23.07.2020

Nowy Napis Co Tydzień #059 / To nie jest zwykły „kryminał o Warszawie”. „Zły” jako wyzwanie krytyczne

Leopolda Tyrmanda kochamy, bo wielkim pisarzem był. I wiemy o nim wszystko, co o wielkim pisarzu wiedzieć należy. Wiemy, że należał do pokolenia Kolumbów, że w czasie wojny zachował się honorowo i że nie ma się do czego przyczepić, choć niejeden próbował. Wiemy, że w pierwszych powojennych, trudnych latach podciągania pod socrealistyczny strychulec drażnił i kontestował, był barwnym ptakiem zamkniętym w klatce szarych wróbli. Wiemy, że mieszkał w YMCA, wiemy gdzie pił, co i z kim. Wiemy, że nosił się z niedbałą elegancją w dobrym stylu, tylko te kolorowe skarpetki! Wiemy, że był znawcą boksu, ale przede wszystkim jazzu. Wiemy, że był dobrym duchem artystyczno-towarzyskiej Warszawy w czasach, gdy stanowiło to wyzwanie… i ściągało niebezpieczeństwo. Wiemy, że flanował po Warszawie. Wiemy, że wyemigrował do USA, by stać się tam wyrocznią konserwatyzmu, jego sumieniem i arbitrem elegantiarum. Wiemy, co napisał, kiedy wydał i wiemy, „co autor chciał przez to powiedzieć”. Ale ta wiedza jest kaleka, jednocześnie nadmiarowa i niedostateczna, przez co nie nadaje się do praktycznego użytku.

Gdyby nie istniał Zły (po raz pierwszy wydany nakładem Czytelnika w 1956 roku), osoba i twórczość Tyrmanda dałyby się łatwo zamknąć w szufladzie dla kronikarzy dziejów Polski tuż powojennej, kneblowanej jedyną właściwą ideologią i poetyką socrealizmu, wśród ofiar złudnej odwilży i trudnej emigracji. Zalatywałby z tej szuflady naftaliną troski wymierającego pokolenia kustoszek i kustoszy pamięci o to, co pamiętają tylko oni. Ale Zły żyje, i choć jest już w wieku emerytalnym, cieszy się doskonałym zdrowiem. Relikt czasów powszechnie zapomnianych jest obecny w świadomości trzeciego pokolenia czytelników. Tym bardziej dziwi, że nikt do tej pory nie odpowiedział, czym ten Zły właściwie jest.

Kultowy status, „białe oczy” na muralu i „Warszawa Złego” na nieocenionym, niedocenionym blogu „Warszawa śladami Złegohttp://www.zly.ownlog.com/ [dostęp: 8.06.2020].[1], nie zwalniają przecież z obowiązku (i nie pozbawiają przyjemności) nazwania i opisania zjawiska. Wspomnienia z dzieciństwa, opasłe tomiszcze stojące podobno w rodzinnych domach literackich celebrytów na miejscu, które uznają za honorowe (jak pisze Marcel Woźniak, „sam Miłoszewski przyznał mi nawet niedawno, że Zły stał w jego rodzinnym domu między Pismem ŚwiętymPanem Tadeuszemhttps://nowynapis.eu/tygodnik/nr-27/artykul/tyrmand2020-czyli-czytajmy-tyrmanda [dostęp: 8.06.2020].[2]) i zachwyty nad minionymi rozkoszami flanowania to zdecydowanie za mało! To tylko komplementy. Komplementy znaczeniowo puste.

Żeby coś zbadać i opisać, najpierw trzeba to nazwać. Zły, choć próbowano dokonać tego na wiele sposobów, pozostaje nienazwany, niezbadany krytycznie i nieopisany. Jako dzieło literatury odsyła do fałszywego desygnatu: wielowymiarowej, barwnej w najlepszym sensie tego słowa, umykającej łatwym definicjom postaci Leopolda Tyrmanda. „Uśmierćmy autora”, a stanie się symulakrem.

Czym Zły nie jest

Nim spróbuje się nazwać Złego Leopolda Tyrmanda takiego, jakim jest, w oderwaniu zarówno od osoby autora, jak i odczytania tak bardzo historycznego, że już muzealnego, warto sprawdzić, jak jest nazywany. A bywa tak różnorodnie (i tak absurdalne), że aż się w głowie kręci.

