28.05.2020

Nowy Napis Co Tydzień #051 / Nad niedomkniętym wiekiem krypty. O „Pełni nieszczęścia” Petera Handkego

„Brak tchu nad brzegiem rzeki” Thomas Bernhard

Katalog Biblioteki Narodowej na hasło „Peter Handke” wyrzuca dziewięć rekordów w kategorii „artykuł”, rok 2019. Mało – nawet jeśli doliczyć do tej sumy kilka publikacji wyłącznie sieciowych, których Biblioteka Narodowa nie notuje. Większość z nich to tak zwane prasowe omówienia, zdające sprawę z nędzy tak zwanego polskiego dziennikarstwa, gdy przychodzi do mówienia o tak zwanej kulturze. Dmucham chmurą tagów: Austria, kalanie własnego gniazda, teatr, prowokacja, Serbia, Serbia, Serbia. Wisienką na torcie jest felieton Janusza Rudnickiego w „Gazecie Wyborczej”. Autor stylizuje się na wnikliwego czytelnika Handkego, by ostatecznie instrumentalnie wykorzystać zamysł jego dramatu Publiczność zwymyślana do wygarnięcia klasie ludowejRudnicki nie może też powstrzymać się przed złośliwością wobec Mai Staśko: „[…] za takie uprzedmiotowienie taki Rudnicki jeden z drugim dostałby od feministek, takiej na przykład Mai Staśko, niezłą zjebkę, a Handke dostał Nobla”.[1]. Nie mam nic przeciwko samemu wymyślaniu, wręcz przeciwnie, natomiast jeśli warszawski felietonista liberalnej gazety wykorzystuje matrycę typowo antymieszczańskiej sztuki do wołania: „wy szczerbate ryje ze szczerbatymi widłami, ty tępy jak lód ludzie” i podawania dalej rasistowskiej kliszy o „antysemityzmie wyssanym z mlekiem matki”, to znaczy, że nic nie rozumie.

Całkiem dorzeczny portret pisarza kreśli Karol Franczak w „Tygodniku Powszechnym”, choć trzeba wypomnieć mu cokolwiek niesportowe „pożyczanie” bez cytowania (z tego miejsca pozdrawiam kolegę D.K., a wszystkich zainteresowanych odsyłam po szczegóły do przypisuFranczak, cytując Handkego („Od dzieła literackiego oczekuję czegoś nowego, czegoś, co by mnie chociażby w nieznacznej mierze zmieniło, co uświadomiłoby mi jakąś nową możliwość widzenia, mówienia, myślenia, egzystowania”), nie daje informacji o tłumaczeniu, które prawdopodobnie pochodzi z książki „Peter Handke: niepokojący talent” Zbigniewa Światłowskiego.[2]). Ostatecznie najlepszym ponoblowskim tekstem o Handkem wydaje się Nagroda zwymyślana Moniki Muskały w „Dwutygodniku”. Autorka książki Między Placem Bohaterów a Rechnitz. Austriackie rozliczenia zwięźle i przekonująco odnosi się do politycznych wątków kariery pisarza, by zastanowić się szerzej nad reakcją zachodnich elit na konflikt w Jugosławii. Jako jedyna przekracza w ten sposób wąski paradygmat omówienia.

Wszystko to jednak mało – wiadomo, nowa polska „świecka święta”Noblistkę kanonizował frazą mój redakcyjny kolega, Andrzej Frączysty, w rozmowie „Uran otwiera przed tobą nowe branże” (http://malyformat.com/2019/12/uran-otwiera-przed-toba-nowe-branze/).[3] Olga Tokarczuk zawładnęła sercami i umysłami spragnionymi literatury. Nie pomaga też kwestia serbska, która od dnia ogłoszenia werdyktu Komitetu Noblowskiego przykuwa uwagę mediów. Zwieńczeniem problematycznego zaangażowania Handkego po jednej stronie bałkańskiego konfliktu były słowa wygłoszone w 2006 roku nad grobem Slobodana Miloševicia, które dziś brzmią jak karykaturalny manifest naiwnego symetryzmu: „Nie znam prawdy. Ale patrzę. Słucham. Odczuwam. Pamiętam. Pytam”Tłumaczenie za M. Muskałą.[4].

