17.12.2020

Nowy Napis Co Tydzień #080 / Głos Antygony z Wybrzeża

Cykl Głosy Jana Polkowskiego nie ma właściwie odpowiednika w polskiej, a nawet światowej literaturze. Jest to nie tylko tom, ale koherentny i tematycznie jednolity zbiór poetycki – cykl osiemnastu wierszy poświęcony ofiarom masakry na Wybrzeżu w 1970 roku.

Anihilacja poety

Liryczna technika Polkowskiego umożliwiająca wejście w cudzą skórę i mówienie z wnętrza bohaterów najpełniej objawiła się w tomie „Głosy”, zbudowanym z wypowiedzi żywych i martwych ofiar Grudnia ’70 roku. Wiersze powstałe w czterdzieści lat po masakrze w przejmujący sposób przekazują cierpienie nie tyle zamordowanych, co ich rodzin: matek, ojców, rodzeństwa czy dzieci, które zostały same ze swym brakiem – dotkliwą nieobecnością bliskich. Cierpienie jest tu nie tylko wszechobecne, ale przede wszystkim długotrwałe, uporczywe i nieznajdujące ukojenia w przemijaniu codzienności. Wbrew przysłowiu, czas nie goi ran.

Do zaciętych walk ze stoczniowcami doszło na ul. Stanisława Dubois, 17.12.1970r.

Z czysto technicznego punktu widzenia zapis nieistnienia jest najtrudniejszy, bo odpowiednio dobrana poetyka musi przedstawić nicość, konkretną pustkę reprezentowaną przez niezagospodarowane uczucia, nieobecne gesty, cienie dawnej miłości, czyli doznawanie niewyrażalnej, a dojmującej nieobecności, braku – fizycznego i psychicznego ubytku. Inaczej mówiąc: dla empatii musi się znaleźć przekonywającą formę, aby nie była jedynie prywatnym doświadczeniem poety, ale by stała się naszym udziałem. Poeta – czerpiąc z różnych tradycji literatury euro-amerykańskiej – wykorzystał kilka modeli literackiej wypowiedzi, jak epigramat i monolog dramatyczny, aby stworzyć unikalny stop, pozwalający na przejmującą opowieść o cierpieniu.

Głosy Polkowskiego są przede wszystkim tragedią rodzinną – tak potężną, tak poruszającą, że z trudem ośmielam się o tych wierszach pisać. Zbyt wielkie wywołują we mnie poruszenie, abym łatwo mógł zdobyć się na historycznoliteracki dystans, analizę stylu i strategii budowania poetyckich napięć. Co jest kamieniem węgielnym wielkości Głosów? Wcielenie i temat. Poeta usunął się w cień, oddając się swoim bohaterom tak, aby go nie było, aby zniknąć w ich umęczonych ciałach i zmaltretowanych duszach. Wycofanie się, schowanie za swych bohaterów jest tak dobitne, że nawet na okładce nie ma nazwiska autora! Sugestia graficzna jest wyrazista: to mówią „inni”, a ja jestem tylko medium. To są „ich” wypowiedzi, a ja wyłącznie przekazicielem. Ta literacka skromność i autorska powściągliwość była podkreślana w wypowiedziach publicznych – Polkowski na spotkaniach autorskich przekonywał, że te wiersze „usłyszał”. Bardzo to romantyczna koncepcja poezji i budzi dzisiaj raczej niedowierzanie (poezja to przecież „praca w języku”, jak mówi się obecnie), ale trzeba przyznać, że zgodna z ogólną tendencją poezji autora Gorzkiej godziny. Można też uznać, że mamy do czynienia z poetyckim manifestem poezji ludzkiego losu, poezji stającej w jego obronie, albo – jak inaczej ujmuje problem Wojciech Ligęza – jest to poezja lamentacyjnaW. Ligęza, Osobny. Spojrzenie na całość [w:] W mojej epoce już wymieram. Antologia szkiców o twórczości Jana Polkowskiego (1979–2017),pod. red. J.M. Ruszara, Kraków 2017, s. 368.[1].