Zły jako „powieść łotrzykowska”Zob. na przykład Łotrzykowska powieść o magicznej Warszawie, http://smakksiazki.pl/filipika-historia-model-skladania/ [dostęp: 8.06.2020].[3]
 

W ten sposób przyporządkowuje się książkę Tyrmanda do godnej tradycji sięgającej czasów przedpowieściowych (XVI wieku i romansu pikarejskiego), a także kojarzy z – przykłady pierwsze z brzegu – Dobrym wojakiem SzwejkiemColasem Breugnonem. Przytaczam tę klasyfikację na pierwszym miejscu nie tyle jako ciekawostkę – choć jest nią niewątpliwie – co jako dowód żywotności Złego, bowiem, traktowana śmiertelnie poważnie, pojawia się ona przede wszystkim w amatorskich internetowych blogach autorstwa „recenzentek” i „recenzentów” czytających tylko to, co jest „na topie”, a oceniających, z braku jakichkolwiek kryteriów – owoców wykształcenia, a przynajmniej oczytania – zgodnie z tym, „jak im serce dyktuje”.

Wariantem tej klasyfikacji jest nazywanie Złego powieścią awanturniczą, ewentualnie przygodową. Jak widać przeciętnemu czytelnikowi bez problemu przychodzi czytanie go szybko, powierzchownie, dla akcji, jak Pana Tadeusza bez opisów przyrody.

Zły jako Zorro i/lub „powieść płaszcza i szpady”
 

To również jest świadectwo odczytania powierzchniowego. Henryka Nowaka, głównego bohatera, owszem, łączy z Zorrem niezwykła umiejętność walki, ale wszystko inne – maska, malowniczy strój, rapier i wierny wierzchowiec – także ich odróżnia. W Henryku Nowaku nie ma nic z „glamour” potomka bajecznie bogatych arystokratycznych rodów, studiującego z oddaniem sztukę eleganckiego fechtunku i woltyżerki. Jest robotnikiem odgruzowującym Warszawę, mieszka w hotelu robotniczym, walczy po chamsku, bandycko, pięściami.

Ten ZŁY? Niech się do mnie wychyli! Obsłużę go obojętnie, palanty, żeby raz na zawsze było wiadomo, kto tu jest pan na Ząbkowskiej! […]

– Jestem…

Świadkowie tego, co zaszło w chwilę potem, złożyli później w komisariacie trzydzieści osiem krańcowo różnych sprzecznych ze sobą zeznań, jako że świadków było akurat trzydziestu ośmiu: wszyscy jednak zdołali jednakowo ujrzeć i usłyszeć to tylko, że handlarz używanym obuwiem był o głowę wyższy i dwa razy tak szeroki jak ZŁY, że ryknął dzikim głosem, że zrzucił wyświechtaną marynarkę, pod którą nie miał nic oprócz nagiej, spoconej piersi błyszczącej jak kuta w miedzi tarcza, i że runął na przeciwnika. Wszystko skotłowało się błyskawicznie w potworny kłąb, z którego przez cztery sekundy dochodziło wściekłe sapanie handlarza, po czym rozległ się podnoszący włosy na głowie krzyk. Kiedy świadkowie przetarli zmętniałe z przerażenia oczy, na trotuarze spoczywał obok swych ofiar potężny kształt handlarza z krwawą, rozoraną miazgą w miejscu twarzy. Jego pogromca rozpłynął się w powietrzu jak widziadło. Natomiast jeden z poprzednio pokonanych dźwignął się chwiejnie, schwycił rękami żelazną żaluzję wystawy sklepowej, stanął na nogach, postąpił zataczając się ku swemu krzywdzicielowi, kopnął go kilka razy resztą sił w brzuch i krwawą maskę, po czym czepiając się murów i latarń powędrował w ciemność ulicznąWszystkie cytaty z książki pochodzą z wydania elektronicznego: L. Tyrmand, Zły, Warszawa 2011.[4].

O znaku „Z” wyciętym trzema szybkimi ruchami rapiera – ani o żadnym innym – nie ma w Złym ani słowa.