Że nie da się ich w żaden sposób bronić, to jasne, natomiast ciekawy jest sam wybór momentu – to właśnie śmierć domaga się od pisarza mówienia (kilka lat wcześniej, jeszcze za życia Miloševicia, Handke odmówił wystąpienia jako świadek na jego procesie przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym w Hadze). Podobne przekonanie można odnaleźć u niego znacznie wcześniej, w mikropowieści o najpiękniejszym tytule na świecie – Pełnia nieszczęścia. W obliczu powszechnej plagi omówieniozy sprezentujmy sobie na nowy rok mały close reading.

***

Pełnia nieszczęścia zaczyna się tak:

W rubryce „Różne” niedzielnego wydania karynckiej „Volkszeitung” ukazała się następująca notatka: „W nocy z piątku na sobotę 51-letnia gospodyni domowa z A. (gmina G.) popełniła samobójstwo zażywając nadmierną dawkę środków nasennych”P. Handke, „Pełnia nieszczęścia” [w:] tenże, „Krótki list na długie pożegnanie. Pełnia nieszczęścia”, tłum. S. Błaut, Warszawa 1975, s. 209. Wszystkie kolejne cytaty w tekście, jeśli nie wskazano innego źródła, pochodzą z tej publikacji.[5].

Powieść jest oparta na faktach: w nocy z 19 na 20 października 1971 roku Maria Handke, matka pisarza, w wieku 51 lat rzeczywiście odebrała sobie życie, wysyłając wcześniej listy pożegnalne do wszystkich krewnych (w liście do syna, wysłanym do Frankfurtu ekspresem, zawarła dodatkowo kopię testamentu). Samobójstwo było poprzedzone latami choroby – prawdopodobnie schizofrenią, być może depresją, gdyby klasyfikować ją według współczesnych standardów psychiatrycznych. A. w gminie G. to wieś Altenmarkt należąca do gminy Griffen. Informacji tego rodzaju można odnaleźć w Pełni nieszczęścia znacznie więcej. Najdłuższe partie powieści poświęcone są historii życia zmarłej, w tym także wydarzeniom sprzed narodzin pierwszego syna – od dzieciństwa w karynckiej wiosce, przez wyjazd do Berlina w pierwszych latach dorosłości, po II wojnę światową i powrót do Austrii. Narrator przywołuje z przeszłości liczne detale: gdzie po wojnie można było znaleźć płytę z popularną polką Skłóceni z życiem, jaki rodzaj sosu podawano do mięsa w niedzielę (chrzanowy) czy to, po jaki alkohol matka sięgała raz do roku (ajerkoniak).

Łatwo odnieść wrażenie, że jest to właściwie opowieść biograficzna, okraszona kilkoma mniej lub bardziej teoretycznymi uwagami na temat warsztatu pracy pisarskiejHistoryk literatury Walter Weiss uznał „Pełnię nieszczęścia” za manifest literatury nowego realizmu w Austrii – z tej perspektywy fragmenty dotyczące właśnie warsztatu pisania (por. s. 239–241 powieści) można rozumieć jako omówienie własnej metody twórczej.[6]. Takiemu złudzeniu ulega początkowo Katarzyna Nowakowska, która streszcza dzieło niemal jak źródło archiwalne, dotyczące kolejnych pokoleń karynckich AustriakówPor. K. Nowakowska, „Na tropie »praszoku«. Dziedzictwo »Pełni nieszczęścia« Petera Handkego” [w:] „Prześnione krajobrazy historii. Rozprawy i szkice o twórczości Petera Handkego”, red. E. Białek, K. Huszcza, Wrocław 2012.[7]. W tym ujęciu zawartość Pełni nieszczęścia staje się przyczynkiem do historii rodzinnej i – szerzej – społecznej. Czy tak rzeczywiście jest? Wydaje się, że stawka jest tutaj jednak zupełnie inna, a metoda sprawozdawcza, oparta na skrupulatnym przytaczaniu kolejnych faktów, jest wobec niej podrzędna. 

