27.06.2019

Nowy Napis Co Tydzień #003 / Opowieści do domyślenia

O wierszach tego rodzaju, w którym specjalizuje się Julia Szychowiak – wierszach skrajnie minimalistycznych, w oszczędnych formalnie kilkuwersowych miniaturach – trudno jest mówić i pisać. No bo jak nie zagadać książki, która ma w porywach kilkanaście tysięcy znaków, którą, gdyby czytać ją tak, jak większość prozy, skończyć moglibyśmy w niecały kwadrans? Gdyby jeszcze Szychowiak poszła na łatwiznę i wpisała swoje miniatury w jakąś prostą, chwytliwą, konceptualną ramę, gdyby całą książkę spajał jakiś eksperyment, jakaś oczywista procedura czy metoda, krytyk miałby ułatwione zadanie. Ale nie, poetka uparła się pisać „pełnoprawne”, „normalne” wiersze, które w zupełnie tradycyjny sposób „coś mówią”, coś chcą wywołać w czytelniku i skutecznie opierają się bardziej brawurowym nadinterpretacjom.

okładka książki

Nie jest więc łatwo mówić i pisać o Szychowiak – ale warto, a wręcz trzeba to robić, bo stanowi ona jeden z najbardziej błyskotliwych, a zarazem najbardziej konsekwentnie osobnych młodopoetyckich głosów. Po dwóch świetnych zbiorach wierszy – debiutanckim Po sobie oraz Wspólnym języku – poetka zaliczyła literackie potknięcie w postaci Intro z 2014 roku, które okazało się książką praktycznie pozbawioną redakcji, pełną nietrafionych dowcipów, rodzajem poetyckiego notatnika czy brudnopisu. Teraz Szychowiak wraca z książką przemyślaną i precyzyjną. Dni powszednie i święta z konieczności nie są tak odkrywcze, jak dwie pierwsze książki autorki, ale czyta się ten tom z dużą przyjemnością, jest pociągająco niejednoznaczny, błyskotliwy, odważny (o tym za chwilę) i, może przede wszystkim, na tle polskiej poezji współczesnej – i tak przecież fantastycznie zróżnicowanej – nadal bardzo osobny.

*

Żeby zrozumieć, na czym osobność Szychowiak polega, warto chyba zacząć od pytania: co uspójnia kolejne wiersze Dni powszednich i świąt? Dlaczego czytelnik przeczuwa wyraźną ciągłość między tymi kilkuwersowymi miniaturami, które na pierwszy rzut oka łączy tylko wspomniany minimalizm? Zmieniają się przecież tematy – Szychowiak pisze o rodzicach, o wspomnieniach z dzieciństwa, o własnej cielesności, o kontakcie z tłumem; zmienia się, mimo ogólnie stonowanej atmosfery, dominujący afekt czy nastrój – od melancholii i nostalgii przez irytację po podskórny niepokój; zmienia się wreszcie stopień przejrzystości – znajdziemy tu i utwory bardzo klarowne (Co mnie wzrusza; Wiersz o miłości, ostatni w tomie), i wiersze bardziej urywkowe czy enigmatyczne:

Przedostatnie pożegnanie

Spotkaliśmy się w czerwcu, bo w lipcu już nie żył.
Zostawił mnie z pytaniem,
na które miałam odpowiedzieć.

Co owe wiersze mają więc ze sobą – poza minimalizmem – wspólnego? Naprowadza nas na to najdłuższy (i niezatytułowany) utwór pomieszczony w tomie, jeden z zaledwie dwóch, które mają ponad siedem wersów:

Bawiliśmy się na jakiejś budowie,
potknęłam się i rozcięłam sobie łydkę,
koledzy zanieśli mnie do domu.

Mamy nie było, była w szpitalu,
ojciec zrobił mi opatrunek z podpaski
i do niej zawiózł.

Lekarz zapytał, czy zbliża mi się miesiączka,
bo krwawienie jest bardzo obfite.

Nie zrozumiałam, o co pyta.

Kiedy założył szwy, poszłam do mamy,
piętro wyżej, po kilka mandarynek.

Jest to w oczywisty sposób utwór narracyjny; co więcej, cała jego konstrukcja czy kompozycja służy wyostrzeniu wrażenia, że oto poetka opowiada nam ważną dla siebie historię, że znajdujemy się w trybie fabularnym. Każda z pięciu strof opisuje dający się wyodrębnić kluczowy punkt (mikro)opowieści: wypadek; reakcja ojca; wizyta u lekarza; zagubienie bohaterki; spotkanie z matką. Podobnie każdy wers służy wyizolowaniu bardzo konkretnej czynności czy zdarzenia, opisując je w najbardziej oszczędnej formie: bawiliśmy się; rozcięłam łydkę; koledzy zanieśli mnie do domu. Mamy nie było; ojciec zrobił opatrunek; zawiózł do szpitala. Lekarz zapytał, bo krwawiłam. Nie zrozumiałam. Założył szwy, poszłam do mamy. Autorka przeprowadza nas nawet nie tyle przez opowieść, co przez jej ramowy plan – unika zdań podrzędnie złożonych (używa ich tylko w dwóch miejscach) i tylko w jednym wersie – ostatnim – rezygnuje z czasowników. Rytm, tempo całości wydaje się przez to nawet nie tyle recytowany czy skandowany, co – z braku lepszego określenia – dukany; naraz powściągliwy i jakby celowo trochę nieporadny (chociaż wiersz skonstruowany jest bardzo precyzyjnie).