Wariantem tej klasyfikacji jest nazywanie Złego „westernem”, a czasami dokładniej: „miejskim westernem”. Wprawdzie określenie to („miejski western”) jest sprzecznością samą w sobie, ale warto zauważyć, że porównanie Złego do, by daleko nie szukać, na przykład Siedmiu wspaniałych ma pewne umocowanie w tekście. Oto istotny, a także nieodparcie komiczny fragment, w którym na ławce w Łazienkach, w obecności podsłuchującego zza żywopłotu dziennikarza Kolanki, detektyw Jonasz Drobniak wtajemnicza małego chłopca w tajniki narodzin przestępczości zorganizowanej poprzez historię teksańskich „desperados” i „Strażników Teksasu”. Dochodzi przy tym do absurdalnego qui pro quo:

Skończyło się w ten sposób, że w pewnym momencie uczciwi ludzie w Teksasie zeszli się, porozumieli między sobą i postanowili chwycić za broń, by ogniem wypalić wrzód bezprawia […] W pierwszej fazie walki stworzyli organizację pod nazwą „Strażnicy Teksasu”, zatwierdzoną przez rząd federalny, którą tenże rząd obdarzył doświadczonymi oficerami policji. Ale rząd był daleko, zaś przestępczy władcy Teksasu blisko i po roku działalności tej organizacji zapanował taki bałagan, że nikt już nie mógł odróżnić, kto jest strażnikiem, kto desperado, a kto koniokradem czy bandytą. […] Wówczas to właśnie uczciwi ludzie, doprowadzeni do rozpaczy terrorem łobuzerii, która zagnieździła się wśród „Strażników Teksasu” rzeczywiście chwycili za broń, a ponieważ byli w przeważającej większości, po pewnym czasie wykosili, jak mówisz, zarówno desperados, jak i „Strażników Teksasu” i w ten sposób zapanował tam względny spokój. […]

– To pan… jednak sądzi – odezwał się, jakby z głębokiego zamyślenia, głos numer dwa – że ci desperados i nasi kozaczkowie spod kin to to samo?

– Różnica poziomów, Krzysiu, doprawdy. […] Tak, Krzysiu, Warszawa pełna jest w tej chwili naszych rodzimych desperados. Zamiast czarnego sombrera [incydentalnie czarne sombrero jest znakiem firmowym… Zorra – przyp. KS] – oprychówka, zamiast czarnej bluzy i takiejże chusty pod szyją – sznurowana koszulka piłkarska lub kolorowy sweter pod koszulą. Zamiast nisko wiszących coltów – cegły, kastety, rurki żelazne. […]

– Proszę pana… – szepnął głos numer dwa, teraz już bardzo chłopięcy, wręcz dzieciny – i ci Buffalo Bille walczyli z tymi chuliganami, z tymi desperados… Tak jak teraz w Warszawie? O rany Julek! Proszę pana, proszę pana… To pan!

Głos przeszedł w trwożliwy bełkot. Kolanko skoczył na równe nogi. Po drugiej stronie żywopłotu mały wyrostek w krótkich spodenkach, lichym sweterku i za dużych butach odsuwał się w nabożnym przerażeniu do starszego pana w meloniku, z żółtą, kościstą twarzą, siedzącego z podbródkiem idyllicznie opartym o rączkę parasola. […] Pan w meloniku uśmiechnął się z zadowoleniem, tak jakby fakt, że Kolanko słyszał wszystko, stanowił dlań specjalny powód radości. Po czym rzekł:

– Chodź, Krzysiu, stawiam ci ciacho i lemoniadę. A jak się bliżej poznamy, pożyczę ci różne książki.

Była to jednak deklaracja bezcelowa. Chłopak zerwał się nagle z ławki i zaczął uciekać, rozpryskując wokół gliniaste błoto alejek zbyt dużymi butami.

Topos nawróconego bandyty chroniącego bezbronnych przed innymi bandytami ma w westernie długą tradycję, ale nie czyni to ani Złego westernem, ani „pana w meloniku” – Złym.