***

Właściwa część Pełni nieszczęścia zaczyna się tak:

Minęło już prawie siedem tygodni, odkąd moja matka nie żyje, i chciałbym zabrać się do pracy, póki potrzeba napisania o niej, tak silna na pogrzebie, nie zamieni się z powrotem w otępiałą niemotę, jaką zareagowałem na wiadomość o samobójstwie. Właśnie, zabrać się do pracy: bo potrzeba napisania czegoś o mojej matce, choć nieraz jeszcze odzywa się raptownie i nagląco, jest z drugiej strony tak nieokreślona, że konieczny będzie pewien wysiłek, abym po prostu, co najbardziej by mi odpowiadało, nie wystukiwał na maszynie wciąż tej samej litery. Z takiej terapii ruchowej nic by mi nie przyszło, zrobiłbym się tylko jeszcze bardziej bierny i apatyczny.

W przytoczonym fragmencie jedno zdanie wręcz prosi się o przepisanie – z drobną modyfikacją:

Minęło już prawie siedem tygodni, odkąd moja matka nie żyje, i chciałbym zabrać się do pracy [żałoby], póki potrzeba napisania o niej, tak silna na pogrzebie, nie zamieni się z powrotem w otępiałą niemotę, jaką zareagowałem na wiadomość o samobójstwie.

W koncepcji Zygmunta Freuda, wyłożonej szczegółowo w Żałobie i melancholiiZ. Freud, „Żałoba i melancholia” [w:] tenże, „Psychologia nieświadomości”, tłum. R. Reszke. Warszawa 2007, s. 147–159.[8], podmiot dotknięty doświadczeniem utraty (bliskiej osoby lub podstawianego w jej miejsce pojęcia) decyduje się ową utratę przepracować. W efekcie tego czynnego działania Ja zostaje wyplątane z nieistniającej relacji, staje się „znów wolne i nieskrępowane”Tamże s. 296.[9]. Żałoba w perspektywie Freuda nie jest chorobą, stanem ułomnym – to konkluzywny wysiłek, który umożliwia dalsze funkcjonowanie. We wcześniejszej koncepcji innego psychoanalityka, Sándora Ferencziego, badanej i rozwijanej przez Nicolasa Abrahama i Marię Torok, pojawia się alternatywna propozycja: podział na introjekcję oraz inkorporację. Pierwsza polega na mówieniu, opowiadaniu o zmarłym, nieustannej pracy języka. Druga odwrotnie – zakłada odmowę dyskursu, złożenie zmarłego bez słowa w zamkniętej krypcie. W efekcie introjekcja prowadzi do idealizacji obiektu żałoby, wiąże się z uwewnętrznieniem, pozbawia jednak zmarłego jego zewnętrzności, wyjątkowości. Z kolei inkorporacja pozwala zachować zewnętrzność obiektu w stanie nietkniętym, ale za cenę zapomnienia.

W przypadku Pełni nieszczęścia rozwiązanie inkorporacyjne nie jest właściwie w ogóle brane pod uwagę (być może to właśnie ma na myśli narrator, gdy mówi: „zgroza […] to horror vacui w świadomości”?). Z kolei problem introjekcji – a więc to, jak straszna może okazać się próba zamknięcia zmarłego w mowie – po raz pierwszy ujawnia się w otwierającej powieść notce prasowej. W dalszej części powieści powraca zaś w scenie pogrzebu. Rytuał cmentarny odziera wtedy matkę z wszelkiej indywidualności, zostają doczesne szczątki i seryjna, wypowiadana nad grobem formuła: „Siostra nasza…”, w istocie tak podobna do wcześniejszego określenia „51-letnia gospodyni domowa”. Za sprawą języka zmarła zostaje włączona w niekończący się korowód sióstr/gospodyń, które zasnęły na wieczność w Panu. W podobny sposób narrator interpretuje też ewentualne naukowe wyjaśnienia zgonu, złośliwie określając je mianem „tabel do objaśniania snów”:

[…] sądzę, iż o niej i o tym, jak doszło do jej śmierci, wiem więcej niż jakiś tam obcy sprawozdawca, który zapewne bez trudu wytłumaczyłby ten interesujący przypadek samobójstwa przy pomocy religijnej, psychologicznej czy socjologicznej tabeli objaśniania snów”.

W porażającą metaforę przemienia się wreszcie krajobraz lasu za murem cmentarza (czy nie znamy go wszyscy?): 

Drzewa stały tak gęsto, że już z drugiego rzędu widziało się tylko korony, potem wierzchołek za wierzchołkiem. […] Poza tymi niezliczonymi wierzchołkami drzew nie liczyło się nic; na ich tle epizodyczny zgiełk postaci, które coraz bardziej znikały z pola widzenia. 

