02.09.2021

Nowy Napis Co Tydzień #116 / Kręte ścieżki historii. O „Kalendarzu wieczności” Wasyla Machny

Literatura ukraińska nie należy w Polsce do przesadnie eksponowanych, co nie znaczy, że jest całkiem nieznana lub nieobecna. Kontakty polsko-ukraińskie na polu literackim mają zresztą swoją tradycję sięgającą przynajmniej doby romantyzmu. W ostatnim trzydziestoleciu tradycja ta znalazła swą kontynuację na fali wydarzeń historycznych: wraz z proklamowaniem niepodległości Ukrainy (w 1991 roku) – a w kolejnych dekadach – w wyniku Pomarańczowej Rewolucji (2004) oraz Euromajdanu (2014). W całym tym okresie, w cieniu często fałszywych – bo niebezinteresownych – gestów solidarności oraz inicjatyw obliczonych na doraźne korzyści i chwilowy rozgłos, zdążyły związać się na szczęście także relacje prawdziwie twórcze, stymulujące polsko-ukraiński dialog. Do takich relacji należy dwudziestoletnia już przyjaźń Wasyla Machny z Bohdanem Zadurą, której tegorocznym owocem jest przekład Kalendarza wieczności przygotowany przez byłego redaktora ,,Twórczości” dla Państwowego Instytutu Wydawniczego.

Utwór jest późnym debiutem powieściowym autora, który na przestrzeni ostatnich trzydziestu lat wydał kilkanaście tomów poetyckich, cztery zbiory esejów, zbiór opowiadań, a także dwie sztuki teatralne. Machno – jak wielu twórców literatury – stał się najpierw poetą, dopiero później zaś – prozaikiem i dramaturgiem. Jako powieściopisarz – rzecz interesująca – rozpoczyna od prozy historycznej o ambicjach historiozoficznych. W świeżo wydanym Kalendarzu wieczności można widzieć zarówno unanimistycznie skomponowaną powieść historyczną, jak i rozprawę z zakresu historiozofii, ujawniającą podstawowe dla niej zagadnienia i pytania; Ukrainiec próbuje uściślić, a czasem rozstrzygnąć w swojej prozie, czy dzieje mają charakter uporządkowany i sensowny czy też przypadkowy, czy historia kształtuje się zależnie od jednostek i zbiorowości czy może rozwija się niezależnie, czy przełomowe wydarzenia historyczne są niepowtarzalne i indywidualne czy też odwrotnie – powtarzalne i identyczne, czy wreszcie proces dziejowy biegnie w nieskończoność czy też można sobie wyobrazić jego kres? W narracji powieści ujawnia się przez to ciekawy konflikt interesów: historyka i historiozofa w jednym, pragnącego historię opisać i zrozumieć, oraz powieściopisarza, który aby oddać prawdę o człowieku, zmuszony jest naruszać chronologię zdarzeń, dopowiadać, domyślać się tego, czego nie ma w materiałach historycznych.

Skoro już o materiałach mowa, wypada zaznaczyć, że Machnie nie zawsze udaje się umiejętnie wkomponować ich zawartość w fabularną tkankę utworu. Wstawki historyczne niejednokrotnie odstają od partii fabularnych i ujawniają się w narracji w stanie nieobrobionym, poniekąd surowym:

Osiemnastego kwietnia na zjeździe dowódców armii przyjęto dyrektywę numer 311. Na 7 Armię generała Szczerbaczowa, a jej część zajmowała pozycje właśnie w miejscu, które interesuje nas najbardziej – w Mytnicy i Jazłowcu – przypadło przeprowadzenie zasadniczej operacji natarcia. Z przeciwnej strony broniła się Południowa Armia von Bothmera. W samym Jazłowcu rozmieszczone były wojska austriackiego generała Adolfa von Rhemena. generał Dmitrij Szczerbaczow główne uderzenie opierał na drugim Korpusie Armijnym generała Vasyla Fługa, któremu z prawej flanki dopomoże 3 Turkiestańska Dywizja Strzelców generała majora Wiktora Nahajewa, a z lewej 2 Korpus Kawaleryjski generała lejtnanta Husajna Chana Nachiczewańskiego. Przygotowania korpusu Fuga do operacji natarcia zaczęły się od razu po uchwaleniu dyrektywy. Do pierwszej linii obrony Austriaków, która ochraniała Jazłowiec, było nie więcej niż dwa–trzy kilometry.

