27.02.2020

Nowy Napis Co Tydzień #038 / Jestem tym, co czytam

Wiemy już, czym była dla ciebie edukacja formalna. Na szczęście dojrzewanie w dużym stopniu związane jest też z edukacją nieformalną, z własnymi lekturami. Co czytałeś w czasach nowohuckich?

Powiedział trzeźwo poeta: jesteśmy tym, co czytamy. Pamięć i język tworzą z nas ludzi, więc można również powiedzieć: jesteśmy tym, co pamiętamy, i jesteśmy tacy, jakiego używamy języka. Podstawową treścią pamięci jest kultura, która żyje w nas głównie przez lektury. Pamięć o przeszłości, doświadczenia i przemyślenia przodków towarzyszą nam dzięki książkom, budują nas do ostatniego tchnienia i przesądzają o jakości człowieczeństwa. Miałem wielkie szczęście, bo zakochałem się w książkach. Po dziecięcej klasyce (Konopnicka, Brzechwa, Tuwim, Mickiewicz, Krasicki, Fredro), którą braciom i mnie czytali nasi tradycyjni rodzice, już samodzielnie przeszedłem do książek z półek pomocnika stojącego w stołowym pokoju. Pierwszy był Sienkiewicz. Ogniem i mieczem przeczytałem, mając dziesięć–jedenaście lat, i dzisiaj jestem pewien, że lektura trylogii, w dużej mierze podświadomie, wpłynęła na kształt mojej emocjonalności i tożsamości, na odczuwanie, a potem rozumienie polskości. Choć jako dziecko traktowałem tę epopeję przede wszystkim jako książkę przygodową. Zamiłowanie do tradycji, emocjonalny związek z polskim losem i – używając języka ludzi niechętnych Polsce – demon patriotyzmu zostały mi wszczepione w sposób najprostszy, a zarazem najbardziej skuteczny i potem dyskretnie pomagały mi rosnąć duchowo i powoli, krok po kroku rozumieć, kim jestem. Nie znaczy to, że Polskę i siebie już znakomicie poznałem i zrozumiałem. Nadal jestem w drodze. Nie dziwię się jednak, że ci, których świeżo dokooptowano do europejskiej oligarchii i których drażni polskość, rugują Sienkiewicza z programów szkolnych. Wetknięty w jego miejsce jakiś uniwersalny pisarz (jeden z posłów Platformy Obywatelskiej proponował, by zaściankowego ksenofoba Mickiewicza zastąpić niemieckim Europejczykiem Stefanem Georgem) pozbawi nas tożsamości i wtedy z plasteliny naszych nielicznych dzieci inżynierowie postępu ulepią spolegliwych podludzi. Wybór trylogii był oczywisty, bo w domu poza książkami Jacka Londona, Jamesa Olivera Curwooda, Marka Twaina czy Księgą dżungli Rudyarda Kiplinga nie było lektur dla młodzieży (np. książek Szklarskiego). Pierwszy raz Ogniem i mieczem czytał nam ojciec, podobnie jak Pana Tadeusza. Fascynowała mnie zwłaszcza Bitwa. Przeczytałem stos powieści Kraszewskiego, Rodziewiczównę, o której tak ciepło pisał Miłosz. Jednak najsilniej wpłynął na mnie Żeromski, którego Syzyfowe prace, opowiadania, Popioły i Przedwiośnie przeczytałem wcześnie, jeszcze zanim część z tych książek miałem poznać w ramach obowiązku szkolnego. Myślę, że dogłębnie przesiąknąłem żeromszczyzną, co między innymi oznacza, że ukształtował się we mnie podobny typ wrażliwości na polskie, a także społeczne sprawy. Kiedy szukałem odpowiedzi na pytanie, dlaczego znalazłem się w opozycji, dlaczego ryzykowałem, dlaczego nie pozwoliłem cenzurować swoich utworów, doszedłem do wniosku, że głównymi sprawcami byli Chrystus i Żeromski.

Dość zaskakujące zestawienie…

Dla mnie dość naturalne. Wiem, że wypada raczej powiedzieć, że wychowałem się jak wszyscy na Gombrowiczu, i tym samym zaliczyć siebie do intelektualnej elity (a przy okazji ludzi o innej duchowej historii z niej wykluczyć). Ale cóż poradzę na to, że dla mnie Gombrowicz wielkim pisarzem był i mnie zachwycał tylko podczas pierwszego spotkania, podczas drugiego już niczym nie zaskakiwał, a przy trzecim nużył. W Żeromskim były mi bliskie lojalność wobec Polski i dążenie do odzyskania niepodległości oraz nadzieja ulokowana w ludzie czerpiącym siłę z wiary chrześcijańskiej. Jego wzorem zachowuję również daleko idącą nieufność w stosunku do elit. Pismo Święte zakorzeniło się we mnie głęboko na poziomie religijnym, kulturowym i literackim. Fragmenty odczytywane podczas mszy osiadały we mnie, mościły się głęboko jako świadectwo historii i treść przesłania Boga-człowieka Jezusa Chrystusa i równocześnie na poziomie języka, symboli, obrazowania, melodii. Myślę, że jest to fundament kultury polskiej, który wspiera mnie w sposób niepodważalny i ostateczny. Jestem pewien, że wyczulenie na piękno języka i przywiązywanie wagi do sposobu jego używania skutecznie ukształtowała we mnie właśnie piękna poezja Biblii. Mocniej niż mistrzowski język Sienkiewicza i pękająca od emocji fraza Żeromskiego. Szkoda, że niektórzy tłumacze wkładają sporo pracy, by ten niepowtarzalny, a ich zdaniem „anachroniczny” biblijny tekst uczynić „bardziej zrozumiałym dla współczesnego czytelnika”. Wielkość kultury chrześcijańskiej podtrzymuje religię, a dobrze oddana po polsku Biblia jest najcenniejszym klejnotem w jej koronie, Księgą Ksiąg, arcydziełem absolutnym. Gdybym miał zabrać ze sobą tylko jedną książkę na bezludną wyspę, byłoby to Pismo Święte. Musiałbym zrezygnować z wielu wysoko cenionych przeze mnie książek, z Pana Tadeusza, poezji Herberta czy Mandelsztama, esejów Zygmunta Kubiaka czy powieści: Mistrza i Małgorzaty, Dżumy i Obsługiwałem angielskiego króla. Te książki (i sporo innych) zasługują na wielokrotną lekturę, ale nawet najwspanialsza powieść Hrabala nie wyczerpuje i nie wypełni wszystkich zakamarków najzwyklejszego nawet życia. Bez blasku i siły kultury Kościół stanie się sektą. Wypada więc zastanowić się głębiej nad konsekwencjami przerabiania arcydzieła na opowiastkę w uproszczonym języku o ograniczonym zasobie słów, „by współczesny człowiek mógł ją zrozumieć”. To jest rodzaj bezbolesnego i niezbyt dobrze przemyślanego samobójstwa na poziomie kultury i wiary.