Zły jako powieść sensacyjna i/lub thriller
 

Używający tych określeń dostrzegają pewne podobieństwo czytanego dziś Złego do współczesnej popliteratury anglojęzycznej. Jest to nie tyle błędem, co swojego rodzaju pars pro toto: decydowaniem o kwestii klasyfikacji gatunkowej na podstawie kilku cech w istocie drugorzędnych, takich jak pościgi samochodowe czy labirynty podziemnych przejść prowadzących do piwnicy Kudłatego i tym podobne. Tego rodzaju klasyfikacja robi też dobry użytek z atmosfery niesamowitości otaczającej bohatera, a kreowanej przez jego „białe oczy” i błysk brylantu wzmagającego siłę uderzenia pięścią jak kastet, wytaczający z ofiar żywą krew. Problem w tym, że co barwniejsze elementy akcji są tylko tym: barwnymi elementami i same w sobie nie stanowią o wyjątkowości Złego. W takim jego nazwaniu widzę jednak tę zaletę, że wyjmuje go ona z szuflady, otrzepuje z naftaliny i wpisuje we współczesny porządek popkultury. Pozwala nawet na prowadzenie kuszących i wcale nie tak znów nieuzasadnionych paraleli z Ojcem chrzestnym Mario Puzo i innymi mafijnymi sagami.

Zły jako kryminał
 

Ta klasyfikacja spotykana jest bardzo często (Wikipedia, wierny rejestrator „wiedzy powszechnej” – czy też powszechnej ignorancji – nazywa go „wielowątkową powieścią kryminalną”https://pl.wikipedia.org/wiki/Z%C5%82y_(powie%C5%9B%C4%87 [dostęp: 9.06.2020].[5]). Na pierwszy rzut oka wydaje się to nie tylko poprawne, ale wręcz sięgające przez akcję w głąb, do samej istoty powieści. Mamy w niej przecież co najmniej cztery śledztwa: klasyczne policyjne, biegnące w kierunku ujęcia Henryka Nowaka jako winnego brutalnych pobić, niezależnie od tego, w jakiej intencji Nowak bije i kogo (o pojęciu-kluczu – wigilantyzmie – za chwilę), mamy też holmesowskie z ducha śledztwo detektywa-amatora Jonasza Drobniaka, biegnące w kierunku rozpracowania mafii Buchowicza oraz śledztwo dziennikarskie Kuby Wirusa i jego mentora, Edwina Kolanki, motywowanych zawodową, dziennikarską chęcią poznania „ducha miasta”. Czwartym, raczej nietypowym, jest „śledztwo” szefa mafii warszawskiej Buchowicza/Merynosa, szukającego Nowaka celem wyeliminowania zagrożenia i odzyskania mafijnego monopolu na przemoc. Można do tego dodać też – jako piąte, lecz z zastrzeżeniami – szczątkowe śledztwo poszukującego kontaktu z Nowakiem doktora Halskiego, niepotrafiącego samodzielnie odnaleźć uwięzionej, ukochanej kobiety.

Ale… no właśnie. Jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach. Problem w tym, że śledztwa te są tak dalece nieklasyczne, specyficzne dla tej i tylko tej powieści, że powstaje pytanie, czy w ogóle zasługują na swą nazwę. Porucznik Dziarski nie odnajduje przecież i nie aresztuje podejrzanego dzięki dedukcji, sile charakteru i wsparciu służb, jak konwencja wymaga, lecz dlatego, że jeden bandyta prowadzi go niemal dosłownie za rękę po tropie drugiego. Z kolei gdy wreszcie ten twardy, służbisty reprezentant prawa i porządku zatrzymuje przestępcę, którego tak wytrwale poszukiwał, okazuje się słabym człowiekiem i natychmiast go… wypuszcza. Jakże „niekryminałowy” jest choćby ten fragment:

ZŁY podszedł cicho do Dziarskiego i stanął tuż za nim.

– Poruczniku! – szepnął.

Dziarski nie odpowiedział. Zdawał się wpatrywać w wieczór za oknem, lecz oczy miał pół­przymknięte.

– Poruczniku… – szepnął miękko ZŁY – to moja ostatnia szansa. Jutro rozpłynę się na długie lata za więziennym murem. Niech mi pan pozwoli… Wrócę do pana z Buchowiczem. Wtedy moje życie odnajdzie swój sens.

– Zabije go pan… – rzekł ochrypłym, ciężkim głosem Dziarski.

– Nie zabiję – rzekł cicho ZŁY. – Przysięgam panu.

– Niech pan idzie… – rzekł porucznik Michał Dziarski, ziewnął nerwowo i przetarł dłońmi oburącz twarz. Gdy się odwrócił, ZŁEGO nie było w pokoju. Jednym skokiem dopadł telefonu i poderwał słuchawkę. – Wartownia! – krzyknął – proszę wypuścić wychodzącego ode mnie obywatela!

