06.08.2020

Nowy Napis Co Tydzień #061 / Mikrohistorie: smak wielkich historii

Ileż piękna może być w dobrze skonstruowanych syntezach historycznych. Czytelnika uwodzi szerokość spojrzenia, harmonia zręcznie utkanych i przeplatających się wątków, finezyjnie pospinane łańcuchy przyczyn i skutków, głębie perspektywy. A jednak wielkie syntezy mają również wady i grzechy – najpoważniejszym zaś jest chyba glajchszaltowanie mikrohistorii, tych niewielkich, indywidualnych opowieści, które sprawiają, że obca historia staje się swojską opowieścią, zaciekawiającą i wciągającą każdego, nawet tych, którym historię w latach szkolnych obrzydzano, wymagając wkuwania nic niemówiących dat i obcych nazwisk.

W 1958 roku Jacob (Jacques) Presser zauważył, że klasyczne metody makrohistorii mogą zawodzić przy badaniu mikrohistorii. Uznał, że mikrohistorię najłatwiej – oczywiście przy zachowaniu właściwych metod analitycznych – badać poprzez „egodokumenty”. Pojęciem tym określił wszystkie dokumenty (czy raczej szerzej: artefakty historyczne), których autor (wytwórca) jest jednocześnie przedmiotem opowiadanej przez nie historii. Inaczej niż w słynnej kwestii z filmu Rejs jedna osoba jest jednocześnie i twórcą i tworzywem. Tak do zasobu źródłowego mocniej wprowadzane są nowego typu źródła egohistorii: testamenty, zeznania świadków, oświadczenia i deklaracje oskarżonych oraz skazanych składane podczas przesłuchań i procesów sadowych, ale również notatki w kalendarzach i na marginesach książek, brudnopisy i pierwsze redakcje wspomnieniowe oraz pamiętnikarskie, prywatne rysunki oraz zbiory tekstów – niekoniecznie autorskich – jak miscellanea czy sylwy. Lektura niektórych egodokumentów prowadzi do konkluzji niezwykle w historycznym procesie badawczym – również tym makrohistorycznym – istotnej: samoopisanie, przedstawienie siebie w tekście może być (i często faktycznie jest) czynnikiem determinującym i modyfikującym przekaz. Następuje swoiste sprzężenie zwrotne: przelanie na papier – także cyfrowy – opowieści zawierającej samoocenę własnych poczynań i dokonań utrwala wizerunek człowieka w jego własnych oczach oraz – co najważniejsze – wspomnieniach. Utrwalenie owo nie oznacza jednak, że zapamiętana zostaje prawda, obiektywny zapis wydarzeń. Bardzo często bowiem człowiek – na co dzień nawet skromny – w swej własnej, przez siebie opowiadanej i powierzanej własnej pamięci historii staje się bohaterem. Kiedy proces „stawania się” dobiega końca, człowiek odkrywa (nie bez satysfakcji), że stoi na postumencie, którego podwaliny położył wprawdzie sam, lecz w górę dźwignęli go ci, których zachwycił swym bohaterstwem – a raczej opowieściami o nim. Wielu autorom wspomnień zapisującym własną historię nie chodzi o prawdę, ale o przedstawienie w najbardziej pochlebny sposób siebie, swojej roli, swych czynów i swoich motywacji. Istotna jest tu funkcja czasu: im dłużej człowiek żyje, im częściej jest proszony, by „opowiedział o sobie”, tym łatwiej o modyfikacje historii prawdziwej „pod oczekiwania” słuchacza. Czas płynie, świadków ubywa, ranga czynów dokonanych rośnie nawożona podziwem dostrzeganym w oczach i słowach uczestników spotkań, wieczorów autorskich, uroczystości „ku czci”.