Biblia, Sienkiewicz, Żeromski – te dzieła były ci w jakiś sposób dane „z góry”, choć w różny sposób. A co z własnymi poszukiwaniami, wyborami?

Czytałem masę poezji. Po przełomie grudniowym wydawcy nadrabiali zaniedbania, czy raczej efekty ideologicznej poprawności. O czym wiele osób nie chce już pamiętać, twierdząc, że PRL po 1956 roku był oazą wolności. Dopiero w 1971 roku można było wreszcie kupić wybór wierszy Osipa Mandelsztama. Niepełny, pozbawiony późnych wierszy, ale jednak. Od tego czasu jego poezja towarzyszy mi stale. Śledziłem też nową polską poezję: twórczość Barańczaka, Krynickiego, Zagajewskiego. Mogę powiedzieć, że się z nią zaprzyjaźniłem, chociaż bardzo różniłem się od tych poetów. Gdy zacząłem pisać, robiłem to, używając własnego kompasu. Zawsze byłem niepoprawnym kochankiem Ojczyzny i ten intymny związek oddalał mnie od nowofalowej fascynacji kontrkulturą, a tradycyjny katolicyzm chronił przed lewicowymi ciągotami i fobiami. Nie musiałem dorastać do stwierdzenia, że dramat narodu przewyższa dramat języka i że obydwa są ściśle ze sobą związane.

A jeśli chodzi o wcześniejszą polską poezję? Czy jest ktoś, kto jak Mandelsztam towarzyszy ci przez całe życie?

Z upływem czasu coraz mocniej istnieją we mnie Mickiewicz i Jan Kochanowski, ale pierwszą książką, którą

Okładka

kupiłem z kieszonkowego i od której zacząłem kompletować własną bibliotekę, było Regio Tadeusza Różewicza. To poeta, do którego wracam i nie mam wątpliwości, że wraz z Herbertem i Miłoszem tworzą trójkę wielkich poetów drugiej połowy XX wieku. Swego czasu budził we mnie sprzeciw izolacjonizm Różewicza, drażniąca ucieczka od dramatu polskiego istnienia, zastępowanego nieco sztucznym abstrakcyjnym uniwersalizmem. Denerwował mnie ostentacyjny dystans do nędzy komunistycznej okupacji i planowego wyjaławiania kultury polskiej. Ukłon Różewicza w stosunku do komunistów był lekki, nie tak głęboki, jak to się zdarzyło większości twórców, ale uwzględniał rytualną krytykę sanacyjnej przeszłości, strasznego mieszczaństwa i wychwalanie zbawczego charakteru komunizmu. Gdy obroża cenzury stawała się luźniejsza, Różewicz z konsekwencją towarzyszył problemom wolnego świata wypranym z problemów okupowanego kraju i sowiety­zowanej kultury. W ten sposób z łatwością pozyskiwał

Okładka 

przychylność krajowych i zachodnich krytyków. Pamiętam, że bardzo mnie rozdrażnił jednym z felietonów opublikowanych w „Odrze” w latach 70., w którym stwierdził, że bardziej pochłania go kupowanie groszku i marchewki oraz śledzenie arytmii własnego serca niż jakieś tam ideowe, społeczne perypetie. Ta redukcja pola obserwacyjnego człowieka, choć na szczęście w mniejszym stopniu poezji, do narcystycznej prywatności, do fizjologii zawstydzała mnie i wydawała się poniżać wielkiego poetę. Groszek i obsesja cielesności, umierania były rodzajem bezpiecznej, a może i przyjemnej klatki, w której Różewicz uwięził własnego ducha. Jego eskapizm, zważywszy na kontekst opresji komunistycznej, może być interpretowany jako oportunizm. Do dzisiaj zastanawiam się, co myślał poeta, pisząc „zdradziłem siebie, uratowałem ciało”. Miłosz służył komunizmowi czynnie, czerpiąc ze służby życiowe przyjemności, ale mimo to spośród wielkiej trójcy poetów Różewicz budzi we mnie największe pomieszanie.

Jak to należy rozumieć?

