09.09.2021

Nowy Napis Co Tydzień #117 / Poszukiwanie złota w błocie, czyli o sztuce reportażu latynoamerykańskiego

Zainteresowanie Ameryką Łacińską skłoniło mnie do sięgnięcia po książkę inną niż te, które zwykle czytam dla przyjemności lub zabicia czasu. Ponieważ większość pochłanianych przeze mnie utworów to książki poetyckie, nie byłam pewna, czy odnajdę się w świecie „ciężkostrawnego” – jak zakładałam – reportażu. Książka Dziobak literatury. Reportaże latynoamerykańskie pod redakcją Beaty Szady przykuła moją uwagę niezwykłym tytułem, który niesłusznie odczytywałam w kategoriach przejaskrawionej metafory. Szybko zrozumiałam jednak, że mam do czynienia z ciekawym dowodem na istnienie rzeczy, o których wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, a Ameryka Łacińska, zawieszona między bolesną historią a przesiąkniętym nią czasem teraźniejszym, nie została jeszcze do końca odkryta. Że mimo przytłaczającego zalewu rozmaitych treści, wciąż można przeczytać o ludziach, których sobie nie wyobrażaliśmy i o sprawach, które wybiegają daleko poza listę pierwszych skojarzeń z krajami Nowego Świata. Wybrane przez redaktorkę reportaże nie wpisują się bowiem w główny nurt narracji o Ameryce Łacińskiej, najczęściej przedstawianej jako ten zakątek świata, gdzie diabeł mówi dobranoc. No może z wyjątkiem Kostaryki, Kuby czy Dominikany, gdzie przeciętny Europejczyk szuka lazurowej wody i palm kokosowych.

Hybrydowa forma reportażu

W odróżnieniu od polskiej szkoły reportażu, o której mówi się, że osadza reportaż głęboko w literaturze pięknej, czym zmusza reporterów i dziennikarzy do uwznioślania stylu i rezygnowania z czegokolwiek, co nosiłoby znamiona banału, w Ameryce Łacińskiej wypracowano niezależny gatunkowo sposób opisywania rzeczywistości. Reportaż latynoamerykański żadnemu z gatunków literackich nie jest winien posłuszeństwa, choć każdy z nich szanuje jednakowo i z każdego czerpie dokładnie tyle, ile mu w danym momencie potrzeba. Autorem tej hybrydowej definicji reportażu jest meksykański pisarz i reporter Juan Villoro, wspomniany we wstępie do książki. To jemu przypisuje się bodaj najbardziej oryginalne rozumienie gatunku, zapożyczone ze świata zwierząt.

„Dziobak to dziwny ssak”, skrzyżowanie kaczki, wydry i bobra. Reportaż latynoamerykański, definiowany i postrzegany jako dziobak literatury, łączy więc w sobie cechy poezji, prozy i dramatu. Wszystkiego w nim po trochu, na pierwszy rzut oka nic do siebie nie pasuje, a jednak tworzy pewną całość, która, im dłużej się przyglądać, tym bardziej dąży do doskonałości. „Przepływa” swobodnie między różnymi warstwami języka, poszukując złota w błocie, to jest cudu w banale, choć słowa „banał” używam tu ostrożnie i z nieco innym nacechowaniem emocjonalnym, niż sugerowałoby to powszechne rozumienie braku oryginalności.

