29.04.2021

Nowy Napis Co Tydzień #098 / Artur Sandauer i autonomia literatury

Taryfa ulgowa prosperowała nadal i prosperuje w jak najlepsze. Moja kampania, by stworzyć „beztaryfową”, wolną od względów i urzędów krytykę, spaliła na panewce […] Rozpoczynając ją, nie liczyłem się dostatecznie z krajem, w którym żyć mi wypadło, z krajem, gdzie nikt nie pyta „Co?”, a każdy „Po co?”, z krajem, gdzie nie o principia chodzi, lecz o osoby. Czyż zresztą i sam Gombrowicz, gdy ostrze krytyki beztaryfowej skierowało się przeciw niemu, nie zapomniał o zasadzie, którą gorąco popierał? […] Rzekł mi kiedyś – już w okresie ochłodzenia naszych stosunków: „Zdaję sobie sprawę z tego, co pan dla mnie zrobił”. Odpowiedziałem: „Zrobiłem to nie dla pana, lecz dla prawdy”A. Sandauer, „Polityka" 1987, nr 41, cyt. za: https://www.sandauer.pl/powiedzenia-sandauer-o.html [dostęp: 4.03.2021].[1].

1.

Wszystko się zmienia, stare odchodzi, przychodzi nowe, lecz w tym chaosie postępu jedna rzecz pozostaje niezmienna: dziś też, jak przed laty, nikogo nie interesuje, CO napisał Artur Sandauer-krytyk i o CZYM, a tylko to, o KIM napisał, JAK napisał, a przede wszystkim, PO CO napisał – co chciał przez to ugrać, z kim wyrównać rachunki. Dziś, gdy Sandauera prawie nikt nie czyta, jeśli komuś zdarzy się coś jednak przeczytać i coś o tym napisać, jego relacja z lektury jest relacją z obcowania nie z tekstem, lecz osobą autora: jego biografią, idiosynkrazjami, narowami i – jakże chętnie się je przypomina! – anegdotami i śmiesznostkami. Jeśli Sandauer dziś dla kogoś istnieje, to raczej jako tłumacz, pisarz i kontrowersyjny celebryta życia literackiego PRL, niż dzięki swej krytyce. Tę zbywa się machnięciem ręki, banalną wzmianką i oczywiście cytatem wybranym spośród wielu słynnych bon motów.

Czy polską kulturę naprawdę stać na aż taką rozrzutność, by pozwolić ruchliwemu intelektowi, komenderującemu niezwykle ciętym piórem, rozsypać się z upływem czasu w proch i pył, a temu, co pozostało – wyśmienitym przekładom, studiom biblistycznym i twórczości własnej – porastać kurzem na tych wysokich bibliotecznych półkach, do których nie dosięgają nawet bibliotekarze?

A może Sandauera, krytyka niewygodnego, bezkompromisowego, zawsze nietaktowanego i zawsze mającego „dla każdego coś przykrego” postarano się pogrzebać tak głęboko, by nikogo już nie drażnił i by, parafrazując słowa Zbigniewa Herberta, „kornik napisał jego uładzony życiorys”?

Co jest prawdą? Chyba jedyny sposób, by ją poznać, to wyrzucić przed nawias bogaty, dramatyczny życiorys Sandauera, a także jego twórczość niekrytyczną i zobaczyć, co w nawiasie zostanie.

2. 

Podstawą i fundamentem, na którym swą krytykę zbudował Artur Sandauer, jest jego wykształcenie klasyczne. Nie przypadkiem, obok poezji własnych, ćwiczył on pióro rozprawą Theokritos – twórca sielanki. Czym skorupka za młodu nasiąknie… a pamiętajmy, że w literaturze greko-rzymskiej poezja miała specjalne znaczenie sakralne. Jeśli raz przyjmie się ją za swoją, wypowie „z nich jesteśmy” z wiarą, że rzeczywiście jesteśmy z nich – owych chętnie wykpiwanych „starożytnych Greków i Rzymian” – to przekonanie pozostaje z człowiekiem na zawsze. Przebija ono, jeszcze blado, z poniższego zdania z Zamiast przedmowy do Moich odchyleń (zbioru tekstów opublikowanych w 1956 roku, a wcześniej przeczekujących w szufladzie „okres błędów i wypaczeń”):

[…] premiując tematykę i obniżając kryteria artystyczne, obniżamy przede wszystkim poziom moralny i intelektualny samych twórców”A. Sandauer, Pisma zebrane, t. 3, Warszawa 1985, s. 15.[2].