Wstrząs ten przynosi wreszcie skutki. Narrator powiada: „Nagle, w bezsilnej wściekłości, zrodziła się potrzeba napisania czegoś o mojej matce”. Źle rozumianemu introjekcyjnemu porządkowi żałoby próbuje on początkowo przeciwstawić inny, lepszy, właściwą i pogłębioną mowę. Sięga przy tym wielokrotnie do swoich wspomnień i opowieści matki – w tym sensie rzeczywiście łatwo nabrać się na pułapkę biografii, której tryby chodzą tu na pełnych obrotach. Zakłada, że skuteczny projekt żałoby w modelu introjekcyjnym jest w ogóle możliwy – że przy odpowiednim nakładzie sił praca jego mowy ocali matkę od zamknięcia w skostniałych formułach suflowanych przez społeczeństwo, a zarazem pozwoli mu przejść przez utratę i uwolnić się od złych snów.

Ostatecznie okazuje się to jednak niewykonalne: „To nieprawda, że pisanie mi pomogło”. Próba stworzenia z matki figury, postaci literackiej, nawet jeśli złożonej i barwnej, kończy się niepowodzeniem w sensie ostatecznego wypowiedzenia, domknięcia. W trakcie tego procesu narrator ujawnia natomiast inną pracę introjekcji, znacznie wcześniejszą i straszniejszą. To introjekcja – a więc asymilacja, przywłaszczenie – jeszcze za życia, swoisty kanibalizm kulturowy. Okazuje się, że inność matki, podobnie jak wielu podobnych jej kobiet, była zjadana i trawiona właściwie od momentu narodzin. W jej historii wiąże się z tym często powracający wątek dyscyplinowania, temperowania, kiełznania.

Głównych oskarżonych w tym procesie jest dwóch: mąż (ojczym narratora) i prowincjonalna społeczności Karyntii. Związek kobiety z podoficerem Wehrmachtu to typowe małżeństwo z rozsądku: on akceptuje jej dziecko z kochankiem, ona akceptuje nieodwołalność maksymy „dziecku dać ojca”, choć sama żywi do mężczyzny wstręt. Za jego sprawą rozpoczyna się proces powolnego rozkładu, stawania się niczym, który tylko przyspiesza przeprowadzka do rodzinnej wioski, pełnej „pocieszających fetyszów, wśród których człowiek umierał”. Przekonanie to wielokrotnie nawiedza narratora. Raz stwierdza on, że: „Urodzić się w tych warunkach kobietą równało się wyrokowi śmierci”, innym razem wymienia stadia popularnej gry, w którą bawią się okoliczne dziewczynki: zmęczona – słaba – chora – ciężko chora – zmarła. 

***

Warto zatrzymać się chwilę przy tak rozumianym napięciu na linii jednostka–zbiorowość ludzka. Narrator wydaje się przekonywać, że bycie w społeczeństwie oznacza immanentne ryzyko pożarcia, które przynosi ze sobą smutek i cierpienie. Jednocześnie podaje przykład z życia matki, który w paradoksalny sposób wymyka się tej regule:

„Byliśmy tacy podekscytowani”, opowiadała matka. Po raz pierwszy przeżywało się coś w zbiorowości. Nawet nudzie codziennych zajęć udzielił się nastrój odświętny, utrzymujący się „do późnych godzin nocnych”. Okazywało się wreszcie, że wszystko, co było dotychczas niepojęte i obce, wiąże się w wielką całość: wyłaniały się przejrzyste zależności i nawet nużąco automatyczna praca nabierała znaczenia, jak święto. Ruchy, jakie się przy niej wykonywało, dzięki świadomości, że jednocześnie wykonują je rzesze innych, układały się w sportowy rytm – a życie otrzymywało formę, w której człowiek czuł się pod dobrą opieką, a jednak wolny.

Rytm nabrał cech egzystencjalnych: cech rytuału. „Dobro ogółu jest ważniejsze od dobra jednostki, poczucie społeczne – od poczucia jednostkowego”. Wszędzie więc było się u siebie, nie odczuwało się już nostalgii.

