16.07.2020

Nowy Napis Co Tydzień #058 / Gest powitania w zdziczałych ogrodach

Moja pieśń jest zrobiona ze śmierci i z płaczu
I właśnie tyle znaczy ile łzy tu znaczą
I właśnie tylko znaczą – łzy pieśni niewinne

Nim pieśń wyniosą z czasu w jakieś czasy inne

(Jarosław Marek Rymkiewicz, Piękna młynarka
z tomu Zachód słońca w Milanówku, 2002)

Od początku XXI wieku Jarosław Marek Rymkiewicza żegna się z żywymi (Zachód słońca w Milanówku) i wita ze zmarłymi (Koniec lata w zdziczałym ogrodzie), bo wiersze powstają w cieniu wszechobecnej śmierci. Z kim rozmawia stary poeta? Głównie ze sobą i z Duchami. Inni rozmówcy są mniej ekscytujący, bo cóż mu takiego powiedzą, czego by jeszcze nie wiedział? A Wielkie Cienie znają Tajemnicę, sekret Życia i Śmierci. Jarosław Marek Rymkiewicz wita więc Wielkich Poprzedników.

*

W jednym z ostatnich tomów poezji Koniec lata w zdziczałym ogrodzie Jarosław Marek Rymkiewicz rozmawia z Duchami. W obliczu wieczności jest mu do nich bliżej niż do żywych, kurczowo trzymających się życia. A poeta tej klasy i  w tym wieku nie ma już czasu na głupstwa i nawet jeśli coś zauważa z wydarzeń świata tego, to jest to szary kot łowiący żaby, albo ćma, która wpadła przez okno z ogrodu – są to drobiazgi, ale ważne, bo mówią o nieustannie obracającym się kole życia i śmierci. To prawda, napisze od czasu do czasu wierszyk polityczny, bo przecież jakieś serwituty narodowe obligują spadkobiercę Adama, skrzywi się na marność współobywateli, pomarzy o silnym narodzie, który utrwali się w jestestwie swoim, jeśli powiesi kilku zdrajców. Ba! Warknie na ideologa, co się dorobił pieniędzy, tuszy i świńskiego ryja, ale… Ale naprawdę ciekaw jest już tylko spotkania ze starym przyjacielem Danielem Naborowskim i innymi, którzy umarli młodo jak Julek Słowacki, zwariowali niczym Kazimierz Tetmajer, pełni rozpaczy wyskoczyli z okna nowojorskiego wieżowca jak Lechoń, albo – skutkiem obłędu – postanowili się utopić niczym Robert Schumann. W wierszach przygotowuje się do bliskiej z nimi rozmowy.

A życie?

Jeśli już koniecznie przyglądać się życiu, to temu nagiemu instynktowi objawionemu przez szarego kota, albo ćmie ignorującej arię Händla. Mogą też być białe marcinki lub białe stokrotki w ogrodzie, a w ostateczności groźny przędziorek – pajączek atakujący liście oleandrów. Mniejsze zainteresowanie budzą współcześni ludzie. Im poeta jest starszy, tym mniej ma rozmówców, którzy znają ten sam – co on – świat, mówią tym samym językiem, pamiętają te same miejsca i zdarzenia, wspominają dawne bale, kostiumy i maski. Współplemieńcy im młodsi – tym bardziej obcy, bo nie przeżyli nie tylko scen z Kinderszenen, ale także upokarzającego otumanienia stalinizmem, nadziei na „Solidarność” wszystkich Polaków, straszno-groteskowej wojny domowej, odzyskania wolności i zdrady elit – naszych dzisiejszych okupantów – ciemniaków przypominających czasy Gomułki, co ubrali się w garnitury od Armaniego i udają Europę. Współcześni to jakieś dwie nimfetki z kolejki WKD:

W kolejce WKD jadą dwie nimfetki
Jedna ma żółte druga zielone skarpetki
Jedna ma rude loczki a druga warkoczyk
Trzymają się za ręce patrzą sobie w oczy
Obie śliczne jak ciepłe czerwcowe poranki
Może to są siostrzyczki a może kochanki

…a zresztą wszystko jedno, bo co mnie to obchodzi? I tak nie czuję z nimi jakiejkolwiek wspólnoty – sugeruje poeta – i traktuje spotkanie z humorem.

