20.08.2020

Nowy Napis Co Tydzień #063 / Sztangiści. Krótkie zapiski o wierszach czterech poetów Nowej Fali

W latach 80. stałem w kolejkach. Niemal za wszystkim. Szukałem pasty do zębów, chodząc od kiosku do kiosku, w sklepach niczego nie było. Prawie. Sól. Marne cukierki. Makaron. Partia przedstawiała nowe plany gospodarcze, ale na horyzoncie nie pojawiała się zmiana. Niemniej była to pora mojego dzieciństwa, przez co szczęśliwa. Dzisiaj sklepy są pełne jedzenia, może czasem brakuje truskawek czy wiśni. Kryzys dzisiaj wygląda inaczej. Ale jest, przybrał jedynie odmienne formy, innymi narzędziami wykrawa swój krwiobieg. Wiem, że doświadczam i widzę go nie jako jedyny, ale wiem również, że wielu ludzi nie doświadcza go i nie widzi wcale. Tak było zawsze: każda epoka, każdy rok mają swoje demony, każdy człowiek w życiu ma swoją opresję. Swoją ciemność. Ciężar.

Chciałbym przyjrzeć się i pokrótce ocenić, co stanowiło ciężar dla czterech wybranych poetów Nowej Fali, co przez pewien czas doskwierało im do tego stopnia, że zrobili to, co poetom przystoi: przemienili swoje życiowe i artystyczne upiory w wiersze. Tam okiełznali je, mało tego, pokazali, że bestie mają wprawdzie naturę wszechobecną i uporczywie dają się we znaki, ale można je pokonać. A przynajmniej: przeciwstawić się im.

Najpierw więc liryk Stanisława Barańczaka zatytułowany Spójrzmy prawdzie w oczy z wydanego w 1970 roku tomu Jednym tchem:

Spójrzmy prawdzie w oczy: w nieobecne
oczy potrąconego przypadkowo
przechodnia z podniesionym kołnierzem; w stężałe
oczy wzniesione ku tablicy z odjazdami
dalekobieżnych pociągów; w krótkowzroczne
oczy wpatrzone z bliska w gazetowy petit
w oczy pośpiesznie obmywane rankiem
z nieposłusznego snu, pośpiesznie ocierane
za dnia z łez nieposłusznych, pośpiesznie
zakrywane monetami, bo śmierć także jest
nieposłuszna, zbyt śpiesznie gna w ślepy zaułek
oczodołów; więc dajmy z siebie wszystko
na własność tym spojrzeniom, stańmy na wysokości
oczu, jak napis kredą na murze, odważmy się spojrzeć
prawdzie w te szare oczy, których z nas nie spuszcza,
które są wszędzie, wbite w chodnik pod stopami,
wlepione w afisz i utkwione w chmurach;
a choćby się pod nami nigdy nie ugięły
nogi, to jedno będzie nas umiało rzucić
na kolana.

Kilka myśli. Najpierw tytuł wiersza. Związek frazeologiczny zapożyczony z mowy codziennej, z języka potocznego, czyli „zaakceptować to, co nieprzyjemne, przyzwolić na istniejący stan rzeczy”. Trzymać się z daleka od wyrażania własnej indywidualności i zamiast aktywności okazywać wierność dyrektywom. Albo przynajmniej bierność wobec narzucanych instrukcji.

Ale oczy mają także wymowę symboliczną. Oznaczają najwyższą wartość – prawdę. Wzywanie do braku zgody na zakłamywanie świata. Sprzeciw wobec łgania ludziom. Wzywanie dlatego, że z całą jaskrawością widzę tu zarówno tryb rozkazujący, jak i obecność podmiotu zbiorowego. Kim jest? Barańczak nie dopowiada. Może to całe społeczeństwo, nakłaniane do określonego postępowania, może – wszak nowofalowi autorzy z założenia prezentowali krytycznie, i to dogłębnie, nacechowaną postawę wobec rzeczywistości – sami poeci: „stańmy na wysokości / oczu, jak napis kredą na murze”. Z kolei „napis na murze” mógłby sugerować, że owa rzeczywistość ma charakter głęboko opresyjny, że tytułowe „spoglądanie prawdzie w oczy” oficjalnie podlega nieuchronnym sankcjom, stąd wymaga odwagi: „odważmy się spojrzeć / prawdzie w te szare oczy”.

