18.10.2019

„Rondo Ofiar Grudnia Siedemdziesiąt, następny przystanek Janka Wiśniewskiego, na żądanie”. Głosy Jana Polkowskiego – Anno Domini 2019

Jakie korzenie tu tkwią, jakie gałęzie tu rosną / Z tych kamiennych rumowisk? O synu człowieka, / Rzec nie potrafisz ni zgadnąć, bo ty znasz jedynie / Stos pokruszonych obrazów, i słońce tam pali, / I martwe drzewo nie daje schronienia, ulgi świerszcz, / Ni suchy kamień dźwięku wody. Cień / Jest tylko tam, pod czerwoną skałą / (Wejdźże w ten cień pod czerwoną skałą). / Ja pokażę ci coś, co różni się tak samo / Od twego cienia, który rankiem podąża za tobą, / I od cienia, który wieczorem podąża za tobą, / I od cienia, który wieczorem wstaje na twoje spotkanie. / Pokażę ci strach w garstce popiołu. (T.S. Eliot, „Jałowa ziemia”, cz. 1: Grzebanie umarłych)

1. Wypracowanie na temat: „Widok z mojego okna”

„Chodzi lisek koło drogi, nie ma ręki ani nogi, kto się liska nie spodzieje, ten go kijem przyodzieje” – jak pamiętam, tego rodzaju słowa obowiązywały w trakcie rytuału przedszkolnej wyliczanki umożliwiającej wyznaczenie uczestnika wspólnej zabawy do roli wykluczonego. Oprócz odrobiny szczęścia – ilość sylab w wyliczance była niezmienna – istotne znaczenie miało losowe napiętnowanie uczestnika zabawy, zawierające się w grupowym skandowaniu: „lis, lis, kury gryzł, a kurczaki rzucał w krzaki…”. Bardzo łatwo było wskazywać palcem złego, który musiał się czuć nie najlepiej pod ostrzałem starannej dykcji demaskatorów, jak i pod wskazującymi palcami całej grupy. Mógł on niekiedy liczyć na rehabilitację w innym zbiorowym procesie, w którym skandowano magiczną mantrę: „stoi różyczka w czerwonym wieńcu, my się kłaniamy jako książęciu…”. Element magii był potęgowany przez wprowadzenie słownictwa nawiązującego (tak przynajmniej twierdzą uczeni w piśmie) do języka cygańskiego: „ene due rike fake…”. Przypadek odgrywał tutaj niebagatelną rolę. Ostatecznie była to tylko zabawa.

Niekiedy panie przedszkolanki starały się pocieszyć zanadto rozszlochanego uczestnika gry, którego grupa (z różnych powodów) niezbyt lubiła. Zdecydowanie gorzej było, gdy antypatia grupy spotykała się z niechęcią ze strony przedszkolanki. „Raz, dwa, trzy, giniesz ty, a nie ja, tylko ty…”. „Decymacja”, czyli dziesiątkowanie legionu rzymskiego, który zhańbił się na polu walki, przekształcana bywała w kolejne prawa małych liczb („do dwóch odlicz”, „do trzech odlicz”, „do czterech odlicz”); do głosu dochodziła perspektywa indywidualna, zawierająca się w formułach: „ty mi się nie podobasz”, „co się tak głupio uśmiechasz”; padały apodyktyczne słowa: „ty, ty i ty…”. Wyliczanka trwała. Prawie jak podczas wybierania ochotników do szeroko rozumianych prac społecznych. I podczas każdej selekcji:

na moment
przed ostatecznym podziałem
na zgrzytających zębami
i śpiewających psalmyZ. Herbert, U wrót doliny [w:] tegoż, Wiersze zebrane, oprac. R. Krynicki, Kraków 2008, s. 83.[1].

Chwilowo, ze względów czysto praktycznych przyjdzie nam pominąć kwestię zupełnego wyeliminowania wykluczonych grup, po których zostają tylko puste nazwy: Kartagina, Dakowie, Jadźwingowie.

Pozostańmy na poziomie rytmu wpisanego w wyliczankę. Rytmu zawłaszczającego niemal wszystko. Jak w Balladzie Czesława Miłosza, poświęconej poecie przez pewien czas źle obecnemu w pamięci społecznej, który został wykluczony nie z powodów estetycznych, ale przede wszystkim ze względu na pismo, z którym był blisko związany:

Leży Gajcy przysypany ziemią
Już na wieki dwudziestodwuletni.
Nie ma oczu ni rąk, ani serca,
Nie zna lata, ni zimy, ni wiosny.
A co roku huczą w rzekach lody,
W ciemnym lesie zawilec rozkwita.
Czeremchami napełniają dzbanki,
Nasłuchują, co kukułka wróżyC. Miłosz, Ballada [w:] tegoż, „Gdzie słońce wschodzi i kędy zapada” i inne wiersze, Kraków 1980, s. 38.[2].

 

Nie tylko Tadeusz Gajcy, lecz także Andrzej Trzebiński, Zdzisław Stroiński, Wacław Bojarski zostali wyeliminowani ze świadomości zbiorowej. Nie zawadzi mieć w pamięci pomnika Mikołaja Kopernika w Warszawie i tego, co się wydarzyło 25 maja 1943 roku w 400. rocznicę śmierci polskiego astronoma.

Trocheiczny rytm Ballady Miłosza początkowo wybornie nawiązuje do rytmu wyliczanek polskich, zostaje jednak rychło zakłócony. Chociaż nie jest to obecnie najważniejsze. Poeta dedykował swój wiersz Jerzemu Andrzejewskiemu, który po opublikowaniu powieści Miazga znalazł się w gronie pisarzy niezbyt hołubionych przez ówczesną władzę. Również to nie jest jednak najważniejsze w trakcie lektury zbioru wierszy Jana Polkowskiego poświęconego ludziom pomordowanym w Gdyni w 1970 roku.

Pomińmy legendy Popiołu i diamentu – nie chodzi o najnowszą historię polityczną i moralną Polski. Raczej o postawę etyczną wyznaczoną przez słowa wiersza Zbigniewa Herberta Pan Cogito o potrzebie ścisłości. Bohater utworu nie stroni od dyskretnej urody koniunktiwu i subtelnych wtrąceń w tok rozumowania:

[…]
jesteśmy mimo wszystko
stróżami naszych braci

niewiedza o zaginionych
podważa realność świat

wtrąca w piekło pozorów
diabelską sieć dialektyki
głoszącej że nie ma różnicy
między substancją a widmem

musimy zatem wiedzieć
policzyć dokładnie
zawołać po imieniu
opatrzyć na drogi

w miseczkę z gliny
proso mak
kościany grzebień
groty strzał
pierścień wierności

amuletyZ. Herbert, Pan Cogito o potrzebie ścisłości [w:] Wiersze zebrane, s. 521–522.[3]

Imię – to niekiedy jedyne, co pozostaje po zmarłych. Imię obrastające legendą wykorzystującą mylną etymologię sprawia, że postać z przeszłości obecna jest w świadomości zbiorowej, zachowującej indywidualność zmarłego. Burebista, Decebal, Hazdrubal, Hannibal, Skomand (bądź: Skumand) to tylko nieliczne imiona władców, które przetrwały zagładę ludów startych z powierzchni ziemi. Niektórzy są obecni w legendach, utworach literackich, inni zniknęli bezpowrotnie; ich krainy dzisiaj nie istnieją, zostały bowiem przemianowane przez zdobywców na Rzymską Prowincję (Romania). Problem tak zwanych barbarzyńskich ludów to jedna kwestia. Cóż jednak zrobić, gdy zmarłych jest zbyt wielu, jak to jest w przypadku epidemii; wówczas rozwiązaniem mogą być pomniki morowe. Kiedy zapomniano imiona wszystkich trzystu Spartan? Kolejne bitwy, kolejni polegli – to zbyt wiele dla ludzkiej pamięci. Homer też nie wymienia wszystkich uczestników wojny trojańskiej. Ogranicza się do imion przywódców poszczególnych nacji, wyszczególnionych w katalogu okrętów, fragmencie, który często pomija się w lekturze i w popularnych edycjach Iliady. Autor usprawiedliwia się ze swoich poczynań:

Muzy, Olimpu mieszkanki, powiedzcie mi teraz, bo przecie
Wyście boginie, więc wszystko widzicie i wszystko wam znane,
My zaś nie wiemy na pewno nic, tylko wieści słyszymy:
Jacy tam byli wodzowie Danaów na czele zastępów?
Zwykłych rycerzy z szeregów nie mógłbym zgoła wymienić,
Nawet gdybym miał dziesięć języków i ust dziesięcioro,
Niezmordowany głos, a w piersiach serce ze spiżu,
Chyba że wy byście, Muzy z Olimpu, co Egidodzierżcy
Dzeusa jesteście córami, na pamięć moją przywiodły
Wszystkich, którzy pod Troję przybyli. Lecz oto wymienię
Statku każdego dowódcę i statek jeden po drugimHomer, Iliada, tłum. I. Wieniewski, Kraków 1984, s. 37.[4].

Wyliczenie u Homera to i tak sporo. Polegli, jak uważano w antyku, zasługują na wspomnienie z imienia, jeżeli padli z ręki herosa bądź boga, ofiary pomoru stają się anonimowe ze względu na ich dużą liczbę. Formuła NN, tłumacząca się jako: non notus bądź nomen nescio, na grobach anglojęzycznych przybierająca formę Joe Doe, pojawiła się stosunkowo późno jako znak bezradności wobec obowiązku przepracowania żałoby. Ale przede wszystkim jako sposób na utrwalenie władzy książęcej czy królewskiej. Anonimowe groby to także sposób na usunięcie zmarłego z pamięci zbiorowej, sposób na potwierdzenie śmierci cywilnej. Grecki Charon – przewoźnik, traktował powierzonych sobie pasażerów nader uważnie. Nie chodziło nawet o zdawkową monetę (jeden obol) pod językiem zmarłego. Podejrzewam, że początkowo, nim nie skosztowali wody z rzeki zapomnienia, zwracał się do nich po imieniu, dopiero potem ofiarowane im było zapomnienie. Brak grobu oznaczał konieczność wzniesienia pustego grobowca, upamiętniającego zaginionych na morzu.

Pojawia się nie lada pokusa spojrzenia z perspektywy historii literatury, którą wyznaczają między innymi następujące pełne powagi słowa:

Kiedy byłem smutny, a zdawało mi się, że smutek mój do mnie nie należy, poszedłem za miasto wielkie, między czarne cyprysy, na smętarz.