Ale nie tylko historia i mentalność rozdzielają starego poetę i dzisiejszy świat. Kto z tej dziatwy zrozumie mozolną drogę do własnej formy klasycyzmu, fascynację literaturą niepodległej Rzeczpospolitej, albo zatrucie romantyczną rozpaczą? A Duchy zawsze przychodzą na umówione spotkanie i znają właściwą odpowiedź. Pewnie dlatego świat w tomiku Koniec lata w zdziczałym ogrodzie pełen jest zjaw i upiorów, a współcześni – z jednym wyjątkiem – są po prostu nieobecni. O tym wyjątku w końcówce szkicu.

Koniec lata to zapowiedź jesieni, a nawet zimy, symbolizującej śmierć. Trzeba się pożegnać. A każdy czyni to inaczej. Herbert w ostatnich tomach pisał wiersze-listy do przyjaciół, wiersze-dedykacje, wiersze-pożegnania. Rymkiewicz – przeciwnie. Nie żegna się z żywymi, lecz wita twórców oczekujących go w Wiecznym Teraz Kultury, a nawet ze zwykłymi ludźmi, których spotkał w życiu. W tomie pojawia się: Adam Mickiewicz z wizją odnowienia nieba i ziemi (mesjanizm jest tu zrównany z ideą apokatastazy), stary Staff i młodziutki Iwaszkiewicz, Mieczysław Karłowicz – cyklista ulatujący w kosmos na podniebnym rowerze, a nawet Stefan Mallarmé, przerażony „wiekiem pary i elektryczności”. Przybywają ważne postacie historyczne i zwyczajni ludzie; na jawie, albo we śnie – jak popadnie: Stalin słuchający Mozarta i bezsenny Józef Piłsudski w Belwederze z jego nieustanną troską o przyszłość Kraju, babka Irena, a nawet szkolny woźny Maciaszczyk wygłaszający groźne memento: „Oni wszyscy umarli – tam nie ma nikogo” (Śniło mi się że idę do szkoły).

Pełno w tym tomie dystansu do zgiełku świata i pochwały nicnierobienia – starczej kontemplacji wyzbytej wielkich pożądań i ambicji:

Dobrze jest – słysząc osy brzęczące w oddali
Postawić im na stole kubek pełen malin

– instruuje poeta w wierszu Jak pisać oktostychy, a liryczne zakończenie chce nas przekonać, że pozostał mu już tylko czysty zachwyt:

A potem – na tarasie w fotelu głębokim
Patrzeć na postrzępione wrześniowe obłoki.

Ale kontemplacja nie równa się beznamiętności. Klasyczna forma skrywa tajemną pasję, jasna przejrzystość oktostychów kamufluje głęboki metafizyczny niepokój. Stąd nieustanne powitania i pytania do Duchów.

Salon duchów i samobójców

Co mówią Wielcy? Czasami wymownie milczą, jak Mallarmé. Ojciec współczesnej liryki, opatulony kraciastym pledem jak na zdjęciu Nadara z 1896 roku, drży z zimna w kolejowym wagonie. Ani słowa o skupieniu słów lub alchemii słowa. Nic o estetyce pustki. Nie zająknie się o sztuce jako zastępczyni religii w poszukiwaniu Absolutu. W wierszu Pled w kratę Rymkiewicz nie daje szansy francuskiemu poecie na postulowane przez niego „uwolnienie słowa”, ale stosuje jego metodę „poetyckiej sugestii”, jak w zakończeniu wiersza:

Wagon łomocze wpada w ciemność pod Sekwaną
Cała przyszłość jest teraz zakrwawioną ścianą.

