17.10.2019

Nowy Napis Co Tydzień #019 / Portier

2.

Gdy wszedłem do otwartego przez policję mieszkania, zarośnięty mężczyzna leżał w łóżku przykryty kołdrą po szyję. W nogach pies zdawał się drzemać, pilnując pana. Zresztą jak odróżnić psa, który czuwa od psa, który śpi? Worek suchej karmy dla autora prawidłowej odpowiedzi.

Lekarz ocenił, że denat nie żyje od około tygodnia. Zdechłego psa nie badał. Śmierdzieć, nie śmierdzieli, był luty i w nieopalanym mieszkaniu panował okrutny ziąb. Ruską kostnicę obaj mieli zapewnioną na miejscu. Bez kolejek, kartek, opłat manipulacyjnych w rublach transferowych i bez traktatu o dozgonnym chlaniu, braterskim biciu w mordę i nietrzymaniu moczu, wszechświatowej grotesce i wpisanej do konstytucji wszechzwiązkowej sklerozie.

Pierwszy rzut oka wystarczył, by stwierdzić, że lokator był nieźle porąbany. Dawniej starałem się być ostrożny w sądach, używać wyważonych słów. Wydawało mi się, że życie jest jak praca w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Stosuneczki, landryneczki, kurtyna nigdy nie opada. Uśmieszki, pieszczotki, fistaszki, fatałaszki i lizanie dupy. Ale tu wypada twardo stwierdzić, że ten gość musiał być za życia nieźle walnięty.

Zastanawiałem się gorączkowo, czy jest w nim i w całej tej dość smętnej sytuacji coś, o co można się zaczepić, jakaś skromna historyjka, choćby mały sekrecik. Nie spodziewałem się sensacji, ale przydałaby się jakaś smaczna ciekawostka związana z odkrytym truposzem. Przecież materiału na Odyseję nie szukałem. Węszyłem rutynowo za wierszówką na wieczorne piwko i bułkę z masłem. No i, niestety, znalazłem.

Życie to nie festiwal przypadków. Teraz wiem − ten trup czekał na mnie od zarania dziejów. A od momentu, gdy zacząłem zanudzać świat, jął się denerwować i niecierpliwić. Ja zaś nieświadomie, ale wytrwale zmierzałem w jego kierunku: pomaleńku, mozolnie, dzień po dniu, ziemniak po kotlecie, pomyłka po błędzie, cztery dziesiątki lat. Szukałem go jak ćma szuka orgazmu płomienia. Czasami myślę, że zgubiła mnie zwykła dziecinna ciekawość i moja nieposkromiona zachcianka, by starać się, zawsze i w każdej sytuacji, zrozumieć, co jest grane. Sprawę przypieczętowała męcząca i mszcząca się często słabość, wręcz zamiłowanie do cudzych pokręconych problemów, które powinny mnie obchodzić tyle, co zeszłoroczna totalna wyprzedaż halek i koszul nocnych przecenionych nawet o zero procent.

Powinienem był powiedzieć sobie – to jest nikt, znaleźć inny temat i zamknąć go w tekście liczącym osiemset znaków ze spacjami. Zero byłego człowieka i zero problemu. Zero pytań i sto razy mniej odpowiedzi. To mógł być, co najwyżej, nudny czubek, ostatnia odsłona trywialnego upadku, nic ponad mocno naciągany pretekst, by skrobnąć szczupłą notatkę w rubryce wścibska kronika o byle niczym.

Właściwe słowa, użyte w odpowiednim momencie, mogą uratować życie lub honor, przywrócić porządek, zbudować dystans, obronny mur, być skuteczną szczepionką na wszelkiego rodzaju syf, który jakiś trup przechowuje w swojej przepastnej szafie. Albo w szemranej czaszce. Dlatego słów trzeba używać nadzwyczaj ostrożnie. Użyjesz odrobinę innego niż należy i świecisz gołą dupą na rynku albo dyndasz przed kamerą nagi i bezbronny, wywieszasz przez okno biały życiorys i tracisz twarz, kasę, klasę lub miłość. Albo wszystko naraz.