I powiedziałem sobie – oto pójdę na brzeg najświeższego grobu, ale się nie zapytam kto ma owdzie spocząć, ażeby mój smutek nie był dla nikogo z tych, którzy pocieszają albo płaczą: tylko aby był smutkiem człowieka dla człowiekaC. Norwid, Garstka piasku. Legenda [w:] Poezye Cypriana Norwida, Lipsk 1863, s. 61.[5].

Perspektywa dystyngowana, pokusa kusząca. Atoli odnoszę wrażenie, że z całym szacunkiem dla Norwida, dla tradycji sentymentalnej melancholii, dla gatunku rozmów umarłych, nieczęsto stosowna. Zawsze w przypadku grobu anonimowego pojawia się potrzeba odpowiedzi na pytanie: kto tutaj został pochowany, kto tutaj spoczywa? W Urodzie życia Stefana Żeromskiego pojawia się imperatyw rozgrzebania pazurami grobu ojca jako sposób na odnalezienie swojej tożsamości, jako ostateczne potwierdzenie przynależności rodzinnej i narodowej. Ponadto nużyć mnie zaczęła historia literatury; przynajmniej ta zdominowana przez rygor obiektywizmu, który odbiera możliwość dramatycznego spotkania z utworem literackim.

Pora zatem na perspektywę bardzo prywatną…

Urodziłem się w 1956 roku, w rodzinie inteligencji pracującej – cokolwiek by to miało znaczyć w ówczesnym systemie ocen społecznych. Nawet nie wiedziałem, że to oznaczać może spore kłopoty. Także w Gdyni, w mieście ponoć szczęśliwych ludzi. Nie sądzę, by sens miało szczegółowe dociekanie, kiedy pojawił się jako slogan reklamowo-wyborczy stały epitet, jednoznacznie określający status jego mieszkańców. Zważywszy na portowy charakter tego miasta, szczególnie w czasach PRL było traktowane jako ziemia obiecana, może nawet zakazana, chociażby przez pozorną dostępność towarów i usług, w innych miastach, włącznie z Warszawą, pozostających w sferze marzeń. Jakichkolwiek szans na pochodzenie robotniczo-chłopskie nie miałem, nie widziałem także powodu, by wypierać się swoich rodziców na rzecz takich czy innych korzyści, wyznaczanych przez tak zwane punkty za pochodzenie. Chociaż, nie ma co ukrywać, kilkakrotnie zwracano mi roztropnie uwagę, że nie powinienem się tak bardzo upierać, bo w przypadku konkretnej ankiety nie ma to większego znaczenia, gdyż nikt moich odpowiedzi nie będzie weryfikował, zaś niewielkie odstępstwo od prawdy w pozytywnym świetle może usytuować organizatorów takiego czy innego przedsięwzięcia w porządku statystycznym.

Najpierw strzały słyszałem – oczywiście – z odbiornika telewizyjnego. Stosunkowo późno, chyba pod koniec lat 80. Mama wyznała, dlaczego konsekwentnie unika filmów wojennych. Filmowa strzelanina kojarzyła się jej z początkiem roku szkolnego w Lidzie. Droga do szkoły 17 września usłana została ciałami rówieśników, którzy zginęli zabici przez sowieckich lotników. Strzały w telewizorze brzmiały płasko. Musiało upłynąć nieco czasu nim technologia umożliwiła wzbogacanie dźwięku, które dzisiaj jest dobrem wspólnym graczy komputerowych i konsolowych. Dla nich przerysowane, hiperrealistyczne odgłosy strzelania i rzężenia mordowanych przeciwników są elementem sine qua non porządnej rozrywki. Nie inaczej sprawy się mają w przypadku filmów wojennych.

Bawiliśmy się na podwórku w rozstrzeliwanie, tak chyba czyniło wielu moich rówieśników. Najgorzej było, gdy ktoś nie chciał stać nieruchomo pod murem. Braliśmy wówczas jedną z dziewcząt albo kogoś z najmłodszych podwórkowych gap. Pierwsze strzały z karabinu maszynowego (to się chyba nazywało PKM), które usłyszałem, brzmiały zupełnie inaczej niż te zapamiętane z filmów wojennych. W grudniu 1970 roku, kiedy miałem 14 lat, rodzice zamknęli mnie w domu. Po raz pierwszy zobaczyłem wtedy trupa niesionego na drzwiach. Nawet nie wiedziałem, że to jest trup. Coś z góry szczekało przez megafony, mówiło, że to trup.

*

Przez niemal dwa lata dojeżdżałem do Gdyni Głównej autobusem. Nie było to aż tak dawno. W uszach dziwnie mi brzmiała zapowiedź: „Następny przystanek – Janka Wiśniewskiego – na żądanie…”. Zapowiedź dość osobliwa, bo oto wyobraźmy sobie kolejne miasta… Lwów: „Jurka Bitschana – na żądanie”, Poznań: „Romka Strzeleckiego – na żądanie”. Po usłyszeniu tej zapowiedzi natrętnie powracały słowa:

chłopcy z Grabówka, chłopcy z Chyloni, dzisiaj milicja użyła broni,
Janek Wiśniewski padł…

Przystanek na żądanie?… Następny przystanek: „Węzeł Ofiar Grudnia”… Nie chcę, wysiadam!…

Nie potrafię opisać strachu 14-letniego chłopca, zamkniętego przez rodziców w komfortowych warunkach w mieszkaniu w Gdyni, na czwartym piętrze, gdzie nic złego nie powinno mi się stać. Nie chcę wracać do widoku helikopterów wiszących za oknem. Ale chyba na zawsze zostanie w mojej pamięci duży helikopter z mężczyzną ubranym w niebieski uniform. Ot tak, jakoś udało mi się nie przejść do historii.

*

To jest tylko moja historia, mętna, splątana. Pod koniec upalnego września wracaliśmy z Ukochaną ze spaceru. Mieliśmy sporo czasu, dlatego wysiedliśmy na stacji SKM Gdynia Stocznia. Niewielu ludzi tu wysiada, nie jest to aż tak bardzo porzucony przystanek, jak Gdańsk Stocznia, ale zawsze jakoś nie tak… W zasadzie czemu się dziwić; nie ma zakładu pracy, nie ma ruchu. Wypadałoby ocalić pamięć, ale ona jest przecież zawodna. Idąc po rozchybotanym pomoście, który się nieco uginał, musiałem w pewnym momencie przytrzymać się wgłębienia w balustradzie po prawej stronie. Okazało się, że mimowolnie trafiłem na wykonany chyba ze szlachetniejszego metalu ślad z napisem: „w tym miejscu strzelano do Polaków”. Przez chwilę zadumałem się: „do Polaków” czy „do ludzi”. Palec dziwnie dopasował się do owego wgłębienia, będącego – tak przynajmniej sądzę – artystycznym wykorzystaniem wcześniej istniejącego śladu po pocisku. Podejrzewam, że takie wykorzystanie śladu z przeszłości w praktyce muzealniczej posiada precyzyjne określenie, ale nie sądzę, by to było najważniejsze.

Pora by na czas jakiś przenieść się do przeszłości. Niekoniecznie z powodów nostalgicznych. Obce jest mi melancholijne, przepełnione tęsknotą za krajem lat dziecinnych spojrzenie na rzeczywistość PRL. Prawda, że były to czasy mojego dzieciństwa, ale to nie znaczy, że były piękne, zasługujące na apoteozę. Kolorystycznie dominowała szarość, długo w życiu przeważała beznadzieja. Krótkie chwile małych radości, świętowanych w zaciszu domowym, z surowym nakazem: „mówmy ciszej, ściany mają uszy”, były drastycznie przerywane. Każda radość opatrzona była zastrzeżeniem:

[…]
to są oczywiście marzenia
mogą się spełnić
albo nie spełnić
więc dalej
będziemy uprawiali
nasz kwadrat ziemi
nasz kwadrat kamienia

z lekką głową
papierosem za uchem
i bez kropli nadziej w sercuZ. Herbert, Ze szczytu schodów [w:] Wiersze zebrane, s. 447.[6]

Niekiedy starsi, może naiwnie, widzieli możliwość zmiany losu w rozgrywkach prowadzonych „na szczycie schodów” – by posłużyć się określeniem Herberta. Okazywało się jednak, że „kwadrat kamienia” może stać się zabójczy, że odbija rykoszetem pociski z broni automatycznej.

2. Przepraszamy za utrudnienia w ruchu

Rozkładam na stole mocno pożółkły egzemplarz „Głosu Wybrzeża” z 28 grudnia 1970 rokuEgzemplarz ze zbiorów własnych.[7]. Pamiętam euforię – trudno to inaczej określić – gdy Ojciec wrócił do domu z tym egzemplarzem, który potem był starannie przechowywany na prawach szczególnej relikwii. Urządzenia zagłuszające skutecznie w tym czasie uniemożliwiały dostęp do Radia Wolna Europa czy Radia Londyn. Szeptane opowieści charakteryzowały się przesadą. Nasza relikwia w miarę upływu czasu zmieniła swój charakter. Stawała się zapisem kłamstwa. Przestaliśmy żałować zdobytych w niemniej zagadkowych okolicznościach egzemplarzy „Dziennika Bałtyckiego” czy „Wieczoru Wybrzeża”, którymi zostali obdarowani znajomi z Warszawy czy Krakowa. Uwozili to ze sobą niczym cenną pamiątkę, ba, niczym skrywaną troskliwie świętość; zapewne upłynęło sporo czasu, nim ta gazeta podzieliła los innych gazet, trafiając jako wyściółka do kubła na śmieci…

Wróćmy jednak do mocno pożółkłej, ocalałej chyba przypadkiem płachty „Organu Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej”.

Na pierwszej stronie na lewej szpalcie tytuł: Pierwsze wyniki wielkiej konsultacji. Jak podzielić 7 mld złotych. Pogłębiony dialog przynosi gospodarskie wnioski. W środku bardzo niewyraźne zdjęcie: Port gdyński – wyładunek pomarańcz ze statku m/s „Gorlice”, opatrzony dość dużym podpisem: Portowcy i stoczniowcy nadrabiają zaległości. Pomarańcze w tym roku pojawiły się, ale z pewnym opóźnieniem. Po lewej stronie: Gdańsk – Gdynia – Elbląg. Obraz wydarzeń.

Zastanawiające, że ze świadomości zbiorowej usunięty został na dłużej Szczecin, jak gdyby tamtejszych szesnastu zabitych i z górą stu rannych naruszało, także po latach, pewną wizję historii. Tym razem zupełnie inną, niźli ta kreowana przed laty…

Zanim przejdziemy do „obrazu wydarzeń”, garść informacji z ówczesnego świata: Baskowie uwolnili porwanego konsula NRF, W Brazylii trwają pertraktacje w sprawie ambasadora Buchera, Po 24-godzinnym rozejmie nowe walki w Wietnamie, William Rogers odrzuca humanitarny gest rządu DRW, Orędzie kwakrów do prezydenta Nixona, Bliski Wschód: „Nowe starcia komandosów z armią jordańską”. Zatem, by sprawa była jasna – na całym świecie wrzało.