Juliusz Kalodont uniósł się z miejsca wolno, z niezwykłą godnością. Niepewnym krokiem człowieka wzruszonego zbliżył się do Dziarskiego, wyciągnął przed siebie obie ręce i ujął porucznika za ramiona, potrząsając nim mocno. Nie mógł dobyć z siebie słowa, tedy całą swą patetyczną serdeczność włożył w ten gest.

– Przecież nie przyszedł pan tu ratować tego człowieka – rzekł Dziarski zgryźliwie, z obraźliwą ironią. Uciekł w ten sposób przed niebezpiecznym łaskotaniem w gardle, które dręczyło go od paru chwil. Juliusz Kalodont uśmiechnął się tak ciepło, jakby o tym wiedział.

Kuba Wirus ginie „śmiercią dziennikarza”, zabierając do grobu wszystkie swe odkrycia – jego dziennikarska wiedza służy tylko jemu, do zaspokojenia zawodowej ciekawości i nie przyczynia się do wyjaśnienia zagadki.

Z kolei Jonaszowi Drobniakowi wystarczy poznać historię Złego i imperium Buchowicza, z której składa relację bardzo w holmesowskim stylu. To sama wiedza wydaje się satysfakcjonować „warszawskiego Holmesa”, a nie „rozwiązanie sprawy”. Ta ostatnia, gdy Drobniak zabiera głos, jest już rozwiązana. Tymczasem w klasycznym kryminale każdy okruch informacji musi mieć jakieś fabularne skutki, coś tłumaczyć i coś wyjaśniać. Podobnie Halski – w swoim śledztwie trafia najpierw do szpitala, a potem staje się mózgiem „drużyny Złego”, do której przystaje z powodów czysto egoistycznych.

Na dobrą sprawę tylko mafijne śledztwo toczy się zgodnie z regułami sztuki: prowadzi do identyfikacji celu i (nieudanej) próby jego eliminacji. Pod tym względem Zły jest bardziej odwrotnością kryminału niż kryminałem, bowiem w powieści Tyrmanda to raczej bandyci likwidują się nawzajem w gangsterskim porachunku (przymnijmy: Buchowicz naprowadza milicję na trop Złego, Zły pokonuje w walce Buchowicza, a potem sam oddaje się w ręce sprawiedliwości) niż siły prawa i porządku likwidują bandytów.

Zły jako „powieść miejska”, „powieść warszawska”, „warszawski epos”
 

Jeszcze popularniejsze od „kryminału”, określenie to jest jednocześnie najciekawsze, bowiem traktuje tuż powojenną Warszawę nie jako dekoracje dramatu, lecz mise-en-scène, a nawet jego współbohaterkę. Akcja Złego nie może dziać się gdzie indziej, w przestrzeni stylizowanej jak Kalifornia Zorra lub zmitologizowanej jak Troja. Dzieje się w Warszawie tak bardzo rzeczywistej, że do dziś można flanować śladami bohaterów, obejrzeć, co się zmieniło, a co pozostało niemal niezmienione, jak trasa, którą Eugeniusz Śmigło ścigał chaussonem chevroleta Kitwaszewskiego. W tekście znajdziemy zresztą bezpośrednie odwołania do stylistyki – co prawda zmodyfikowanej – eposu, przede wszystkim klasyczne inwokacje: „O, mody warszawskie!”, które są przede wszystkim męskie, „O, intonacje warszawskie!”, tworzące gwarę miasta bardziej niż jej zasób leksykalny. Jest „warszawska szkoła bójki”:

Błyskawicznym gestem odciągnął tułów do tyłu i bez zamachu, krótkim wyrzutem nogi, niezawodnym ciosem najbardziej kunsztownej warszawskiej szkoły wymierzył piekielne kopnięcie w podbrzusze stojącego o krok człowieka.

Są szczególne warszawskie redakcje:

O, redakcje warszawskie! Ile w was czaru i odrębności od innych redakcji świata!

I są szczególni warszawscy dziennikarze:

Mijając „Polonię”, Kolanko pchnął lekko Kubusia w drzwi. Wypili trzy ćwiartki wódki, po czym długo siedzieli, milcząc, a w milczeniu tym było mnóstwo wzajemnych uczuć i zadowolenia. Pierwszy raz pili razem alkohol. Ta chwila wymagała bowiem wielkiej dojrzałości i głębokiego, obopólnego zrozumienia.