Oto, co Muza o lodowatych palcach mówi w imieniu Mallarmégo. Niejasno i przerażająco. Bo nie wiemy czy mowa o końcu poety, końcu poezji czy też o końcu europejskiej cywilizacji, która wykrwawi się w nadchodzącej Wielkiej Wojnie i późniejszych rzeźniach. Tak czy inaczej zbliża się Koniec, Rozpacz, Śmierć. Wszędzie trupy. Jak w wierszu Lechoń, w którym mowa o wielkiej miłości emigranta opuszczonej przez nadzieję na powrót:

Stoi na parapecie w czarnej kamizelce
Prawą ręką – jak kiedyś – wskazuje na serce
W lewej trzyma laseczkę ciupagę dębową
Chmurę znad Oceanu ma tuż ponad głową
W dole widzi Krakowskie Foksal Świętokrzyską
To jest już niedaleko To jest bardzo blisko
Teraz rozkłada ręce – zanieś go tam Boże!
Książę Polaków leci w dół jak czarny orzeł.

Modlitewne współczucie i solidarność z bliskim poetą są oczywiste i zrozumiałe. Poetyka i tematyka wierszy autora Karmazynowego poematu i literackie obsesje Rymkiewicza są aż nadto zbliżone, by budzić zaskoczenie. Obaj są chorzy na Polskę, obaj czczą Słowackiego i Piłsudskiego, wspólnie fascynują się sarmacką mentalnością, a patos polskich dziejów i patriotyzm przodków jest sercem ich poezji – niemal metafizyczną wykładnią istoty ludzkiej i jej specyficznej wersji: polskiej egzystencji. Uderzające są także podobieństwa formy poetyckiej. Nie te zewnętrzne, ale te najistotniejsze, jak estetyczne wyrafinowanie, karmienie się romantycznym patosem i klasycystyczną wzniosłością, a nawet rubasznym klimatem baroku. Najbardziej rzuca się w oczy kunsztowne odwoływanie się obu twórców do tradycji baroku i romantyzmu, z ich antynomią bujnego życia i rozkładającej wszystko śmierci, potęgą miłości i wszechmocą rozpaczy, fascynacją krwiożerczo-żarłocznym światem i Bogiem zarazem.

A skoro już o Słowackim wspomniano, to aż czterokrotnie przychodzi na spotkanie do zdziczałego ogrodu. Raz za sprawą cytatu z Beniowskiego, by wyczarować pośmiertne spotkanie Julka z Matką, wyśnione na rue Ponthieu 34, kiedy poeta konał na gruźlicę:

Patrz! gdzie jarzębin poczerniałe grona
Tam na tym mostku – to na pewno ona
Trochę się śmieje parasolką kręci
Jak sny – będziecie razem w nicość wzięci
O szarą poręcz białą dłoń oparła
Czeka na ciebie – może już umarła.

Takie piękne zjawy pojawiają się w zdziczałym ogrodzie. A innym razem Król-Duch wywołany został podziękowaniem za zmartwychwstanie Polski, z tajemniczą aluzją do sławnego obrazu Géricault i dramatu Samuel Zborowski:

Braćmi Atessy jesteśmy Juliuszu
Lecz jest różnica – bo ty miałeś duszę
A ja już duszy nie mam – i nie żądam
Miejsce gdzie była ciekawie oglądam
Tratwa Meduzy twa łódź się nazywa
Lecz ty zrobiłeś że jest Polska – żywa
Zawsze ta sama – idzie przez wcielenia
Żegnam cię Julku i – do zobaczenia.