Obraz wydarzeń otwiera następujące wyznanie, nawiązujące do misternych konstrukcji retorycznych, podtrzymujących regułę trójdzielności wypowiedzi:

Chcemy odtworzyć wydarzenia siedmiu grudniowych dni na Wybrzeżu. Na podstawie relacji naocznych świadków, informacji władz i własnych obserwacji, pragniemy przedstawić fakty, które okazały się brzemienne w skutki. Brakuje nam jeszcze wielu elementów, by stworzyć pełny obraz tego co się stało. Nie możemy jednak czekać. Bolesne, dramatyczne dni są tematem codziennych dyskusji.
 

Chcemy, by zebrane przez nas materiały pomogły w ocenie wydarzeń, w których spalił się sztafaż pozorów otaczających wielu ludzi, ujawniło się robotnicze rozgoryczenie, w których – zarazem – nie zabrakło ofiarności i poczucia obowiązku ze strony większości społeczeństwa.


Chcemy pokazać jak, na marginesie robotniczej manifestacji, w warunkach ulicznych demonstracji rozrastały się działania elementów aspołecznych, niszczycielskich, jak pod wpływem rozwoju wydarzeń i przypadkowych „przywódców” następowała ekscytacja tłumu, która doprowadziła do tragedii. 

Niech więc przemówią fakty.

Obraz „tego, co się stało” można odtworzyć, można też „stworzyć”, jak ma to miejsce w przytoczonej deklaracji. Nie inaczej sprawy mają się w przypadku faktów. To „ekscytacja tłumu” miała doprowadzić do tragedii. Tak wedle przedstawionych faktów miał wyglądać „czarny czwartek” 17 grudnia 1970 roku w Gdyni. W Gdańsku tego dnia ponoć już „panował spokój”:

GDYNIA, godzina 5.50. Z ulicy Śląskiej sprzed hotelu robotniczego, którego mieszkańcy byli powiadomieni o przerwaniu pracy grupa ludzi mimo to udaje się do stoczni.

Na przystanek Gdynia-Stocznia przybywają pociągi. Z dwóch stron: od Gdańska i od Wejherowa. Huczą stacyjne głośniki. Rozbrzmiewają wojskowe i milicyjne gigantofony, nawołują do powrotu do domu. Większość przyjeżdżających nie reaguje jednak na te wezwania. Zmiecione przez awanturników z tłumu zostają pikiety ostrzegawcze.

W Trójmieście obowiązują już nadzwyczajne rozporządzenia wprowadzające możliwość użycia wszelkich środków dla zaprowadzenia porządku i bezpieczeństwa, dla ochrony mienia. Gigantofony nawołują, by nie zbliżać się do czołgów i uzbrojonych żołnierzy. Dwóm brygadzistom udaje się wyprowadzić swoich ludzi poza przystanek Gdynia-Stocznia. Wszyscy mogli zrobić to samo. Wielu jednak dało się ponieść rozpalonym emocjom.

Godz. 6.10. Tłum napiera. Prowodyrzy nawołują, aby wedrzeć się do stoczni. Czy w tłumie są tylko stoczniowcy? Nikt nie może tego z całą pewnością ustalić. Na razie nic się jeszcze nie wydarzyło, ale rozwaga, chłód i spokój odeszły. Z okrzykiem „hurra” tłum napiera na czołgi. Potężny wybuch – został oddany strzał ze ślepego naboju armatniego. Odpalili czołgiści. Ów wystrzał, którego już sam podmuch powala, ma wyzwolić odruch samozachowawczy.  Duża grupa, nie zważając na ostrzeżenia, gwałtownie zbliża się do czołgów. Wkrótce rozlegną się strzały. Najpierw w bruk. Tłum nadal nie słucha ostrzeżeń, by nie zbliżać się do sprzętu wojskowego. Krótki raport doniesie: „Jest 4 zabitych i kilka osób rannych”.

Godz. 6.20. Z placu przed dworcem w Gdyni tłum atakuje gmach prokuratury. Otacza czołgi przy dworcu, usiłuje wedrzeć się na nie. I znowu nie pomagają ostrzeżenia – żołnierze muszą użyć broni.

Sprzed dworca, z placu Konstytucji, część ludzi ruszyła w kierunku Komendy Miejskiej MO, drugi blisko tysięczny tłum udał się na ulicę Świętojańską. Skierował się przed siedzibę Prezydium MRN.

Godz. 7.30. Na pomoście przystanku Gdynia-Stocznia wrzenie sięga zenitu. Przy Czerwonych Kosynierów około 5 tysięcy ludzi ściera się z milicją i wojskiem. Żołnierze z trudem wytrzymują napór. Słychać okrzyki: „Brać benzynę”.

Zatrzymano pociąg z Pucka. Z lokomotywy spalinowej pobrano ropę i podpalono pomost nad stacją z Gdynia-Stocznia. Pada hasło marszu na Prezydium MRN. Ulicami Czerwonych Kosynierów, 10 Lutego, Świętojańską i Władysława IV od godziny 8.00 do 12.00 maszerowały kolejno 4 pochody. Ostatni ze zwłokami niesionymi na drzwiach.

W okolicach stacji Gdynia-Stocznia ciągle rozlegały się strzały, płonął pomost nad torami kolejowymi. Z helikopterów i wozów milicyjnych rzucano petardy między zgromadzonych w tym rejonie i przed Prezydium MRN.

Pod naporem tłumu przed Prezydium MRN posterunki MO wycofują się poza sprzęt wojskowy. Dowódcy oddziałów WP wzywają ludzi do zatrzymania się, ostrzegają, że będą zmuszeni użyć broni. Nie odnosi to żadnego skutku.

Godz. 9.00. Karetki pogotowia odwożą do szpitala rannych. Rany są ciężkie. Wojsko i milicja strzelają w twardą nawierzchnię bruku, pod nogi. Rykoszety godzą w nacierających, którzy za wszelką cenę chcą podpalić gmach Prezydium MRN. Znowu cztery śmiertelne przypadki. Sytuacja staje się coraz groźniejsza. Atakujący chcą wyprzeć żołnierzy i MO na ulicę Bema. Po przeciwnej stronie ul. Świętojańskiej jest stacja benzynowa, chcą ją zdobyć. – Wysadzić ją – rozlegają się okrzyki.

Trzeba zapobiec niebezpieczeństwu. Wokół stacji stoją opancerzone pojazdy wojskowe. W pobliżu bloki mieszkalne. Żadne racje, żadna argumentacja tutaj nie poskutkuje. Drogę do stacji benzynowej wojsko musi po prostu zagrodzić.

Tłum siedmiokrotnie naciera na Prezydium MRN. Wojsko i milicja z trudem odpierają atakujących. Trwa to aż do godz. 12. Kiedy szansa uzyskania środków podpalających ze stacji benzynowej zawiedzie, atakujący zaczną zabierać paliwo z baków przygodnych samochodów. W tym czasie w rejonie Wzgórza Nowotki zatrzymano trzy pociągi; dalekobieżny od strony Gdańska, towarowy z Kościerzyny i osobowy z Gdyni do Kościerzyny – wszystkie w pobliżu wiaduktu na ul. Czołgistów. Nawoływania do rozejścia się przez megafony zagłuszano gwizdem opanowanych parowozów. Na torach w pobliżu zatrzymanych pociągów, rozwydrzeni osobnicy wzniecili ogień. Przypuszczono też szturm na stojący na bocznicy w rejonie przystanku Gdynia-Stocznia pociąg, w składzie którego znajdowały się trzy cysterny. Skutki mogły być nieobliczalne i zapobiegnięcie im stało się koniecznością.

Sytuację przed Prezydium MRN siły porządkowe opanowały przed południem.

Tak miały prezentować się fakty; stworzony obraz wydarzeń przekształcał się w miarę upływu czasu, na cmentarzach gdyńskich zmieniał się układ grobów, niektóre po prostu znikały. Zmieniały się także tabliczki na poszczególnych grobach. Pożółkłą płachtę gazety pozwolę sobie odłożyć do archiwum. Nie wiem, ilu naocznych świadków odpowiedziało na apel redakcji „Głosu Wybrzeża”, podejrzewam, że dosyć wcześnie uświadomiono sobie, że lepiej jednak nie podpisywać się imieniem i nazwiskiem, że lepiej jednak nie przyznawać się, że było się naocznym świadkiem.

W noworocznym przemówieniu Edwarda Gierka padają następujące słowa:

Po przeżyciach i doświadczeniach ostatnich tygodni, w przekonaniu o niezbędności zmian, jakie zachodzą w życiu publicznym naszego kraju, budzi się w sercach naszych rosnąca nadzieja. Historia naszego narodu zna wiele lekcji, które poszły na marne – z tej lekcji powinniśmy wyciągnąć konieczne wnioski, a wnioskom nadać kształt praktyczny„Trybuna Ludu” 1971 nr 1, cyt. za: M. Fik, Kultura polska po Jałcie. Kronika lat 1944–1981, Londyn 1989, s. 491–492.[8].

Ów kształt praktyczny wiązał się także z doskonaleniem oficjalnych technik tworzenia obrazu wydarzeń 17 grudnia 1970 roku w Gdyni. Pomijam tu kwestię doskonalenia technik sił porządkowych, w tym Zmotoryzowanych Odwodów Milicji Obywatelskiej, specjalizujących się w „likwidacji zbiorowych naruszeń porządku publicznego”.

Historia est magistra vitae – historia jest nauczycielką życia, jakże pięknie to brzmi; coraz częściej jednak zwykliśmy podchodzić do tej formuły ze sporym sceptycyzmem. Przede wszystkim dzięki poetom, którzy nauczyli nas coraz krytyczniej przyglądać się językowi potocznemu, także językowi oficjalnych przemówień. Cóż może być pouczającego w tak zwanych ścieżkach zdrowia, w przeliczaniu ilości liter imienia i nazwiska na ilość razów milicyjną pałką?

Jeżeli można tutaj mówić o jakiejkolwiek lekcji, to konieczne wnioski pojawiły się po raz kolejny w odniesieniu do języka władzy. Okazuje się, że tom poetycki Stanisława Barańczaka Jednym tchem może być sytuowany w perspektywie tak zwanych wydarzeń na Wybrzeżu. Ostatecznie owe dydaktyczne ambicje władzy zostały zdemaskowane w słowach innego poety:

Kiedy słowo krew jest nieobecne w wierszu?