A pełnię blasku zyskuje słynnym „Odwaga staniała, rozum podrożał”, co w kontekście oznacza tylko (i aż) tyle, że może nadszedł wreszcie czas, by odwaga sprzeciwu wobec socrealizmu ustąpiła miejsca „rozsądkowi krytycznemu”: analizom i nowym syntezom, a quasi-literackie: „co napisał i o kim/czym” ustąpiło miejsca literackiemu: „jak napisał” – estetycznie zadawalająco, czy też wręcz przeciwnie.

3.

W takim absolutystycznym, bezkompromisowo jakościowym rozumieniu literatury, niewątpliwie wsparł Sandauera ten fakt, że pierwszym „jego autorem”, którego znał, którego podziwiał i którego udało mu się niemal samodzielnie (i przeciw samemu Kazimierzowi Wyce!) osadzić w Panteonie Wielkich był Bruno Schulz, pisarz-apoteoza sakralności literatury. Teoretyczne wprowadzenie do Rzeczywistości zdegradowanej (rzeczy o Brunonie Schulzu (Kraków 1957), szkic O ewolucji sztuki narracyjnej w dwudziestym wieku, kończy się słowami:

Proza tego typu nie wyrzeka się elementów iluzyjno-epickich, tyle tylko, że światem tym – podobnie jak światem snu – rządzą nie fizykalne, lecz psychologiczne prawa. Jak we śnie znika tu różnica między znakiem a znaczeniem, między obrazem a wywoływanym przezeń nastrojem: przyśniony potwór nie przyprawia o przerażenie, lecz jest przerażeniem. Dlatego tak trudno sen opowiedzieć: słowo oddaje tylko obrazy, lecz nie sens, jaki dla nas posiadały. We śnie przedstawiające utożsamia się z przedstawianym, widome – z domyślnym; z tej identyfikacji rodzą się owe dwuznaczne przedmioty-hybrydy, których pełno u surrealistów. Znosi on zasadę logiczną, wedle której każdy przedmiot jest tylko sobą: tutaj zza każdego przeglądają inne. Na jawie stosunek znaku i znaczenia jest umowny i zewnętrzny, tutaj polega on na wewnętrznej tożsamości Wkraczamy na teren, gdzie panuje wiara w fizykalne oddziaływanie myśli; gdzie związek umowny zmienia się w realny, oznaczający – w przyczynowy; gdzie czynność wykonana na symbolu przenosi się na przedmiot symbolizowany; gdzie – wykłuwając oko lalce – wykłuwamy je modelowi, gdyż w istocie oba są tym samym. Wkraczamy na teren magii.

Tu jest miejsce, by zająć się twórczością Brunona SchulzaTamże, s. 16.[3].

Te słowa wolno uznać za krytyczne credo Artura Sandauera. Jakkolwiek dalej, analizując opowiadania Schulza, nie stroni on od ukazania tła ekonomicznego, socjologicznego i każdego innego, jakie wydaje mu się przydatne dla wywodu, nie ma miejsca na żadne wątpliwości. To, co w literaturze jest literaturą, ma nią być w stopniu bezwzględnym, zaś to, co literaturę otacza, oferuje narzędzia, którymi krytyk może – i powinien – umiejętnie się posługiwać. Umiejętnie, czyli z umiarem, tak, by wydrzeć literaturze sekrety, ale nie kosztem jej zniszczenia.

4.

Nic więc dziwnego, że drugim z poetów przedwojennych, któremu Artur Sandauer kibicował, był Bolesław Leśmian, autor tych słów:

Wartość przedmiotu mierzy się wysiłkiem tej pracy, która w zakresie atrybutów przedmiotu jest z nim jednoznaczna. Możemy więc powiedzieć, że każdy konkret w tej dziedzinie zjawiony jest jednoznaczny ze sobą samym, posiada jedno tylko, swoje własne, nie zaś symboliczne, nadane na przykład wymogami współżycia, znaczenie. Jest to jedyna realność przedmiotu, która właśnie polega na identyczności jego idei z nim samymCyt. za Pośmiertny tryumf Młodej Polski [w:] A. Sandauer, Pisma…, t. 1, s. 65.[4].