Miłosz, gdy minęła młodość i wybrzmiały niepokojące i porywające Trzy zimy, zaczął w poezji opowiadać historie, prezentować poglądy. Są tacy, którzy twierdzą, że to zaprzeczenie poezji, bo wiąże się z rezygnacją z wolności języka, szacunku dla jego tajemnic i, co najważniejsze, z odejściem od muzyczności. Nie przekonują mnie te argumenty. Język zawsze pozostaje muzyką, zwłaszcza jeśli jest właściwie użyty. Do śpiewu nie potrzebuje rymów i dystychów. Biografia Miłosza zawiera niestety wszystkie fascynacje, błędy i oportunizm, które były tak popularne wśród polskich pisarzy drugiej połowy XX wieku. Przed wojną komunizował i już do końca swoich dni był zaplątany w lewicowo-oświeceniowy arystokratyzm. Zaangażował się w PRL, służył okupantowi, dbając w Waszyngtonie o dobry wizerunek przysłanego z Moskwy motłochu, który znęcał się nad Polską. Zamiast jeść zgniłe dorsze, wiódł światowe życie w służbie tych, którzy wyrywali paznokcie. I nie mogę obronić się przed interpretacją, że robił to, dopóki wynikała z tego jakaś interesująca perspektywa życiowa. Miłosz nie widzi nic nieprzystojnego we wspominaniu, jak Adam Ważyk w mundurze NKWD załatwił mu od ręki mieszkanie w Krakowie. Wyniesienie ponad miejscowy i repatriancki lud i strach urzędników na widok Ważyka w sowieckim mundurze chyba naprawdę go bawił. Pisarze byli zachwyceni głaskaniem po głowie przez Jakuba Bermana i uważali za rzecz do przyjęcia, by utrzymywało ich Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego, jak to było z Tuwimem. Zachwycony karierą pisarza Stryjkowski służył niewolnictwu w Polskiej Agencji Prasowej czy walcząc z włoską demokracją jako pracownik ambasady PRL. Ideowa solidarność z wyborami młodości miała zapewne znaczenie, chociaż myślę, że wraz z rosnącym terrorem musieli wspierać komunizm w coraz większym stopniu cynicznie. Bardziej bali się utraty pozycji i przywilejów niż porzucenia ideałów młodości. To ich odmładzało, a potęga Związku Sowieckiego, którego wpływy na Zachodzie osiągnęły apogeum, utwierdzała w przekonaniu, że stoją po stronie zwycięzców nie tylko ideowych i niczym nie ryzykują. I ponad wszystko pragnęli publikować, być zawodowymi pisarzami, widzieć w księgarniach swoje nazwiska, zgarniać spore honoraria i słyszeć oklaski za swój obywatelski bieg do Fragalà. Miłosz, służąc okupantowi, niewiele ryzykował. Wtedy na Zachodzie być marksistą, nawet legitymizującym sowiecki porządek w Polsce, było dobrym rozwiązaniem dla kogoś marzącego o poważnej karierze intelektualisty. Antykomunizm, nawet lewicowa krytyka zbrodni stalinizmu były niepopularne, zepchnięte na otoczony ostracyzmem margines. Gwarantowały odrzucenie przez elity zakochane w stalinowskiej inżynierii zarządzania konserwatywnym motłochem. Inny świat Herlinga nie mógł znaleźć wydawcy, tak jak książka Mackiewicza o Katyniu czy Folwark zwierzęcy Orwella. Zgłupiała nie tylko Europa. Elity amerykańskie w latach 40. i 50. również przeżywały fascynację komunizmem, by nie wspominać faktów głębokiej infiltracji środowisk artystycznych przez sowieckie służby.

Niestety nie wszyscy wiemy…

Z książki prof. Mieczysława Biskupskiego Nieznana wojna. Hollywood przeciwko Polsce wyłania się przygnębiający obraz zsowietyzowanych mentalnie i przeżartych sowiecką agenturą elit kulturalnych w USA, zwłaszcza związanych z filmem. Amerykanie, którzy służyli stalinowskiemu komunizmowi w latach 40. i 50., nawet na początku XXI wieku chętnie oświadczają publicznie, że dokonali słusznego wyboru, stając po stronie Stalina. Dzisiejszy ethos ludzi filmu amerykańskiego ma swoje korzenie wprost w tamtych wyborach i uległym poddaniu się sowieckiemu czarowi i manipulacji. Ale gdy po wystąpieniu Chruszczowa czerwony lewar zaczął działać słabiej – wtedy, rzecz jasna, wypadało zostać rewizjonistą, krytykować Moskwę za dogmatyzm, napomknąć o niesłusznie zamordowanych towarzyszach (bo już nie o słusznie wybijanych patriotach), a nawet wybrać wolność.  

Miłosz z komunistycznej dyplomacji zrezygnował wcześniej.

W 1951 roku, dwa lata przed śmiercią Stalina. Był mądrzejszy od ludzi o mniejszym talencie i jeszcze mniejszym wyczuciu epoki. On lepiej rozumiał i interpretował jej zmienny klimat, ewolucję idei i sens czasu. To specjalność poetów, by nie powiedzieć – wieszczów. Jednak oświeceniowym postępowcem pozostał. Po 1990 roku, w czasie galopującej liberalizacji i laicyzacji, ostrzegał przed niebez­pieczeństwem katolickiej chomeinizacji Polski. W Polsce trwał festiwal prymitywnych drwin i bezpardonowych ataków na Kościół, rugowania religii z przestrzeni publicznej. Polskę kolonizowano finansowo i majątkowo, a poeta dramatycznie przestrzegał naród przed Matką Boską. To nie była chwila słabości wieszcza, to było ideologiczne zaślepienie, wyraz solidarności panów obawiających się rokoszu poddanych, których już nie wypada internować.

Co Miłosza czyni wielkim poetą? Pytanie trochę jak z Gombrowicza, ale akurat poecie warto je zadać.

Miłosz jest wielkim, niedościgłym mistrzem języka polskiego, wielkim smakoszem świata, poetą pełni życia, który w wielkiej poezji potrafił pokazać, jak człowiek dzięki intelektowi i zmysłom może stworzyć z tym światem piękną, złowrogą, ale oszałamiającą urodą harmonię. Swoje obserwacje i przemyślenia wyrażał w języku olśniewającym, najwspanialszym. Miłosz myślał o sobie jako o współczesnym Kochanowskim i bardzo chciał odegrać w historii literatury, a zwłaszcza w historii języka polskiego, taką samą rolę jak mistrz z Czarnolasu. Nie było to oczywiście możliwe, bo przed Kochanowskim język poetycki – czy szerzej polski język literacki zdolny do opisania świata – nie istniał. Kochanowski przeprowadził nas z niemoty do hymnu, od zgrzebnego lnianego płótna do adamaszku polszczyzny. Ale poza tą historycznie uwarunkowaną różnicą Miłosz niewiele się mylił. Jego ambicja była godna podziwu i przyniosła interesujące plony. Miłosz przetłumaczył między innymi spore fragmenty Pisma Świętego. Nadać największemu dziełu naszej kultury współczesny kształt językowy to oznacza stworzyć język zdolny do opisania wszystkich wymiarów dzisiejszego człowieka i świata. Inaczej mówiąc, Miłosz chciał, by jego twórczość była pomostem, po którym język Kochanowskiego i innych poetów tworzących do końca XX wieku, cała polska kultura powędrowałyby ku przyszłości. Chciał wyposażyć XXI wiek w to wszystko, co język polski w swoich spichlerzach zebrał przez tysiąc lat. Ocalić w swojej polszczyźnie całe dziedzictwo i podarować je przyszłym pokoleniom. To był jeden z powodów, dla których zaczął tłumaczyć Pismo Święte. Bo jeśli chciał odegrać rolę podobną do Jana z Czarnolasu, to musiał użyć takich środków, jakich używał wielki poprzednik. Kochanowski tłumaczył Psalmy. Miłosz również je tłumaczył, ale potem wstawał od biurka i bredził o chomeinizacji, następnie pisał list do Ojca Świętego i Traktat teologiczny. Czy pomylił się, źle zainwestował swój talent, bo chrześcijaństwo w Polsce wkracza w erę schyłkową? Mam nadzieję, że nie.