Słowo krew jest nieobecne w wierszu, kiedy krew wisi w powietrzu, kiedy staje się deszczem. Kiedy żyły nie utrzymują już jej w płonącej bańce ciała i wypuszczają na wolność i przyszłość.

Słowo krew jest nieobecne, kiedy ta prawdziwa krew wylega na ulice, niechętnie mówi się wówczas o krwi, słowo krew znika z encyklopedii i słowników, podręczniki stają się bledsze, gazety chorują na anemie, kartki historii giną w tajemniczych okolicznościach, składnia staje się przedmiotem drwin;

słowo krew staje się nieestetyczne, nie odpowiada wymogom konwencji i poetyk, leksyki i składni, nie odpowiada rzeczywistym potrzebom języka, zaś szary człowiek nie odróżnia już kwiatu od postrzału (powiada się wówczas: maki zakwitły nie w porę – ponieważ jest właśnie zima – lub sok pomidorowy rozlano na plaży nadbrzeżnego miasta – ponieważ kończy się lato, a wody zatoki przybrały kolor czerwony).

Słowo krew jest nieobecne, kiedy ci, którzy krew przelali nie mówią już o cenie, a tylko o zyskach osiągniętych dzięki tej krwiK. Karasek, Z listu Bertolda Brechta do syna [w:] Prywatna historia ludzkości, Kraków 1978, s. 61.[9].

Zastanawiam się, czy przetasowania, jakie nastąpiły w składzie ówczesnych władców PRL, były jedyną praktyczną konsekwencją przelania krwi ludzkiej na Wybrzeżu?

Istotnym elementem obrazu wydarzeń była budowa i odsłonięcie Pomnika Ofiar Grudnia 1970, do czego doszło ostatecznie 17 grudnia 1980 roku. Przypomnijmy, że w 1976 roku miała miejsce premiera filmu Andrzeja Wajdy Człowiek z marmuru, na podstawie scenariusza Aleksandra Ścibora RylskiegoPor. K. Kornacki, Tworzenie obrazu przeszłości w trylogii robotniczej Andrzeja Wajdy [Creating an image of the past in Andrzej Wajda’s worker trilogy], „Przestrzenie Teorii” 27/2017, s. 77–91.[10], zaś w Człowieku z żelaza (1981) pojawia się Ballada o Janku Wiśniewskim w wykonaniu Krystyny Jandy. Nie pomnę, kiedy po raz pierwszy usłyszałem Balladę o Janku Wiśniewskim, chociaż gdzieś mogę znaleźć kasetę magnetofonową z wersją inną niż ta z filmu. „Czarna kokarda” – „czerwona kokarda”; sądzę, że ta różnica nie jest tylko przypadkiem, ostatecznie kolory nie mają charakteru neutralnego. W wykonaniu Jandy pojawia się dodatkowo wyraźny, rytmiczny dysonans. „Czarna kokarda” jest symbolem żałoby; „czerwona kokarda” na sztandarze nad Stocznią im. Komuny Paryskiej staje się symbolem komunardów, nie wiem, czy zasadnym. Powiedzmy wprost: przypadek umieszczony w perspektywie logiki dziejów nabiera znaczenia tragedii. Rzecz w tym, iż ludzie, którzy ponieśli śmierć w grudniu 1970 roku, znaleźli się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie. Nobilitacja indywidualnych zgonów ma swoje konsekwencje, nie chciałbym jednak w Stanisławie Kociołku widzieć Kreona. Zanadto w mojej świadomości obecna jest fraza: „krwawy Kociołek to kat Trójmiasta” ze wszystkimi konotacjami, sięgającymi czasów drugiej wojny światowej.

Odsłonięcie pomnika poprzedza długi okres przemilczania i fałszowania historii, zaniżania ilości ofiar śmiertelnych, lekceważenia rannych i pozornego poszukiwania odpowiedzialnych za przelew krwi.

Kolejna sprawa. Pomnik Ofiar Grudnia 1970 ma wspaniałą strukturę – liczba siedem jest tutaj stylizowana na sylwetkę człowieka osuwającego się na kolana – ale został wzniesiony w dość niefortunnym miejscu. Niefortunnym – powtarzam. Istotnie, odnosi się do konkretnej sytuacji, upamiętnia tragedię, która miała miejsce w przeszłości, ale rzecz w tym, że nazwa pobliskiego przystanku Szybkiej Kolei Miejskiej: „Gdynia Stocznia” ma tylko walor historyczny, w okolicy działających zakładów pracy jest niewiele, stoczni nie ma – analogicznie jak w Gdańsku. Pomnik stoi po prostu nie po drodze, poza centrum miasta. Po latach upamiętnione zostało miejsce drugiej gdyńskiej masakry, która miała miejsce w okolicach ówczesnego Prezydium Miejskiej Rady Narodowej.

Zrozumiałe, że oficjalne uroczystości, bez względu na swoją rangę i znaczenie, zazwyczaj zakłócają przebieg życia codziennego. Może jednak nie nastąpi – na skutek zmian w rozplanowaniu miasta – kolejne przeniesienie pomnika (jak miało to miejsce w przypadku Pomnika Harcerzy Gdyńskich), uwarunkowane decyzją deweloperów. Ale to problem lokalny. Tego rodzaju zabiegów nie wymaga drugi pomnik Ofiar Grudnia 1970 znajdujący się w centrum miasta, w bezpośrednim sąsiedztwie siedziby dzisiejszego Urzędu Miasta Gdynia.

Ballada o Janku Wiśniewskim, mająca swoją dramatyczną historię, zarówno w kulturze (na przykład kontrowersyjna scena w Psach Pasikowskiego), jak i w życiu codziennym (ujawnienie współpracy Mieczysława Cholewy, kompozytora, ze Służbą Bezpieczeństwa), przez pewien czas była integralnym elementem kultury polskiej. Ballada jednak wyeliminowała nazwisko postaci młodego człowieka – Zbigniewa Godlewskiego – o którego tożsamość przez lata upominają się najbliżsi.

Oddajmy głos Juliuszowi Kydryńskiemu:

Prawdziwa ballada ludowa, ów utwór samorodny, wywodzący się prawdopodobnie z przyśpiewek tanecznych (fr. baller – tańczyć), opatrzony charakterystycznym refrenem, a potem przekształcający się w krótszy lub dłuższy poemat narracyjny, urzeka swoją prostotą i szczerością. Chropawy, prymitywny wiersz wyraża nader bezpośrednio uczucia miłości i nienawiści, radości i smutku, opowiada o wojnie, o śmierci, o tajemniczych sprawach zaświatów, o zjawiskach nadprzyrodzonych. W prostocie i naiwnej szczerości autentycznej ludowej ballady kryje się jednak poezja próby najwyższej, przemawiająca najsilniej, podobna do tej, którą odnaleźć można w zabawach i fantazjach dzieckaJ. Kydryński, Posłowie [w:] Księga ballad angielskich i szkockich, wybrał, przełożył i posłowiem opatrzył J. Kydryński, Kraków 1980, s. 308.[11].

Balladę o Janku Wiśniewskim można usytuować w porządku ludowej ballady bohaterskiej, to jest opowiadającej o losach postaci historycznej bądź legendarnej.

Wróćmy raz jeszcze do wspomnianej Ballady Miłosza:

[…]

Zbudowali w Warszawie pomniki,
A na żadnym twojego imienia.
Tylko matka póki jest pamięta,
Jaki śmieszny byłeś i dziecinnyC. Miłosz, Ballada, s. 39.[12].

Ballada ludowa to także sposób utrwalenia pamięci, niekiedy alternatywny wobec oficjalnych pomników. Pomnik wzniesiony, pomnik obalony – to także integralny element kultury, chyba nie tylko polskiej i nie tylko współczesnej.

Wiersz Tadeusza Różewicza Nasze pomniki jest tu niebagatelną wskazówką, podobnie jak Jest taki pomnik. Wznoszenie i demontaż pomników to wbrew pozorom nie tylko polski problem, nie wiąże się wyłącznie z zagadnieniem tak zwanej dekomunizacji. Praktycznie każda władza dąży do stosownej korekty przeszłości. Integralnym elementem tego procesu jest eliminacja niewygodnych (czy raczej niestosownych) pomników.

Kolejna kwestia. Wcale nie tak dawno postanowiono przypomnieć kolejną ofiarę wypadków grudniowych, upomnieć się o jego wyjście z niepamięci. Tak mówiła siostra Tolka Browarczyka, Grażyna:

Proszę, na chwilę wróćmy pamięcią do 17 grudnia 1981 roku. To był czwartek. Brat Antoni chciał wtedy uczcić pamięć ofiar Grudnia ‘70, chciał uczcić pamięć Janka Wiśniewskiego, który zginął 17 grudnia. Nie zdążył. W centrum Gdańska trafił na demonstrację stanu wojennego. Został zastrzelony. Od tego czasu my jako rodzina palimy nasze światło wolności. Niech to światło wolności nigdy nie zgaśnie. Ofiary stanu wojennego są dla nas bohaterami, bo oddali swoje życie, walcząc o ideały, walcząc o wolną niepodległą Polskę, którą kochali. Ten pomnik jest dla nas symbolem cierpienia, rozpaczy i pamięci, pamięci, o którą zawsze walczyliśmy, pamięci, którą chcemy ocalić. I nawet jak nas już nie będzie, niech ta pamięć trwa. Bardzo was o to proszę. Bardzo żałuję, że mój tata nie doczekał tej chwili, ale pewnie z nieba razem z Tolkiem patrzą na nas i dziękują wszystkimOdsłonięto pomnik Antoniego Browarczyka, pierwszej ofiary śmiertelnej stanu wojennego w Gdańsku [online] w https://dzieje.pl/aktualnosci/odslonieto-pomnik-antoniego-browarczyka-pierwszej-ofiary-smiertelnej-stanu-wojennego-w [dostęp: 05.03.2019].[13].

Pierwsza, najmłodsza ofiara stanu wojennego…

Przez jakiś czas zastanawiałem się, czy przypadkiem nie mamy tutaj do czynienia z licytacją na relikwie – proszę mi darować to zapewne niestosowne skojarzenie, ale cały czas mam w pamięci konflikt między kibicami Arki Gdynia i Lechii Gdańsk. Zapewne się mylę, ale przecież mylić się wolno. Nader niestosowne są pojawiające się w Internecie komentarze towarzyszące tej relacji; chłopak zabity został przez snajpera, jego śmierć długo nie została uszanowana przez władze, była haniebnie przemilczana. Stała się mitem dla bliskich i znajomych, dopełniając opowieść o Janku Wiśniewskim, „na przekór glinom, na przekór tankom”…

Zamordowani upominają się o swoje miejsce w naszej pamięci. Lecz czy zdołamy ich jeszcze tam pomieścić? Głosom zamordowanych towarzyszą głosy żywych, zastanawiam się, czy aby ten niezborny chór zwolna nie przekształci się w haniebne ujadanie.

