane przez języki. Dlatego poeta mówić może o „fali narodzin / skupionych w łonach matek, skupionych w słów tożsamości” [PID 82]. I powiada także, że „historia ludzi takich jak ja szuka swojego Ciała” [PID 76]…

Ciekawe to i oryginalne myśli. Historia jako ślad i jako wzrost przypomina nieco rozróżnienie między historią zdarzeń a historią długiego trwania, ważne we współczesnej refleksji o przeszłości. Relacja zaś między historią a ciałem niedawno dopiero zaczęła zajmować historyków… Obchodzi nas bowiem naprawdę tylko to, co trwa, co jest – w jakimś znaczeniu – nami. A zatem przeszłość nie w rzeczy wpisana, ale w ludzi, którzy są przecież cieleśni… Wpisana w gest i w gust, w uczucia i myśli, słowa i zachowania, wiekami wypracowywane, obecne zaś w pamięci ciała.

Nie znam tych słów najstarszych. Gdy wracam do zapisów, jeszcze jestem daleko od żywych słów napełnionych tchnieniem i dźwiękiem historycznego człowieka. (Śmierć odsunęła ten dźwięk poza tyle stuleci. Został zapis, jedyny ślad dla żarliwego potomka – na nim urywa się ścieżka – a wiadomo przecież, że dalej prowadzi…).

[…] a wiadomo przecież, że musi prowadzić do pierwszych natchnień języka,
do tych w człowieku odkryć, którym odpowiada przedmiot.
 (Wigilia Wielkanocna 1966: IV. Rozwój języka, PID)

W refleksji poety pojawiły się dwa słowa: „drzewo” i „ciało”. Drzewo jest ciałem (naznaczonym historią) i ciało drzewem (rosnącym w przeszłość i przyszłość). Ciału i drzewu wspólne są cierpienie i wzrost. Cierpienie jest własnością człowieka i historii (to jej „płacz pierworodny” [PID 83]), podobnie też człowiek i historia dążą do swego wypełnienia, dążą dokądś. „W którą stronę rozgałęził się pień? […]. W którą stronę narasta historia naszej ziemi?” [PID  9–90]. Za sprawą „drzewa”, które jest starym mistycznym symbolem – pojawia się moment iluminacji, moment zawierzenia i nawrócenia:

Drzewo mówiło „na Mnie” – nie czułem jego obcości,
znikło poczucie przeciwieństw między Nim a mną
[…]
Odchodziłem, a DRZEWO stało, obejmując przeszłość i przyszłość.
(Wigilia Wielkanocna 1966: II. Opowieść o drzewie zranionym, PID)

Historia jest także epifanią Boga. Praca wkorzenienia, obejmująca całość człowieka, będącego „duszą, sercem, pragnieniem, cierpieniem i wolą” [PID 78] – zdaje się zapowiedzią eschatologicznego pojednania: „drzewo wiadomości nie zna granic” [PID 90]. Stąd myśl, że każdy kraj, społeczeństwo, naród uczestniczy w przygotowaniu owego pojednania: „słaby jest lud, jeśli godzi się ze swoją klęską, gdy zapomina, że został posłany, by czuwać, aż przyjdzie jego godzina […]. Oto liturgia dziejów” [PID 90]. Tak historia staje się rytuałem, liturgicznym oczekiwaniem, ludy zaś, niczym panny mądre, czekają na nadejście Chrystusa. Odsyła to polskiego czytelnika do romantycznego prowidencjonalizmu, który naznaczył Karola Wojtyłę za pośrednictwem wielkich poetów XIX wieku.

Jego poezja rzadko tylko „śpiewa światłu piosenki podobne piosenkom piastunek” [PID 85] – częściej zbija z uczuciowego tropu i zmusza do niepewnej egzegezy. Zacierając stale granicę między liryzmem a refleksją, zdaje się rodzić tam, gdzie myśl i uczucie, medytacja i olśnienie zaledwie się rozdzielają. Stanowi jakby pierwszą próbę uchwycenia, określenia wewnętrznych doświadczeń, będących natchnieniem działania i przepowiadania. Zdaje się czasem jakby esencją, ekstraktem (słownym zagęszczeniem) wypowiedzi duszpasterskich, kazania, listu czy publicznego rozważania. Dlatego sądzę, że mówi o poecie więcej, niż się na ogół przypuszcza. I dlatego też zapewne była mu – najbardziej osobiście – potrzebna. Skupiona na jednej tylko sprawie, na jednym momencie – momencie nawrócenia – zdaje się jedynym środkiem, który pozwala uczynić uchwytnym, przekazywalnym misterium przejścia, narodziny wiary. Stąd ewolucja tematu. Nawrócenie, celebrowane najpierw jako łaska spływająca na jednostkę, odtwarzane jest później jako nawrócenie bliźnich, aby wreszcie spiętrzyć się w nawróceniu zbiorowym, nawróceniu narodu, społeczności, może nawet Kościoła, nad którym sprawuje pieczę poeta.

 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Jan Błoński, Poezja nawrócenia, Czytelnia, NowyNapis.eu, 2019

Przypisy