23.09.2021

Nowy Napis Co Tydzień #119 / U źródeł „pamiętników artysty” [fragment]

Zapraszamy do zapoznania się z premierowym fragmentem najnowszej książki Grażyny Halkiewicz-Sojak Znalazłem ciszę… Tadeusz Różewicz w szkole Cypriana Norwida.

U źródeł „pamiętników artysty” [fragment]

                                                                Jam widział krew!…

                                                                Cyprian Norwid (Czemu nie w chórze?, PW II 45)

I dla Norwida, i dla Różewicza autobiografia była źródłem poetyckich tematów traktowanych w dosyć podobny sposób. W swoich wierszach poeci sięgali po przeżyte epizody i zdarzenia, które konfrontowali z wewnętrznym doświadczeniem. Niekiedy wielokrotnie powracali do tych samych przeżyć czy obserwacji i wpisywali je w różne literackie konteksty, wykorzystywali na przykład wcześniej napisane wiersze w dramatach. Tak powstające i funkcjonalizowane utwory sprawiają wrażenie fragmentów lirycznego „pamiętnika” przełamującego genologiczne i kompozycyjne reguły. Czy w przypadku Różewicza był to w jakimś stopniu rezultat wcześnie pobieranej „lekcji u Norwida”?

Za początek poetyckiej drogi Różewicza zazwyczaj uznaje się zbiór wierszy Niepokój (1947), który krytycy wkrótce po opublikowaniu odczytali jako manifest nowego nurtu w powojennej poezji polskiejZob. na przykład przywoływane we wprowadzeniu do niniejszej książki (przyp. 13) prace Tadeusza Drewnowskiego czy Kazimierza Wyki.[1]. Niepokój nie był jednak debiutem. W 1944 roku kapral podchorąży Armii Krajowej o pseudonimie Satyr„Satyr” to partyzancki pseudonim Tadeusza Różewicza, który od 26 czerwca 1943 roku do 3 listopada roku 1944 był żołnierzem Armii Krajowej w oddziale „Warszyca” i oprócz innych partyzanckich obowiązków redagował gazetkę oddziału zatytułowaną „Głos z Krzaka”.[2] wydał w konspiracji tomik Echa leśnePierwodruk nie był wznawiany przez 41 lat. Druga edycja: T. Różewicz, Echa leśne, posł. T. Jodełka-Burzecki, Warszawa 1985.[3]. Książeczka wyrosła z redakcyjnych prac, którymi Różewicz trudnił się w partyzanckim oddziale, i ta geneza zaważyła na jej hybrydycznej formie gatunkowej, najbliższej formule silva rerum. Znajdziemy w tym niewielkim zbiorze wiersze i rodzajowe obrazki, literackie szkice do portretów kolegów z lasu, krótkie prozy poetyckie i satyryczne „figliki”, a także dwa drobne utwory Janusza, starszego brata poety. Po latach milczenia w sprawie tego zapomnianego debiutu autor tak opisywał genezę i terapeutyczną rolę Ech leśnych:

Wie Pan, część mojego tomiku Echa leśne, którego tytuł zaczerpnąłem z tragicznej noweli Żeromskiego, pochodzi z jednodniówki „Głos z krzaka”. Właściwie tomik jest przesiąknięty żeromszczyzną i Słowackim. Już przez wieki trwa spór między tymi, którzy wyżej cenią poezję Słowackiego, a tymi, którzy wolą poezję Mickiewicza. Gdzieś w środku pomiędzy nimi stanął intelektualista Norwid. Ja jestem „mickiewiczjanin”… Ale to dygresja… W Echach leśnych był też razowy humor żołnierski. […] Niektórzy nazwą go może „humorem wisielczym”, ale bez niego nie dałoby się przeżyć (Poeta po końcu świata, z T. Różewiczem rozmawiali J. Kiernicka, S. Bereś, WS 329)Różewicz udzielił wywiadu w 1999 roku. Pierwodruk: Poeta po końcu świata, z T. Różewiczem rozmawiali J. Kiernicka, S. Bereś, „Odra” 2000, nr 5, s. 42–56.[4].

Warto podkreślić tę autorską dygresję świadczącą o trwałej obecności w refleksji pisarza horyzontu wielkiej poezji romantycznej, chociaż trzeba pamiętać, że jest to uwaga sformułowana ex post – w 1999 roku, w czasie podsumowań mijającego wieku i u schyłku twórczości Różewicza. 