Wszystko to Szychowiak robi niejako na przekór domyślnemu czytaniu minimalistycznej poezji; jako czytelnicy mamy skłonność do odbierania wierszy-miniatur w trybie impresyjnym albo konfesyjnym; jako zwierzeń, zapisów chwili, aforyzmów czy kontemplacyjnych wyimków. Szychowiak pokazuje tymczasem, że taki wiersz pomieścić może konkretną, pełną (chociaż podaną w oszczędnej formie), niewybrakowaną opowieść.

Autorce Dni powszednich i świąt nie chodzi jednak o literacki popis, o proste dowiedzenie czegoś czytelnikowi. Szychowiak ma tu bardzo konkretny cel. Połączenie miniaturowej formy z narracyjną konstrukcją pozwala na charakterystyczny dla jej wierszy efekt: poczucie, że chociaż poetka niczego przed nami nie ukrywa, właściwy temat czy przedmiot tekstu pozostaje ciągle na drugim planie; niezupełnie poza zasięgiem,a jednak dostępny tylko za pomocą domysłów i przeczuć. W przypadku przytoczonego wyżej wiersza oczywiste jest przecież, że opowieść ostatecznie dotyczy nie tyle wypadku bohaterki, co jej relacji z matką (i powodu, dla którego ta ostatnia znalazła się w szpitalu); to historia nie tyle ukryta, co wymagająca od czytelnika drugiego spojrzenia.

Raz rozpoznany, cały ten mechanizm – połączenie jasnej narracji i poetyckiego minimalizmu, splatanie dwóch opowieści, jawnej i mniej jawnej, w jednej kilkuwersowej miniaturze – odnajdujemy w wielu, jeśli nie we wszystkich wierszach nowego tomu Szychowiak. Za każdym razem do rąk dostajemy kilka punktów, pozornie arbitralnie czy losowo wyciętych z dłuższej opowieści; opowieści, którą możemy (a wręcz musimy) spróbować zrekonstruować, chociaż nigdy nam się to oczywiście w pełni nie uda:

Byłam z kobietami i z mężczyznami,
byłam za kobietami i za mężczyznami.

Wpatruję się w żółty rzepak,
nie potrafię
przestać.

Czasem opowieść snuta jest w oparciu nie o jeden wiersz, a o kilka; jest tak na przykład z utworem Siedem dni, który stanowi luźne przetworzenie Dochodzenia z debiutanckiej książki. Mamy więc do czynienia z miniaturową metanarracją – historia, którą rekonstruujemy, zdarza się nie w wierszu, a w przesunięciu pomiędzy wierszami.

W rezultacie książka Szychowiak jawi się przede wszystkim jako opowieść o czasie; przede wszystkim o (wspomnianej w tytule) powszedniości,a miejscami również o (wspomnianych w tytule) świętach, czasach niecodziennych. Nawet lektura spisu treści potwierdza to odczytanie: Niedziela handlowa, Tamte dni, 32 jesienie mojego życia, Wspomnienie lata, Przedostatnie pożegnanie – niemal każdy tytuł przypomina, że w centrum poetyckich zainteresowań jest tu upływ czasu.

Powiedzmy może precyzyjniej: nie tyle jego upływ, co nieregularność. W mikropowieściach Szychowiak na pierwszy plan wysuwa się bowiem arbitralność, z jaką autorka wybiera znaczące zdarzenia – to znaczy te, między którymi rozpina się niedopowiedziana, „domyślana” przez czytelnika na bieżąco narracja. Stąd ciągłe wrażenie po stronie czytelnika, że rytmem historii rządzi jakaś nie do końca znana (może zupełnie przypadkowa) siła, że czas zagęszcza się i rozrzedza i każdy punkt opowieści może się okazać kluczowy.

*

Jest we współczesnej polskiej poezji kilka fantastycznych minimalistek. O autorkach takich jak Julia Szychowiak, Klara Nowakowska czy Ilona Witkowska dużo napisano już i z osobna, i w różnego rodzaju zestawieniach. O ile są jednak między nimi niezaprzeczalne podobieństwa i łączności (w wypadku Szychowiak większe bodajże z Nowakowską, obie czerpią bowiem z poetyki Krystyny Miłobędzkiej niż z Witkowską, której z kolei zdecydowanie bliżej do Marcina Sendeckiego), o tyle pozostają ostatecznie poetkami bardzo osobnymi.

Tym, co stanowi o osobności Szychowiak, jest narracyjna wyobraźnia. Moglibyśmy powiedzieć, ryzykując drobne, ale konieczne uproszczenie, że Nowakowska myśli przede wszystkim obrazami, Witkowska – relacjami, Szychowiak zaś – opowieściami.

Wszystkie te projekty są na swój sposób odważne – świadomie narażają się na niezrozumienie czy lekceważenie, by nagiąć do swoich potrzeb poetycką formę, by zrobić z nią coś niekoniecznie całkowicie „oryginalnego”, ale w kontekście współczesnej literatury świeżego i nieoczywistego. Nowa książka Szychowiak wymaga od odbiorców wnikliwości i cierpliwości – łatwo prześlizgnąć się po jej powierzchni, przeoczyć co ciekawsze zabiegi, przeczytać w piętnaście minut i zbyć. Dla uważniejszych czytelników jest tu jednak wiele do odkrycia. Dla nich będzie to nadal tom dość lekki, dość klarowny, zachęcający i zapraszający, ale zarazem odkrywczy i złożony.

Julia Szychowiak, Dni powszednie i święta, Biuro Literackie, Wrocław 2018.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Paweł Kaczmarski, Opowieści do domyślenia, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2019, nr 3

Przypisy

    Powiązane artykuły