Wspomniana prawda ma więc „oczy szare”, barwne jedynie po wierzchu, pozłotka, została więc pokolorowana, zamaskowana, w gruncie rzeczy to bowiem „nieobecne / oczy potrąconego przypadkowo / przechodnia”, to „stężałe / oczy wzniesione ku tablicy z odjazdami / dalekobieżnych pociągów”, dlatego za odwagę nie należy spodziewać się nagrody. A może właśnie w ten sposób otrzymuje się największą nagrodę – prawdę. Tę widzianą oczami zwykłego człowieka, nietrudno odgadnąć, że przesłoniętą przez fikcyjnie wykreowaną, lecz intelektualnie i organicznie doskwierającą rzeczywistość PRL-u. Zakłamaną: „krótkowzroczne / oczy wpatrzone z bliska w gazetowy petit”. Więc załganą medialnie, osnutą kłamstwami rozpowszechnianymi przez środki masowego przekazu. Czy ów krótkowzroczny to człowiek niedowidzący w znaczeniu medycznym? Czy może niestrudzony poszukiwacz prawdy, której nie znajdzie? Bo w prasie jej nie było. Skądinąd: dziś też jej tam nie ma, choć z całkiem różnych powodów (w największym skrócie: nie tyle ideologicznych, ile merkantylnych).

Czytam ów wiersz i oczywiste się staje, że prawda według Stanisława Barańczaka nie należy do sfery abstrakcji: istnieje jako byt dotkliwie realny. To bezwzględny fakt, nie iluzja, nie przywidzenie, przy którym mogą majstrować wprawne ręce politycznych i społecznych demagogów i prestidigitatorów. Barańczak zatem dźwigał swój ciężar: dążenie do prawdy. Nawet gdyby to miało wiele kosztować, ostatecznie ceny i tak się nie wyznaczy, niemniej nie należy ustawać w próbowaniu, bowiem: „śmierć także jest / nieposłuszna, zbyt śpiesznie gna w ślepy zaułek / oczodołów”.

*

Ryszard Krynicki w tomie Nasze życie rośnie, opublikowanym w 1978 roku, zamieścił wiersz pod tytułem Wybór indywidualny:

Spójrz, na każdym kroku możesz wybierać,
możesz wybierać się w podróż po swoim zabytkowym kraju,
wybrać ostatnie oszczędności,
przekreślić swoje dotychczasowe życie
i wybrać się do kina,
możesz wybrać nadzieję lub lęk,
tabletki lub gaz

a tylko raz na cztery lata
nie musisz w każdej chwili wybierać,
bo wystarczy, że podejmiesz decyzję,

żeby jednak głosować bez skreśleń

Czytam i widzę: niby obfitość wyborów, a w rzeczywistości dwa. Widzę: wiersz skrajnie polityczny w satyrycznej woalce.

Pozorna wielość wyboru, o której poeta wspomina w pierwszej części utworu, dotyczy bowiem sfery spraw prywatnych. Zwykłych. Decydowania o miejscu pobytu, ale – co niezmiernie ważne i równocześnie symboliczne – „swoim zabytkowym kraju”, przy czym nie ulega dla mnie wątpliwości, że ów kraj to Polska, a wtedy wyjazd z niej nawet do tak zwanych demoludów, czyli państw socjalistycznych, stawał się poważnym wyzwaniem, nieliczni zdołali mu sprostać. Nie wspominając o krajach zachodnich, do których podróż odbywała się zazwyczaj w jedną stronę. Swoistym, dość osobliwym wyjątkiem były Stany Zjednoczone. Paszport i wizę do tego kraju otrzymywały dwie grupy ludzi: związani z ówczesną władzą, a więc PZPR, oraz osoby, które ze względu na działalność polityczną, naturalnie opozycyjną, lub kryminalną (tak, tak, znajomy adwokat opowiadał mi, jak to otrzymywał rozmaite upominki, na przykład piłki z podpisem Earvina „Magic” Johnsona, od zakapiorów, których bronił, a do których ówczesna władza najzwyczajniej po prostu straciła nerwy, ale potem nie można im było nic zarzucić, niemniej istniała obawa, że znowu wrócą za kraty, więc na wszelki wypadek właściwie przymusowo wysyłano towarzystwo za ocean). Krynicki zatem w ironiczny sposób ujmuje zakres ówczesnych możliwości podróży.

Ad rem: wyraz „zabytkowy” również pozwolę sobie uznać za przejaw ironii: czasy gierkowskie, kiedy powstawał ów wiersz, kojarzą się z budową hut, fabryk czy tak zwaną wielką płytą. Skądinąd: ówczesna, prowadzona na masową skalę industrializacja nie była sama w sobie zjawiskiem negatywnym, nawet przeciwnie, mniejsza o jej późniejsze koszty, wszelako środek ciężkości utworu Krynickiego leży gdzie indziej. W braku wolności wyboru politycznego. Ostatecznie dziś również można popełnić samobójstwo czy pójść do kina. Po pięknej kostce bauma. Wrócić wieczorem czy w nocy. W pomarańczowym świetle burdelowych lamp.