Gest pożegnania-powitania, charakterystyczny dla wierszy z tomu Koniec lata w zdziczałym ogrodzie, bywa wyjaśniany w odautorskich przypisach (podobnie czynił Mickiewicz w Sonetach krymskich, bo w krótkich formach trudno wszystko zawrzeć). Przytoczony fragment wiersza Do Juliusza Słowackiego został objaśniony przez samego autora, który przypomina wizyjny dramat Słowackiego o meandrach polskiej wolności, w którym poza osobami historycznymi występuje także fikcyjna postać: Atessa. Rymkiewicz jest także autorem książki-eseju Samuel Zborowski (Sic! 2010), uważanej za koniec trylogii – rozważań o istocie polskości (obok WieszaniaKinderszenen). Stąd bliskość obu poetów, których łączy fascynacja „czerepem rubasznym” i „duszą anielską” jako przedziwną epifanią polskiego ducha. Historia jako dzieje duchów, narodowy i metafizyczny spór z polskim losem – oto temat obu utworów noszących identyczny tytuł. Co je dzieli? Wiara w reinkarnację, która w wierszu Metempsychoza może się pojawić już wyłącznie jako sympatyczna bajka o Julku i Ludce zbierających maliny do dzbanka:

Miną stulecia – potem minie wieczność cała
Oni znowu tam wejdą w identyczne ciała.

Tu znowu przypis Rymkiewicza-filologa, badacza romantyzmu, który odsyła do swego dzieła Słowacki. Encyklopedia, a w szczególności do haseł „Metempsychoza” oraz „Girlanda żywotów – wieczny powrót wszystkiego”.

Ego-cogito i natura

Poeta publikuje od lat z górą sześćdziesięciu wiersze, eseje, sztuki teatralne i dzieła naukowe, a w młodości – także literackie manifesty. Te ostatnie odbiły się szerokim echem zwłaszcza w latach 60. Dziś koncepcją nowego klasycyzmu interesują się już tylko literaturoznawcy i maturzyści, ale zwykły czytelnik, byle uważny, nie przegapi ciągłości tematów i poetyckiej postawy. Koniec lata w zdziczałym ogrodzie to poniekąd rekapitulacja przebytej drogi i podsumowanie dialogu z przyjaciółmi, którzy jej towarzyszyli. Gest powitania jest jednocześnie kontynuacją rozmowy. Od dziesięcioleci Rymkiewicz głosi, że symboliczna sieć łączy twórców, że Wieczne Teraz Kultury to „nieustanne Zaduszki” w kulturze, podczas których poeta utrzymuje swych poprzedników przy życiu, jak w wierszu Czym jest klasycyzm z tomu Metafizyka (1963).

Stuka do drzwi Budzi zmarłych Wkłada
Koszulę Budzi zmarłych Nakręca
Zegar Budzi zmarłych Kroi
Chleb Wysyła list Płacze w nocy Budzi
Zmarłych Zmarli
Zwilżają wargi końcem języka Krzy
Czą z głodu On
Karmi ich z ręki.

Ciągła repetycja wzoru widać obudziła zmarłych, którzy dzięki Rymkiewiczowi mówią do nas głosem cichym i spokojnym, lecz jasnym i zrozumiałym. Trwanie formy w literaturze sprzeciwia się barbarzyństwu. Oktostychy, stosowane już w XVII wieku przez Piotra Kochanowskiego w przekładzie Orlanda szalonego, odrodziły się w 1919 roku dzięki debiutowi Iwaszkiewicza. Nic więc dziwnego, że Rymkiewicz przypomina sławną anegdotę, jak to

Młodziutki Iwaszkiewicz jedzie do Warszawy
I wiezie oktostychy. Czego żąda? Sławy!

A Słonimski z Lechoniem wysyłają go po piwo. I tylko tytuł wiersza (Rok 1918 – początek gatunku) jest nieco nieścisły, bo to raczej Feniks z popiołów, a nie narodziny. Samo zaś nawiązanie do poprzednika służy nie powtórzeniu jego poetyki, lecz przywróceniu wzorca i wpisaniu go w ponadczasowy porządek sprzeciwiający się „płynnej ponowoczesności”. Oto jesteśmy świadkami, jak mocą woli i talentu poeta odtwarza formy, by ostało się coś trwałego, wbrew huraganom postępu. Podjęcie formy nie jest powtórzeniem. Młody Iwaszkiewicz jeszcze szuka swojego wyrazu i ciągnie się za nim smętny ton młodopolskiego języka, a Rymkiewicz osiąga klarowność słowa, jaka dana jest tylko starym poetom: absolutny brak sztuczności, złudzenie przejrzystości wiersza, a czasami lekkie wskazanie na formę, traktowaną z uśmiechem i odrobiną dystansu.