Jeszcze o etyce i poetyce: ks. Józef Tischner w Etyce solidarnościJ. Tischner, Etyka Solidarności, Kraków 1981.[2] tłumaczył solidarność obrazami i słowami wziętymi z Ewangelii – „Jedni drugich brzemiona nieście”Parafraza sformułowania w Nowym Testamencie: „Jeden drugiego brzemiona noście i tak wypełniajcie prawo Chrystusowe” (Ga 6,2).[3]. W tym sensie, wyręczając ofiary w wyrażaniu bólu, poeta wcielił ideę solidarności: podjął cudze brzemię. A w sensie tradycji poetyckiej – wystąpił jako chór Antygon. Głosy to Antygona rozszczepiona na matkę, siostrę, narzeczoną, żonę, brata, ojca, syna – ludzi kochających, naznaczonych pamięcią i bólem utraty – żalem skierowanym przeciwko światu, a nawet przeciwko umarłym, a nie tylko oprawcom. Ułamkowy charakter wiedzy o tych, co zginęli, i o żywych, którzy usychają z żałości, odzwierciedla niedoskonałość percepcji obolałej duszy, która jest za mała, by pomieścić tyle smutku. Czym innym jest tragedia społeczna czy polityczna, a czym innym klęska osobista, dojmujący brak, przyzywany nieustająco, a za każdym razem z innej perspektywy.

 

Anihilacja historii

Historia społeczna obfituje w wydarzenia i nazwa ta wskazuje na ich czasowość, przemijalność, właśnie obsuwanie się w „historyczność”. Tymczasem historia osobista nie chce stać się „historią”, ale jest nieustającą teraźniejszością, a więc w ludzkich kategoriach – „wiecznością”. Niemożność wyzwolenia się od bólu jest jednym z zasadniczych powodów, że bohaterowie tomu mają żal do świata i ludzi. I nie zawsze pretensje skierowane są pod adresem oprawców – czasami wręcz do ofiar, co brzmi jeszcze bardziej tragicznie, jak w wierszu ***Kochany Tato, strasznie cię nienawidziłem [Syn? (1960–?)]:

Kochany Tato, strasznie cię nienawidziłem
dlatego, że ciebie nie było a reszta świata była.


Pewnie także dlatego że dopiekała bieda.
Pomagał nam wujek parafia sąsiedzi.
Gdy podrosłem zbierałem butelki szmaty i złom.
Jedliśmy wodziankę zacierki ziemniaki
ziemniaki ziemniaki. Nienawidziłem Ciebie
bo byłeś gdzie indziej i nie troszczyłeś się o nas.

Oto najbardziej niespodziewany ton tej fugi cierpienia, jakim jest zbiór Głosy. Straszny. Wobec takiego doświadczenia stajemy bezradni. Niby ważna jest wieloletnia bieda, dokuczliwa i poniżająca, ale przecież najbardziej dojmująca jest nieobecność: cały świat jest, a nie ma ojca! Oto prawdziwy wymiar tragedii. I tylko wygłos wiersza przynosi nadzieję na porozumienie:

Kiedy nienawiść stygła patrzyłem na mamę
która gdy nie płakała płakała jeszcze bardziej.
Wtedy wracała nienawiść i łatwiej było przetrwać.
Myślałem że zginąłeś dlatego że nie chciałeś
ciągnąć wielkich ciężarów pod prąd
wielkich słów i by się od nich uwolnić
dałeś trafić się w serce.
Ale może nie byłeś po prostu zwykłym tchórzem?
Polska. Nie umiem o niej mówić.
Widziałem ją w zamkniętych oczach siostrzyczki
i w plecach mamy wstrząsanych nagłym
zakrętem przyszłości. W grudniu rzuciłem wszystko
drukowałem bibułę potem siedziałem trochę.
Teraz jestem dekarzem
buduję ludziom dachy.
Od dobrych kilku lat chociaż nie za często
chodzę do Ciebie na cmentarz.

Zresztą i wołacz pierwszego wersu nie pozostawia wątpliwości, że mowa o krzyku miłości i rozpaczy.

Relacje syn – ojciec, nieistniejące, a przecież nie-do-usunięcia, obfitują w inne paradoksy, jak w wierszu *** Nie wiem jak to jest być sierotą [Syn? (1957–?)]:

Nie wiem jak to jest być sierotą. Mama, siostra
dwóch braci – miałem czternaście lat
kiedy stałem się ojcem dla rodziny i siebie.

Oto zwięzła opowieść o konieczności wypełnienia wyrwy w rodzinnej konstelacji, przyśpieszonym dorastaniu, dorosłości pozbawionej dzieciństwa, która skutkuje twardością charakteru, zaciętością w walce z losem. Stąd metaforyczne zakończenie – wizja piekielnego świata, w którym bohater postanawia nie ulec przeciwnościom życia i jakby sam sobie przysięga wytrwałość:

Morze uderza w bieguny. Słońce rośnie w źródłach.
Ludzie z nawilgłej soli biegną nieporuszeni.
Ogień ich ściga w zaułkach zamyka zimne usta.
Stoję nad zgniłą wodą na brudnym portowym
nabrzeżu. Nigdy i nikomu
już nie dam się przewrócić.