Dalej: „a tylko raz na cztery lata / nie musisz w każdej chwili wybierać, / bo wystarczy, że podejmiesz decyzję, // żeby jednak głosować bez skreśleń” – zapisuje Ryszard Krynicki. Widzę w tej poincie, może mylnie, niemniej stąd właśnie wyrasta moje przekonanie o polityczności tego wiersza – wyrazisty gest sprzeciwu wobec władzy, która sama siebie określała jako ludową. Wobec wyborów, które były farsą demokracji. „Głosować bez skreśleń” można bowiem, zresztą również dzisiaj, wyłącznie na dwa sposoby: albo nie stawiając krzyżyka przy nazwisku żadnego z kandydatów, albo po prostu nie idąc na wybory. Widać tu również ironię intertekstualną, nawiązującą do znanego zakończenia wiersza Jerzego Lieberta Jeździec: „Uczyniwszy na wieki wybór / W każdej chwili wybierać muszę”. Tymczasem Wybór indywidualny to brak wyboru. Może to ciężar, który wtedy, w czasach PRL-u, dźwigał Ryszard Krynicki?

*

Wybitny poeta i prozaik Julian Kornhauser w 1973 roku wydał tom W fabrykach udajemy smutnych rewolucjonistów. Postanowiłem przyjrzeć się pochodzącemu z niego wierszowi pod tytułem Cylinder:

Daliśmy się złapać na lep poezji,
wyjeżdżaliśmy w góry twórczości ludowej,
powietrze było kolorową wycinanką,
mina serca nie wybuchła. Daliśmy
się złapać na lep poezji, mówiliśmy:
jakie to szczęście móc zabijać
wyobraźnię i dzień, dzień i sztukę.
Sztuka zarzuciła nam kaptur na głowy
głowa uderzała o ścianę prawdy,
osypywał się tynk. Kto jest
mądrzejszy, my czy poezja? Krzyczeliśmy –
my! Otwierali ciemnię sceny, na której
sprzedawaliśmy głosy, nieufność, bicz
satyry uderzał w twarz suflera. Krzyczeliśmy –
poezja! Pękał kordon metafor, wylewała
się na ulicę lepka ciecz, spływała
do kanałów, ktoś zwracał uwagę na kolor,
taki ładny. Tak, ładny jest kolor
nienawiści, której nałożono cylinder.

Znów: kilka akapitów. Znów: również poeta, jak zresztą wszyscy pozostali, nad których wierszami się tutaj skromnie pochylam, w owym czasie krytyczny wobec rzeczywistości PRL-u, często cenzurowany przez władzę ludową i zdecydowanie ją odrzucający. Także, co świetnie widać w przywołanym powyżej utworze, diagnozujący sens istnienia poezji, uważnie analizujący jej obraz. Poddający w wątpliwość suwerenność twórcy wobec jego dzieła, tutaj już w pierwszym wersie: „Daliśmy się złapać na lep poezji”. A więc sztuka kształtuje życie w sposób niezależny od twórcy, a więc nie on jej, lecz ona pragnie jego, determinuje, przylega do niego i zaślepia: „Sztuka zarzuciła nam kaptur na głowy”. W efekcie twórczość zostaje postawiona w stan podejrzenia. Sztuka, tradycja literacka – oszukują? Niewykluczone. Mogą okazać się niebezpieczne? Niewątpliwie tak, skoro „mina serca nie wybuchła, a głowa uderzała o ścianę prawdy”.

Ów wiersz w znacznej mierze odpowiada myśli Gombrowicza skreślonej w jego Dzienniku, a mianowicie – niektórzy artyści źle znoszą sztukę. Wątpią w jej sens i nawet mimo swojego mistrzostwa, na przykład w literaturze, nie czerpią z niej radości, lecz czują się do niej przykuci. Wychwytują jej sztuczność i komizm.

Tu widzę także połączenie targu z cyrkiem czy podrzędnym widowiskiem teatralnym: „Otwierali ciemnię sceny, na której / sprzedawaliśmy głosy”. Kornhauser pokazuje, na jak wątłych fundamentach wspiera się przekonanie o mocy słowa pisanego, jak fałszywa może okazać się sytość duchowa wynikająca z samego aktu pisania: „mówiliśmy: jakie to szczęście móc zabijać / wyobraźnię i dzień”. Bez skrupułów obnaża narcyzm twórców: „Kto jest / mądrzejszy, my czy poezja? Krzyczeliśmy – / my”.