3. „Wszystko co powiedziałeś w kamień się zamienia”

Głosy Jana Polkowskiego w 2012 roku były tomem zauważonym, chyba godnie uhonorowanym. Piszę te słowa w lutym 2019 roku. Przemysław Dakowicz podkreślił przed laty znaczenie tego tomu poetyckiego:

Od tragicznych „wydarzeń” na Wybrzeżu minęło przeszło czterdzieści lat. Winni tej zbrodni nie zostali ukarani. I nie zostaną. Nie po to w szczelnie zamkniętych gabinetach, a potem przy Stole Zgody, projektowali i współtworzyli nową rzeczywistość polityczną i społeczną. Pozostaną nieosądzeni, dożyją swoich dni we względnym spokoju, od czasu do czasu zapraszani przez swoich następców do jakiegoś ekskluzywnego grona (zwanego dla propagandowego efektu, Radą Jedności Narodowej czy Zgromadzeniem Mędrców Ojczystych), odwiedzani w szpitalu przez wyperfumowanych i uśmiechniętych polityków z kopytkiem zamiast stopy. Sprawiedliwość – symboliczną – wymierzyć im może jedynie kultura. Właśnie w tym sensie są Głosy Polkowskiego książką służebną, tomem od dawna potrzebnym, ba – koniecznym, bo przywracającym wiarę w literaturę, która zdolna jest angażować się w kształt zbiorowej pamięci. „Nie zapomnijmy” – nawołuje krakowski poeta, nawołuje wierszami ściszonymi, dyskretnie odkrywającymi pokłady przemilczanego cierpienia, tłumaczącymi na słowa niemy szloch, skargę, która uwięzła w gardle, zatrzymana przed granicą wypowiedzeniaP. Dakowicz, Na marginesie „Głosów” Jana Polkowskiego, cyt. za: W mojej epoce już wymieram. Antologia szkiców o twórczości Jana Polkowskiego (1979–2017), red. J.M. Ruszar, I. Piskorska-Dobrzeniecka, Kraków 2017, s. 215–216.[14]

Wiersze ściszone – zastanawiam się, czy dla tego typu narracji jest miejsce w dzisiejszej rzeczywistości. Bo oto słyszę, jak w Radio Gdańsk młodzi ludzie (zapewne słusznie) agresywnie lub nerwowo (z powodu tremy) krzyczą (albo mówią bardzo podniesionym tonem) o konieczności walki z mową nienawiści. Ale to tylko dygresja…

Pora chyba, by przywołać fragment wiersza Franciszka Karpińskiego Przy pogrzebaniu umarłego:

Niedługo, bracie, z tobą się uźrzemy,
Jużeś tam doszedł, my jeszcze idziemy.
Trzeba ci było odpocząć po biegu!
Ty wstaniesz, boś tu tylko na noclegu.

Boże! ten zmarły w domu Twym przebywał,
U stołu Twego jadał, Ciebie wzywał,
Na Twej litości polegał bezpieczny,
Daj duszy jego odpoczynek wieczny!F. Karpiński, Przy pogrzebaniu umarłego [w:] F. Karpiński, Pieśni nabożne, Supraśl 1792, s. 88.[15]

Franciszek Karpiński pojawia się tutaj nieprzypadkowo, przede wszystkim jako twórca poezji religijnej, jako autor Pieśni nabożnych, w tym Modlitwy porannej, Modlitwy wieczornej, O narodzeniu Pańskim. Podobnie jak: „Kto się w opiekę poda Panu swemu…”Psalm 91: Qut habitat in adiutorio Altissimi w tłumaczeniu Jana Kochanowskiego.[16], słowa „Wszystkie nasze dzienne sprawy…” czy „Bóg się rodzi, Moc truchleje…” stały się z czasem dobrem wspólnym, oderwały się od swoich autorów.

Bardzo trafnie jako kontekst interpretacyjny w omówieniu Głosów Polkowskiego Dakowicz przywołał tom Edgara Lee Mastersa Antologia Spoon River. Arcydzieło literatury amerykańskiej stanowi tutaj niepośledni trop interpretacyjny. Nie inaczej sprawy mają się z subtelnie przywoływanymi nawiązaniami do Cypriana Kamila Norwida, czytelnika śladów pozostawionych przez zmarłych i wyjątkowego jak na XIX wiek hermeneuty krwi ludzkiej:

[…] pamiętam, jednego razu w Rzymie z katakomb powracałem, gdzie często patrzeć lubiłem na pozostałe freski pierwo-chrześcijańskie – rzecz, o której tu napoczynać nie chcę, bo to byłaby historia bardzo długa, o każdym znaku i o każdej linii w tych rysunkach używanej – ale tyle tylko oto wspomnę, iż to ogromne podziemne miasto z napisami i rysunkami swymi okazało mi, jako przez całe akta dramatu tego seraficznie-krwawego nie była prawie jedna kropelka krwi wylana bez uszanowania jej i omodlenia braterskiego współwyznawców. Te szkła, dziś błękitno-krzemiennej barwy, które jako ampułki rozbite (albo i całe) w katakombowych sarkofagach, do półek biblioteki podobnych, tu i owdzie leżą, błogie robią wrażenie, świadcząc, jako zbierano rozpryśniętą po ścianach katowni i schodach gmachów publicznych krew męczeńską. Tak jak szafowano szeroko i wspaniale, jako owczarni pan szafować może – a tak skąpi jej byli!C.K. Norwid, Czarne kwiaty [w:] tegoż, Pisma wszystkie, zebrał, tekst ustalił, wstępem i uwagami krytycznymi opatrzył J.W. Gomulicki, t. 6, Warszawa 1971, s. 176.[17]

Wyidealizowany w koncepcji Norwida pietyzm pierwszych chrześcijan w stosunku do każdej kropli krwi ludzkiej odgrywa istotną rolę w jego próbie oceny wydarzeń w XIX-wiecznej Polsce i Europie.

Dlaczego jednak tak bardzo upominam się o Karpińskiego, zanim przejdę do próby odczytania Głosów Polkowskiego po tylu latach? Nie czynię tego z powodu pieniactwa historycznoliterackiego. Nie jest też moim zamiarem podważenie wartości znakomitej recenzji Dakowicza, który powiada, przypomnijmy: „Sprawiedliwość – symboliczną – wymierzyć […] może jedynie kultura”. Żeby nad potrzeby nie mnożyć egzaltacji i egzageracji związanych z rozumieniem tego pojęcia, niechaj wolno mi będzie posłużyć się dość prostą definicją Edwarda Burnetta Tylora:

Kultura, czyli cywilizacja, w najszerszem znaczeniu etnograficznem jest to pojęcie obejmujące wiedzę, wierzenia, sztukę, moralność, prawo, obyczaje i inne zdolności i przyzwyczajenia zdobyte przez człowieka jako członka społeczeństwa. Stan cywilizacji u różnych społeczeństw ludzkich, o ile może być zbadanym na podstawie prawideł ogólnych, jest przedmiotem nadającym się do studjów nad prawami, kierującymi myślami i czynami ludzkiemi. Tożsamości działania tych samych przyczyn można po większej części przypisać jednolitość, przenikającą całą cywilizacjęE.B. Tylor, Cywilizacja pierwotna. Badania rozwoju mitologii, filozofii, wiary, mowy i zwyczajów, tłum. Z. Kowerska, Warszawa 1896. Cyt. za: Świat człowieka – świat kultury. Antologia tekstów klasycznej antropologii, red. E. Nowicka, i M. Głowacka-Grajper, Warszawa 2009, s. 82.[18].

I chyba tyle wypada powiedzieć na okoliczność obecnego wywodu.

DM, DIS MANIBUS – „Boskim cieniom (zmarłych)” – było łacińskim odpowiednikiem polskiej formuły „Świętej pamięci”. Rzymskie cmentarze, podobnie jak późniejsze sentymentalne świątynie dumania, były miejscami sprzyjającymi zadumie i refleksji nad żywymi, zmarłymi, przemijaniem. Epitafia, które z czasem przekształciły się w „nagrobki”, następnie w poezję, czy szerzej mówiąc – literaturę cmentarną, były także świadectwem epoki, zapisem kulturowego stosunku do śmierci.

W monografii Oświeceni wśród Pól ElizejskichZ. Sinko, Oświeceni wśród Pól Elizejskich. Rozmowy Zmarłych. Recepcja – twórczość oryginalna, „Studia z okresu Oświecenia”, t. XIV, Wrocław 1976.[19] Zofia Sinko omawia szczegółowo charakterystyczne dla literatury oświeceniowej rozmowy zmarłych. Od czasów Lukiana był to gatunek, w którym zmarli wypowiadali poglądy niewygodne dla żywych, liryka roli umożliwiała formułowanie poglądów niestosownych, zważywszy na ówczesny stan wiedzy czy obowiązujące prawa. Sprawy miały się analogicznie jak w testamentach obywateli Rzymu w epoce Cezarów, dokumenty odczytywane publicznie umożliwiały pozorną swobodę wypowiedzi: władca niewiele mógł zrobić autorowi testamentu. Pola Elizejskie były stosownym miejscem dla uczonych dysput, autorytet pojawiających się w utworach postaci gwarantował nietykalność samemu autorowi.

Dość będzie, gdy oddamy głos historykowi literatury. Monika Urbańska pisze:

Dialog elizejski jako gatunek literacki odznacza się długą i bogatą historią. Pojawił się już w starożytności i w miarę rozwoju stawał się coraz bardziej różnorodny tematycznie i kompozycyjnie. Wynikało to z faktu, że dość wcześnie zaczęły na niego oddziaływać inne gatunki. W niemieckich rozmowach zmarłych znaleźć możemy np. anegdotę i elementy sensacji. Bardzo często posługiwano się tam dialogami zmarłych jako formą publicystyki.

Współcześni badacze literatury podkreślają, że dialogi zmarłych przeżywały momenty szczególnego rozkwitu w chwilach znaczących historycznie – w czasach przemian politycznych, światopoglądowych lub społecznych. Były formą literacką, za pośrednictwem której popularyzowano nowe, pojawiające się wartości, poglądy, opinie. Na przykład w Niemczech pełniły rolę upowszechniającą wiedzę o wydarzeniach historycznych. Sprawiło to, że gatunek ten stał się jedną z popularniejszych form wyrażania subiektywnych poglądów autorów, wypowiadanych w zawoalowany sposób, bo płynących z ust elizejskich rozmówców.