Zły zawiera także inne, mniej widoczne cechy eposu – współistnienie charakteryzujących się na wzajem dwóch momentów przełomowych: odbudowy Warszawy i narodzin jej nowego modelu przestępczego podziemia, typy bohaterów o nadludzkich cechach, jakimi są umiejętność bójki Nowaka i szoferskie talenty Eugeniusza Śmigło, siła Fryderyka Kompota i geniusz organizacyjny Buchowicza/Merynosa. Do porządku eposu przynależą także znaczące nazwiska części bohaterów będące ich charakterystyką, specyficzne nom de guerre: porucznik policji jest Dziarski, holmesowski drobny, starszawy buchalter-prywatny detektyw to Drobniak, gigantyczny były bokser, „ochroniarz” Merynosa to Robert Kruszyna, ginekolog – nielegalny aborcjonista to Dzidziaszewski, a „parkieciara, czyli kociak” to Roma Leopard. W tej przestrzeni „rzeczywistości wyolbrzymionej” mieści się też, nie naruszając jej, najbrutalniejszy, wyolbrzymiony realizm:

Władek rozbił butelkę o ścianę w ten sposób, że trzymana w jego ręku szyjka najeżyła się ostrą stłuczką rozłupanej do połowy flaszki. To poszczerbione w piekielne ostrza szkło wbił z całej siły w twarz Józka, gdy ten runął nań spoza zwałów mebli. Przez ułamek sekundy zawisła straszliwa cisza w przestrzeni baru „Słodycz”, po czym rozległo się ohydne, psie wycie Józka trzymającego się oburącz za okropną, krwawą głowę. Ciemna krew, zmieszana z jakimś strasznym śluzem, spływała mu z oczu przez palce. […] – Mamusiu! – ryczał Józiek. – Mamusiu! – Osunął się na kolana, nie odrywając przyklejonych krwią rąk od głowy. Nikt się do niego nie zbliżał. – O Jezu! – wył – o Jezu! – po czym opadł na bok, na podłogę, kopiąc konwulsyjnie nogami.

Jak Złego się NIE nazywa
 

Równie znaczące jak to, jak nazywa się „Złego” jest to, jak się go nie nazywa. Otóż nie nazywa się go „powieścią obyczajową” ani „powieścią historyczną”, choć byłoby to uprawnione. Sześćdziesiąt cztery lata takich zmian, jakie nastąpiły od dnia jego wydania, to ogromna przestrzeń czasowa. Nie nazywa się go także powieścią realistyczną i/lub „kroniką warszawską” (zamiast eposem) – choć można byłoby to robić przez wzgląd na niewątpliwy realizm przytaczanych szczegółów. Jest tak, jakby jedynym, co wszyscy wiedzą z pewnością – choć tego nie artykułują – i w czym się milcząco zgadzają, była jego przynależność do literatury popularnej, gatunkowej.

Co jest, oczywiście, intuicją jak najbardziej prawidłową.

Czym Zły jest naprawdę?

W tym momencie można już zaryzykować próbę odpowiedzi na pytanie, czym jest Zły, w jakim porządku literatury popularnej, gatunkowej się mieści oraz dlaczego ciągle cieszy się niezmienną popularnością bestsellera.

Przez lata zmieniał się jego odbiór: od sztandarowego dzieła w najpełniejszy, czytelniczo bardzo przystępny, sposób przełamującego konwencje socrealizmu, przez powieść popularną o cechach kryminału i thrillera, kusząco podobną do powszechnie idealizowanego „zachodniego prawdziwego popu” po… no właśnie, co?

Z każdej z przedstawionych wyżej klasyfikacji obecne jest coś z „prawdy odczytania”, choćby i nieudolnie wyrażonej. Czym Zły jest dzisiaj w kraju, który już stał się „jak Zachód” i w którym powinien tylko śmieszyć swymi licznymi anachronizmami? Odpowiedzi udzieli nam suma tych prawd w ich wzajemnej dynamice, w tym, jak się nawzajem modyfikują i wzbogacają.