Leśmian jest Leśmianem Sandauera w tym, jak bardzo interesuje go konkret wyrwany ze swego żywiołu, pozbawiony kontekstu, zyskujący tym nowe życie. Jak Schulza, Leśmiana nie da się posądzić o pisanie czegokolwiek w celu innym, niż… pisanie jako akt kreacji. Pisanie niebędące niczyim sługą.

5.

Wejdź w sferę snu.

Po czym zacznij pisać pierwsza lepszą historię. Jaka ci przyjdzie do głowy.

Na tych 20 stronach znajdzie się może jedna scena, kilka pojedynczych zdań, jakaś metafora, które wydają ci się podniecające. Napisz więc wszystko jeszcze raz, starając się, aby te podniecające elementy stały się osnową – i pisz, nie licząc się z rzeczywistością, dążąc tylko do zaspokojenia potrzeb swojej wyobraźni […] szukając zawsze pierwiastka podniecającego – twórczego – tajemniczego – objawicielskiegoW. Gombrowicz, Dziennik, t. 1, Paryż 1957, s. 116, cyt. za A. Sandauer, Pisma…, t. 1, s. 627.[5].

Jak widać, nie trzeba wielkiego wysiłku, by znaleźć powiązania między Schulzem i Leśmianem z jednej strony, a z drugiej – tak od nich różnym, światowym, prześmiewczym w zjadliwej ironii Gombrowiczem, trzecim z autorów którego Sandauer odkrył dla polskiej literatury w całym jego bogactwie. Przy wszystkich różnicach łączy ich wszystkich to, co najważniejsze: „fermentujące pod powierzchnią oficjalnej kultury siły podziemne”. Wytropić da się je i w nędznej mieścinie, i na transatlantyku, opisać można tak różnie, jak różni byli ci twórcy, ale nie zmienia to czysto literackiej jakości ich dzieła.

6.

Dołącza do nich, uzupełnia ich i staje się wielkim tryumfem Sandauera-krytyka, odkrywcy literackich skarbów, Miron Białoszewski. „Poeta rupieci”.

Stoi krzesło:
Artykuł prawdy
Rzeźba samego siebie
Owiązana w jeden pęk
         Abstrakcja rzeczywistości.

Połamało się,
I to też jest forma
         tak – świecznik
         tak – mina byka

Abstrakcyjne powołanie krzesła
Przyciąga teraz
Cały tłum rzeczywistości
Wiąże e jeden pęk
W składnię prawdy
         Rzeczywistość abstrakcjiM. Białoszewski, Sprawdzone sobą z tomu Rachunek zaściankowy, cyt. za: A. Sandauer, Pisma…, t. 1, s. 365. [6].

Białoszewski był dla Sandauera-krytyka prawdziwym darem niebios: jako poeta przeżył kataklizm II wojny światowej wraz z powstaniem warszawskim, któremu dał tak przejmujące świadectwo; przez konwulsje socrealizmu nietknięty, jakby zaistniał w jakiejś innej sferze rzeczywistości. Bo też i jego twórczość – wiersze, Teatr osobny, którego sława daleko przekroczyła granice Polski (nie pamiętać go dziś to co najmniej grzech zaniedbania, jeśli nie zwykła zbrodnia na kulturze literackiej) – zamieszkiwała wszechświat zawsze taki sam. Bo zawsze trzeba wstać, trzeba chodzić, trzeba jeść i pić, trzeba żyć, a wszechświat sacrum…

W nawie
na cieniach zastrzałów
ostatnia tajemnica:
po lewej ręce
zbawieni,
po prawej
potępieni,
a wszyscy
przyprószeni...
AmenM. Białoszewski, Stara pieśń na Binnarową, z tomu Obroty rzeczy, cyt. za: A. Sandauer, Pisma…, t. 1, s. 368.[7]

…gęsto pokrywa kurz.

7.