Wracając do trupa i jego apartamentu. W dwóch sporych, ale kompletnie zagraconych pokojach, w kuchni, łazience i przedpokoju, zalegały książki wymieszane ze stosami papierów. W kuchni upchnięte było dodatkowo kilkanaście kilogramów kaszy gryczanej i dwa worki karmy dla psów (jeden był napoczęty i tak ustawiony na odwróconym thonetowskim taborecie, by w miarę zjadania wysypywała się następna porcja). Widocznie właściciel zapominał o karmieniu albo czuł, że słabnie i w ten bezmyślny sposób starał się zatroszczyć o psa. Psich gówien nie było, czyli pies przestał jeść, gdy pan opadł z sił i nie wstawał już z łóżka. Porażająca, unicestwiająca miłość.

Stosy papierzysk upchane były wszędzie. Na biurku, kuchennym stole, kredensie, krzesłach; podłogę zalegały wypchane nimi tekturowe pudła, plastikowe skrzynki, torby, wysypywały się z dwóch sporych plecaków. Kisiły się nawet w garnkach, z wyjątkiem jednego wypełnionego gotowaną, zeschniętą kaszą. W przytłaczającej większości były to pojedyncze kartki formatu przeciętnej książki, każda zapisana kilkoma linijkami ręcznego pisma. Rzuciłem na nie okiem. Ten moment zapamiętam na zawsze. Zdania, mówiąc prawdę, nie doczytałem do końca. Nie wzbudziło we mnie żadnej reakcji, najmniejszego śladu refleksji. Zauważyłem jedynie, że nie było w tekście skreśleń czy poprawek. Dopiero jakiś czas później stwierdziłem, że na wszystkich kawałkach papieru tkwiła identyczna treść. To nie były notatki, tekst − jak to się dawniej mówiło − został przepisany na czysto. Dawniej, to znaczy wtedy, kiedy pisało się ręcznie, w szkole uczono kaligrafii, i nawet zwykła maszyna do pisania była nadzwyczajnym luksusem. To były czasy, kiedy z każdej szkolnej ławki sterczał kałamarz, a w piórniku grzechotały obsadki i stalówki. Gdy pojawiły się pierwsze długopisy, nauczycielki nie pozwalały ich używać, bo sprzyjały niechlujnemu pisaniu. Śliz-gały się powierzchownie po papierze i rzeczywistości, wspierały roztargnienie i bylejakość, utrudniały skupienie i sprawnie kruszyły sumienność uczniów. Długopis stał się synonimem tandetnych nowinek. Dawniej wyrobione kaligraficzne pismo było symbolem wykształcenia, znakiem rozpoznawczym elitarnego awansu, trwania tradycji, ornamentem odwiecznego porządku i autorytetu, wytwornym herbem ludzi światłych. Teraz nic nie znaczy. Najwyżej biedę albo abnegację. I spotkać je trudno.

Charakter pisma na kartkach był w miarę jednolity. Mógł należeć, i pewnie należał, do zmarłego lokatora. Różnice między poszczególnymi zapisami, np. w kształcie liter, dostrzegłem dopiero po latach porównań i wytężonych studiów. Przez jakiś czas byłem nieświadomym amatorem, nie odszyfrowałem jego zamysłu i nie rozumiałem intencji serdecznej ręki.

Różnice w kształcie liter miały dwie przyczyny. Pierwsza, dość oczywista, to wiek autora, stan zdrowia, a więc niepewność słabnącej ręki i gasnącego oka. Druga, o wiele ważniejsza i mniej oczywista przyczyna, o czym powiem trochę dalej, była skutkiem prób zapisania dziwacznych pomysłów i hipotez zdziwaczałego samotnika.