Wróćmy do debiutanckiej książeczki. Genologiczna rozmaitość i predylekcja do zwięzłego ujmowania tematu już tutaj odsłaniają pewne cechy Różewiczowskiego warsztatu, ale literackie pokrewieństwa z wyboru są odmienne od późniejszego poszukiwania „nauczyciela i mistrza”. Motta i tytuł cyklu Kamienie na szaniecwskazują na patronat Juliusza Słowackiego, a tytuł całości i fragment Mój dom pobrzmiewają aluzjami do utworów Stefana Żeromskiego, zwłaszcza do Ech leśnych Puszczy Jodłowej. Nawiązania do tyrtejskiego i więziennego nurtu dziewiętnastowiecznej liryki nie są już tak wyraźnie sygnalizowane, ale wyczuwalne w metaforach i wersyfikacji wierszy. Czy w gąszczu literackich reminiscencji, widocznych w Echach leśnych już na pierwszy rzut oka, można odnaleźć również echa liryki Norwida? W poszukiwaniu odpowiedzi na to pytanie zatrzymajmy się przy jednym z najciekawszych wierszy z debiutanckiej książeczki Różewicza:

Na kraty spływa jasność
na niewidzące oczy
na beznadzieję godzin
na nocy beznadzieję

 

Usta otwarte jak rana
i ręce ręce w kajdanach
i matki będą płakały
nad umęczonym ciałem

 

Ręce matczyne są słabe
od męki drżące i trwogi
niech słowo stanie się ciałem
a jasność niech stanie się Bogiem

 

Toć nasi synkowie też byli
Jak Twój słabiutki maleńki
dla Niego dla synka Twojego
i naszych osłoń od męki

 

A gwiazda w kraty wpleciona
oślepłym oczom jaśnieje
na beznadzieję godzin
na nocy beznadzieję.

 

(Ręce w kajdanach, EL)

Motywy kształtujące sytuację liryczną w tym wierszu układają się w dwa opozycyjne szeregi; topika „umęczonego ciała” została połączona z topiką religijnego pocieszenia. Na pierwszy ciąg poetyckiego obrazowania składają się następujące motywy: „niewidzących”, a dalej – „oślepłych oczu”, „ust jak rana”, „rąk zakutych w kajdany” oraz wolnych wprawdzie od kajdan, ale „słabych i drżących od męki rąk matczynych”. W emocjonalnej konkluzji puentującej ten szereg dominuje poczucie beznadziei, mocno akcentowane w dwuwersie stanowiącym zarazem kompozycyjną, liryczną klamrę: „na beznadzieję godzin / na nocy beznadzieję”. Topikę religijnego pocieszenia wnoszą do utworu motywy świetlne: trzykrotnie powtórzona „jasność” i gwiazda, której światło przenika więzienne kraty, oraz aluzje ewangeliczne, przede wszystkim parafraza prologu Ewangelii Janowej („niech słowo stanie się ciałem / a jasność niech stanie się Bogiem”)Jest to podwójna aluzja: ewangeliczna, do prologu Ewangelii według św. Jana („A Słowo stało się ciałem i mieszkało wśród nas”, J 1,14), oraz poetycka, nawiązująca do słów kolędy Pieśń o Narodzeniu Pańskim Franciszka Karpińskiego. Cytaty z Pisma Świętego, jeśli nie zaznaczono inaczej, przytaczane są za przekładem: Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu. Biblia Warszawsko-Praska, tłum. K. Romaniuk, Warszawa 1997.[5]. Modlitwa matek przywołująca wspomnienie „synków”, którzy byli niegdyś „słabiutcy i maleńcy” jak bezbronny Jezus urodzony w betlejemskiej grocie, została skojarzona z obrazem gwiazdy, co wprowadza odniesienie do sytuacji ufundowanej na przekazach ewangelicznych, motywach polskich kolęd i ikonografii bożonarodzeniowejŚwietlistość w Różewiczowskim wierszu może być kojarzona z obrazami, których tematem jest adoracja Dzieciątka Jezus, autorstwa takich malarzy jak Antonio Allegri da Correggio, Georges de La Tour i El Greco.[6]. Związek ze stylem kolęd i pastorałek podkreślają zdrobnienia. Dwa przeciwstawne obrazowe szeregi są jednakowo ważne, chociaż krucha to równowaga. W konsekwencji zderzenia obrazów okazuje się, że światło nadziei rozprasza jednak ciemności cierpienia. Rozpacz uwięzionych i światło przenikające przez kraty tworzą nastrojową i obrazową klamrę wiersza. Żaden z tych elementów nie zostaje unieważniony, pozostaje między nimi wewnętrzne napięcie. Finał nie rozstrzyga definitywnie pojedynku między rozpaczą a nadzieją, ale delikatnie sugeruje zwycięstwo tej ostatniej. Sprzyja temu także skojarzenie cierpiących matek z chrześcijańskim wizerunkiem Matki Bożej Bolesnej. Różne warianty motywu cierpiącej matki, a także światła, widzenia – oka widzącego i oślepłego, będą odtąd powracać w twórczości Różewicza, staną się jednym ze słów kluczy tej poezji. 