Konkluzje, do których rozmowy dochodziły, były nierzadko właśnie proponowanymi przez twórców tych tekstów sposobami interpretacji danego problemu politycznego, społecznego, obyczajowego czy religijnego. Ale nie zawsze tak było. Dialogi mogły być zbudowane w ten sposób, że właśnie do czytelnika należało rozstrzygnięcie kwestii racji rozmówcówM. Urbańska, Zmarli mówią – dialogi elizejskie, najwybitniejsi twórcy i ich utwory, „Acta Universitatis Lodzensis”, 7/2005, s. 193.[20].

Pełen dramatyzm tego gatunku został przywrócony przez Ryszarda Przybylskiego, który spojrzał na gatunek publicystyczny z perspektywy doświadczenia ludzkiej mowy.

Czas teraźniejszy wypowiedzi nie może być zlokalizowany w jakimś szczególnym przedziale czasu chronicznego […]. Dzisiaj może odnosić się do każdego dnia. To samo można powiedzieć o słowie ja. Osoba, która napisała ja mogła już dawno rozsypać się w proch, a mimo to z zapisanego tekstu będzie wciąż mówiła. Czytelnik przywraca do życia ja umarłego.

Stopniowe zanikanie gatunku pod koniec XVIII w. interpretowane jest jako brak zapotrzebowania na takie formy literackie, w których w ukryty sposób przemycano by poglądy nowe, kontrowersyjne czy podpadające władzy królewskiej. Nadeszły czasy, gdy można było wyrażać je swobodnie. Gatunek klasycystyczny, jakim były rozmowy zmarłych zdawał się nie sprawdzać w funkcji wyraziciela coraz śmielszych poglądów autorów i coraz to nowszej tematyki.

Pola Elizejskie klasyków stały się Wiecznym Teraz Kultury. Duchy przodków przemawiają do ludzkości w każdym momencie, w każdej chwili, kiedy tylko ich zapisane teksty są odczytywane. Rozmowy zmarłych to klasyczne dziady. Dzięki swej zapisanej wypowiedzi zmarły jest ciągle obecny w świecie. Zapisana mowa przemieszcza go z czasu historycznego do wiecznościR. Przybylski, Klasycyzm, czyli prawdziwy koniec Królestwa Polskiego, Warszawa 1983, s. 113.[21].

Obecnie przed nami otwiera się metafizyczny wymiar ponoć martwego gatunku literackiego, otwiera się metafizyczny wymiar ludzkiej wypowiedzianej i zapisanej mowy. Zapisanej, chociaż nie dane jej było zaistnieć w rzeczywistości. Dar rekonstrukcji owej mowy posiadają guślarze i poeci. Nie wszyscy poeci, tylko owi wyczuleni na głosy cierpiących ludzi, na głosy dobiegające z zaświatów, na głosy tych, którym – wbrew zaleceniom psychologów i innych specjalistów – nie udało się należycie przepracować żałoby. Którzy może nie chcieli podjąć tego trudu.

W Wiecznym Teraz Kultury rozbrzmiewają słowa miejskiej ballady:

Chłopcy z Grabówka, chłopcy z Chyloni,
Dzisiaj milicja użyła broni.
Dzielnieśmy stali, dzielnie rzucali,
Janek Wiśniewski padł.

W Wiecznym Teraz Jazgotu Ulicy rozbrzmiewają komunikaty: „Janka Wiśniewskiego zakorkowana”; towarzyszą im mniej czy bardziej wulgarne komentarze ludzi starających się powrócić do domu. Czasami pojawiają się w okresie letnim pytania przypadkowych turystów, którzy zabrnęli poza granice centrum Gdyni: „co za Janek Wiśniewski?”. A przecie przed chwilą wspominałem o metafizyce ludzkiej mowy; czyżby tylko w skupieniu porannym lub wieczornym można było ją ocalić? Czyżby miała ulegać zaprzepaszczeniu w świetle dnia, w ryku klaksonów, w zaduchu spalin? I co począć ze strzępkami słów, wyrywających się z roztrzaskanego pałką milicyjną gardła, z ostatnim tchnieniem agonii?…

W tomie poetyckim Polkowskiego Ogień znaleźć można następujący wiersz, mający – jak sądzę – charakter imperatywu artystycznego, by nie rzec – programu poetyckiego:

Nie pisz nic. Niech mówią inni
i choćby nigdy nie używali słów
rewolucja wolność godność poniżenie
choćby ich języki były tylko mięsem
a nie cytrami lub mieczami pozwól
niech mówią. Niech płynie krew
i ogień niech grubieje
pień lipy niech wędruje woda i owoc.
Nie zatrzymuj serca niech pije i słuchaJ. Polkowski, *** (Nie pisz nic. Niech mówią inni) [w:] tegoż, Gdy Bóg się waha. Poezje 1977–2017, Kraków 2017, s. 98.[22].

Podjęcie poetyckiego dyskursu z językiem potocznym, z rozumieniem funkcji poezji, znajduje u Polkowskiego swoją kontynuację w Rozmowach z Różewiczem:

Istnieję w słowie
ono mieni się mną
Co nie jest wymówione
imituje postać
piękna

[…]

Tylko nicość
nikomu
o sobie
opowiada

[…]

Po przebudzeniu czekam
aż pierwsze dzienne słowo
obmyje świat
milczę
aż ożyje
żarliwy gwar
umarłychTenże, *** (Istnieję w słowie) [w:] tegoż, Rozmowy z Różewiczem, Kraków 2018, s. 19.[23]

Nadal – jak pisał o tym niejednokrotnie Przybylski – znajdujemy się w świecie Wiecznego Teraz, w świecie ocalenia przed nicością. Pierwszymi porannymi słowy mogą przecież być słowa Modlitwy porannej Karpińskiego. To stosowna formuła, by raz jeszcze powołać do istnienia tych, którzy odeszli przed laty, których gwar zacierać może codzienny jazgot żyjących, nie mających niekiedy czasu, może ochoty, by użyczyć głosu innym, którym przez lata nie było dane wypowiedzieć się w swoim imieniu, którym zalepiano usta masą papierową z gazet codziennych.

Władza nieludzka chyba dawno opanowała technikę pozbawiania prawa do głosu niewygodnych zmarłych. Nie trzeba ich przebijać kołem osinowym, nie trzeba im wyrywać języków; dość zakleić żywym oczy i usta papką z papier-maché, by zaniemówili. Nawet niekoniecznie ze strachu. Znakomitą wymówką jest stwierdzenie, że nie mamy czasu, trzeba wracać do domu z pracy, w tłumie niemniej zmęczonych ludzi, wlokących się w korku ulicą Janka Wiśniewskiego. „…I co za Wiśniewski – kurwa jego mać…” – czasami można wyczytać z ruchu warg zmęczonych, przyduszonych spalinami ludzi. Lecz nic tak wybornie nie dławi, nie zakleja ust jak papka z kolorowych tygodników, suto przyozdobionych portretami ludzi sukcesu. Portretu Stanisława Kociołka tam nie znajdziemy, ale podobizn bliskich jemu ludzi chyba nie brakuje…

 

4. „Janka Wiśniewskiego już niemal zakorkowana”

Opuśćmy jednak na chwilę ulicę Janka Wiśniewskiego. Grudniowy poranek, nie słychać megafonów, nie słychać strzałów. Pociski odbite rykoszetem, wymierzone w plecy uciekających ludzi, utkwiły w ciałach.

Oto jeden z kilku głosów z cyklu Polkowskiego. Mówi Zastrzelony? (1952–1970?)?

[…]
To moja krew wypiła biel na fladze
niesionej przez Świętojańską.
Pragnąłem by była czerwonym wiatrem
który zasklepia rany.
Pragnąłem by uderzył z nieuleczalną siłą
w tych którzy muszą żyć żeby życie ocalić.
Pragnąłem by na zawsze zapisał słowa
tych którzy śmierć przeżyli
jak przed świtem pobudkę i zimną nagość światła
na smukłej stali żurawi i krótkiej rdzawej fali
jak szczęście zanurzone po brzegi
w czasie co cały się spełniłTenże, *** (Kim miałem zostać?) [w:] tegoż, Gdy Bóg się waha, s. 305.[24].

Przytaczam ten wiersz, może jednak w sposób barbarzyński usuwam to, co mi nie odpowiada. A to przecież mogło być całe jego niespełnione życie. Mówiący w tym wierszu to przecież nieomal mój rówieśnik, któremu przytrafiło się to, co nie każdemu się przytrafia – przeszedł do historii, natychmiast po śmierci stał się symbolem, na zawsze zastygł niesiony na drzwiach. Stał się bez mała oczkiem w głowie milicyjnych komunikatów, widziany z góry z helikopterów, fotografowany ukradkiem z okien, powracający w jazgocie krótkofalówek jako wyjątkowo kłopotliwy element wydarzeń czarnego czwartku. Zapewne rychło stał się elementem analizy specjalistów, którzy chcieli zdemaskować ludzi niosących ciało człowieka. Zdjęcia trafiły do nielegalnego obiegu jako element martyrologii narodowej, należąc do sfery sacrum, rychło pojawiły się na świeckich i kościelnych odpustach, początkowo rozprowadzane w wąskim kręgu zaufanych odbiorców, z czasem stały się elementem szczególnej popkultury pamiątek narodowych.

Głos posłyszany przez Jana Polkowskiego zawiera jeden znaczący element, jakim jest nadanie sensu śmierci „zastrzelonego”. W istocie nawet status jego zgonu nie jest klarowny. „Zastrzelony” to przecież człowiek, do którego oddano strzał z broni palnej w określonym celu – by pozbawić go życia. W czasie walki, podczas egzekucji, przy próbie ucieczki; ten status traci człowiek, który zginął od przypadkowej kuli, która dosięgła go, odbiwszy się rykoszetem. Przypadkiem ginie człowiek, który znalazł się w niewłaściwym czasie w niewłaściwym miejscu. Miast tragedii, której istota zawiera się w splocie równorzędnych racji, mamy do czynienia z dominacją przypadku, niczym w odautorskim komentarzu do Norwidowskiego Quidama:

Przypadkiem więc pogrzebion, jak zabit przypadkiem
W miejscu, gdzie go sprzeczności zawiodły przypadki,
Prawdy nie znając (lubo może jej był świadkiem),
Bohater! a za pole bitw cóż znalazł?… jatki!C.K. Norwid, Do Walentego Pomiana Z. [w:] tegoż, Pisma wszystkie, t. 2, s. 155.[25]

Głos „Zastrzelonego?” posłyszany przez Jana Polkowskiego jest próbą polemiki z obowiązującą w czasach PRL oficjalną historiozofią. Mimo podejmowanych prób, ostatecznie w tym przypadku nie udało się wprowadzić oficjalnego rytuału anonimowego pochówku, odbierającego definitywnie godność człowiekowi skazanemu na nieoficjalny niebyt.