Tylko czy rzeczywiście udało mu się odcisnąć aż takie piętno na języku polskim? Przecież jego recepcja w kraju ograniczała się do wąskich elit. Był aż do Nobla poetą zakazanym i stosunkowo mało czytanym.

To błędna ocena. Tom Ocalenie, wydany w 1945 roku, był ogólnie dostępny, a jego emigracyjne książki przewożono do kraju w sporych ilościach. Nakłady Miłosza wydawanego w podziemiu były wyższe niż nakłady poetów wydawa­nych oficjalnie. To pewnie mało znany fakt, ale standardowy nakład tomu poetyckiego wynosił wówczas w wydawnictwie państwowym osiemset egzemplarzy, a w podziemiu podstawowy nakład wynosił dwa–trzy tysiące. Oczywiście był to najczęściej obieg ograniczony do większych miast, zwykły człowiek na prowincji nie miał wielkich szans, by dotrzeć do podziemnej książki. Ale przez całe lata 80. Miłosz był już drukowany w państwowych wydawnictwach w setkach tysięcy egzemplarzy. Suma nakładów książek Miłosza to raczej miliony niż tysiące egzemplarzy. Czy są nadal czytane? Nie wiem – ja czytam. Fakty dowodzą, że miał nieporównywalną z kimkolwiek żyjącym współcześnie możliwość wpływania na język, kulturową świadomość, tożsamość.

Wspomniałeś, że od lat 70. do dziś towarzyszy ci trzech wielkich poetów. Różewicz, Miłosz i Herbert? Najmniej kontrowersyjny.

Herbert w porównaniu do dwóch pozostałych to postać harmonijnie czysta. Nie wlecze za sobą wątpliwych wyborów moralnych i ideowych czy mętnych fragmentów biografii. Był najzwyczajniej wierny wartościom, dziedzictwu kultury, losowi wspólnoty narodowej i nigdy nie opowiedział się po stronie choćby najbardziej obiecującego, postępowego czy najmniejszego nawet zła. Budował w języku polskim lojalność wobec moralnej mądrości, fundamentów tradycji i dobrego smaku. Nie prowadził z odwilżowym Szmaciakiem i liberalnym Gnomem gry o sławę, stypendia i posady za cenę poparcia lub chociaż przyzwolenia na sowiecką okupację Polski. W odróżnieniu od Różewicza i Miłosza przez większość życia nie pisał wierszy w pierwszej osobie. Stosował lirykę roli, budował racjonalność, historiozoficzny sens i analityczny dystans, a mimo to jego poezja niesie w sobie dramatyczne napięcie swojego czasu i wydaje mi się genialnie spleciona z dramatem drugiej połowy XX wieku. Ten, moim zdaniem, pozorny dystans do współczesności wzmacniał zapładniające napięcie między polskim losem a doświadczeniem uniwersalnym, pogłębiał sensy wierszy, których kształt nigdy nie otarł się o „pianę gazet”. Jeden z krytyków powiedział, że nie lubi Herberta, bo jest chłodny, anonimowy, pozbawiony emocji. To nieporozumienie, bo chłód Herberta jest pozorny. To liryka pisana na najwyższej strunie, ale pozbawiona egzaltacji i narcystycznych żali. Posługując się uniwersalną przypowieścią, dociera do zakamarków indywidualnego losu. Różewicz sumiennie uciekał od Polski, chował się przed pamięcią i chyba również przed miłością (z wyjątkiem miłości do żony). Prawdopodobnie nie miał nadziei, że okupacja sowiecka może upaść w przewidywalnym czasie. Demonstracyjnie oświadczał – nie obchodzi mnie „Solidarność”, nie obchodzi mnie dążenie do wolnej Polski. Co więcej, w jego utworach słychać było ironizowanie na temat tych, którzy podnosili głowę, chcieli zachować pamięć i twierdzili, że bez zasad moralnych również w naszych czasach nie sposób być ani pełnym człowiekiem, ani artystą. Było w tej postawie coś depresyjnego, godnego współczucia. Jakaś czarna rezygnacja. Natomiast Herbert w sposób wyważony i jasny zajmował stanowisko w sprawach publicznych. Po stronie słabszych, w imię wolności słowa, wolności ludów. Był strażnikiem wspólnoty europejskiej i uczestnictwa w niej polskiej kultury i historii, zdystansowanym do prymitywnego modernizmu i barbarzyńskiej kultury masowej.

Czy taka akceptacja nie przeszkadza w dialogu? Czy nie hamuje twórczej inspiracji? Panuje modna opinia, że tylko spór jest twórczy, a najlepsza jest sytuacja, gdy pisarz opiera swe istnienie na wątpliwościach, podważa osiągnięcia poprzedników i nawet własną twórczość, wątpi we wszystko.