Marek Adamiec, interpretując wiersz Norwida Czemu nie w chórze?, z którego zaczerpnęłam motto tego rozdziału, zwrócił uwagę, że taka gra motywami obrazowymi jest charakterystyczna dla wierszy pojawiających się w polskiej poezji XIX i XX wieku, które określił jako „kolędy czasów nieradosnych”M. Adamiec, Norwid nad strumieniem krwi ludzkiej, „Studia Norwidiana” 1987/1988, nr 5/6, s. 53–69. Autor artykułu wskazuje jako przykłady Kolędę warszawską 1939 Stanisława Balińskiego i Kolędę obozową Tadeusza Borowskiego. Z tekstów bliższych naszej współczesności można wymienić kolędy Ernesta Brylla (Kolęda nocka, Kolęda Maryi) i anonimowe utwory z początku lat 80. XX wieku.[7]. Do tego rodzaju utworów można zaliczyć również liryk Różewicza. Czy wiążą się z nim jeszcze inne norwidowskie reminiscencje? Uchylam przy tym rozstrzyganie kwestii, czy były one intencjonalne. Jeżeli wierzyć wyznaniom Różewicza z Przygotowania do wieczoru autorskiego (PR III 277–290) i z Tego, co zostało z nienapisanej książki o Norwidzie (PR III 114–134), że czytał Norwida od „przeszło sześćdziesięciu lat”, a więc od wczesnej młodości, to wydaje się naturalne, że strofy tej poezji mogły być stale obecne w jego pamięci. Ręce w kajdanach zawierają uchwytne nawiązania do co najmniej dwóch liryków Norwida: florenckiej Mojej piosnki (I) oraz wspomnianego wiersza Czemu nie w chórze?, włączonego później przez autora do cyklu Vade-mecum jako XXVI ogniwo. Najpierw kilka słów o pierwszym, mniej oczywistym kontekście intertekstualnym.

                                                           POL. – I’ll speak to him again
                                                           What do you read, my lord?…
                                                           HAM. – Words, words, words!

                                                           Shakespeare

 

Źle, źle zawsze i wszędzie
Ta nić czarna się przędzie:
Ona za mną, przede mną i przy mnie,
Ona w każdym oddechu,
Ona w każdym uśmiechu,
Ona we łzie, w modlitwie i w hymnie…

 

Nie rozerwę, bo silna,
Może święta, choć mylna,
Może nie chcę rozerwać tej wstążki;
Ale wszędzie – o! wszędzie
Gdzie ja będę, ta będzie:
Tu w otwarte zakłada się książki,
Tam u kwiatów zawiązką,
Owdzie stoczy się wąsko,
By jesienne na łąkach przędziwo;
I rozmdleje stopniowo,
By ujednić na nowo,
I na nowo się zrośnie w ogniwo.

 

Lecz nie kwiląc jak dziecię,
Raz wywalczę się przecie.
Niech mi puchar podadzą i wieniec!…
I włożyłem na czoło,
I wypiłem, a wkoło
Jeden mówi drugiemu: „szaleniec!!”
Więc do serca o radę
Dłoń poniosłem i kładę,
Alić nagle zastygnie prawica:
Głośno śmieli się oni,
Jam pozostał bez dłoni,
Dłoń mi czarna obwiła pętlica.

 

Źle, źle zawsze i wszędzie
Ta nić czarna się przędzie:
Ona za mną, przede mną i przy mnie,
Ona w każdym oddechu,
Ona w każdym uśmiechu,
Ona we łzie, w modlitwie i w hymnie.