Tu dochodzimy do frapującego mnie od dawna pytania: o przydatność egodokumentów jako źródła historycznego do badania masowego ruchu społecznego. Bo z pewnością są one istotne dla konstruowania mikrohistorii, jednak dzieje niezwykłego, unikatowego w skali świata fenomenu, jakim były wydarzenia polskiego Sierpnia 1980 roku, mikrohistorią nie są. Wręcz przeciwnie – dziesięciomilionowy (w szczytowym okresie) ruch społeczny to historia dziejąca się zdecydowanie i bez wątpliwości w skali makro. W takim razie, czy możemy wykorzystywać do jej badania egodokumenty, których sferę oddziaływania i znaczenia opisuje się raczej jako historię życia prywatnego, nie zaś społecznego? Ależ oczywiście! – odpowie większość historyków: wspomnienia, nawet dotyczące prywatnych przeżyć, są źródłem historycznym, które może okazać się przydatne przy badaniu wydarzeń rozgrywających się w skali najbardziej nawet „makro”. A wtedy dręczący mnie metodologiczny robak wątpliwości podsuwa następne pytanie: czy zatem chcąc sięgnąć do maksymalnie wielkiej liczby egodokumentów, będziemy w stanie dostrzec spoza nich naszą syntezę? Na przykład udzielić odpowiedzi na jedno z pytań dla historii solidarności/„Solidarności” fundamentalnych: co było przyczyną wybuchu społecznego w lipcu i sierpniu 1980 roku, jakie czynniki spowodowały, że był to spontaniczny i powszechny ruch społeczny, a więc miał jednak charakter inny niż wszystkie wcześniejsze tak zwane wydarzenia: poznańskie, październikowe, grudniowe, czerwcowe?Słusznie zauważył J. Eisler, że to specyficznie polski zwyczaj nazywania wstrząsów ustrojowych nazwami miesięcy, że miesiące te – pisane wielką literą – tworzą swoisty „polski kalendarz”; J. Eisler, Polskie miesiące, czyli kryzys(y) w PRL, IPN, Warszawa 2008, s. 8.[1]

Jak się okazuje, odpowiedź na to pytanie jest niezwykle trudna. Stopień skomplikowania wydarzeń dziejących się latem 1980 roku jest tak wielki, że w zasadzie każda odpowiedź będzie – a właściwie jest – uproszczeniem. Dzieje się tak dlatego, że historycy usiłują jako powody i przyczyny Sierpnia wskazać wydarzenia, których wystąpienie w tamtym czasie da się potwierdzić źródłowo. Oczywiście w zgodzie z zasadami konstruowania łańcuchów przyczynowo-skutkowych szukają zdarzeń będących tak potężnymi wstrząsami, że wywołane nimi sierpniowe, spontaniczne i masowe tsunami zmiotło najpierw „ekipę Gierka”, potem władzę komunistów w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, dalej samą PRL i wreszcie całą strukturę komunistyczną w Europie, z „ojczyzną światowego proletariatu” włącznie. Właściwie wszyscy udzielający odpowiedzi wskazują na dwa zespoły zdarzeń.

Pierwszy z nich to łatwo uchwytne w źródłach tak dokumentowych, jak prasowych oraz wspomnieniowych trudności ekonomiczne występujące w PRL od połowy lat 70. Widomym ich symptomem było wprowadzenie kartek na cukier (sierpień 1976 roku). Co ciekawe, psychologiczne skutki wprowadzenia kartek cukrowych istotniejsze były niż ekonomiczne. Z ekonomicznego punktu widzenia były one zupełnie nieskuteczne, bowiem Polacy realizując przydział wynikający z kartek, zaczęli tworzyć domowe zapasy cukru, co oznacza, że kartki raczej stymulowały popyt – i to przewyższający realne potrzeby konsumpcyjne – niż go ograniczały. Natomiast sam fakt wprowadzenia reglamentacji wywoływał nieuchronne skojarzenia z kryzysem, przypominał chude i głodne lata powojenne. Takie skojarzenia mogły osłabiać podatność Polaków na ówczesną propagandę sukcesu, a tym samym obniżać i tak niezbyt wysoki poziom zaufania społeczeństwa do rządzących. Z drugiej jednak strony, dla młodych pokoleń Polaków, niepamiętających powojennej reglamentacji, system kartkowy nie był nacechowany negatywnie – wręcz przeciwnie: postrzegano go jako sposób równego (naiwnie i po socjalistycznemu rozumianego jako sprawiedliwy) rozdziału dóbr deficytowych. Z tego właśnie powodu wśród postulatów strajkowych w sierpniu 1980 roku znalazł się punkt żądający wprowadzenia kartek na mięso.