Tytułowy cylinder, czyli dziś prawie nieużywany rodzaj kapelusza, nosi spersonifikowana nienawiść, co sprawia, że przypomina karykaturalnego konferansjera w owym tragikomicznym pandemonium. Ale cylinder – subtelna aluzja polityczna – nosił także główny wróg klasy ludowej, przedstawiany w propagandowej prasie i na afiszach. Kapitalista. Julian Kornhauser zaś nosi ciężar sztuki. Tej prawdziwej. Bez kapelusza.

*

Adam Zagajewski w tomie List. Oda do wielości z 1983 roku zamieścił wiersz zatytułowany Wiersze o Polsce:

Czytam wiersze o Polsce pisane
przez obcych poetów. Niemcy i Rosjanie
mają nie tylko karabiny, lecz także
atrament, pióra, trochę serca i dużo
wyobraźni. Polska w ich wierszach
przypomina zuchwałego jednorożca,
który żywi się wełną gobelinów, jest
piękna, słaba i nierozważna. Nie wiem,
na czym polega mechanizm złudzenia,
ale i mnie, trzeźwego czytelnika,
zachwyca ten baśniowy, bezbronny kraj,
którym żywią się czarne orły, głodni
cesarze, Trzecia Rzesza i Trzeci Rzym.

Czytam i widzę liryczne przedstawienie fantazji snutych najpewniej przez wrogów, oprawców, którzy postrzegają Polskę jako kraj baśniowy, a więc nieistniejący w sferze rzeczywistej. Mają bowiem „nie tylko karabiny”, ale także „dużo wyobraźni”. Polska wydaje im się „piękna, słaba i nierozważna, Polska w ich wierszach / przypomina zuchwałego jednorożca, / który żywi się wełną gobelinów”. Została usztuczniona, przesłonięta łzawą draperią, przez co w oczach obcokrajowców straciła powagę i szacunek. Nikt nie żywi uznania dla kiczu, niemniej Zagajewski namalował ten ckliwy landszaft z premedytacją.

Z przywołanymi na początku utworu iluzorycznymi kadrami zderza się spojrzenie „trzeźwego czytelnika”. Ów wprawdzie nie wie, „na czym polega mechanizm złudzenia”, wszelako jest świadomy, że ma do czynienia ze złudzeniem, warto nadmienić, że wyjątkowo pociągającym, i że istnieje mechanizm odpowiedzialny za jego projekcję. Mimo to sam nie daje się ponieść nadmiernej fantazji. Zdolny do zachwytu, doceniający piękno, wykazuje również roztropność spojrzenia i uprzytamnia sobie, że owym „bezbronnym krajem”, idylliczną na pozór krainą, żywią się „czarne orły, głodni / cesarze, Trzecia Rzesza i Trzeci Rzym”. Tutaj rządzi racjonalny rozrachunek, niewyimaginowane sentymenty.

Istnieje jeszcze jeden sposób lektury i należy go uwzględnić. Otóż pojawiający się w wierszu Zagajewskiego Niemcy i Rosjanie to ludzie dobrzy i empatyczni (to nie wrogowie – wrogami są państwa). Patrzą na wyidealizowany kraj przez romantyczne kryteria czy okulary. Symbole niewinności (Jednorożec uwięziony z tapiserii w Muzeum The Cloisters w Nowym Jorku) oraz zbrodni (czarne orły z herbarzy polskich sąsiadów) narzucają wizję, która fałszuje rzeczywistość, wysysa bowiem krew z realności. W rezultacie powstaje świat legendarno-baśniowy, a jemu ulega się szybko i łatwo. Warto przypomnieć, że tom, z którego pochodzi powyższy wiersz, powstał już po stanie wojennym, ponadto został napisany z perspektywy emigranta. Zagajewski, chociaż niezbyt szczególnie represjonowany, nigdy nieinternowany, wyjechał z kraju do Francji, ale w poezji nie przestał pamiętać o Polsce. Być może ciążyła mu właśnie ta pamięć. Na obwolucie jego Wierszy wybranych, wydanych w 2017 roku, Susan Sontag zapisała: „Zagajewski nie jest estetą. W poezji obowiązuje wyższa miara: »Biada pisarzowi, który stawia piękno ponad prawdę«”. Być może więc – różne są bowiem w życiu ciężary – Adamowi Zagajewskiemu ciążyło piękno.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Roman Honet, Sztangiści. Krótkie zapiski o wierszach czterech poetów Nowej Fali, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 63

Przypisy

    Powiązane artykuły