Nie wydaje mi się, żeby to był słuszny pogląd. Do dość obrzydliwych tez propagandowych zaliczam sugestię, że pewność i stałość przekonań ideowych, religijnych, politycznych, konsekwentne trwanie przy podstawowych wartościach, które powinny przyświecać człowiekowi w stosunkach ze światem, jest wadą i przeszkadza mu, zwłaszcza w jego artystycznych poszukiwaniach. Podawanie w wątpliwość przydatności we współczesnym świecie kategorii piękna, dobra i prawdy, podziw dla destrukcji, wiara w kalejdoskop nicości mają być rzekomo postawą godną twórcy. Twórcy niezależnego, to znaczy zużywającego siły na pogoń za poklaskiem wyobcowanych elit i nicością. To paradoks, że w czasach rozpadu i rozkładu, obumierania i amnezji szukanie stałych punktów oparcia, ciągłości kultury, pamięć o dziełach mistrzów i losach umarłych, zachowanie tradycyjnego obyczaju naraża na odrzucenie, marginalizację, śmieszność. Jestem pewien, że w czasach etycznego i estetycznego chaosu tylko konserwatywne podejście do kultury, tylko dialog z bogactwem przeszłości może uchronić nas przed bałwochwalstwem i przed tożsamościową anihilacją. Bez żywego, autentycz­nego dialogu ponad czasem wydrążona kultura, podlana poczuciem wyższości i kpiną, zdycha. Systemy totalitarne zawsze zaczynały od zrywania ciągłości kultury. Dzisiaj mówi się, że wolność w sztuce jest wolnością właśnie od skostniałej tradycji, ucieczką od zniewolenia pamięcią, od spleśniałej hierarchii dzieł wiecznych. Szekspir podobno nie ma nic do powiedzenia współczesnemu człowiekowi, w przeciwieństwie do twórców graffiti. Konserwatywne spojrzenie na kulturę nie wynika z wyboru ideologicznego, lecz pragmatycznego, jedynego, który daje człowiekowi szansę oparcia i przetrwania. I jeśli lewicowiec, pacyfista, zielony czy postępowiec innej barwy nie chce być wrogiem kultury, musi mieć do niej konserwatywny stosunek, to znaczy chronić pamięć i ciągłość. Nawet jeśli będzie jej używał wyłącznie do ostrej krytyki. Bez zachowania grecko-rzymskiego i chrześcijańskiego dziedzictwa staniemy się automatami stojącymi przy chińskiej taśmie produkcyjnej ustawionej na zaśmieconym zapleczu meczetu.

Czy miałeś jakieś osobiste relacje z kimś z tej wielkiej poetyckiej trójki?

Zawsze byłem literackim outsiderem. Miłosza i Różewicza wprawdzie poznałem, ale uważałem, że wystarczą mi lektury, oczekiwanie na wiersze w czasopismach i nowe książki. Taka forma znajomości była dla mnie bardziej naturalna i bezpieczna, bo mówiąc prawdę, trochę obawiałem się poznawać bliżej wybitnych pisarzy, podejrzewając, że to zakłóci obcowanie z ich dziełami. A mając obsesję na punkcie niezależności, z pewnością nie nadawałem się na członka dworu. Herbert zadzwonił do mnie na początku lat 90. z propozycją, bym wydrukował kilka jego wierszy w mojej gazecie „Czas Krakowski”. Zrobiłem to z przyjemnością w dodatku literackim, który redagował Krzysztof Koehler. Wśród kilku utworów opublikowanych przez „Czas” znalazł się słynny wiersz Chodasiewicz, który wywołał w tamtych latach oburzenie salonu.

Bo choć Herbert nie zajmował się – jak wspomniałeś – bieżącą polityką, to jednak w tym przypadku jego głos w sporze z Miłoszem miał reperkusje zgoła nie-poetyckie.

Oczywiście opanowana przez lekką histerię elita uważała za stosowne stanąć w obronie niegodnie zaatakowanego Miłosza. Z tego powodu Herbert nie mógł tego wiersza wydrukować gdzie indziej i trafił do gazety wydawanej przez oszołoma w Krakowie. Po publikacji w „Czasie” spotkałem Ryszarda Krynickiego, wybitnego poetę, którego wiersze zawsze przeżywałem w szczególny sposób. Wydałem zresztą dwie jego książki poetyckie w podziemiu. Niewiele więcej ozdobione rysunkami Leszka Sobockiego własnoręcznie drukowałem w technice sitodruku, a Nasze życie rośnie z ilustracjami Jana Sawki zostało wydane bardzo elegancko na offsecie w nakładzie pięciu tysięcy egzemplarzy. I właśnie tak ważny dla mnie Ryszard Kry­nicki, człowiek o emploi świętego Franciszka, powiedział mi wtedy, że popełniłem błąd, bo wiersz Chodasiewicz nie powinien się ukazać. Zrobiłem tą publikacją krzywdę obu poetom – Herbertowi i Miłoszowi. Przyznam, że mnie to zaskoczyło. Krynicki był nie tylko poetą-opozycjonistą wobec systemu, ale sam doświadczył zakazu druku i musiał publikować poza obiegiem oficjalnym. Był również podziemnym wydawcą, a więc czynnie walczył o wolność słowa, zwłaszcza słowa poetyckiego. I nagle ktoś, kto w podziemiu wydał książkę Giennadija Ajgiego, czuwaskiego poety, którego twórczość w Związku Sowieckim nie ujrzała światła dziennego, powiada, że powinienem ocenzurować Zbigniewa Herberta. Bo przecież chodziło o rozsądnie uzasadnioną cenzurę! To było jedno z bardziej zadziwiających i zaskakujących zdarzeń, jakie przeżyłem po 1989 roku. Domyślałem się, że Krynicki w rozmowie ze mną wyrażał szeroko podzielane przekonanie, że Miłosz jest nie tylko genialnym poetą, ale również nietykalnym świętym oświeceniowego racjonalizmu, nosicielem postępu i ironicznym krytykiem polskiego ciemnogrodu. Wobec Herberta bez skrępowania wygłaszano insynuacje, że jego zachowania i poglądy uwarunkowane były chorobą psychiczną. Zastosowano wobec niego współczesną, bardziej tolerancyjno-postępową wersję psychuszki. Nie mogę wykluczyć, że po to, by pomniejszyć jego znaczenie i kulturowe oddziaływanie (Różewicza zresztą też lekceważono i rugowano), zabiegano o Nobla dla Szymborskiej. Cóż poradzić na to, że nigdy „nie ma wolności dla wrogów wolności”. Zaś decyzje o tym, kto jest wrogiem wolności, ogłasza gazeta, której nie jest wszystko jedno. Nawet w dziedzinie tak niszowej jak poezja można twórcom i dziełom odmówić prawa do istnienia.