Zdecydowanie bardziej doniosłe skutki niż reglamentacja cukru miał kryzys na rynku mięsnym. Tu już mieliśmy do czynienia z ewidentnym rozziewem między popytem a podażą – ta druga zdecydowanie nie nadążała za tym pierwszym. Pojawiły się kolejki: pragnący nabyć mięso – będące wszak podstawowym składnikiem menu polskich rodzin – przychodzili do (a raczej: przed) sklepu przed jego otwarciem. Najpierw kilkanaście– kilkadziesiąt minut wcześniej, potem kilka godzin, wreszcie – w kulminacyjnym momencie mięsnej depresji – kolejka zaczynała ustawiać się tuż po zamknięciu sklepu. Władze państwowe – one to bowiem w centralnie sterowanym systemie nakazowo-rozdzielczym były odpowiedzialne za handel „uspołeczniony” – próbowały problem zlikwidować poprzez tworzenie tak zwanych sklepów komercyjnych. Były to, de facto, takie same sklepy jak te „zwykłe”, tylko mięso w nich było sporo droższe, a więc – przynajmniej w teorii – łatwiej dostępne dla klientów. Zabieg się nie udał – rychło również w sklepach komercyjnych zaczęło brakować towaru, a próba tworzenia sklepów superkomercyjnych (czyli jeszcze droższych), spowodowała jedynie znaczący wzrost kosztów utrzymania rodzin – bo mięsa i jego przetworów od podnoszenia cen przecież nie przybywało.

Stosunkowo rzadko w literaturze wspomina się o jednym jeszcze wysoce deficytowym rynku – jeśli można użyć tego słowa w odniesieniu do sfery całkowicie poddanej systemowi reglamentacji i dystrybucji rozdzielczej – czyli o mieszkaniach. Mieszkanie – przedmiot marzeń setek tysięcy polskich małżeństw, szczęście, na które czekało się latami. Władza komunistyczna zdawała sobie doskonale sprawę, jaką frustrację wywołuje wśród młodych Polaków brak perspektyw na własne cztery kąty, stąd przedstawianie rzeczywiście istotnego problemu z przymrużeniem oka w wielu filmach okresu PRL, ze słynnymi filmami Stanisława Berei na czele: serialem Alternatywy 4, Poszukiwany, poszukiwana, Nie ma róży bez ognia, ale także Daleko od szosy i innymi.

W gruncie rzeczy wyliczanie przyczyn frustracji społecznej w okresie PRL-u można ciągnąć jeszcze długo, bowiem nie sposób nie zgodzić się z poglądem, że przyczyną permanentnych kryzysów politycznych i zawirowań społecznych było samo istnienie Polski Ludowej – niesuwerennego państwa utworzonego przez obcą przemoc i zarządzanego wbrew woli Polaków przez narzuconych namiestników. Zwięźle podsumowywał to bon mot: socjalizm z wielkim nakładem sił i środków próbuje rozwiązywać problemy, które sam stwarza.

Podkreślmy jednak jeszcze raz: Sierpień ’80 jest w ciągu „polskich miesięcy” wydarzeniem wyjątkowym, tak znacząco różniącym się od wcześniejszych kryzysów, że szukając jego przyczyn, nie powinniśmy zadowalać się odpowiedzią uniwersalną. Szukajmy zatem dalej.

Zdecydowanie unikatowym wydarzeniem, łączonym przez historyków i socjologów z Sierpniem ’80, jest wybór kardynała Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową 16 października 1978 roku, a następnie pierwsza pielgrzymka papieża Jana Pawła II do ojczyzny w czerwcu 1979 roku. Wynik konklawe stał się dla Polaków źródłem radości, powodem do dumy, przyczyną wiary (początkowo nieśmiałej), że przyszłość może być lepsza, że świat się może zmienić. Wielką popularność zyskał wówczas początek niemal zapomnianego wiersza Juliusza Słowackiego:

Pośród niesnasek Pan Bóg uderza
W ogromny dzwon,
Dla słowiańskiego oto papieża
Otworzył tron.
Ten przed mieczami tak nie uciecze
Jako ten Włoch,
On śmiało, jak Bóg, pójdzie na miecze;
Świat mu – to proch!

Niewielu pozostało obojętnymi na słowa Papieża wypowiedziane 2 czerwca 1979 roku na warszawskim placu Zwycięstwa (dziś Piłsudskiego):

Wołam, ja, syn polskiej ziemi, a zarazem ja, Jan Paweł II, papież. Wołam z całej głębi tego Tysiąclecia, wołam w przeddzień Święta Zesłania, wołam wraz z wami wszystkimi: Niech zstąpi Duch Twój! Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi!

Myśl o konieczności odnowienia polskiej ziemi dotarła nie tylko do tysięcy zgromadzonych na placu, ale również do milionów siedzących przed telewizorami. Dotarła i zapadła głęboko w pamięć oraz serca. Jak się okazało już po roku, słuszne były obawy genseka sowieckiej KPZR Leonida Breżniewa, który radził I sekretarzowi Edwardowi Gierkowi, by nie wpuszczał Papieża do Polski.