Podsumujmy zatem: z „powieści łotrzykowskiej” mamy w Złym przebiegłego bohatera istniejącego poza konwencjonalnym światem, nieustannie naruszającego jego prawa, by użyć współczesnego określenia: „outsidera”. Z powieści przygodowej/awanturniczej wiadomo, co mamy. Z Zorra, „powieści płaszcza i szpady i „westernu”, mamy w Złym bohatera, który jest nie tylko outsiderem, lecz, będąc nim, aktywnie sprzeciwia się temu światu i jego zasadom. Staje w obronie słabszych w imię „wyższych racji”, by zapewnić słabszym godne życie, jakkolwiek je rozumieć. W Złym to godne życie zdefiniowane jest minimalistycznie. Na chwilę przed ciężkim pobiciem nazywa je doktor Halski:

– Przegrasz, bracie! Musisz przegrać! Możecie mnie teraz załatwić na klawo, ale… tu będzie w końcu spokój, zobacz… – Nie zdołał skończyć.

„Kiedyś spokój zapanuje w tym mieście” i „by spokój zapanował w tym mieście” powtarza się w powieści jak refren. Nie sposób go nie zauważyć, nie wolno lekceważyć. Z pewnością nie lekceważy go sam „siewca niepokoju”.

– Co to była za nieprzytomna mowa, panie prezesie? – spytała niższa postać – co on powiedział?

– Wcale niegłupio mówił – rzekła postać wyższa. – Warto się nad tym zastanowić.

Z powieści sensacyjnej/thrillera mamy w Złym zarys fabularny i elementy świata przedstawionego: wiemy, gdzie działają bohaterowie i po co. Szybką, sensacyjną ze swej natury akcję uzupełnia thrillerowa niesamowitość, tajemniczość, nawet suspens. Z tą klasyfikacją wkraczamy w świat współczesnej literatury popularnej.

Kategoria „kryminału” wydaje się z kolei pełnić funkcję porządkującą. Mimo niekanoniczności śledztw mamy w Złym – zacierany w powieści sensacyjnej/thrillerze – jasny podział na dobro i zło, na siły prawa i porządku i na przestępców, których należy wytropić, ująć i ukarać. Z tego typowego dla klasycznego kryminału porządku moralnego wydaje się zresztą wywodzić sam tytuł: „złym człowiekiem” jest człowiek, który wypowiada wojnę przestępczemu podziemiu dlatego, że działa poza prawem. Może odnieść chwilowy sukces, ale zła nie wolno mu zwyciężać innym złem.

„Epos miejski” zaś uzupełnia świat przedstawiony o świat fizyczny będący jego determinantą. Bohaterowie Złego przy całej swej różnorodności są fabularnymi „typami”, tylko odbudowująca się Warszawa jest unikalna i niczym nie dałaby się zastąpić. Jej też poświęcona jest książka, kończąca się słowami doktora Halskiego: „Jesteśmy w Warszawie”.

Co otrzymamy, łącząc wymienione elementy w spójną całość? Jakkolwiek nieprawdopodobnie by brzmiała, stawiam tezę, że Zły Leopolda Tyrmanda jest do dziś żywy, czyli zachłannie czytany, gdyż wypełnia warunki tego archetypu popkulturowego, który od ponad osiemdziesięciu lat rządzi popkulturą: archetypu superbohatera.

Tak, Zły Leopolda Tyrmanda jest dziś powieścią superbohaterską… i dlatego po sześćdziesięciu czterech latach ciągle budzi emocje.

Zły jako superbohater
 

Henryk Nowak, jak outsider z powieści łotrzykowskiej, żyje poza społecznością, poza jej ładem cywilizacyjnym, z którym łączy go stosunek negacji – to jeszcze nie jest cecha superbohaterstwa, ale już jej zapowiedź. Jak Zorro (oraz inni bohaterowie „płaszcza i szpady”) dysponuje nadludzkimi umiejętnościami walki, choć nie zawdzięcza ich długim ćwiczeniom i nie stosuje wyrafinowanej broni białej, szpady lub rapieru. Jeśli po coś sięga, to raczej – jak rewolwerowiec z westernu – po środki najprostsze: walczy tym, co ma pod ręką, a rewolwerów pod ręką nie ma. Jako członek przestępczego podziemia przechodzi „on-the-job training”Szkolenie w miejscu pracy.[6]. Pojawia się znikąd i znika, by wyłonić się w najbardziej nieoczekiwanych miejscach, ale jego postępowaniem rządzi logika, choć nie od razu jasna i zrozumiała – to łączy postać superbohatera z pojemną kategorią sensacji i thrillera. Zły walczy z przestępczością, identyfikuje i na swój sposób eliminuje złoczyńców – a to zachowanie każdy superbohater dziedziczy po kryminale. Tylko że przestępczość jest tak wysoce zorganizowana, że wymyka się skrępowanym cywilizacyjnymi normami siłom prawa i porządku, więc superbohater łamie prawo bez wahania, jeśli stanie się dla niego przeszkodą. Sam na swój użytek definiuje dobro i zło… i w tym sięga poza konwencję kryminału.