Poeta niejako z natury swojej nie jest istotą stadną. Mówi się jednak i pisze o środowiskach, grupach poetyckich. Czy ty czujesz się twórcą osobnym, czy też z jakimś środowiskiem możesz się identyfikować?

Najlepsi poeci pokolenia ‘68 mieli swoją grupę „Teraz” i było widać, że na tyle, na ile pozwalały ich indywidualności, byli ze sobą „spokrewnieni”. Jestem z pokolenia lat 50., które nie obfitowało w tylu ciekawych pisarzy. Oczywiście powstawały jakieś manifesty, tworzyły się grupy poetyckie, także na polonistyce, gdzie studiowałem. Moi rówieśnicy bardzo wcześnie zaczęli publikować, wydawać książki, co było zresztą nietypowe, bo zwykle młodzi starzeli się w oczekiwaniu na debiut. Przejściowe trudności z zaopatrzeniem w papier ciągnęły się w nieskończoność, a zastępy starszych grafomanów zapychały nieliczne czasopisma literackie. Moim rówieśnikom w szybszym starcie pomogła dziura w oficjalnym życiu literackim po niepokornym pokoleniu ‘68, które starano się kimś szybko zastąpić. A oni dość szybko się dopasowali, zostali członkami koła młodych ZLP, publikowali w oficjalnej prasie i wydawali tomiki. Ja żyłem w innym świecie. Czułbym do siebie wstręt, gdybym wyraził zgodę, by jakiś redaktor na spółkę z cenzorem poprawiali moje wiersze lub chociaż je akceptowali. Nie dlatego, że były jakoś szczególnie ważne, ale dlatego, że to była krew z mojej krwi, moja tożsamość, osobowość i los. A że poglądy mają swoje konsekwencje, zająłem się nielegalnym wydawaniem wierszy poetów objętych zakazem druku. Dzięki narodzinom opozycji powstałem z wegetacji do normalnego życia. Przerażenie perspektywą życia w PRL, przekonanie, że w kłamstwie nie potrafię żyć, więc nie znajdę dla siebie miejsca, paraliżowało mnie. I trzęsąc się ze strachu nad przepaścią przyszłości, znalazłem ratunek i zarazem chyba rodzaj szczęścia – mogłem korzystać z wolności. Władza nie akceptowała mojego sposobu życia, ale to czyniło go dla mnie jeszcze bardziej atrakcyjnym, upragnionym, smakowitym.

Ale w pewnym sensie zawsze żyłeś na marginesie, bo nikt nie lubi ludzi tak zasadniczych w swoich życiowych wyborach. Nawet jeśli są słuszne. Zwłaszcza jeśli są słuszne.

Decyzja, by nie publikować w oficjalnym obiegu, chyba nie miała analogii i w konsekwencji z upływem czasu wytworzył się wobec mnie dziwny dystans. Zauważałem go wyraźnie przed 1989 rokiem, ale jeszcze ostrzej odczuwałem go po odzyskaniu niepodległości. Wszyscy jesteśmy ubrudzeni, wszyscy jakoś kolaborowali, nie potępiajmy PRL, nie plujmy na własną przeszłość – taka filozofia przyświecała elitom i w wyniku nacisku mediów zyskiwała poparcie w społeczeństwie. Poza debatę publiczną wypychano wszystko, co do tej tezy nie pasowało. Przecież „żołnierze wyklęci” to odkrycie dopiero ostatnich lat. Byłem niezłomny w słowie i w ten sposób stałem się krępującym, niechcianym dowodem na to, że można było zrezygnować z próby ustawienia się w socjalistycznej rzeczywistości, pisać i żyć inaczej. Grzesznicy na ogół zagłuszają sumienie. A ja odnoszę wrażenie, że jestem wyrzutem sumienia.

A odkrycie żołnierzy wyklętych zawdzięczamy dopiero pokoleniu naszych dzieci.