Na drugą kategorię papierzysk składały się kserokopie najróżniejszych rękopisów pochodzących przede wszystkim z XX wieku. Autorami były osoby wybitne, znaczące, nieznane i zupełnie anonimowe. Kopie ich rękopiśmiennych listów, dzienników, pamiętników, dokumentów urzędowych, parafialnych, finansowych, wojskowych, zapisków gospodarskich, testamentów itp. Wszystkie zostały powiększone w trakcie kopiowania, by łatwiej było studiować charakter pisma. Wszystkie również opatrzone były sygnaturami, literami i cyframi w różnych kombinacjach. Wyjaśnienia dotyczącego tych oznaczeń nie znalazłem do dzisiaj. Odgrzebałem także dwa pudła, które zawierały kopie rękopisów w obcych językach, głównie w niemieckim, ale domyślam się, że J.P. zbierał je tylko na wszelki wypadek. Albo nie znalazł czasu, by się za nie zabrać. Nie zauważyłem śladów roboczego wykorzystywania. Ta część rękopisów nie posiadała żadnych oznaczeń, a zalegający na nich kurz był tłusty jak Marks po strawieniu Engelsa.

Zmarły biedak uważał zebrane zwały papierzysk za cenną spuściznę i zapisał je w spadku dwóm instytucjom: Muzeum Literatury i Bibliotece Uniwersyteckiej najbliższej uczelni. Nie wiadomo, czy w ten sposób chciał sprowokować konkurencję i planował rozkoszować się oglądaną z zaświatów zajadłą walką o bezcenne zbiory. Obawiam się, że mógł naprawdę wyobrażać sobie podnieconych sukcesorów, którzy wyrywają sobie przeżarty stęchlizną skarb. Każdy marzy choćby o najskromniejszym, pośmiertnym tryumfie i najlichszej nieśmiertelności, jeśli nawet miałaby budzić wątpliwości spowiednika lub zostać ogłoszona przez pomyłkę.

Trochę się biedaczyna pomylił. Obaj dyrektorzy szacownych instytucji nie zastanawiali się długo i bez zbędnych deliberacji odmówili przyjęcia daru. Oficjalnym powodem był brak funduszy i miejsca na przechowywanie daru. W rozmowie ze mną (jako tymczasowym opiekunem mieszkania i jego zawartości) oświadczyli ze sztucznym smutkiem, ale bez odrobiny autentycznego zrozumienia (powiedziałbym raczej: z pogardliwym poczuciem wyższości), że praca tego niespełnionego filologa albo poety, jak był się wyraził jeden z nich, „jest bezwartościowa z punktu widzenia statutowych zadań mojej instytucji i wskazuje raczej na aberrację umysłową autora, niż na odkrycie czegoś interesującego, z jakiegokolwiek punktu widzenia”. Słowa „poeta” użył, jak się używa staroświeckiego słowa o niepewnym lub nieprzyzwoitym znaczeniu. Obaj uznali, że dzieło J.P. mogłoby posiadać jakąś wartość „wyłącznie dla psychologów i psychiatrów, którzy mieliby czas i ochotę zbadać ten szczególny przypadek, chociaż na to jest trochę za późno”.

Nie mogę powiedzieć, by zaskoczyła mnie ta odmowa, ale kiedy usłyszałem słowa „trochę za późno”, ogarnęła mnie fala dojmującego smutku. Pełna prymitywnej pychy, bolesna wyniosłość żywych wobec umarłych i współczująca pogarda brutalnie normalnych wobec nieosiągalnie splątanych wtrąciła mnie w bezsennie bezkresną melancholię. Kto jak kto, ale właśnie ci dwaj goście powinni szanować umarłych w nędzy, postrzelonych hobbystów, bo dostają w końcu niezłe pensje za składowanie i odkurzanie ich myśli.

Po zastanowieniu pomyślałem z chwiejną tolerancją, że państwowi dyrektorzy nie mieli zbyt dużego pola manewru. Jeśli tacy biurokraci w naszych nerwowo śmieciarskich i dumnie sklerotycznych czasach chcą zachować wyglansowane biurka, muszą regularnie popełniać samobójstwo, nie wystawiać prowokacyjnie głowy powyżej krawężnika i nie jęczeć na temat dziwactw świętych szaleńców, by nie psuć procesu trawienia postępowi. Są w końcu tylko marudnymi magazynierami stosów śmiesznego balastu, obciążającego ponad wszelką miarę jasną, bezprzeszłościową przyszłość.

A może to nie była melancholia, tylko przeczucie? Niejasna, ale dotkliwa wizja stanu, w którym miałem utonąć?

3.