Brak szans na zakończenie pogłębiającego się kryzysu ekonomicznego w jakiejś akceptowalnej perspektywie czasowej oraz obecność i nauczanie Papieża-Polaka mówiącego o potrzebie odnowy stały się faktycznie mieszanką wybuchową. Czy jednak te dwa czynniki były wystarczające, by wywołać ogólnonarodowy bunt przeciwko władzy, która już przecież nieraz pokazała, że w obronie ustroju i uprzywilejowanej pozycji partii komunistycznej nie cofnie się nawet przed najbardziej brutalnymi metodami tłumienia niezadowolenia społeczeństwa? Czy obrzydzenie do zakłamanego ustroju, który w propagandzie mienił się dziesiątą gospodarką świata, a po kilku latach nie był w stanie zapewnić obywatelom kawałka pasztetowej na śniadanie, było dostatecznie powszechne, by przygotować mentalny grunt pod słowa Papieża o nadziei na zmiany, na lepszą przyszłość? Co do kwestii pierwszej: niewątpliwie strach przed bezwzględnością rządzących istniał. Przecież od krwawego Grudnia roku 1970 minęło zaledwie niespełna 10 lat – pamięć o krwi na ulicach Szczecina, Gdyni i Gdańska była wciąż żywa, a wzmacniała ją „lekcja czerwcowa”, czyli rozprawa ze strajkującymi w Radomiu i Ursusie w czerwcu 1976 roku. Strach ten łagodzony był jednak pojawieniem się i działalnością organizacji pomagających ofiarom represji komunistycznych, czyli Komitetu Obrony Robotników oraz Wolnych Związków Zawodowych. Choć dla większości Polaków WZZS i KOR były bytami odległymi, a wiedza o nich niewielka i ograniczona, to jednak na wielu krzepiąco działała sama świadomość ich istnienia.

Jestem jednak przekonany – choć przekonania swego nie mogę poprzeć wynikami jakiegokolwiek badania – że jest jeszcze jedna postać, która ma wielką zasługę w społecznej terapii antylękowej. Myślę tu o Władysławie Kozakiewiczu i jego słynnym geście. Przypomnijmy sobie: w lipcu 1980 roku trwały zbojkotowane przez kraje demokratyczne igrzyska olimpijskie w Moskwie. Bojkot był efektem sowieckiej inwazji na Afganistan. W walce o złoty medal w konkursie skoku o tyczce rywalem Kozakiewicza był tyczkarz rosyjski Konstantin Wołkow, a dopingująca go stutysięczna publiczność, obecna na moskiewskim stadionie na Łużnikach, przeraźliwie gwizdała na Polaków (obok Kozakiewicza w walce o medale liczył się również Tadeusz Ślusarski). Konkurs wygrał Kozakiewicz skokiem na wysokość 5,78 (nowy rekord świata), a ciesząc się ze zwycięstwa, pokazał sowieckiej publiczności tak zwanego „wała”, gest zwany odtąd jego imieniem. Cała Polska mogła dzięki transmisji telewizyjnej zobaczyć, jak Polak w sercu Moskwy i całego imperium pokonuje Rosjanina i jak dobitnie pokazuje miejscowym kibicom, co o nich myśli. A najbardziej krzepiące było to, że Kozakiewicz nie poniósł żadnych konsekwencji. Bo chociaż ambasador sowiecki w Polsce domagał się dyskwalifikacji Kozakiewicza, odebrania mu medalu i przeproszenia „narodu radzieckiego” za obrazę, to władze polskie stwierdziły, że nasz sportowiec miał… skurcz prawej ręki.

Podobnych, pozornie drobnych zdarzeń i fenomenów było w tym czasie więcej. Na przykład młodzież szkolna namiętnie słuchała wówczas albumu The Wall brytyjskiej grupy Pink Floyd. W utworze Another brick in the wall part 2 padają słowa: „We don’t need no education, we don’t need no thought control, no dark sarcasm in the classroom, teachers leave them kids alone!”. Ten popularny utwór – wydany zresztą w Polsce na singlu Tonpressu – stał się wiosną 1980 roku rodzajem śpiewanego manifestu wymierzonego w indoktrynujący uczniów system szkolny PRL. A sytuacja była o tyle zabawniejsza, że młodzież wówczas lepiej znała angielski niż nauczyciele, którzy nie rozumieli słów rozbrzmiewających na przerwach z głośników szkolnych radiowęzłów.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Tomasz Panfil, Mikrohistorie: smak wielkich historii, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 61

Przypisy

    Powiązane artykuły