Dobry reportaż jest ćwiczeniem uważności, pozwala dostrzec to, czego inni nie zauważają. W dobrym reportażu fakty przeplatają się z podejrzeniami, wątpliwościami i złudzeniami, zostawiając przy tym sporo miejsca na subiektywne spojrzenie tego, który pisze. Dobry reporter potrafi zachować równowagę między powagą a żartem, między suchą informacją a towarzyszącymi jej emocjami, co zresztą odróżnia go od autorów tekstów naukowych, którym nie przystoi ulegać emocjom. Samo zdobywanie informacji reporterskiej w niczym nie przypomina kwerendy naukowej. Reporter jest jak myśliwy: zakrada się w pobliże zajmującego go problemu, wtapia się w jego najbliższe otoczenie, zadaje szereg pytań, z których zaledwie kilka doczeka się odpowiedzi, a nade wszystko czeka, aż problem – w nagrodę za dociekliwość i wytrwałość „myśliwego” – otworzy się przed nim sam i pokaże swoje prawdziwe oblicze. Nie bez znaczenia jest fakt, że reportaż w Ameryce Łacińskiej określany jest mianem crónica, jakby stanowił próbę uchwycenia pędzącego czasu, sfotografowania przemijającej chwili słowem. Jakby liczyła się każda sekunda, a od wprawnej ręki reportera zależała czytelność uzyskanego obrazu. Te i inne elementy teorii reportażu, tak potrzebne do zrozumienia treści zebranych w książce, wyróżniają zbiór pod redakcją Beaty Szady na tle innych podobnych kompilacji, pełniąc dodatkowo funkcję dydaktyczną. Czytelnik, oprócz wielobarwnego przeglądu najważniejszych problemów Ameryki Łacińskiej, sowicie okraszonych ciekawostkami, których nie wyczyta w opracowaniach naukowych, otrzymuje informacje, dzięki którym nie musi się zastanawiać, jak to możliwe, że zebrane tu reportaże są tak trudne tematycznie, a jednocześnie tak lekkie w odbiorze. Tylko czy na pewno lekkie?

Lekkość bytu

Beata Szady podkreśla, że tym, co urzekło ją w reportażach pochodzących z Ameryki Łacińskiej jest przede wszystkim emanująca z nich lekkość bytu. Pogląd ten wpisuje się w ogólne założenie, że reporterzy iberoamerykańscy wolą skupiać się na pozytywach, „upychając” między nie bardziej drażliwe czy niewygodne kwestie, zupełnie tak, jakby żart był jedynym skutecznym sposobem na oswojenie rzeczywistości. Rzeczywistości, w której słowa: „daj znać, jak dojedziesz” nabierają zupełnie nowego znaczenia, a śmiech przez łzy jest najszczerszym wyrazem radości. Dzięki temu czytelnik nie czuje się przytłoczony czarną wizją świata, od którego lepiej trzymać się z daleka. Mariusz Szczygieł, jeden z założycieli wydawnictwa „Dowody na Istnienie”, polemizuje z przekonaniem redaktorki zbioru i w posłowiu do książki – pochylając się nad wyróżnikami warstwy językowej omawianych reportaży – pisze:

W reportażach koleżanek i kolegów z Ameryki Łacińskiej przeważają długie i bardzo długie zdania. Zasób słów im się nie kończy.

Po czym zadaje sobie pytanie:

Czy uznali, że zdania wielokrotnie złożone zintelektualizują ich teksty? Uważają, że opowieść dopiero wtedy ma wartość, kiedy jest kwiecista i zdobna?

Choć moim osobistym wrażeniom z lektury bliżej do spostrzeżenia Beaty Szady, myślę, że każdy czytelnik powinien chociażby dlatego sięgnąć po książkę, by wyrobić sobie własne zdanie na temat stylu i języka zebranych w niej tekstów i samodzielnie rozstrzygnąć, czy są one dla sztuki reportażu niczym powiew świeżego powietrza, czy też stanowią nie lada wyzwanie intelektualne.