 

Lecz nie kwiląc jak dziecię,
Raz wywalczę się przecie;
Złotostruna nie opuść mię lutni!
Czarnoleskiej ja rzeczy
Chcę – ta serce uleczy!
I zagrałem…
                     …i jeszcze mi smutniéj.

 

Pisałem we Florencji w 1844 roku
(Moja piosnka (I), DW I)Wiersz cytuję we własnym opracowaniu edytorskim, przeznaczonym do pierwszego tomu edycji krytycznej Dzieł wszystkich Cypriana Norwida (w przygotowaniu).[8]

Trzeba powiedzieć, że sytuacja liryczna i temat florenckiej „piosnki” nie przypominają położenia bohaterów więziennego wiersza Różewicza, a ewentualne skojarzenie „czarnej nici” z ciemnością z utworu młodszego poety byłoby nikłą przesłanką paraleli. „Czarna nić” melancholii w liryku Norwida jest raczej późnym wyrazem romantycznego spleenu, a nie znakiem rozpaczy wywołanej męką uwięzionego człowieka. Jeżeli odwołać się do biograficznych kontekstów Mojej piosnki (I), to trzeba by wskazać wielokrotnie opisywane przez norwidologów uczuciowe rozczarowania autora: zerwanie przez Kamilę Lemańską zaręczyn z poetą oraz obojętność „wielkiej damy”, Marii Kalergis, w której „orszaku” Norwid podróżował po Italii, a która nie tylko nie odwzajemniała uczuć młodego poety, ale być może nawet ich nie zauważałaZob. Z. Trojanowiczowa, Z. Dambek, przy współudz. J. Czarnomorskiej, Kalendarz życia i twórczości Cypriana Norwida, t. 1: 1821–1860, Poznań 2007; komentarze edytorskie J.W. Gomulickiego [w:] C. Norwid, Dzieła zebrane, t. 1–2, Warszawa 1966; Z. Trojanowiczowa, Piosnki Cypriana Norwida [w:] Album Norwidowskie. Profesor Zofii Trojanowiczowej na 50-lecie pracy naukowej, wybór i oprac. A. Artwińska, Z. Przychodniak, Poznań 2007, s. 37–64.[9]. Emocjonalne zranienia i towarzyszący im brak nadziei ma uleczyć poezja, a nie religijne pocieszenie. Jednak i ona okazuje się bezsilna, więc sugestia obecności światła rozpraszającego czarną melancholię nie pojawia się w wierszu. Ten katalog różnic podważa zasadność zestawiania. A jednak – gdy przeczytamy wiersze Różewicza i Norwida na głos, usłyszymy współbrzmienia. Wynikają one z tego, że podstawą wersyfikacyjną obu utworów jest regularny siedmiozgłoskowiec, którego powtarzalność zostaje naruszona nieregularną obecnością dłuższych wersów, umieszczonych najczęściej w wygłosie poszczególnych strof. W obu przypadkach instrumentacja liryków i efekt „piosenkowej” formy zostały osiągnięte za pomocą anafor i refrenowych powtórzeń. Przeważa regularne zestrojenie rytmu, przełamywane dysonansami. Te cechy wydają się dowodzić, że Różewicz bardzo wcześnie praktykował w poetyckiej szkole Norwida, że „lekcja Norwida” zaczęła się u początków jego twórczości. Do postawienia hipotezy, że współbrzmienia mogą być tutaj intencjonalnym nawiązaniem, ośmiela mnie Różewiczowski apel skierowany do czytelników Norwida: „Czytajcie Norwida po cichu i na głos, przy współdziałaniu głosu powstaje jakby inny utwór niż ten czytany po cichu…” (To, co zostało z nienapisanej książki o Norwidzie, PR III 118).

Podobne zbieżności dykcji poetyckiej i instrumentacji można wskazać w odniesieniu do późniejszego Norwidowskiego wiersza – „kolędy” ze zbioru Vade-mecum. Pokrewieństwo z wyboru jest tu wyraźniejsze niż w przypadku Mojej piosnki (I). Nawet jeżeli nie wiemy, kiedy i w jakich okolicznościach zostały napisane obydwa wiersze, to i tak ich lektura odsłania podobieństwo tematu i doboru motywów. Obaj poeci postawili pytanie o cierpienie niewinnych spowodowane ciśnieniem polityki i fatalizmem historii oraz umieścili je w kontekście tajemnicy Wcielenia i związanej z nią symboliki Bożego Narodzenia. Stawiają tę kwestię, odmiennie rozkładając akcenty i oświetlając nieco inne aspekty problemu, ale chodzi o ten sam dylemat: paradoks współistnienia zła w historycznym świecie i jednoczesną obecność w nim dobrego Boga. Intensywność myślenia o tym paradoksie w obu przypadkach wynika z doświadczeń przeżywanej właśnie dziejowej chwili. Jej historycznoliterackie przybliżenie warto poprzedzić lekturą wiersza Norwida:

