16.02.2023

Nowy Napis Co Tydzień #190 / Kanon albo strzęp zapisu

Poniżej prezentujemy kolejną odpowiedź na ankietę krytycznoliteracką dotyczącą Kanonu Polskiego – tutaj znajdziesz pytania, na które odpowiada autor.

 

Pisząc o jakimkolwiek kanonie, powinniśmy pogodzić się z tym, że ani nie jest on jednolity, ani taki być nie powinien. W zasadzie każde środowisko, każdy naród czy przedstawiciele określonego kierunku literackiego pracować będą na swój kanon. Możemy jedynie mówić o książkach i autorach, które częściej lub rzadziej trafiają do kanonów.

Nawet pobieżne prześledzenie zmian w lekturach szkolnych w ciągu ostatniego trzydziestolecia jasno zaświadcza o płynności kanonu, który przez kolejnych reformatorów i reformatorki jest wykorzystywany jako nośnik wartości najistotniejszych dla nich we własnej społecznej inżynierii – chodzi o to, by zaimplementować je przyszłym obywatelkom i obywatelom, czyli o wyjątkowy popis władzy. Konstruowanie kanonu jest zawsze sposobem na kulturową dominację. Ktokolwiek ma tę moc, może germanizować, rusyfikować, polonizować, chrzcić lub ateizować – kolejność dowolna. I w tym sensie to sprawa zasadnicza, czy duża część danego kraju mówi Gombrowiczem, Twardowskim, Szymborską, Herbertem, Miłoszem, Dąbrowską czy może Tokarczuk. Jeśli zaś chodzi o samych autorów i autorki, to dla popularyzacji dykcji rzecz to ważna, ale też fascynujący jest towarzyszący kanonizacji proces korygowania życiorysów – błyskawicznie ugrzecznianych, upupianych i polerowanych do kształtu słodkiej japońskiej figurki kolekcjonerskiej.

Za mało

Bez tego zbioru oczywistości albo – jak wolałbym – aksjomatów dalsza część mojej wypowiedzi nie miałaby sensu. Jeśli coś niżej proponuję, to czynię to z perspektywy swojego pokolenia, zestawu wartości dla mnie ważnych i takich, które chętnie reprodukowałbym na resztę polskiej kultury. Skupię się na poezji, bo ją lubię. Jest też wygodnie krótka i na kanonicznych półkach nie zajmuje zbyt dużo niepotrzebnego miejsca.

Zacznijmy od pisarek i pisarzy niedostatecznie rozpoznanych. Pierwszy jest Bohdan Zadura. Choć od lat go cenimy, to jednak już dawno jego pochwały codzienności i życia takim, jakim jest dla nas dostępne, czyli bez zbędnej dobudowy insynuacji i przypuszczeń, powinny trafić bliżej twórczości najpopularniejszych polskich poetów. W naszym postrzeganiu literatury dokonał się ważny przełom, gdy Zadura porzucił stylizację klasycystyczną. Będąc jednocześnie realistą i redukcjonistą, poeta ten zabiera z naszego języka złudzenia i mary. Uczy, że pozbawione takiej sympatycznej magii myślenie może dać pewien rodzaj szczęścia umysłom odważnym na tyle, by zgodzić się na jego wersję Happy endu. Jest to przykład pisarstwa, które nie tylko odnalazło się w nowej rzeczywistości po roku 1989, ale bierze też udział w aktywnym jej konstruowaniu, kpiąc z języka zawsze, gdy potyka się on o polityczne lub kapitalistyczne frazesy. Wszystko to lekkie i zabawne, a to nie lada wyzwanie w kulturze przesiąkniętej patosem po sam szpik.

Następnie chciałbym, by więcej w naszych kanonach miejsca było dla Marty Podgórnik. Obywatelki i obywatele polscy poddani jej wierszom łatwiej pozbawią się złudzeń odnośnie do relacji międzyludzkich, które dobre są tylko od przypadku do przypadku, a w dużej części oparte są na poniżeniu, upodleniu i zupełnym braku zrozumienia dla wszelkiej inności, która nie mieści się w ich definicji tego, co ludzkie. Wszystko to wnosi Podgórnik z piosenką na ustach, nie powstrzymując się, nie hamując. Jest to podejście, które może nam jedynie wyjść na zdrowie, bo mniej oczekiwań, to też mniej zawodów, a idealizm to ostatnie, czego nam potrzeba w chwilach dokonywania trzeźwego osądu sytuacji. W dodatku Podgórnik wie, co „się nazywa mój świecie mieć gest”.

Trzeci z niedostatecznie docenionych – Jacek Dehnel. Choćby za tę kłótnię z Herbertem o płacz kochanków i za to, że mamy współcześnie swojego Boya-Żeleńskiego. Osobiście dokładam go tutaj, do jędrkowego kanonu (za co może powinienem wreszcie przeprosić wspomnianych) również za lekcję Bażanta. Za mało wyjaśniam? To sami sięgnijcie do jego tekstów poetyckich. Ja za Was czytał nie będę.

I może właśnie w tej chwili, poprzez trzy punkty kontrolne, próbuję wyznaczyć przestrzeń, której chciałbym w polskiej poezji więcej, a mianowicie styl demokratyczny, będący udoskonaloną i zbudowaną od nowa wersją klasycyzmu. Gdybyśmy młodym ludziom dali lekcję z tej trójki, to może łatwiej konstruowałoby się społeczeństwo – czy to w zgodzie z ich myślą, czy też w opozycji do niej.