Z jednej strony mamy istotną parabolę Norwida na temat kondycji ludzkiej, z drugiej zaś arogancką postawę władzy, usiłującej obedrzeć śmierć ludzką z jakiejkolwiek godności, deprecjonującej wszystko, co nie mieściło się w ramach gospodarki planowej, co nie mieściło się w horyzoncie pozornie planowanych faktów historycznych. Tutaj pojawiało się dość szczególne sformułowanie. Tak można zdefiniować pojęcie alternatywne dla „wypadków”, by nie powiedzieć „zbrodni”:

wydarzenia – słowo używane oficjalnie jako określenie zmian nie przewidywanych przez władze, nazwa sytuacji, w których ludzie występując w większej liczbie podejmują działania niezależne od władz. Wydarzenia w Polsce mają zwykle nazwy utworzone od nazw miesięcy: wydarzenia październikowe, marcowe, grudniowe. […] Słowo wydarzenia w języku oficjalnym ma odcień negatywny: właściwie nic nie powinno się wydarzać. Jeśli coś się wydarza, dzieje się to za sprawą agentów zewnętrznych lub ludzi z marginesu społecznego (tak na ogół oficjalnie interpretowano wydarzenia)J. Karpiński, Polska, komunizm, opozycja. Słownik, Warszawa 1988, s. 309.[26].

Janek Wiśniewski to przypadkowa ofiara wydarzeń grudniowych. To jedna perspektywa, bardzo nieludzka, ale w pełni sytuująca się w perspektywie historiozofii propagowanej arogancko w zakłamywanej rzeczywistości PRL. W zasadzie ta postać nie powinna funkcjonować nawet w balladzie miejskiej. Sprzeciw wobec takiej perspektywy powróci jeszcze w przewrotnie postapokaliptycznym (postapokalitycznym – boć dla niektórych ich świat się przecie skończył) wierszu Polkowskiego z tomu Pochód duchów:

[…]
Zresztą chodziło nam o sprawy ważniejsze
niż ten tymczasowy kraj bezgłowy naród
i jego mętne pretensje

[…]J. Polkowski, *** (Cóż powiedzieć o tamtych czasach) [w:] tegoż, Pochód duchów, Sopot 2018, s. 33.[27]

„Mętne pretensje” dotyczyły także ocalenia pamięci, godności ludzkiego życia i śmierci.

W Rozmowie, zamykającej antologię wypowiedzi o twórczości Polkowskiego, sam poeta tak mówi o Głosach zebranych w tomie poetyckim:

Oni nie rozmawiali ze mną, mówili do swoich umarłych, wyjątkowo do żywych. I jak zawsze w jakimś stopniu również do siebie. A jeżeli ktoś otwiera się i mówi głośno, to musi liczyć się z tym, że usłyszy go ktoś więcej niż adresat. Człowiek, który zwraca się do konkretnych, najczęściej bliskich osób, w rzeczywistości mówi do wszystkich ludzi, żywych i umarłych. Byłem jedynie jednym z kilku świadków, chociaż być może protokolantem tych kilkunastu rozmów. Usłyszałem przecież tylko nieliczne z wszystkich nieśmiertelnych dialogów czy monologów, krążących w przestrzeni i czasie. Przyznam, że przez moment obawiałem się, że ktoś może mi zarzucić niedyskrecję. Brak szacunku dla cudzego cierpienia. Sztuka ma w sobie element ekshibicjonizmu, ale mam nadzieję, że nikogo nie dotknąłemW mojej epoce już wymieram. Antologia szkiców o twórczości Jana Polkowskiego (1979–2017), red. J.M. Ruszar, i I. Piskorska-Dobrzeniecka, Kraków 2017, s. 385.[28].

W Wiecznym Tu i Teraz Polkowskiego obecny jest pietyzm dla innego człowieka, dla jego bólu i cierpienia. Natomiast nie znajdziemy tu postawy konsolacji i imperatywu pogodzenia się ze zbrodnią. Nie ma także przebaczenia dla zabójców. Symboliczne nakrycie przy stole wigilijnym nabiera przejmującego znaczenia:

Opłatek Wigilia mama w popielatej sukni
kładzie jak każe zwyczaj dodatkowy talerz
przy pustym krześle. Patrzy nieruchomo
przez nas i drżące powietrze barszcz rybę
i siano gałęzie jodły przez ściany spowite mrozem
na drogę z białego kamienia i pochyloną postać
upadającą pod ciężarem nieuniknionej zdradyJ. Polkowski, *** (Opłatek. Wigilia mama w popielatej sukni) [w:] tegoż, Gdy Bóg się waha, s. 299.[29].

Przytoczona tutaj relacja Brata? (1958–?) jest w istocie dramatyczną rzeźbą, niemą i przerażającą; zastygłą w bólu niczym Pietà, której na zawsze odebrano syna… Nie wiem, przez ile Wigilii powtarzany był ten dramat rodzinny, może trwał latami.

Tak było kiedyś, może jeszcze w 2012 roku, kiedy opublikowany został tom Głosy. 25 lutego 2011 roku miała miejsce premiera filmu Czarny czwartek w reżyserii Antoniego Krauzego. Książka Mirosława Piepki i Michała Pruskiego Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł. Gdynia ‘70 jest dzisiaj praktycznie niedostępna.

Minęło kilka lat. Proszę mi darować to zdanie, niekoniecznie zapożyczone z XIX-wiecznej powieści realistycznej, dialogi zmarłych to dzisiaj gatunek całkowicie anachroniczny, podsłuchiwanie głosów w najlepszym wypadku kojarzyć się może z „aferami taśmowymi”… Ale jednak, nie poddając się gwarowi codziennemu, wysłuchajmy może jeszcze jednego głosu:

Patrzę na moje paznokcie –
nierówno pomalowane.
Maluję je codziennie zmywam i znowu maluję.
Maluję zmywam maluję.
Poranna msza i paznokcie trzymają mnie w jednym
kawałku. Więc mogę chodzić na cmentarz
do mojego syneczka.
[…]Tenże, *** (Patrzę na moje paznokcie) [w:] tegoż, Gdy Bóg się waha, s. 301.[30]

Świadomie urywam tę wypowiedź, pozbawiam ją polifoniczności, próby rozrachunku z przeszłością. Zachowania kompulsywne – to najprostsze określenie, jakiego można tu użyć. A może jednak Polkowski proponuje spotkanie z Tajemnicą:

[…]
W tym dniu moje życie trwało tylko godzinę.
O czwartej czterdzieści obudziłem się w bloku.
A do piątej czterdzieści otwierał się los.
[…]

Pocisk przedzierał się długo przez szron i stukot szyn
przez ranne zgniecione światła
wymieszane z olejem zabłoconego słońca
by wreszcie przebić mi szyję
przez okno trójmiejskiej kolejki.
Cóż musicie uwierzyć że wszystko przeżyłem w godzinę
bo przecież nie zmartwychwstałem
a wciąż mam szesnaście lat.
Jeśli kłamię i mnie nie spotkało
co spotkać przecież musiało
to wierzcie – żaden świat naprawdę
nigdy nie istniałTenże, *** (Szkwał. W zimnej koszuli idę wzdłuż zatoki) [w:] tegoż, Gdy Bóg się waha, s. 291.[31].

To mówi Zastrzelony? (1954–1970?), po raz kolejny podważony zostaje status zamordowanego. Wieczne Tu i Teraz w tej wypowiedzi sąsiaduje bezpośrednio z misterium Zmartwychwstania Chrystusa, z imperatywem: „musicie uwierzyć” wiara odnosi się tutaj do wszystkich zaprzepaszczonych możliwości człowieka. Owe możliwości przekreślił jeden strzał z broni automatycznej.

5. Problemy z pamięcią

Jako się rzekło: minęły lata. Problemy z pomnikami są naszą codzienną bolączką. Sporo się dzieje. Zapewne dzięki agresywności środków masowego przekazu i aroganckiej dyspucie publicznej odnieść można wrażenie, iż temperatura i odgłosy życia codziennego przypominać mogą „rzeźnię o poranku”. Kolor „czarny” wykorzystany został przez mniej lub bardziej godne manifestacje polityczne. „Czarny piątek” i kolejne czarne dni tygodnia zostały zawłaszczone przede wszystkim przez wyprzedaże.

Tropajon, trofeum, obelisk – to tylko niektóre przedmioty związane ze wspomaganiem pamięci, podobnie jak monumenty czy pomniki, te struktury mają wyłącznie charakter mnemnotechniczny, upamiętniają wydarzenia doskonale znane. Z innymi nieustannie mamy problemy interpretacyjne – i to od dawna:

Są pomniki nieznanego czasu i przeznaczenia, jako beznapisowe, np. kolosalna figura z kamienia kwarcowego, niby pokutnik klęczący na drodze ze Słupi do klasztoru Świętokrzyskiego […]. O kilku innych najsprzeczniejsze, widocznie najdowolniejsze krążyły opowiadaniaEncyklopedia staropolska, oprac. A. Brückner, Warszawa 1990, t. 2, s. 224.[32].

Wśród znawców pomników zawsze było niemało kontrowersji, także na poziomie interpretacji arcydzieł; przecież Kolumna Trajana może być odczytywana jako świadectwo tryumfu Rzymu nad Dakami, ale także jako tragiczny zapis zagłady narodu przeciwstawiającego się Rzymowi. Niebagatelna kwestia autentyczności przekazu pojawia się w wierszu Norwida Słowianin:

Tak jest i kamień sterczący na miedzy,
Co sługiwał był w różnych szturmach na okopy;
Dziewanna żółta przy nim i mysz polna ruda –
On sterczy, wieść go zowie kością wielgo-luda
(Co sam sobie w jaśniejszą alegorię zamień!) –
Atoli nie wiadomo, czy to kość? czy kamień?C.K. Norwid, Słowianin. Do Teofila Lenartowicza [w:] tegoż, Pisma wszystkie, t. 2, s. 254.[33]

Problem autentyczności pomników to jedna kwestia. Druga, niemniej istotna, to potrzeba upamiętnienia ważnych wydarzeń wycieranych z pamięci decyzjami władz. Nie sądzę, by Słowianie (jak sugerował Norwid) czy Polacy (jak głosi współczesne potoczne przekonanie) charakteryzowali się szczególną gorliwością w kreowaniu opowieści. Surowi weryfikatorzy „najdowolniejszych […] opowiadań”, którymi byli bez wątpienia Aleksander Brückner i jego kontynuatorzy, mieli bez wątpienia rację. Skrajny pozytywizm wymagał nieustannych prób falsyfikacji, także opowieści czy przedmiotów materialnych, którym niekiedy przypisywano dodatkowe znaczenia, niejednokrotnie puszczając wodze fantazji, dążąc do zaspokojenia potrzeb mitotwórczych. Potrzeb związanych często z koniecznością oddania hołdu, niekiedy wyprawienia godnego pogrzebu bliskim, należytego zaopatrzenia ich na drogę w zaświaty. Tam nie powinni znaleźć się przyodziani byle jak, pozbawieni butów, amuletów, odarci z godności.