Trudno było przeoczyć, na czym polegała wyjątkowość Sandauera, należało ją więc przemilczeć. Krytyk wybitny, o wybitnie czułym na literackie aromaty nosie i bezbłędnym guście, a przy tym bezkompromisowy o wiele powyżej (by znowu zacytować Zbigniewa Herberta) „pewnych granic, pewnych rozsądnych granic” – był ciągłym intelektualnym zagrożeniem. Jak wielkim, niech świadczy fakt, że nie ograniczał się do ostrych niczym brzytwa ocen wystawianych innym (co jest skądinąd przywilejem wszystkim krytyków), lecz stosował teorię do praktyki życia literackiego, nie bacząc na koszty własne. Nie miało dla niego znaczenia, o KIM jest poemat Broniewskiego Słowo o Stalinie, znaczenie miał fakt, że jest on niewątpliwym arcydziełem poezji polskiej. Nie miało dla niego znaczenia, o CZYM są Cisi i gęgacze, kim jest ich autor i PRZECIW KOMU/CZEMU występuje, nie miało znaczenia nawet to, kto zwraca się do niego o opinię – temu niewątpliwie szlachetnemu, ale niewątpliwemu gniotowi Sandauer wystawił sprawiedliwą opinię, służącą później jako narzędzie do prześladowania dziś zapomnianego „Szpota”. Sandauer podpisał „List 34” i nigdy nie wycofał podpisu, ale publicznie powtarzał wprost, że podpisywał list do premiera Cyrankiewicza, nie do Wolnej Europy. Jako pierwszy skazany przez cenzurę na milczenie, ośmielił się publikować w paryskiej „Kulturze” z Polski i pod własnym nazwiskiem, by po latach, równie konsekwentnie, ocenzurowany przez „drugi obieg”, bez wahania przekazać gorzki tekst „reżimowej” prasie literackiejPatrz Na międzynarodowej szachownicy [w:] A. Sandauer, Pisma…, t. 3, s. 500.[8]. Była w tym szaleństwie metoda tak oczywista, że powszechnie niedostrzegana. Za dowód niech posłuży choćby List Giedroycia do Gombrowicza z 8 listopada 1958 roku:

Bardzo cenię Sandauera, ale od pewnego czasu daje się wykorzystywać do dość mętnych celów. Najpierw był jego atak na Hłaskę właśnie w tejże 'Polityce', a teraz w doskonałym zresztą artykule atak na Kotta. Oba artykuły były w zasadzie słuszne, ale ukazywały się właśnie w takich momentach, kiedy to było reżymowi wygodneCyt. za: https://culture.pl/pl/tworca/artur-sandauer [dostęp: 1.03.2021], podkreślenia KS.[9].

A przecież taki był właśnie modus operandi Artura Sandauera jako krytyka: literatura najpierw, wszystko inne, okołoliterackie, potem! Tymczasem luminarze życia literackiego wszystkich, także tamtych czasów – ci, których łatwo zakwalifikować jako „salon” – rozumowali dokładnie odwrotnie: „miał w zasadzie rację, ale nie jest racją racja skierowana przeciw tym, przeciw którym nie wolno mieć racji”.

8.

Artur Sandauer był popularny. Był czytany. Nikomu z jego współczesnych nie wydano krytyk w tak wielu tomach książkowych, w prestiżowych seriach. Liryka i logika ukazała się w Bibliotece Krytyki literackiej PIW w 1971 roku, Poeci czterech pokoleń w słynnej „żółtej” serii Wydawnictwa Literackiego w 1976 roku, a do tego koniecznie należy dodać trzy tomy Zebranych pism krytycznych (1981) i cztery Pism zebranych (1985). Ale czytano go „na wspak i obok”. Łatwo było rozumieć Sandauera odwrotnie, bo przecież „u nas, w Polsce” literatura ma obowiązek służyć celom wyższym, a nie sama sobie. Pisarz, demiurg, „auteur”, ma dawać świadectwo jako autorytet moralny i do diabła z tym, że świadectwo daje koślawie, a moralność jego, mocno przechodzona, jest z drugiej ręki i, czego ukryć się nie da, podejrzanie koniunkturalna.

Po prawdzie jest w tym niezrozumieniu cząstka winy samego Artura Sandauera. Nie potrafił on uporządkować swych tekstów według jakiejś ułatwiającej ich zrozumienie metody. Był uniwersyteckim profesorem, ale nigdy nie był literaturoznawcą-naukowcem. Doktoryzował się w 1948 na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego na podstawie… zbioru szkiców ze współczesnej literatury polskiej. Juliusz Kleiner, jeden z członków komisji, pisał tak:

Wybitny literat, zdolny krytyk, rozporządzający znacznym zasobem wiedzy i mający świadomość metody naukowej, pragnie na podstawie niektórych swoich artykułów zyskać prawo zdawania egzaminów ścisłych. Nie jest to zapewne droga zupełnie normalna […] i zbiór studiów zespolonych w równoważnik pracy doktorskiej odbiega od zwykłego typu dysertacji. Ale to odchylenie nie musi być przeszkodą wobec kwalifikacji naukowych, których niewątpliwe świadectwo dają studia krytyczne p. Artura SandaueraCyt. za J. Baran, Śnił mi się Artur Sandauer, Kraków 1992, s. 153.[10].