[…]

Polityką nie interesowała się nadal: to, co rozgrywało się w sposób tak rzucający się w oczy, było dla niej wszystkim innym – maskaradą, kroniką filmową UFA („Wielki przegląd aktualności – dwa dźwiękowe tygodnie!”), świeckim odpustem.

Rzecz dzieje się w 1938 roku – 10 kwietnia III Rzesza ogłasza Anschluss Austrii. Maria Handke wyjeżdża w tym czasie do miasta, stawiając rodzinę przed faktem dokonanym. Pracuje jako pomywaczka, pokojówka, pomoc kuchenna, nosi krótkie sukienki, chodzi na spacery, odprawia adoratorów. Hitler w radiu ma „przyjemny głos”. To jeden z lepszych literackich opisów dyskretnego uroku ideologii faszystowskiej – nie chodzi tu oczywiście ani o tembr głosu Führera, ani o sprawne wykorzystanie medium radiowego, ale o temperaturę wspomnień kobiety. Dlaczego po wielu latach wciąż myśli ona o tamtym czasie tak dobrze? Częściowo to z pewnością kwestia miejskiego doświadczenia nowoczesności, które przyniosło jej pełne ekscytacji wyzwolenie. Przede wszystkim jednak, oderwana od swych dotychczasowych tradycji i obyczajów, odnalazła w rodzącej się faszystowskiej zbiorowości to, o czym pisze Klaus Theweleit:

[…] faszyzm inscenizuje […] jutrzenkę wolności, wolności, która nie grozi faszyście rozpadem. […] Zniesiona zostaje sprzeczność między jednostkową produkcją pragnienia a roszczeniami społecznej władzy. W rytuale faszysta staje się więc niejako inscenizatorem swych własnych, uwolnionych popędów, a zarazem zasady, która je tłumi – tkwiąca w tym sprzeczność nie aktualizuje się, ponieważ w trakcie inscenizacji jednostka sama uczestniczy we władzy. Tu właśnie leży źródło prawdy Benjaminowskiego stwierdzenia, że materiał, z którego zbudowany jest faszyzm, to „przede wszystkim tak zwany materiał ludzki”K. Theweleit, „Męskie fantazje”, tłum. M. Falkowski, M. Herer, Warszawa 2015, s. 435.[10].

Po wojnie Maria Handke pozostaje co prawda aktywną obywatelką, głosuje w wyborach, tym razem na austriackich socjalistów, ale robi to już zupełnie bez przekonania. Nie wierzy, że mogą pomóc w jej osobistych sprawach, oddaje głos, nie oczekując niczego w zamian. Do końca życia mówi o swoich doświadczeniach właściwie już tylko w liczbie pojedynczej, nigdy w liczbie mnogiej. To ostrzeżenie, które szkicuje Handke – tam, gdzie inne formy organizacji społecznej zawodzą, na scenie pojawia się faszyzm ze swoją inscenizacją i rolami.

W późniejszych latach jedyną bronią kobiety pozostaje śmiech, choć jest to śmiech suchy i beznadziejny. Śmieje się czasem z sąsiadów i często z męża, także w reakcji na przemoc domową („po każdym ciosie wyśmiewała go krótko”). Przez chwilę wydaje się, że odnajdzie schronienie w literaturze, czytanych namiętnie powieściach Hansa Fallady, Knuta Hamsuna, Fiodora Dostojewskiego. Podczas lektury kobieta odżywa, porównuje książkowe opisy z własnym życiem. Ostatecznie jednak okazują się one dla niej tylko historiami z przeszłości, bez większego potencjału na marzenie o przyszłości – „odnajdywała w nich wszystko, co ją ominęło, a czego już nigdy nie nadrobi”. W tej perspektywie zrozumiała staje się specyficzna duma, z jaką narrator przyjmuje wiadomość o jej samobójstwie. Wie, że to jedyny ratunek przed ostateczną asymilacją, doprowadzeniem sprawy do końca. Jakby mówiła: chcieliście mnie zabić, a ja zabiłam się sama. 