1
Śpiewają wciąż wybrani,
U żłobu, gdzie jest Bóg;
Lecz milczą zadyszani,
Wbiegając w próg…

 

2
A cóż dopiero owi,
Co ledwo wbiegli w wieś –
Gdzie jeszcze ucho łowi –
Niewiniąt rzeź!…

 

3
Śpiewajcież, o! wybrani,
U żłobu, gdzie jest Bóg;
Mnie jeszcze ucho rani
Pogoni róg…

 

4
Śpiewajcież, w chór zebrani – –
Ja? – zmięszać mógłbym śpiew
Tryumfującej litanii:
Jam widział krew!…
 

(Czemu nie w chórze?, PW I 45–46)

Wiersz został napisany w 1861 roku, najprawdopodobniej w jego ostatnich miesiącach. Był to czas patriotyczno-religijnych manifestacji. Do pierwszej, która odbiła się szerokim echem i zapoczątkowała sekwencję wydarzeń prowadzących do wybuchu powstania styczniowego niespełna dwa lata później, doszło 25 lutego na Starym Mieście w Warszawie, w trzydziestą rocznicę bitwy o Olszynkę Grochowską. Druga odbyła się dwa dni później, a jej głównym motywem było żądanie uwolnienia studentów aresztowanych w czasie rocznicowego zgromadzenia. Padły wówczas strzały. Poległo pięciu uczestników manifestacji. W Warszawie szybko pojawiły się podobizny ofiar w licznych kopiach rysunków, zdjęć i litografii, a pogrzeb, który odbył się 2 marca, zgromadził tłumy. Cykl pokojowych demonstracji trwał nadal. Władze reagowały chaotycznie, coraz częściej wysyłając przeciwko bezbronnym oddziały Kozaków. Krwawe żniwo zakończyło manifestację na placu Zamkowym 8 kwietnia 1861 roku. Narastały represje władz i opór Polaków, wypełniały się cele warszawskiej Cytadeli. Norwid obserwował wydarzenia w mieście swojej młodości z paryskiego oddalenia – z niepokojem, ale i z nadzieją. Widział w nich zrazu pokojową w intencjach, oryginalną polską drogę do niepodległości. Tę ocenę weryfikował – stawała się ona coraz bardziej krytyczna po wybuchu insurekcji w 1863 rokuSzerzej pisałam o tym w studium: G. Halkiewicz-Sojak, Cyprian Norwid wobec idei insurekcyjnej [w:] Norwid wobec powstania styczniowego, red. P. Chlebowski, Lublin 2017, s. 13–24; zob. w tejże monografii także rozdziały autorstwa Włodzimierza Torunia, Bartłomieja Łuczaka, Wiesława Rzońcy i Marcina Wolniewicza.[10]. Pośrednio artystę, a ściśle rzecz ujmując – jego dzieło, również dotknęły represje: „[…] w Warszawie zabrano pakę sztychów Cypriana Norwida i pod najsurowszymi kary takowe sprzedawać zabroniono […]. Sztychy te są egzemplarzami ryciny w Paryżu odbitej […]. Jak dalece cenzura jest dziwaczną, to z samej treści ryciny, tak straszliwie wzbronionej, wida攄Dziennik Poznański” 1861, nr 284, s. 2; cyt. za: Z. Trojanowiczowa, E. Lijewska, przy współudz. M. Pluty, Kalendarz życia i twórczości Cypriana Norwida, t. 2: 1861–1883, Poznań 2007, s. 48.[11]. 

 

Książkę Znalazłem ciszę… Tadeusz Różewicz w szkole Cypriana Norwida już niedługo będzie można kupić w e-sklepie Instytutu Literatury.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Grażyna Halkiewicz-Sojak, U źródeł „pamiętników artysty” [fragment], „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 119

Przypisy

    Powiązane artykuły