O czym mówią ofiary? Na co się skarżą? Na brak, na niemożliwą realizację miłości. Bo nie ma i nigdy już nie będzie przeżycia czułości ojcowskiej lub synowskiej miłości, bo nie zrealizuje się marzenie, by choćby na chwilę przysiąść na piaskuTakie marzenie w wierszu ***Krótki ruch powietrza po twoim niedbałym geście [Ojciec? (1924–2003?)].[4] albo przeżyć razem jakąkolwiek, choćby najbardziej banalną chwilę. Nieobecność zwyczajnego życia, a nie jakiś nadzwyczajnych marzeń czy przygód, okazuje się największą stratą. Kto może zwrócić niebyłe macierzyństwo? Komu można wynagrodzić brak ojca? Odejście ukochanego? Śmierć syna?

Paradoksalnie, jak w liryku, w którym czternastolatek nagle musi dorosnąć, odzywają się w bohaterach niezwykłe pokłady wymuszonego męstwa. Oto matka zabitego musi jakoś żyć i nie może sobie pozwolić na chwile słabości, bo i mąż umarł. Została sama z gromadką dzieciaków, więc musi być „twarda”, więc nie może „rozpamiętywać” śmierci syna, aby nie opaść z sił. Stąd bierze się jej „rachunek sumienia” i nieuzasadnione „przeprosiny”, które swą paradoksalną zbytecznością porażają wrażliwego czytelnika:

Wierzę, że nie masz do mnie żalu. Oprócz ciebie
miałam jeszcze trójkę. Trochę zdziwionego swoim istnieniem
Adasia, Józia sprytnego jak dotąd nikt w naszej rodzinie
i Asię, małomówny dowód na istnienie dobra. Ojciec
zgasł szybko i odtąd po zmroku nie mogłam pozbierać
myśli. Praca, kolejki, gotowanie, przerabianie ubrań. Z 
dorosłych na dzieci ze starszych na młodsze. Wydawało
mi się, że nigdy nie zasnę, że tylko zastygam z 
żelazkiem, igłą i naparstkiem, ciastem na makaron
przygnieciona odłamkiem serca. Chciałam umrzeć
ze wstydu, że żyję. Z nieustępliwej miłości i ze strachu przed
twoim rozrzuconym bezładnie cieniem. Teraz dobijam
osiemdziesiątki więc czas byś mi przebaczył. To ja
wykarmiłam własnym ciałem te bezkresne szeregi bezradnych
dni. I wiem, każdy z nich zabijał cię jeszcze raz
synku.

Mimo że ostatnie dwieście lat historii Polski, to dzieje mężnych kobiet wychowujących dzieci mężów poległych w walce, tematem tomu są pojedyncze ludzkie tragedie, a nie dramat narodowego zaprzaństwa czy publiczna czelność morderców, którzy nigdy nie odpowiedzieli za mord na ludności cywilnej (a przez niegodziwość polityków zostali „ludźmi honoru”). Historia, zwłaszcza ta pisana dużą literą, właściwie anihilowała i został pojedynczy człowiek ze swoim osobistym cierpieniem. Jest to nadzwyczaj rzadki przypadek, a już w polskiej literaturze niemal nieobecny ze względu na jej tyrtejskie tradycje – przecież w polskiej literaturze giną wprawdzie jednostki, ale jako obywatele! Są więc – niczym bohaterowie Homera – członkami polis. Paradygmat romantyczny kontynuowany jest jeszcze w poezji stanu wojennego, by przypomnieć wiersz i tom pod tytułem Raport z oblężonego miasta. Tymczasem – jak pisze Wojciech Ligęza – Polkowski oddaje sprawiedliwość pojedynczej egzystencji:

Historiografia zwykle milczy o zniszczeniu domowego kosmosu, zrujnowaniu życia rodzinnego, o niedających się usunąć jednostkowych traumach, a statystyka podaje liczby wyprane z realnych istnień ludzkich. To poezja otwiera się na dramaty osób poszczególnych, choć, trzeba to podkreślić, powroty do złych chwil dziejowych w sztuce teraz nie są wcale częsteW. Ligęza, Osobny. Spojrzenie na całość [w:] W mojej epoce już wymieram…, s. 368.[5].