Rymkiewicz – wbrew racjonalistycznej cywilizacji i współczesnym tendencjom w kulturze – nie dał się wygnać z mitu, czyli „przeświadczenia o pokrewieństwie wszystkich rzeczy i o ich świętości […] jedności świata, poczucia przynależności i tożsamości z naturą i z członkami plemienia”, jak napisał w manifeście sprzed półwiecza. To dlatego odczuwa czułą wspólnotę z wszelkim żywym stworzeniem:

Już zachodzi słoneczko za brzózki sosenki
Lisy jeże śpiewają ostatnie piosenki
I wiewiórka też śpiewa żałobną piosenkę
Nakłada szarożółtą zimową sukienkę
I zaraz zaśnie w dziupli albo pod wykrotem
Ja piec gazowy zapalę w najbliższą sobotę
Spać! Spać! Już słychać dzikie Nicości okrzyki
W mroku świecą błękitne gazowe płomyki.

Czas, krwiożerczy Saturn, nie oszczędza żadnej istoty. Rymkiewicz nie buntuje się przeciw jego potędze i z pokorą przyjmuje ryzyko życia jak w wierszu Daniel Naborowski płynie do Lizbony w roku 1614 („Czarny port W czarnych rynnach łomocząca woda / I to jest właśnie życia naszego uroda”). Czasami jest to konstatacja bardziej melancholijno-żartobliwa w barokowym guście („To co zjawia się wiosną – jesienią gdzieś znika / I to jest cała moja tu problematyka”), a czasami rozwija się w nieco makabryczną rozmowę z duchami, które zapraszają do siebie może nazbyt stanowczo:

Śniła mi się moja babka Irena – prześliczna – jak żywa.
– Jareczku – powiedziała. – Twoja Śmierć cię wzywa.
– Ale ja w nic nie wierzę! – Ja też nie wierzyłam,
Lecz ze Źródła Mądrości wody się napiłam.
– Nie umieraj! – krzyknąłem. – Zostań jeszcze ze mną!
– Ach to nie da się zrobić. Wokół jest tak ciemno.
Ciągle trzeba umierać. Na tym to polega. –
I odeszła w jaśminach, w liliach, w przebiśniegach.

Zmarli pojawiają się we śnie i zapraszają do siebie, przypominają o nieuchronnym końcu, ale nie straszą. Ich pogodne twarze oswajają śmierć i uczą – trochę w stoickim duchu – że do śmierci przygotowuje całe życie.

Koniec lata

Koniec lata nie jest zwyczajną porą, to jasne. Zapowiedź przemijania wzywa do gestu utrwalania tego, co jest, tego, co trwa lub powinno przetrwać. Poetycki gest powtarzania sprawia, że dzieło dzisiejsze ożywia przeszłość i komentuje teraźniejszość. Tak budujemy łączność z poprzednikami i tak tworzymy własne „myślące Ja”, którego istnienie jest dzisiaj kwestionowane. Ale pamięć nie wystarcza dla istnienia „twardego Ja”, pewnego i samoświadomego jak u Kartezjusza. Towarzyszy jej czuła uważność wobec teraźniejszości i oczekiwanie przyszłości. Nie jest to postawa wyłącznie indywidualna, bo i pamięć, i oczekiwanie ma też wymiar wspólnotowy, który wyraża się archetypami, czyli wspólną symboliką – świadomą i podświadomą. A że dzisiaj istnieje poważne pęknięcie wspólnotowej wyobraźni i – być może – o jednym wspólnym systemie nie może być mowy, tym bardziej ważne jest podkreślanie tego, co łączy tradycyjnie rozumiany Naród. W takiej perspektywie ważny jest wiersz Dla Przemysława Dakowicza, bo w całym tomie jest to jedyny utwór dedykowany współczesnemu poecie, a nawet jedynej żywej osobie (!).