Naprawdę nie wiem, dlaczego postanowiłem zbadać spuściznę J.P. Można powiedzieć, że zaskoczyłem sam siebie. Bezwiednie, nie zdając sobie sprawy z niebezpieczeństwa, zacząłem przemyśliwać nad znaczeniem tych papierzysk, no i wsiąknąłem jak krew w kurz cudzej klęski. Samotny jak Szymon Słupnik i wyczyszczony z szans na sukces jak osławiony Syzyf.

I stało się. Dzień po dniu ślęczałem z półoddechem zduszonym za pazuchą i przeglądałem niezliczone, jednobrzmiące kartki. Gmatwałem się w tej zagadce, aż połykał mnie zmrok i przygniatał bimber nocy. Do dzisiaj jestem ogłuszony, nie potrafię sobie przypomnieć, po jakim czasie przyniosłem z domu koc, poduszkę, odgruzowałem z pudeł i odkurzyłem tapczan, i zostałem na noc. Łóżka, na którym umarł, nie użyłbym nigdy. Nocowałem na jękliwym jak nadpalone pianino tapczanie i w ten sposób oszczędzałem czas marnowany dotąd na dojazdy. Koczowałem jak kloszard na stosach koszmarnego kurzu i stęchłych książek, walczyłem jak zadymiarz na barykadach brudnych papierzysk i naprawdę starałem się rozgryźć, o co szło temu niechlujnemu szaleńcowi. Zawzięta ciekawość i ambicja walczyły z beznadziejnym brakiem wiary, zawsze bez rozstrzygnięcia. Nieubłaganie i niepostrzeżenie narastał chaos. Z każdym dniem, godziną, z każdą kolejną kartką, którą brałem do ręki, w nadziei na oświecenie, iluminację lub choćby na otrzymanie marginalnej wskazówki, jak rozumieć tę zaklętą jednozdaniową opowieść.

Mozolne przebijanie się przez zwały pyłu i niestworzony bałagan dało mi potwierdzenie wniosku wypływającego z pobieżnej obserwacji. Treść wszystkich ręcznych zapisków była identyczna. Jedno zdanie. Trzydzieści trzy słowa. Dlaczego wybrał właśnie ten enigmatyczny labirynt słów, studnię sylab, głód liter? Dlaczego dał się uwikłać w ich płytką pułapkę? Czy treść zawierała w sobie coś więcej, niż wynikało z uważnej lektury? Ukrywała przede mną to, co było oczywiste dla niego? Czy zdanie było, miało być wielką metaforą, zaszyfrowaną nędzną zagadką? Symbolem osobistych uwikłań? Historią choroby? Niedających się przełożyć na język człowieka z zewnątrz? Słowa niosły treść ostateczną, czy zawierały klucz do szyfru, sezamu spełnionego sensu? Były lepką pułapką czy drzwiami do domu rozstrzygających, pustych lub ocalających tajemnic?

Nie zastanawiałem się nad długością zdania, nie oceniałem, czy było wystarczająco finezyjne, wysmakowane stylistycznie, czy w nieprzenikniony sposób zwyczajne jak wodnista zupa codziennych pozdrowień. Bałem się wejść w bezludną uliczkę mojej niewiedzy i las spalonych domysłów. Zdanie wyglądało przeźroczyście, jakby ukrywało się przed samym sobą, a jednocześnie w swojej jednoznacznej prostocie niemal nachalnie obnosiło się ze swoją treścią, zajmowało cały pierwszy plan, zostawiając resztę świata w rozmytym tle.

W międzyczasie do Youtube trafił fragment nagrania wideo, na którym zarejestrowano wejście do zaryglowanego mieszkania. Filmik musiał wyciec ze straży miejskiej. Cóż powiedzieć, pyszna pogarda zżarła przyzwoitość bez popijania alkoholem z przemytu. Grubiaństwo hołoty stało się chodliwym towarem i zostało wyniesione na internetowy Olimp przez psy Pawłowa odurzone odorem klikania, sławy i zabijania. Nawiasem mówiąc, zdjęcia tej anonimowej i obojętnej dla wszystkich śmierci były marnej jakości. Wyglądały, jakby prószył na nich pożółkły śnieg, który mimo panującego upału nie topnieje i skrupulatnie wypełnia przestrzeń pozbawioną głosu i czasu.