Wybrane przez Beatę Szady reportaże, z których każdy został opatrzony wprowadzającą i zarysowującą kontekst przedmową, podzielić można na kilka podkategorii. Pierwszą z nich określiłabym mianem reportaży biograficznych, wyróżniających się na tle klasycznie pojmowanych biografii tym, że nie przedstawiają one wprost postaci, których dotyczą, a jedynie „odrysowują” je z wątków pobocznych, przedmiotów codziennego użytku, słów rozproszonych w gwarze ulicznym, wspomnień przypadkowo napotkanych osób, dziwacznych przyzwyczajeń, zamiłowań i fobii. O tym, że można stworzyć oryginalną biografię wybitnego pisarza na podstawie rzeczy pozornie bezwartościowych, czytelnik przekonuje się po lekturze pierwszego z reportaży. Julio Villanueva Chang przybliża w nim potrać kolumbijskiego noblisty Gabriela Garcíi Márqueza, a czyni to na podstawie jego… karty pacjenta. Ponieważ, jak zaznacza reporter, pisarz „lubił robić sobie jaja”, a poza tym fascynował się uzębieniem, dopatrując się w jego kruchości pierwiastków iście transcendentalnych, dzięki rozmowom z dentystą, któremu Márquez powierzył los swoich zębów, o samym nobliście dowiadujemy się więcej niż z niejednej rzetelnie napisanej książki biograficznej. Warto w tym miejscu podkreślić, że autor Stu lat samotności wcale nie był skory do dzielenia się życiem prywatnym z dziennikarzami i czytelnikami, toteż aby czegokolwiek się o nim dowiedzieć, należało uciec się do fortelu. Villanuevie udaje się nie tylko całkiem sporo o Márquezie napisać, ale przede wszystkim przedstawić ciekawą historię relacji pisarza z dentystą, która to relacja stopniowo przekształca się z formalnej w zażyłą, a gdzieś w tle rodzącej się przyjaźni pobrzmiewają słowa Dezyderaty wiszącej na ścianie gabinetu stomatologicznego.

Kolejną ważną kategorię tematyczną reportaży zebranych w Dziobaku literatury stanowią te dotyczące ciekawostek kulturowych, poprzez które autorzy tekstów opisują, a nierzadko i definiują mentalność i sposób bycia danej społeczności. Do tej kategorii przypisałabym reportaż Marca Avilésa i Daniela Titingera, którzy „rozwodzą się” na temat najsłynniejszej peruwiańskiej oranżady zwanej inka kolą. O samym napoju w skrócie można by powiedzieć, że ma „kolor sików i smak gumy do żucia”, ale to jedno zdanie nie wystarcza jeszcze do opisania całego społeczeństwa. Dlatego autorzy tekstu idą dużo dalej i kontrastują ze sobą peruwiański „napój bogów” z jednym z dwóch najważniejszych, obok dżinsów, symboli amerykańskiego stylu życia – wszechobesną coca-colą. Ów żółto-czarny pojedynek dla samych Peruwiańczyków wydaje się być z góry rozstrzygnięty, toteż w ogóle nie warto kruszyć kopii. Lepiej oszczędzać siły, by móc spożytkować je, jak należy, to jest przy stole, oddając się niekwestionowanemu sportowi narodowemu, jakim jest jedzenie. Choć szala w konkursie popularności napojów przechyla się raz na jedną, raz na drugą stronę, coca-coli najprawdopodobniej nigdy nie uda się zdeklasować peruwiańskiego rywala. Całe zamieszanie wokół nieistniejącego sporu może mieć na celu zwiększenie zainteresowania tajemniczą oranżadą i przysporzenie jej kolejnych zwolenników. Niewykluczone, że po lekturze reportażu niejeden czytelnik zapragnie udać się do Peru, by skosztować inka koli. W tym kontekście możemy dodatkowo mówić o peruwiańskiej tożsamości jedzenia, której chyba – jak na razie – żadna obca naleciałość nie zagraża.