Początkowe fragmenty powieści obciążone są z ich powodu opisywackim nadmiarem, który ciąży w lekturze niczym ołów. Dając odpust swoim historycznym zapędom, Machno – nie tylko tutaj zresztą – przegapia z ich powodu swoje literackie okazje i szanse. Dobrym tego przykładem jest sposób, w jaki obchodzi się ze scenami batalistycznymi, które – może dopowiem już w tym miejscu – pomija w narracji, od razu przechodząc do historycznych obrachunków i podsumowań, niekiedy z grubsza tylko upowieściowionych:

Wieś znalazłszy się w epicentrum rosyjskiego natarcia na Jazłowiec, zapłaciła niemałą kontrybucję – w zabitych i rannych. Tylko w cerkiewnej księdze zwiększyła się liczba zapisów tych, którzy porzucili ten świat. Ojciec Felisztan skrupulatnie zapisywał nazwiska nieboszczyków nawet wtedy, kiedy nie odprawiał po nich panichidy, znał mytnickich ludzi, a też dochodziły do niego wieści o tych, którzy zginęli podczas wojny. W księdze spis zmarłych zajmował trzy strony i był znacznie dłuższy niż spis nowonarodzonych.

Skupiając się na podsumowaniach i wyliczeniach, a nie na przeżyciach czy motywacjach swoich bohaterów – trudno tego nie przyznać – Ukrainiec postępuje bardziej jak historyk niż powieściopisarz… Czyżby nie ufał swoim talentom narracyjnym – można zapytać – dlatego stroszy się w historyczne piórka? Być może. Tak czy inaczej, dla warstwy faktograficznej Kalendarza wieczności najlepszymi odbiorcami będą głównie historycy i badacze relacji polsko-ukraińskich. Pisarz, wchodząc bowiem w buty historyka, nie tylko rekonstruuje fakty, ale także wystawia oceny, feruje wyroki, a nawet – wyręczając w tym polityków – formułuje roszczenia.

Ojciec pisał, że wysyła dokumenty przesiedleńcze z 1945 roku, które mu skopiowali w lwowskim archiwum. ,,Przesyłam ci – pisał ojciec – opis majątku, który tam pozostawiliśmy. Jeśli ja nie doczekam się od Polaków rekompensaty, to może tobie się uda”. Dalej opisywał swoje choroby, tegoroczny urodzaj jabłek, a pod koniec dodał: ,,Mama też chodziła do archiwum, tutaj teraz u nas wszyscy chodzą. Prosiła, by przesłać ci twoje wypisy z cerkiewnych ksiąg Mytnicy. Mówi, że tam jest o Barewyczach, o czym powinieneś wiedzieć”.

Warto dodać, że portret Polaków w powieści bynajmniej nie należy do sielankowych; Polacy, zwłaszcza w okresie I RP, wychodzą na ciemiężycieli lub uzurpatorów. Temperaturę historycznego sporu dodatkowo podgrzewa zaprezentowany później wizerunek Ukraińskiej Powstańczej Armii– nie bez przyczyny jedyną sceną batalistyczną ujętą w narracji jest starcie UPA z bolszewikami, niepozbawione zresztą patosu…

Artystyczne walory prezentowanej powieści – jak już pokazałem na paru przykładach – niweczą niekiedy ambicje historyczne Machny; zapędy te przełożyły się zarazem na interesującą unanimistyczną konstrukcję Kalendarza wieczności, obejmującą ponad trzy wieki historii i ukazującą losy blisko stu postaci (zamieszkujących Jazłowiec, Czortków i Mytnicę w okolicach Tarnopola). Na historycznej scenie pojawia się cała plejada zindywidualizowanych postaci pierwszego planu, członków wielopokoleniowych rodzin ukraińskich, ormiańskich, żydowskich i polskich, a także prawdziwe rojowisko – chyba jeszcze ciekawiej skonstruowanych – bohaterów epizodycznych; wśród nich wyróżniają się między innymi szeregowy Kiubat, uczestnik pierwszej wojny światowej, właściciele cyrku, klaun Bim-Bom i karlica Margaret, astronom i nauczyciel Petro Urban, parobkowie wcieleni do wojska, właścicielka lupanaru Ambrozja Bencirowska czy prostytutki: Wiktoria Kulikowska i Sara Robotnik.