Ja sam obawiałem się, że tonę w stęchłym szambie cudzej niejasnej ucieczki, ale jakaś siła nie pozwalała mi przestać przesiadywać w mieszkaniu J.P. Miasto zgodziło się zostawić mi lokal na trzy miesiące. Taki okres potrzeb­ny był urzędnikom, by zorganizować przetarg na remont kapitalny. Bez zastanowienia wziąłem cały zaległy urlop i spędziłem go w tej zapuszczonej norze.

Przyglądałem się godzinami zapisom tajemniczego zdania, a gdy tekst zaczynał mi się plątać przed oczami, przeglądałem dla relaksu bałaganiarską bibliotekę. Sprawdziłem znaczenie użytych przez J.P. słów we wszystkich słownikach języka polskiego. Umarlak miał je zresztą w komplecie na półkach. Przy okazji powiem, że w książkach poupychanych bez ładu i składu odnalazłem, i muszę przyznać, że zupełnie mnie to nie zaskoczyło, mnóstwo podkreśleń i uwag dopisanych tępym ołówkiem.

Nie cierpię mazania po książkach. Książka, drodzy barbarzyńcy, to także materialne piękno, przedmiot skończenie ostateczny. Choć nie zawsze jest doskonały, to zawsze uświęcony w swoim absolutnym spełnieniu. Za każdym razem, kiedy ukazuje się nowa książka, koniec świata może nastąpić bez przeszkód. Nawet powinien, bo cóż innego może nastąpić po ostatniej kropce? Pisarz postawił kropkę, więc koniec nie miał wyjścia i musiał nastąpić − nieprawdaż, drodzy czytelnicy, żyjący na kredyt przyszłych dzieł?

Książka, by unieść prawdę, musi utrzymać swój nieskazitelny, nieuszkodzony autorytet. Każda, nawet najmniejsza, ingerencja rani jej ciało, niszczy osobowość, zagraża zdrowiu i życiu, profanuje majestat przeszłości. Osłabia jej wielogłowego ducha, ośmiesza mądrość i powagę, niechlujnie hańbi jej honor. Każde najdrobniejsze oszpecenie boleśnie rani treść, która tylko pozornie jest niezależna od losów przedmiotu, od okładki, druku, stron z ilustracjami i informacjami technicznymi, obwoluty. Ale cóż, nawet wśród bibliofilów nie brakuje profanów. Tacy są bardziej niebezpieczni od estetów wśród katów czy stylistów wśród analfabetów.

Podczas wertowania tomów z biblioteki J.P. pewnego szczęśliwego, nieco nieobecnego dnia spomiędzy kartek wypadły wetknięte tam kiedyś różności. Takie przypadki powtórzyły się później jeszcze wiele razy. Znajdowałem dokumenty wyzbyte znaczenia, czasem luźne notatki, pożółkłe wycinki z gazet i czasopism. Mam identyczny, idiotyczny skądinąd, zwyczaj wkładania różnych papierów do książek. Robię to odruchowo lub celowo, wtykam papiery między kartki książki i odkładam na półkę, „żeby nie zginęły”. Z reguły, rzecz jasna, natychmiast zapominam, co i gdzie włożyłem.

W bibliotece J.P. natrafiłem na parę wartościowych rzeczy. Były też ciekawostki, np. kolekcja kartek z okresu, kiedy historia z sukcesem dotarła do szczęśliwego końca, ale zaopatrzenie sklepów spożywczych napotkało na kłopoty uwikłane w walkę klasową, a może ewolucję klasową. Miałem więc przed sobą niewykorzystane kartki na mięso z kością i bez, wyroby czekoladopodobne, a także na cukier i buty. Chociaż może chodziło o mięso podobne do cukru, zrobione z butów, lub buty z cukru, bez kości, chyba tylko na lato i na zapisy dla młodych małżeństw?