Te dwa elementy – wcielenie się autora w swoich bohaterów i zanegowanie historii na rzecz pojedynczej egzystencji – stanowią o niezwykłości zbioru w twórczości Polkowskiego, jak i o odrębnej pozycji tomu w historii polskiej literatury współczesnej. Wyraziście zostało to przedstawione w liryku *** Opłatek, Wigilia, mama w popielatej sukni:

Opłatek, Wigilia, mama w popielatej sukni
kładzie jak każe zwyczaj dodatkowy talerz
przy pustym krześle. Patrzy nieruchomo
przez nas i drżące powietrze, barszcz, rybę
i siano, gałęzie jodły, przez ściany spowite mrozem
na drogę z białego kamienia i pochyloną postać
upadającą pod ciężarem nieuniknionej zdrady.

[Brat? (1958–?)]

Zauważmy słowo „zdrada” w wygłosie wiersza. To zaledwie aluzja do historycznych okoliczności, jak strzały wojska do własnych, nieuzbrojonych obywateli oraz decyzja antypolskiej władzy. Sam obraz nie wychodzi poza sytuację domową, rodzinną i świąteczną. Nawet odwołanie się do polskiej wigilijnej tradycji zostawiania dodatkowego talerza nie jest lub nie musi mieć w podtekście daty masakry na Wybrzeżu, bo wprawdzie ludzie zginęli 17 grudnia, ale scena w wierszu może być o wiele lat późniejsza. Nawet na pewno jest, biorąc pod uwagę spokój obecnych i podkreślenie, że chodzi o „zwyczaj”. Polkowski – przywołując zbanalizowaną ceremonię w kontekście nieobecności zamordowanego członka rodziny – subtelnie podnosi temperaturę wypowiedzi nie przez wzniesienie, a przez ściszenie głosu. Taki system „schładzania” języka dla opisu silnie emocjonalnych sytuacji mistrzowsko stosował Zbigniew Herbert. Dodatkowym kontekstem, poniekąd ukrytym na drugim planie, jest fakt, że „jak zwyczaj każe” ów dodatkowy talerz zostawia się „obcemu”, „niespodziewanemu gościowi”, a naprawdę szukającemu schronienia Bogu, na pamiątkę braku gościnności w Betlejem. To ani pierwszy, ani ostatni przykład zamiany kategorii historycznych na etyczne i egzystencjalne, a w tym wypadku – religijne.

Aluzje do realiów politycznych i historycznych są nadzwyczaj rzadkie i pozbawione szczegółów. Nie padają żadne nazwiska odpowiedzialnych za masakrę. Na dobrą sprawę osoba nie znająca historii nie wie, o kim mowa, gdy jedna z matek mówi:

Siostrzenica mi mówi wiem, że zabili ci syna.
Skończyło się i trwa tylko w twojej biednej głowie.
Wiem drażni cię ten generał w glorii bohatera
ale pluń na niego*** Patrzę na moje paznokcie [Matka? (1929–?)].[6].

Blokada wojskowa na skrzyżowaniu ul. Czerwonych Kosynierów (ob. Morska), Podjazd i Śląskiej, 17.12.1970r.

Z punktu widzenia narodowej historii i historii polskiej literatury tych osiemnaście wierszy, a więc objętościowo skromny tomik poezji, jest niejako skandalem. Po pierwsze, Polkowski unicestwia historię, zwłaszcza tę „wielką”, doniosłą, polityczną, którą lubi się zapisywać  dużą literą, bo wystąpienie robotników traktujemy jako ważny etap w odzyskiwaniu społecznej i narodowej wolności. Nie ulega przecież wątpliwości, że Wydarzenia Grudniowe, bo tak nazwano kilkudniowe wypadki z grudnia 1970 roku, należą do historii Polski i historii wolności narodów zniewolonych przez komunistyczne imperium. Dla nas, dla Polaków, ale także dla badaczy dziejów tej części świata, jest to Historia. Tymczasem dla bohaterów opisywanych w wierszach historia nie istnieje, ani pisana dużą, ani małą literą. Wiersze Polkowskiego unicestwiają historię na rzecz pojedynczej egzystencji. W tych wierszach nie ma też przeszłości, a nawet czasu przeszłego. Jest dzień dzisiejszy i czas teraźniejszy-niedokończony, a właściwie nieskończony w swym bólu. Śmierć nie ma przecież wymiaru jednostkowego i dotyczy najbliższych, tych, którzy przeżyli.