Tak, bo wszyscy okupanci, kolaboranci oraz sojusznicy ideowi PRL – nawet jeśli formalnie postrzegani są jako jego krytycy – woleli traktować czasy komunistyczne jako nasze wspólne dzieło, słuszne i pożyteczne w swych fundamentach. A że nie jest miło budować na fundamencie zgniłym moralnie, więc rodziła się solidarność w kłamstwie na temat niewyczerpanych zasobów przyzwoitości w PRL i obiektywnych zasług i sukcesów, nieskażonych służbą Moskwie. Okazuje się dzisiaj, że uczciwi nauczyciele wypełniali szczelnie pokoje nauczycielskie, odważni dziennikarze wypełniali szpalty reżi­mowych szmatławców, niepodległością żyli kształceni w Woroszyłowce oficerowie Ludowego Wojska Polskiego itd., itd. Więc już nie tylko wspólnictwo w różnej barwy nieszkodliwej kolaboracji, ale również wspólna odpowiedzialność za wiele obiektywnych osiągnięć i – co ważniejsze – za zachowanie godności i przyzwoitości. Szczytem heroizmu ogłoszono wstrzymanie się w sejmie od głosu przez Stommę (nie wspominając przy okazji, ile razy przez całe lata głosował za wszystkim, co proponowali komuniści, jakby to nie było świństwo i zdrada). Do dziś teza o cywilnym bohaterstwie osób akceptujących realny socjalizm i z nim współpracujących w ramach różnych koncesji obowiązuje w debacie publicznej. W emitowanym na antenie Polskiego Radia programie Archiwalia usłyszałem całkiem niedawno, że „Kuźnica” to był normalny tygodnik kulturalny, a w nomenklaturze PZPR można było być w celu pomagania ludziom. Takie zdanie to klasyczny przykład optyki, w której, wspominając ludzi kultury, nie czyni się różnicy między wydawnictwami sprzed 1939 roku, z okresu szczytu stalinowskiego terroru, ze stanu wojennego i z początków III RP. Tak jakby to była ta sama Polska. Zaciera się istotę czasu, eliminuje kontekst, unika moralnych ocen, szuka dobrych stron zaprzaństwa, pogrubia lakier i szminkę nałożone na wykrzywioną moralną zgnilizną maskę Urbana. Właśnie przeczytałem, że Jerzy Koenig, redaktor naczelny „Dialogu” i „Teatru”, należał do PZPR, „by pomagać ludziom”. Koenig zawsze był szefem, i to wyłącznie w centralnych instytucjach. Jakie zaufanie partii trzeba było mieć, by zostać szefem Teatru Telewizji w stanie wojennym, zaraz po 13 grudnia? Jedyny raz w karierze nie był szefem, tylko prorektorem PWST w stopniu magistra. Kto o tym zdecydował? Może zasada konkurencji kompetencji albo wolne wybory?! Decydowały o tym Polska Zjednoczona Partia Robotnicza i SB, dla których Jerzy Koenig musiał być człowiekiem zaufania. Musiał coś robić, skoro te przestępcze organizacje powierzały mu ważne zadania na froncie kulturalnym. Nie kwestionuję jego inteligencji i zasług, ale proszę mi nie kazać wierzyć, że nic nie wynikało z jego członkostwa w partii, poza altruistycznym czynieniem dobra. Aby zrozumieć pół wieku naszej sowieckiej historii, powinniśmy zbadać nie tylko kształtowanie się osobowości i karierę Grzegorza Piotrowskiego, mordercy księdza Jerzego Popiełuszki, czy Jerzego Urbana, ale także to, w jaki sposób system był podtrzymywany przez ludzi, którzy po części działali na rzecz kultury polskiej czy innych dziedzin. Przecież Piotrowski nie był wyjątkowym członkiem elity PRL. Wyjątkowe było jedynie to, że władza w ramach wewnętrznej gry o własną pomyślność i bezpieczeństwo ujawniła zmanipulowane fragmenty akcji, w której brał udział. Nieznanych sprawców, którzy zamordowali innych księży, nigdy nie odnaleziono. Sam w tamtym czasie prenumerowałem „Dialog”, więc wiem, że mają rację ludzie, którzy dobrze mówią o redaktorze naczelnym tego pisma. Tylko te dobre opinie nie powinny przekraczać granicy groteski. Nomenklatura PZPR nie była azylem dla nadwrażliwych, bezinteresownych pięknoduchów, czcicieli wolności intelektualnej. Iwaszkiewicz był zapewne niezłym redaktorem „Twórczości”, ale obok tego był narcystycznie zaślepionym zwykłym kolaborantem, pajacem w górniczej czapce zapraszanym przez władze Związku Sowieckiego na najważniejsze uroczystości do Moskwy. Farbowanie przeszłości poprawia niektórym tchórzom samopoczucie, ale w szerszym planie blokuje w społeczeństwie zdolność do stosowania kryteriów dobra i zła. Niszczy fundamenty moralności.

Gdzie PRL, a gdzie przyszłość – ktoś może zapytać, dodając, że co było, a nie jest… i tak dalej. Zniechęcanie do badania powiązań i uwikłań ludzi kultury w PRL ubierane jest właśnie w takie uzasadnienie: że większość tych twórców już nie jest aktywnych, a komuna nie wróci. Przyszłość to zupełnie inne zagrożenia.

Co chwilę słychać kolejną wersję bajeczki, że historia się skończyła – albo polska, albo europejska, albo globalna. Że wolność słowa nie jest zagrożona (chyba że prawica dochodzi do władzy), a przed nami tylko przemiły postęp i wyprane z metafizyki i ze śmierci coraz dłuższe, wygodne życie. Tymczasem historia wrze, kipi i oblewa naiwnych wrzątkiem. Zagrożenia dla wolności są takie, jakie znamy sprzed pięćdziesięciu i stu lat, tyle że wsparte technologią, która sprawia, że ludzka niewola paraduje w konsumenckich szatach arcywolności. W rzeczywistości kontrola elit nad ludem jest coraz szczelniejsza. Symbolem współczesnego wyzwolenia stał się Internet i rzadko się przypomina, że jest również doskonałym narzędziem służącym do sprawowania precyzyjnej zindywidualizowanej kontroli poddanych. Technologiczne możliwości zniewalania człowieka rosną w tempie, którego przeciętny człowiek nie jest w stanie śledzić. Prywatne i państwowe instytuty pracują nad rozwiązaniami, w których człowiek jest już tylko częścią urządzeń i systemów, a ludzki mózg dodatkiem do biologicznych komputerów. Tezie o końcu historii przeczy również zaostrzająca się wojna kulturowa, zero-jedynkowa bitwa o przetrwanie starego świata, w którym człowiek odnajdywał sens i opierał się złu przez tysiące lat. Nie skończyła się także wojna o przetrwanie Polski, która byłaby czymś więcej niż obszarem niemieckich interesów i rosyjską strefą buforową. Wybór jest nieustannie ten sam: między lojalnością wobec wspólnoty narodowej, jej interesów i rozwoju, między wysiłkiem, by zrozumieć świat i polską w nim cząstkę, a tchórzliwym egoizmem odrzucającym rozsądek i cierpienie przeszłych pokoleń oraz lekceważącym niepodległą przyszłość na rzecz służby politycznym i finansowym korporacjom oraz poddawaniu się ideologicznym omamom i doraźnej przyjemności. Polacy muszą twórczo analizować swoją dramatyczną historię i swoje zachowania w trakcie przeszłych opresji, w przeciwnym razie pozostaniemy bezbronni w obliczu zbliżających się i nieznanych jeszcze zagrożeń. Amnezja i wygodne kłamstwa mogą znieczulić nas do tego stopnia, że specjaliści w białych kitlach wyjmą nam serce i mózg, a my będziemy z zachwytem wiwatować. Na szczęście po dwudziestu pięciu latach nieużywanej niepodległości do części młodych przebiła się informacja, że w PRL nie wszyscy byli kolaborantami. Część młodych wśród zakochanych w Polsce straceńców wolności szuka wzorców, które pozwolą im poruszać się po współczesności bez wstydu i niesmaku. Poszukiwanie dobra, szlachetnych postaw – to ważne, jednak nie wystarczy. Należy pieczołowicie zbadać działanie zła, wszelkie jego mutacje i obfite żniwo. Gdzie jest dziś – pytam – monografia działalności cenzury w PRL? Gdzie są granty przyznawane na ten cel naukowcom, psychologom, socjologom, badaczom kultury? Gdzie jest wysiłek, by dowiedzieć się, jaki wpływ miała cenzura przez pół wieku na gnicie języka, kultury, obyczaju, na fałszowanie ludzkich losów i jak w związku z tym wpływa na całą współczesną rzeczywistość? Gdzie są starania, by edukować w tej kwestii młodzież, by ją uczulić na mechanizmy manipulacji mimo braku cenzury instytucjonalnej? Zapewne byłoby to „grzebanie w brudach” i „niszczenie autorytetów”. Elita woli, by naród pił holenderskie czy niemieckie piwo wyprodukowane w polskich do niedawna browarach i klaskał, ale broń Boże nie próbował zrozumieć, kim jesteśmy i skąd się wzięły nasze klęski. Czy to nie symptomatyczne, że Tomasz Strzyżewski miał w III RP problemy z wydaniem Czarnej księgi cenzury PRL?