Zapewne odrzucanie rozmaitego rodzaju dowolnych opowieści, które niejednokrotnie mogą być określone jako sit venia verbo: „duby smalone”, bywa zasadne. Pojawia się jednak imperatyw: „musicie uwierzyć”. Czy znajdziemy na to czas w natłoku dzisiejszych wydarzeń – to zależy wyłącznie od nas. Pomocą w poszukiwaniu owej wiary stać się mogą dzisiaj Głosy Polkowskiego. Czy będziemy w stanie zrozumieć ich sensy – to zupełnie inna kwestia. Może istotnie nie warto tracić czasu na próbę ich zrozumienia. Może ich wątła obecność w świecie dzisiejszego gwaru zakłóca nowy porządek. Może lepiej będzie, gdy uznamy je za należące do bezpowrotnie minionej przeszłości. „Żarliwy gwar umarłych” wbrew pozorom łatwo można zagłuszyć. To nie wymaga szczególnego wysiłku, w gruncie rzeczy jest to sprawa umiejętnego manipulowania pokrętłem głośności. Gwar ów coraz bardziej zanika tłumiony przez jazgot, zmienia się w trudno rozumiane, uciążliwe brzęczenie…

Jeszcze trochę czasu i, jeśli dobrze pójdzie, uda nam się zapomnieć ich języka. Cóż nam bowiem po martwym języku martwych ludzi. Chwilowo sprawy zapominania mają się nieźle, mimo niekiedy kłopotliwych, niekiedy niemile widzianych prób zakłócania procesu pogrążenia się w Radosnej Powszechnej Niepamięci. Współcześni nomadzi nie powinni zanadto obciążać się zbędnym balastem, a pamięć i przywiązanie do Miejsc stanowi tutaj zbyteczne utrudnienie. I chyba tyle można uczciwie powiedzieć. Tym bardziej, że: „ulica Janka Wiśniewskiego, jak zwykle zakorkowana, utrudnienia w ruchu zaczynają się przy Rondzie Ofiar Grudnia”…

Cóż zrobimy z naszą wiedzą o jałowości świata, w którym przyszło nam żyć? Cóż zrobimy z przesłaniem poematu Eliota, którego fragment posłużył mi za motto:

[…] Cień
Jest tylko tam, pod czerwoną skałą
(Wejdźże w ten cień pod czerwoną skałą).
[…]

Czy w czerwonej barwie skały zechcemy widzieć minerał, który nadał jej kolor, czy raczej pozostałości krwi ofiar stamtąd strącanych? Na przekór logice, na przekór zdrowemu rozsądkowi możemy jednak rozmawiać z cieniami, nasłuchiwać głosów zmarłych, zamordowanych, poniżonych. Możemy zstąpić w ów cień „pod czerwoną skałą”; Baratron, Tajget, Tarpea – to nazwy, które zdołaliśmy zapomnieć chyba ma dobre.

Czy rzeczywiście nasza wspólna pamięć staje się coraz bardziej jałowa, czy zamieszkują ją tylko:

Kształty bez formy, cienie bez barwy
Siła odjęta, gesty bez ruchuT.S. Eliot, Wydrążeni ludzie, tłum. C. Miłosz [w:] tegoż, Wybór poezji, wybrał i wstępem opatrzył K. Boczkowski, Warszawa 1988, s. 57.[34].

Ocaleniem przed taką formą nieodwracalnego spustoszenia są głosy, słyszane i przekazywane przez Polkowskiego. Ostatecznie nasze pomniki to także gesty zastygłe w pamięci. Niektóre z nich zawierają przesłanie, niemniej dramatyczne jak grecka Grupa Laookona. Inne zaś są tylko przejawem nikczemnego przedłużenia władzy nieludzkiej. W jaki sposób można je odróżnić? Chyba tylko wsłuchując się w dramatyczne głosy z przeszłości. Także i w te, w których powracają pomordowani w grudniu 1970 roku. Przynajmniej taką mam nadzieję. Inaczej obrośniemy martwymi pomnikami, wśród których nader trudno będzie nam się poruszać. „Żarliwy gwar umarłych” łatwo jest zagłuszyć, tak jak łatwo zagłuszyć najbardziej żarliwą modlitwę. Można żyć bez pamięci, można żyć bez modlitwy, oddając się w pełni we władanie codziennego jazgotu komunikatów o zakorkowaniu ulicy Janka Wiśniewskiego już na wysokości Ronda Ofiar Grudnia. Cóż:

I tak się właśnie kończy świat
I tak się właśnie kończy świat
I tak się właśnie kończy świat
Nie hukiem ale skomleniemTamże, s. 61.[35].

Lecz może nie wszystko jest sprawą przypadku, nie wszystko zależy od dziecięcej wyliczanki, w jaką zamienia się historia. Zabawa w pałowanie, zabawa w obalanie pomników. Dlaczegóż by nie, ostatecznie uczymy się, bawiąc. Kolejny, może kontrowersyjny eksperyment ma miarę eksperymentu Philipa Zimbardo jeszcze przed nami, bez wątpienia przypomnienie zapachu gazu łzawiącego wzbogaci nasze doświadczenia o dodatkowy wymiar. I chyba tyle można powiedzieć, otwierając po latach tom Polkowskiego. Jeżeli na to się zdobędziemy. Co prawda: „Głosy to tom szczupły. Składa się nań jedynie osiemnaście wierszy i dwuakapitowa wypowiedź prozą, stanowiąca rodzaj objaśnienia? przesłania? programu?”P. Dakowicz [w:] W mojej epoce już wymieram. Antologia szkiców o twórczości Jana Polkowskiego (1979–2017), Kraków 2017 s, 205.[36]. Osiemnaście głosów, które dopominają się wysłuchania i niejasna narracja poety – to jednak bardzo dużo.

Obawiam się, żem nie sprostał temu zadaniu. Przynajmniej tym razem. Lecz te głosy są nadal obecne w otaczającym świecie. Po raz kolejny posłużę się cudzymi słowami:

I proszę Boga o litość nad nami
I proszę abym mógł zapomnieć
To o co z sobą zbyt wiele się spieram
Zbyt wiele tracę słów
Skoro nie mam nadziei że powrócę znów
Niech słowa te powiedzą
Czemu to co zaszło nie stanie się znów
Niech sąd nie będzie dla nas zbyt surowyT.S. Eliot, Popielec, tłum. B. Baran [w:] tegoż, Wybór poezji, s. 63.[37]

Słowa poetyckie, słowa z wierszy ściszonych powołują w żarliwym gwarze umarłych raz jeszcze do istnienia innych ludzi, ożywiając zaimek „ja”. Także i tych, których sama śmierć, bo nawet nie życie, wymazana miała być z naszej pamięci. Niczym zamazywane napisy czy rdzawe plamy na murach, niczym niewzniesione monumenty, zaczynają do nas szeptać. A dzieje się tak dzięki wierszom Polkowskiego. Zaś ten szept układa się w jedno słowo: byłem… Wobec tego słowa możemy w milczeniu schylić głowę, oddając cześć człowiekowi, który przeszedł do historii, stał się symbolem. Chociaż chciał po prostu przeżyć swoje życie, może nawet do późnej starości, ze wszystkimi niedogodnościami tego wieku. Z całym bogactwem marzeń i form trybu przypuszczającego, który został odebrany w jednej chwili. Podobnie jak przerwane zostały rozmowy z bliskimi, którym szybko pozwolono pożegnać się ze sponiewieranym nieludzko ciałem, na zawsze przekreślając nieodbyte rozmowy:

Kochany Tato strasznie Cię nienawidziłem
dlatego że Cię nie było a reszta świata była.
Pewnie także dlatego że dopiekała bieda.
Pomagał nam wujek parafia sąsiedzi.
Gdy podrosłem zbierałem butelki szmaty i złom.
Jedliśmy wodziankę zacierki ziemniaki
ziemniaki ziemniaki. Nienawidziłem Ciebie
bo byłeś gdzie indziej i nie troszczyłeś się o nas.
Kiedy nienawiść stygła patrzyłem na mamę
która gdy nie płakała płakała jeszcze bardziej.
Wtedy wracała nienawiść i łatwiej było przetrwać.
[…]
Teraz jestem dekarzem
buduję ludziom dachy.
Od dobrych kilku lat chociaż nie za często
chodzę do Ciebie na cmentarz.
Syn? (1960 – ?)J. Polkowski, *** (Kochany Tato strasznie Cię nienawidziłem) [w:] tegoż, Gdy Bóg się waha, s. 297.[38]

To tylko jeden z głosów tych, którzy przeżyli. Którzy nagle musieli dorosnąć w wieku dziesięciu lat, a potem żyć ze świadomością tego, że zamiast Ojca ofiarowano im miejsce na tablicy upamiętniającej Ofiary Grudnia 1970 w Gdyni. Imię i nazwisko to bardzo dużo, lecz czy z literami odlanymi w szlachetnym metalu można rozmawiać? Szczególnie w gwarze ulicy, w zaduchu spalin; czy można rozmawiać w łoskocie werbli podczas kolejnego Apelu Poległych? Czy w gwarze ulicy, w łoskocie werbli można usłyszeć odpowiedź na dramatyczne pytanie: Tato, dlaczego nas opuściłeś? Eli, Eli lama sabahthani

Gdynia, kwiecień 2018 – Wejherowo, marzec 2019

 
Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Marek Adamiec, „Rondo Ofiar Grudnia Siedemdziesiąt, następny przystanek Janka Wiśniewskiego, na żądanie”. Głosy Jana Polkowskiego – Anno Domini 2019, Nowy Napis, 2019

Przypisy

    Powiązane artykuły