Król jest nagi

Codzienność krajów Ameryki Łacińskiej ma jednak – i w tym miejscu trudno odmówić racji osobom, które za Ocean nie przeprawią się za żadne skarby świata – swoją mroczną, niechlubną stronę, swój niespłacony i nie wiadomo przez kogo i kiedy zaciągnięty dług. Reportaże poświęcone najbardziej palącym problemom społecznym, gospodarczym i politycznym oraz niebezpieczeństwom czyhającym na każdym kroku są niczym łyżka dziegciu w beczce miodu. Nie pozwalają czytelnikowi odejść od książki z poczuciem przesłodzenia treścią, z fałszywym obrazem rzeczywistości, która przecież nie jest – i nigdy nie była – cukierkowa. Wśród reportaży zebranych i omówionych przez Beatę Szady znajdziemy więc i takie, które wpisują się w nurt dziennikarstwa śledczego i zaangażowanego. Jego naczelnym zadaniem jest przedstawienie prawdy takiej, jaką jest, bez relatywizujących ją ozdobników, a więc powiedzenie otwarcie, że król jest nagi, że coś od dawna nie działa, jak powinno, że czegoś nie ma, a przecież było, i że nigdy już tego nie będzie. To reportaże przypominające o tym, że wojna nadal trwa i że giną na niej ludzie, nawet jeśli nie samą wojną żyją. To wreszcie reportaże o różnych wymiarach śmierci, o tym, że wszystko ma swoją cenę i zawsze znajdzie się ktoś gotowy, by ją zapłacić.

Niełatwo się czyta o pogrążonym w chaosie Caracas, o ziemi zapomnianej przez Boga, którego zastąpił Hugo Chávez. Jeszcze trudniej – o wojnie gangów w Salwadorze, o jednym z najbrutalniejszych aktów przestępczej przemocy wymierzonych w ludność cywilną, „o tych, którzy już mieli nie wsiąść do feralnego mikrobusu”, ale wsiedli. Do najprzyjemniejszych nie należy też lektura reportażu o mieście Meksyk, mieście-potworze, w którym jedyną dostępną formą interpretowania codzienności jest wiara, a „ludzie mają zaufanie do sprzedawców kurczaków, bo wisi nad nimi portret papieża”. Dzięki tym i podobnym relacjom obraz Ameryki Łacińskiej dopełnia się, czytelnik natomiast – po spotkaniu z tak wyraźną opozycją piękna i brzydoty oraz dobra i zła – stwierdza, że nie został oszukany, bo przecież nie próbowano mu wmówić, że czarne jest białe, a zepsute mięso wcale nie śmierdzi.

Powyższe przykłady to zaledwie wycinek kalejdoskopowego obrazu świata Ameryki Łacińskiej, który wyłania się z zebranych w tomie reportaży. Znajdą tu coś dla siebie miłośnicy sensacji, pasjonaci historii, entuzjaści spraw niewyjaśnionych, tropiciele ciekawostek językowych, łowcy przygód, a nawet niewzruszeni domatorzy. Po części jest to zasługa iberoamerykańskiej sztuki reportażu, której adepci nie boją się banału, przekonani, że na drodze do prawdy warto czasem otrzeć się o śmieszność. Dzięki temu tworzone przez nich teksty są tak wielobarwne i przekonujące. Każda anegdota napotyka tu na druzgocący fakt, który przydaje lub ujmuje jej alegoryczności, a każda niepewność powoduje u czytelnika przekonanie, że kryje się za nią coś więcej.

Ale wprawna ręka i bystre oko to jednak nie wszystko. Potrzebne są jeszcze wrażliwość i czułość. Ta ostatnia – jak pisze Olga Tokarczuk w swoim eseju noblowskim – „jest głębokim przejęciem się drugim bytem, jego kruchością, niepowtarzalnością, jego nieodpornością na cierpienie i działanie czasu”. Ameryka Łacińska, prosta i skomplikowana zarazem, dostarcza reporterom treści, których sami by nie wymyślili. Podszeptuje i podsuwa coraz to nowe informacje, domagając się reakcji na nie, zerwania zasłony milczenia. To świat, o którym wielu marzy, podróżując palcem po mapie. To świat, z którego każdy chce uciec, ale i tak większość tam zostaje. To niewątpliwie świat, o którym warto pisać, a zebrane w Dziobaku literatury reportaże są wspaniałym dowodem na to, że słowa mają moc i że dopóki potrafią pomieścić rzeczywistość, dopóty ona mieści nas.

Dziobak literatury. Reportaże latynoamerykańskie, red. Beata Szady, Warszawa 2021

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Agata Joanna Kornacka, Poszukiwanie złota w błocie, czyli o sztuce reportażu latynoamerykańskiego, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 117

Przypisy

    Powiązane artykuły