Za dużo

Nie będę się rozwodził nad pisarzami, których nie lubię, których, dla potrzeb umysłowości mojej uważam za niepożytecznych lub też rażących moje poczucie estetyki czy przyzwoitości (broń wyjątkowo perfidna, ale też trudno mi sobie wyobrazić, żeby tu się kryć z wyborami ideologicznymi). By się nie uchylać, rzucam nazwiska: Podsiadło Jacek, Łysiak Waldemar i Wencel Wojciech. Czego bym nie napisał, brzmieć mi to będzie jak rodzaj intelektualnego sądu bez adwokata, więc napiszę krótko: osobiście nie polecam. Nie podam tytułów dzieł zbyt wysoko ocenianych, bo te, które przeczytałem w całości, choć później zorientowałem się, że zepsuły mi smak, pochodzą głównie od autorów sprzed 1945 roku, a to była dla moich zleceniodawców data graniczna (po ostatnim akapicie naprawdę czuję się tanim cynglem).

Arcydzieła

Z chęcią podam utwory, które uważam za arcydzielne, które konstruują mój kanon piękna i do których chętnie wracam, gdy mam okazję prowadzić zajęcia ze studentami. Nie uważam, żeby nasza literatura była na tyle bogata, by można było rezygnować z zachwytu, kiedy jest okazja.

Najpierw Andrzej Sosnowski i jego Wiersz dla Becky Lublinsky. W hołdzie dla fragmentu o świecie spadającym z leukadyjskiej skały nazwałem ten tekst strzępem zapisu. Bo przecież właśnie tym jest moja lektura i udział w ankiecie – strzępem, który chcę podać dalej „jako cytat, lekcję, algorytm, / ściągawkę, kawał, hasło w grze w głuchy telefon”. W wierszu Sosnowskiego zgubić się można jak w sieci, płynąć swobodnie za jego inspiracjami i poświęcić życie na komentowanie odniesień. Ależ by to była przygoda! Są takie portale i takie punkty dostępu, po których człowiek trafia od razu w rdzeń cywilizacji, w których zanurza się w tradycje najosobliwsze, spełniając swoją egzystencjalną potrzebę odwiedzania multimedialnej biblioteki na długie, długie lata. To kunsztowne dzieło tkania i prucia (co Sosnowski sam kiedyś nazwał swoją metodą) opowiada nam o języku, w którym nie ma jednego sensu, który złożony jest z sensów, fragmentów. Ursula Le Guin powie w Czterech drogach ku przebaczeniu, że każda wiedza jest lokalna. I poeta potwierdza to dowodem równie pięknym, jak matematyczne i logiczne równania. Jeśli któryś z polskich twórców pochodzi z kosmosu, to z pewnością jest to Sosnowski. Nic dziwnego, że tak uwielbia swego krajana Bowiego. Przy okazji, sama konstrukcja Wiersza dla Becky Lublinsky pokazuje, jak chybione są nasze próby ustalenia tego kanonu. To zawsze są kanony, to zawsze są chóry i chmury.

Drugim wierszem, który zmienia polską poezję, jest Inna róża Justyny Bargielskiej, bo tym właśnie tekstem poetka w samym centrum mesjanizmu umieszcza piękno swojej córki, które „jest jedyną nadzieją / tego świata”. W kulturze, w której kanony piękna (w tym piękna kobiet) ustalają stare i młode pryki płci męskiej, dobrze jest oddać głos kobietom. W każdej sprawie, ale szczególnie w kwestii świata, który zepsuliśmy binarnymi opozycjami o wyjątkowo fatalnym podłożu kulturowo-naukowym.

Wciąż niedostatecznie doceniony jest też wiersz Maćka Taranka boom #1, będący zapisem tego, co moje pokolenie czuło, widząc w telewizji walące się wieże World Trade Center. Dla nas skończyło się dzieciństwo, dla świata otworzyła się kolejna epoka przemocy po czasie, który promowany był jako koniec historii. W takich chwilach chciałbym zamieszkać w najstarszym ze światów Ekumeny i nie być myszą, „która pika jak serce”.

Na koniec, bo jestem humanistą i nie potrafię liczyć do trzech, jeszcze jedno niedostatecznie docenione arcydzieło. Sonet niezachodzący Leszka Onaka. Wiersz-aplikacja, który zamienił bzdurę o uniwersalnym i ponadczasowym znaczeniu literatury na wieczną aktualność wiersza. Zasysając nagłówki gazet, pyta nas poeta cybernetyczny: „Czy wyrwane z kontekstu i zestawione ze sobą nagłówki komplementarnie skonstruowanego świata informacji nie budzą niepokoju?”

Może czytelnik nie widzi w zmianie uniwersalności na aktualność wielkiego przełomu, ale to różnica zasadnicza: bo nasze postrzeganie świata, a więc także znaczenia literatury jest zawsze teraźniejsze. Patrzymy stąd w przeszłość i w przyszłość. I żadna przeszłość ani przyszłość nam się nie przygląda. Dlatego, czytelniku tego tekstu, jesteś jedynym twórcą kanonu i nikt go za Ciebie nie poukłada.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Grzegorz Jędrek, Kanon albo strzęp zapisu, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2023, nr 190

Przypisy

    Powiązane artykuły

    Loading...