Leżą – trochę są żywi a trochę umarli
Puste czaszki o szable złamane oparli
O podarte sztandary o ciemne chorały
O pianie tych kogutów co o świcie piały
Leżą – i nucą cicho pieśń wojska polskiego:
Jeśli masz dziurę w czaszce to zaśnij kolego
Ale w nocy w ich czaszkach ogień się zapala
I rano przez trzy mosty wchodzą do Sokala.

Pierwsze skojarzenie literackie prowadzi do pieśni O Fridriuszu, który pod Sokalem zabit od Tatarów roku Pańskiego 1519 Mikołaja Sępa-Szarzyńskiego. Wiersz został napisany na cześć lwowskiego chorążego Fryderyka Herbuta, który zginął osłaniając odwrót wojsk polskich w czasie poniesionej klęski. Obaj poeci nie stronią od historii, szable sugerują dawność, więc interpretacyjna intuicja wydaje się słuszna. Ale załączony przypis („Trzy mosty w Sokalu: Puhallo-Brücke, Sendler-Brücke i między nimi most bez nazwy, chyba kolejowy – na niemieckiej mapie wojskowej z roku 1918”.) wskazuje, że Rymkiewicz czyni aluzję do trzech wierszy Dakowicza Zagłada duchów, Kompozycja zamkniętaBaśń chińska z tomu Teoria wiersza polskiego. Mowa więc o moście pilnowanym przez Wehrmacht i Armię Czerwoną na hitlerowsko-sowieckiej granicy w roku 1940. Dakowicz szyderczo przedstawia spotkanie „tysiącletniej cywilizacji zachodu” i „nadchodzącej Azji”. Z jednej strony

[…] Zarośnięci
mężczyźni o skośnych spojrzeniach zlizują
lep na muchy, skupują zegarki i plastry na
nagniotki, myją ręce w bidecie, golą się
nożem do ryb.
[…]

A z drugiej:

[…] cywilizacja, czarne hełmy, grube karki,
arystokraci, ci wiedzą gdzie się myje
białe dłonie, gdzie krochmali kołnierzyki
[]
i śpiewając Schillera, odę do radości,
odchodzą równym krokiem.[…]

Ta wizja dwudziestowiecznego losu polskiego nie jest Rymkiewiczowi obca i często nachodzi poetę we śnie, co skrzętnie zapisuje jako wiersze – mary i koszmary – opatrzone dokładną datą. Wskazanie na Dakowicza mówi więc o odczuwanym pokrewieństwie i jest jedynym w tym tomie pożegnaniem z żywymi. A potem? „W podziemnym strumieniu wody się napiję” – powiada Jarosław Marek Rymkiewicz.

Miejmy nadzieję, że jeszcze nie teraz. Póki co, od kilkudziesięciu lat przyjmuje w gości starych przyjaciół:

Osip Mandelsztam wchodzi do mego ogrodu
Nie ma teraz ojczyzny losu ni narodu
Nie ma nawet imienia idzie z Woroneża
Coraz mniej ma z człowieka coraz więcej z jeża.

[…]

Nie ma nawet Nadieżdy na próżno jej szuka
I poezji już nie ma – jeszcze kostur stuka
Osipie! Witam ciebie w mojej okolicy
Te jeże to są nasi tu presokratycy
Osip Mandelsztam nieżywy jak wszystko nieżywe
Pochyla się i zrywa ostatnią pokrzywę

marzec 2001
(Osip Mandelsztam wchodzi do ogrodu z tomu Zachód słońca w Milanówku).

 

Jarosław Marek Rymkiewicz, Koniec lata w zdziczałym ogrodzie, Wydawnictwo Sic! Warszawa 2015. Tekst był publikowany w „Rzeczpospolitej” w 2015 roku.

Okładka ksiazki

 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Józef Maria Ruszar, Gest powitania w zdziczałych ogrodach, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 58

Przypisy

    Powiązane artykuły