I wreszcie, niczym Batman, z którym Złego łączy przewaga elementu realistycznego nad fantastycznym (obaj nie posiadają żadnych cech nadnaturalnych), Henryk Nowak działa w przestrzeni miejskiej, której „mapa” jest mu dobrze znana i wykorzystywana do wykonania zadań. Bardzo interesujące jest też to, że cechą charakterystyczną „polskiego Batmana” są świecące białe oczy. Rysownicy komiksów (postać superbohatera z nich właśnie się wywodzi) obdarzają nimi bohaterów o zamaskowanych twarzach, gdy chcą wykorzystać ekspresję ich oczu.

Dlatego Zły jest SUPERbohaterem.

Henryka Nowaka bardzo wiele różni od Zorra i od Batmana – najbardziej znanych komiksowych bohaterów będących ludźmi z krwi i kości, nie augmentowanych na sposób właściwy fantastyce. Nowak nie należy do elity swego społeczeństwa, arystokratycznej i majątkowej. Nie ma do dyspozycji nieograniczonych środków na „cudowne zabawki”. Nie przechodził treningu czyniącego z niego wirtuoza walki. Ale łączy go z nimi to, co najważniejsze: wspomniany już wigilantyzm. Zastępowanie organów uprawnionych do przestrzegania prawa wtedy, gdy nie są w stanie zapewnić jego przestrzegania, „wymierzanie sprawiedliwości na własną rękę” i w ogóle wymienienie pojęcia prawa na pojęcie sprawiedliwości.

Siła kreacji Leopolda Tyrmanda leży w tym, jak ulokował superbohatera w warunkach lokalnych. W tym, że ulokował go w doskonale realistycznym środowisku miejskim – Warszawie – a nie jakimś odpowiedniku stylizowanego Gotham City, tylko sugerującego Nowy JorkNowy Jork został ochrzczony tym mianem już w XIX wieku przez Washingtona Irvinga, twórcę Ripa van Winkle i Jeźdźca bez głowy.[7]. W tym, jaką obdarzył Złego motywacją: nie dziecięcą traumą, lecz wyrzutami sumienia. I w tym, że Zły nie jest pochwałą wigilantyzmu, a tylko opisem jego skuteczności. Henryk Nowak jest superbohaterem „funkcjonalnym”. Robi swoje poza granicami prawa i za przekroczenie tych granic ponosi karę. Prawo przystosowuje się do tego superbohatera jedynie na krótką chwilę i w końcu to ono tryumfuje.

Wspomniane różnice wolno jednak uznać za drugorzędne. Pierwszorzędne jest, że najbardziej współczesny czytelnik masowy instynktownie rozpoznał w Złym to, co mu dobrze znane. To, co był w stanie przyjąć bez oporów za swoje. „Superbohaterstwo” święci dziś przecież tryumfy i jest znane wszystkim.

Zły Leopolda Tyrmanda aż prosi się o superbohaterski film, o serial, o komiksy, nawet o… kontynuację. Pora, by wszystkożernej popkulturze nadać prawdziwie warszawski sznytWięcej o Złym jako superbohaterze na blogu „Gotham w deszczu”: https://gothamwdeszczu.com.pl/blog/kultura-na-sobote-zly-tyrmanda/ oraz https://gothamwdeszczu.com.pl/blog/zly-wprawka-do-scenariusza/.[8].

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Krzysztof Sokołowski, To nie jest zwykły „kryminał o Warszawie”. „Zły” jako wyzwanie krytyczne, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 59

Przypisy

    Powiązane artykuły