W dwóch tomach Rozmów z katem zgromadzone było szczupłe dossier walki J.P. o zachowanie mieszkania, z którego władze miasta usiłowały go swego czasu wykurzyć. Mydliły mu oczy lokalem zastępczym. Z wytrawnym, chociaż niezbyt wysmakowanym cynizmem, liczyły na jego wyborczą łatwowierność i niską świadomość prawną. Nie poczułem się w związku z tym zbyt zręcznie. W końcu ładnych parę lat smażyłem kotlety z padliny dla tych samorządowych hien.

W opasłych, i licho wydanych, dziennikach Żeromskiego odnalazłem z kolei plik prywatnych listów. Wystarczyło rzucić okiem na okrągłe pismo i różowe karteluszki, by nabrać pewności, że autorką listów ukrytych w wyznaniach Żeromskiego była kobieta, najpewniej młoda dzierlatka, jak się wydaje, dość uczuciowa. Ich adresatem najprawdopodobniej był J.P., bo listy zaczynały się od zwrotu najdroższy ewentualnie kochany J. Z rozpędu przeczytałem trzy z nich, ale powstrzymałem się od dalszej lektury. Sam nie wiem, dlaczego. Absurdalne skrępowanie okazało się silniejsze od piekącej ciekawości? Może dlatego, że listy były miłośnie czułe, a ja swojej roli solidnego badacza nie chciałem rozpoczynać od podglądania, wściubiania nosa w damsko-męskie rejony. Pomyślałem, że odłożę znalezisko na jakiś czas, póki nie skończę pilniejszych prac, nie wgryzę się w główny problem, a na kontekst i wątki poboczne przyjdzie jeszcze czas. Ta decyzja przyniosła mi ulgę tylko na chwilę, bo listy wracały do mnie, narzucały się natarczywie, nie dawały mi spokoju. Powodem była treść trzech nieostrożnie przeczytanych listów.

Otóż między dość eleganckimi, pełnymi dyskretnego wdzięku i otwartymi zdaniami wyczułem niedbale ukrytą grę, mimikrę podstępu, dwuznaczne podniecenie, które zapewne miało rozproszyć prowincjonalną nudę. Na pierwszy rzut oka mogło się wydawać, że młoda kipiąca uczuciami kobieta odrzuca dystans, dziewiczą ostrożność, konwenans, dumę damy i fałszywy wstyd, by rozpisywać się otwarcie o rozkołysanych uczuciach, falach pragnień, przypływach tęsknoty. Ale w tej namiętnej szczerości, obnażanej zbyt lekko, zbyt ostentacyjnie, jak na tamte czasy (listy pochodziły z początku lat 70., a z naszej dziury do stolicy jest około dwieście dwadzieścia kilometrów, do rewolucji obyczajowej było wtedy o wiele dalej), wyczuwalny był niepokojąco chybotliwy ton, zbyt zwiewna swoboda. To one wzbudziły moją podejrzliwość. Być może, pomyślałem, spontaniczna brawura kobiety była jedynie figurą w tańcu dworskim, prowokacyjną kreacją z wyzywającym dekoltem, wybraną na zimno w Modzie Polskiej lub ciotczynej szafie i wkładaną tylko podczas święta pisania stylizowanych listów.

W jakim celu miałaby to robić? Sprawdziłem daty stempli pocztowych. Mój Boże, między pierwszym a ostatnim przebiegły niespiesznie niemal cztery lata! A mimo to pierwszy i ostatni (tak, początkowo przeczytałem właśnie dwa pierwsze i ostatni) miał tę samą wysoką temperaturę, i gdy później przeczytałem wszystkie, przekonałem się, że kończyły się niemal identycznie. Wierzę ukochany, że zobaczymy się już wkrótce, Twoja na zawsze A.

Dotknęło mnie ostrze słów na zawsze i zdławił niestaranny makijaż zwrotu już wkrótce. Jedne i drugie położyły dławiący cień pudru na słowach wyznań i przytłoczyły westchnienia dusznym, astmatycznym zapachem. Poczułem w ustach słonawy smak lekkiego scenariusza oszustwa, sentymentalno-seksualnej szarady, obnażonej maskarady przypominającej masakrę.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Jan Polkowski, Portier, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2019, nr 19

Przypisy

    Powiązane artykuły