Z amnezją żyje się łatwiej i weselej. Cenzura bywa co najwyżej tematem przyczynkarskich opracowań i zabawnych anegdot, a w popkulturowej wirówce zaczyna dominować nostalgiczne i sympatyczne oblicze PRL. Faktycznie, Jan Polkowski ze swoją postawą zasadniczą nie bardzo pasuje do tego obrazka.

Wielu ludzi, którym przyzwoitość i poczucie smaku nie pozwalało na uczestnictwo w kłamstwie, jest wymazywanych, wykreślanych z pamięci, bo nie mieszczą się w rzeczywistości, w której bohaterami naszej zbiorowej wyobraźni mają być zdrajcy. Już nie interesowni kombinatorzy, chwiejni lawiranci, mętni poputczycy, ale ostentacyjni zdrajcy, „ludzie honoru”.

Nie zapytam cię, dlaczego zacząłeś pisać wiersze. Zapytam, dlaczego w pewnym momencie na dwadzieścia lat pisać je przestałeś.

Moja wiedza o przyczynach zamilknięcia jest jeszcze mniejsza niż o powodach wstąpienia do cechu poetów. Ze sztuką jest przecież tak jak w słynnej rozmowie Josifa Brodskiego z sowieckim sędzią, któremu rosyjski poeta tłumaczył, że pisania wierszy nie da się nauczyć, bo to pochodzi od Boga. Pisanie jest darem, a nie zawodem. Uprawianie sztuki jest darem, którego właścicielem nie zostaje się bezwarunkowo i na zawsze. Są oczywiście rzeczy, które można pisać zawodowo, wstawać rano i klepać wierszówkę. Ale to niemożliwe w przypadku sztuki, zwłaszcza gdy ma się do niej stosunek wywiedziony z tradycji romantycznej, gdy mówi się w pierwszej osobie i utożsamia się w pełni z każdym wypowiedzianym słowem. Rzemiosło to zajęcie szlachetne, ale w wypadku poezji może się kłócić z wiernością prawdzie i wolności. Wolność to nie kostium, retoryczny chwyt czy metafora, ale tlen. Warsztat, kultura literacka, czerpanie z lektur są niezbędne, ale rezygnacja z lojalności wobec daru wolności czyni niemym. Do pisania wróciłem w momencie, gdy – jak to analizuję ex post – doszedłem do granicy wydolności w swojej codziennej kotłowaninie z diabłem. Leżałem w szpitalu, a że nie było to lekkie przeziębienie, więc usłyszałem inną niż wcześniej muzykę świata. W ten sposób powróciłem do pisania – kartka, pióro, Opatrzność, tajemnica istnienia, szept śmierci i ciemność języka.

Patrząc z zewnątrz, może to wyglądać tak, że przestałeś pisać, gdy zmieniła się twoja relacja z otaczającym cię światem. Przestałeś być outsiderem, zacząłeś tworzyć codzienną gazetę, potem zaangażowałeś się w politykę i bezpośrednie wpływanie na rzeczywistość. Czy zatem na akt twórczy – pisanie lub zaprzestanie pisania – nie mają wpływu także okoliczności zewnętrzne?

Każdy z pozoru niezauważalny szczegół może mieć wpływ. Uważam, że w mojej sytuacji po 1990 roku nic zasadniczo się nie zmieniło. Także wcześniej byłem wydawcą i starałem się wpływać na rzeczywistość. Różnica była taka, że po 1990 roku robiłem to legalnie, nie kryjąc się przed Służbą Bezpieczeństwa. Ale cel był ten sam. Wrogów też miałem w większości tych samych, uzupełnionych o ich tajnych i jawnych przyjaciół. A jako że przestałem być elementem antysocjalistycznym, a zostałem legalną konkurencją, musieli walczyć ze mną także nowymi metodami, głównie pieniędzmi, których nie miałem. Nie zapominali o starych sposobach, opierających się o niejawne powiązania. Oczywiście, w 1990 roku nie mogli mnie już zamknąć w więzieniu czy dokonywać w mieszkaniu rewizji, zwiększył się zatem mój osobisty komfort. Ale mogli bezkarnie uruchomić wiele nielegalnych w gruncie rzeczy działań. Wszystko się zmieniło, by wiele mogło pozostać na swoim miejscu. Z wyjątkiem melodii słów, która zza zasłony ludzi i rzeczy stała się słabiej słyszalna. Poetą pozostałem, jedynie przestałem pisać.

 

Zapraszamy na spotkanie z Janem Polkowskim w sobotę, 29 lutego 2020 roku w Salonie Literackim Instytutu Literatury w Krakowie. Program wydarzenia znajduje się na stronie Instytutu Literatury .

Książkę Ryzyko bycia Polakiem można zakupić w naszym e-sklepie. 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Jan Polkowski, Piotr Legutko, Jestem tym, co czytam, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 38

Przypisy

    Powiązane artykuły