Kleiner się mylił. „Metoda naukowa” Artura Sandauera, „krytyka wieloaspektowa”, nie jest ściśle biorąc metodą, lecz sposobem prowadzenia analiz i dokonywania syntez pasującym do niektórych pisarzy – zwłaszcza tych wyrazistych, ostro odbijających od tła – ale do niektórych już nie.

We wstępie do Liryki i logiki mamy następną deklarację: „[metoda ta] obchodzi się bez pochwalnych epitetów, jako że sam fakt jej zastosowania jest automatycznie oddanym pisarzowi hołdem.” Doskonale! Ale ilu jest pisarzy wybitnych, w których warto jest wbić krytyczne zęby? Schulz, Leśmian, Gombrowicz, Białoszewski – oczywiście. Szymborska – tak. Czy także Śliwiak i Bryll przy braku Miłosza? Wątpliwe. A co z autorami piszącymi trochę bliżej współczesności? Tu Sandauerowi nie udawało się już trafić nie tylko dziesiątki, ale i w ogóle w tarczę. Anna Janko, Józef Baran… Ich dopisanie do panteonu mogło już tylko prowokować do żartówPor. T. Nyczek, Artur Sandauer (14 grudnia 1913 – 15 lipca 1989, „Pamiętnik Literacki” 1992, t. 83/2, s. 265–274. [11].

Bo też i nie w tym rzecz. Nie uczone teorie są domeną sandauerowskiej krytyki, lecz przyziemna praktyka. Mamy oto krytyka, któremu dane było przeżyć serie historycznych kataklizmów, doskonale świadomego wstrząsów, które musiała przeżywać literatura polska w całej swej historii. Krytyka od młodości przesiąkniętego wiarą w świętość literatury, stanowiącym o jej nadrzędności wobec przebijającego się przez kataklizmy historii świata. I właśnie ten krytyk podjął wysiłek stworzenia JĘZYKA KRYTYCZNEGO, uwalniającego literaturę polską od obowiązku służenia jednej, drugiej i trzeciej WIELKIEJ IDEI. Podjął tę próbę z rozmachem, od razu na kilku frontach, nie oferując „złotego środka”, kompromisu… i nie biorąc jeńców. Walczył ze środowiskami okołoliterackimi, z „salonem”, któremu służebność literatury była zawsze bardzo na rękę. Walczył z samą literaturą, jeśli stawiała mu opór – jak poezja Zbigniewa Herberta, jednocześnie wielka i doskonale nadająca się na epitety miotane z trybun: tych stojących po lewej i tych stojących prawej stronie.

9.

Mając takich przeciwników, Artur Sandauer musiał przegrać. Tytuł jego pożegnania ze światem, wspomnień zatytułowanych Byłem… (Warszawa 1991), jest podwójnie ironiczny i podwójnie tragiczny. Bo wraz z Sandauerem-krytykiem odeszła też krytyka jako taka. I dziś, kiedy żyjemy w czasach pokoju, wyjątkowych w skali stuleci, gdy krytyce byłoby tak łatwo ustalać hierarchie i porządkować pola literackie tylko w oparciu o literackie wartości, a spierać się wyłącznie o to, jak te wartości wydobywać, segregować i oceniać… nie mamy krytyki. Oceny wystawia literaturze już nawet nie „salon” – termin ten zakłada jednak jakieś minimum wyrafinowania – lecz ”środowisko”. „Środowisko” dzielące literaturę na „lewicową i prawicową”, na „genderowo” poprawną lub nie, na… na wszelkie sposoby z wyłączeniem tego jednego: jakościowego.

Literatura polska i dziś nie posiada bytu autonomicznego, jak nie posiadała go w najtrudniejszych dla siebie czasach. Modlitwa Lechonia: „wiosną – niechaj wiosnę, nie Polskę, zobaczę” pozostaje modlitwą niespełnioną, a język krytyki, pracowicie składany przez Artura Sandauera do opisu dzieł sztuki pisarskiej i tylko ich, został zapomniany nim się w pełni ukształtował.

Czy warto go przypomnieć? Rozwinąć? Wzbogacić?

Z całą pewnością tak.

Czy to możliwe?

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Krzysztof Sokołowski, Artur Sandauer i autonomia literatury, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 98

Przypisy

    Powiązane artykuły