Zamiarem artystycznym Machny było stworzenie portretu zbiorowości w szerokim społecznym przekroju. Przywołany termin ,,unanimizm” dobrze opisuje nie tylko optykę powieści (w której przeważa skala makro zbiorowości nad skalą mikro pojedynczego losu), ale także kształt narracji, która symultanicznie łączy różne, często niezwiązane ze sobą wątki i postaciO szerokich możliwościach zastosowania techniki symultanicznej w powieści historycznej pisał w latach 30. XX wieku Tadeusz Kudliński, podkreślając, że powieść historyczna spisana tą metodą może zyskać na ,,szerokości spojrzenia” i ukazać „historię samą”. Zob. Tadeusz Kudliński, Symultaneizm – nowy styl?, „Zet” 1934, nr 16. Wydaje się, że takie założenia – przynajmniej w części – przyświecały również Machnie.[1]. W aspekcie warsztatowym – skoro o nim mowa – między Machną a unanimistami rysują się też pewne rozbieżności; prekursorzy unanimizmu – Jules Romains i John Dos Passos – aby ukazać stosunek jednostki do zbiorowości, korzystali z introspekcji i sondowali duszeKorzystając często z modernistycznych środków ekspresji: narracji strumienia świadomości lub monologu wewnętrznego.[2]. Machno czyni na odwrót – ogranicza introspekcję i prezentuje postaci z lotu ptaka (z perspektywy trzecioosobowego narratora):

Sara pojawiła się w Czortkowie po roku 1905. […] Mówiła po niemiecku, wstawiając rosyjskie słowa, których klienci, przeważnie austriaccy wojskowi czy urzędnicy, nie rozumieli. Dlaczego przybyła do Czortkowa – nie wiadomo. […] Mówiono, że podobna jest do królowej Saby, chociaż jej nogi nie były pokryte sierścią, nie miała też kopyt. Porozmawiawszy z Sarą, można było dojść do wniosku, że w Rosji skończyła gimnazjum i być może wyższe studia. Rozmawiała na różne tematy, interesowała się polityką i literaturą. Była łasa na pieniądze. Każdy, kto dotykał szczupłych palców jej ręki, odczuwał chłód. O takich mówi się, że płynie w nich żabia krew. Kiedy Sara rozbierała się przed gośćmi burdelu, a przychodziło jej to robić we wszystkie dni, z wyjątkiem tych, kiedy miała okres, przed pożądliwym wzrokiem mężczyzn lśniło jej śnieżnobiałe ciało.

Portretom bohaterów – mimo słabo zarysowanej psychologii – nie można odmówić epokowego i środowiskowego autentyzmu. W tym względzie autor osiągnął ciekawe efekty, opisując zróżnicowaną etnicznie społeczność Jazłowca. Szczególnie wiarygodny jest skreślony przezeń portret Żydów ukazujący bogactwo ich kultury i tradycji. W ,,portretach środowiskowych” rozległa wiedza historyczna Machny, jego oczytanie, a przede wszystkim świetny słuch językowy zaprocentowały i przełożyły się na wymierne efekty artystyczne. Słuch językowy – co ważne – nie zawiódł również tłumacza powieści, który opanował imponującą liczbę przewijających się w niej socjolektów i znalazł dla nich przekonujące odpowiedniki w polszczyźnie. Dzięki umiejętnej indywidualizacji postaci przez mowę, słownictwo Kalendarza wieczności – również w polskim przekładzie – ewoluuje w miarę czytania wraz z przeskokami symultanicznej narracji i przechodzi od języka najprostszego, mowy potocznej i żargonu, do języka urobionego kunsztownie.

Obfity dorobek poetycki Machny, przekładany na wiele języków europejskich i pozaeuropejskich (między innymi angielski, niemiecki, hiszpański, serbski, litewski, czeski i hebrajski), ugruntował jego pozycję na scenie literackiej Ukrainy. Kalendarz wieczności jest dziełem, w którym poeta – nie bez przeszkód – przechodzi jednak do prozy; przerost ambicji historycznych sprawił, że przegapił niektóre swoje literackie okazje i szanse; zapędy historiozoficzne – ciekawe może z perspektywy filozofii – przełożyły się na statyczność bohaterów wyobrażających – czasem zbyt łatwo – historyczne trybiki; usztywnienie i odpsychologizowanie unanimistycznej formy – interesującej skądinąd na gruncie powieści historycznej – obniżyło w konsekwencji jej artystyczną lotność… Autentyczne są walory językowe prozy Machny; z ich powodu czuć w lekturze Kalendarza wieczności zarówno pokrytą wyniosłością niepewność debiutanta, jak i pewną rękę poety.

Wasyl Machno, Kalendarz wieczności, tłum. Bohdan Zadura, PIW, Warszawa 2021

Kalendarz wieczności | Wasyl Machno (książka) - Księgarnia znak.com.pl

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Piotr Prachnio, Kręte ścieżki historii. O „Kalendarzu wieczności” Wasyla Machny, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 116

Przypisy

    Powiązane artykuły