***

Pełnia nieszczęścia to wielka mowa żałobna, która wymyka się zarówno porządkowi inkorporacji, jak i introjekcji. Jak rozwikłać ten paradoks? W tym niezgodliwym – jak chce Michał Paweł Markowski – miejscu spotykamy Jacques’a Derridę, autora licznych mów pośmiertnych (między innymi poświęconych Rolandowi Barthes’owi, Michelowi Foucaultowi czy Louisowi Althusserowi):

[…] nie mogę wypełnić mojej żałoby, bo nie chcę się rozstać z umarłymi. A jednocześnie muszę żałować, bo inaczej nie oddam im sprawiedliwości. Gdy przepracuję żałobę, to się z moimi bliskimi rozstanę. Gdy nie będę żałował, to rozstanę się z nimi w dwójnasób. […] Mowa żałoby bowiem, powiada Derrida, możliwa jest o tyle, o ile to nie my mówimy, lecz w nas i przez nas mówi ktoś inny, o tyle, o ile my sami użyczamy innym głosu, czyniąc z własnej mowy prozopopeję cudzej mowy. „Zacznijmy od tego, by pozwolić mu przemówić”M.P. Markowski, „Jacques Derrida: mowa żałoby” [w:] „Derrida / adirred”, red. D. Ulicka i Ł. Wróbel, Pułtusk 2006, s. 45–46.[11].

Myśl Derridy, relacjonowana przez Markowskiego, okazuje się zaskakująco zbieżna z refleksją samego narratora powieści:

Inna właściwość tej historii: nie oddalam się, jak to z reguły bywa, z każdym zdaniem coraz bardziej od życia wewnętrznego opisywanych postaci, patrząc na nie w końcu, wyzwolony i w radosnym, uroczystym nastroju, z zewnątrz, jak na przepoczwarzone wreszcie owady – lecz staram się z niezmąconą, upartą powagą dotrzeć pisaniem do kogoś, kogo jednak nie zdołam ogarnąć żadnym zdaniem w pełni, tak że muszę zaczynać wciąż od nowa i nie dochodzę do zwykłej, rozjaśnionej perspektywy z lotu ptaka.

Zmarła „nie daje się zamknąć w słowach, pozostaje nieuchwytna”Tamże, s. 241.[12] – opisowi podlegają „stany tylko, nie pełne historie ze spodziewanym, takim czy innym pocieszającym zakończeniem”Tamże, s. 242.[13]. Handke i Derrida dochodzą różnymi drogami do tego samego punktu. Obaj wierzą, że mowa żałoby powinna być nieskończona, a wieko krypty zostać na zawsze niedomknięte. Namawiają do mówienia, które nie ma na celu wypowiedzenia, bez finału i pointy; nie przynosi spokoju, ale zachowuje od narcyzmu właściwego introjekcji. Zmarły bliski „z naszego wnętrza patrzy na nas i otwiera w nas »miejsce otwarte na nieskończoną transcendencję«”J. Derrida, „The Work of Mouring”, Chicago 2001, s. 161. Tłumaczenie M.P. Markowski.[14]. W jednym ze snów narrator powieści dosłownie wciela się w matkę, identyfikując się z jej uczuciami, jakby na chwilę staje się dla niej medium – to postać graniczna tej pracy.

Na ostatniej stronie Pełni nieszczęścia pojawia się korowód krótkich, często jednozdaniowych miniatur z postacią matki w roli głównej:

Raz przy krajaniu chleba obsunął mi się nóż i od razu przyszło mi znów na pamięć, jak ona rano wkrawała dzieciom małe kawałki chleba do ciepłego mleka.

[…]

Będąc w towarzystwie, które wybrało się na wycieczkę w góry, chciała raz odejść w bok za swoją potrzebą. Było mi za nią wstyd i rozpłakałem się, wtedy się powstrzymała.

[…]

W złości nie biła dzieci, lecz co najwyżej gwałtownie wycierała im nosy. 

Czytane w innym kontekście mogłyby one stanowić próbę zamknięcia historii czułym wspomnieniem – tu pełnią funkcję otwartego fragmentu, pasażu, momentu. W ostatnim zdaniu narrator potwierdza ich nieskończoną niepełność: „Później opiszę to wszystko dokładniej”. 

 

 

P. Handke, Pełnia nieszczęścia [w:] tenże, Krótki list na długie pożegnanie. Pełnia nieszczęścia, tłum. S. Błaut, Warszawa 1975.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Jacek Wiaderny, Nad niedomkniętym wiekiem krypty. O „Pełni nieszczęścia” Petera Handkego, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 51

Przypisy

    Powiązane artykuły