Jak wiemy, nie raz i nie dwa, ale zawsze, od zarania dziejów, poezja opiewała wielkie historyczne wydarzenia. Dla przedstawiania przełomowych wydarzeń, ważnych dla ludów i narodów, powstał nawet specjalny gatunek literacki – epos, upamiętniający legendarnych czy historycznych bohaterów. Więcej, upamiętnianie historii doprowadziło do wyodrębnienia osobnego rodzaju literatury pod nazwą epiki, która stanowiła tradycyjną trójcę wraz z liryką i dramatem. To epopeja – wierszem czy prozą – nabyła prawo zajmowania się dramatycznymi wydarzeniami z życia narodów, a bohaterowie liczyli na nieśmiertelność i imię znaczące dla pokoleń. Już Homer zaczynał swą pieśń od słów:

Gniew, Bogini, opiewaj Achilla, syna Peleusa,
zgubę niosący i klęski nieprzeliczone Achajom,
co do Hadesu tak wiele dusz bohaterów potężnych
strącił, a ciała ich wydał na pastwę sępom drapieżnym
oraz psom głodnym.

Epopeja opiewa zwycięzców w krwawej rzeźni, jaką są dzieje. Podniosły ton opowieści jest ustaloną formą przekazu, a nieśmiertelność imienia bohatera – celem eposu. Na takim tle historycznoliterackim Głosy są cichym, ale twardym sprzeciwem. Poeta nie opiewa zwycięzców. Prawdę rzekłszy, nie opiewa też bohaterskich zwyciężonych według reguły gloria victis, która nobilitowała przegranych, bohatersko walczących z przeciwnościami losu. Tym razem poezja nie dba o nieśmiertelność bohaterów, lecz o ludzi najzwyklejszych, złamanych bólem. Nie przedstawia gromu uderzenia śmierci, lecz umęczone, pojedyncze życie. Nie tworzy gwałtownych obrazów wyjątkowych działań, ale opowiada o mozolnym zmaganiu się z przerażającą, a niekończącą się grozą banalnej codzienności. Bohaterowie nie są wyjątkowi, lecz przeciętni, pozbawieni nawet imion, by historia nie mogła ich zapamiętać. Historia zresztą nie chce o nich pamiętać, a antybohaterowie nie zamieszkają w historii, bo ją odrzucili i cali zamkną się w swojej pojedynczej egzystencji ograniczonej do najbliższej rodziny. Ich świat jest światem bliskich – utraconych. To nieobecni rządzą ich codziennym życiem, a nie politycy-zbrodniarze. Poeta rozróżnia ich dramat według relacji do zabitego, stąd wiersz jest wypowiedzią żony, matki, siostry…

Pochód mieszkańców Gdyni z ciałem Janka Wiśniewskiego, ul. Czerwonych Kosynierów (ob. Morska), 17.12.1970r.

Anihilacja przyszłości

Gdy mówią żywi, zauważamy, że znika czas. Ściślej mówiąc, zniknął czas istotny, bo ten kalendarzowy – oczywiście – nie zatrzymał się i tylko przekształcił w nieważną wieczność. W takim skamieniałym czasie (nieco podobnym do czasu kolistego, powtarzalnego, znanego z historii religii) powtarzalność gestów jest jednocześnie konieczna (w sensie: przymusowa, może maniakalna) i nieważna, bo pozbawiona istotnego sensu:

Patrzę na moje paznokcie – nierówno pomalowane.
Maluję je codziennie, zmywam i znowu maluję.
Maluję, zmywam, maluję.
Poranna msza i paznokcie trzymają mnie w jednym
kawałku*** Patrzę na moje paznokcie [Matka? (1929–?)].[7].

Wszystko, co miało się stać ważnego – już się stało. Reszta jest bez znaczenia, a „robotnicza Lady Makbet” zachowuje się jakby jej obsesyjne zachowanie dawało powody do zdiagnozowania zespołu natręctw (zaburzeń obsesyjno-kompulsywnych – mówiąc językiem medycznym).

Inaczej nieco jest z zabitymi, których życie się dopełniło, ale za wcześnie. Gdy mowa o zastrzelonych, to akcent pada na niespełnienie, a nie na sam dramatyczny zgon, bo mowa o konsekwencji, a nie o jednorazowym fakcie. Zabity już nigdy czegoś nie zrobi, albo czegoś nie osiągnie, a na pewno już niczego nie przeżyje. Jak pisze Wojciech Ligęza, „przerwane życie kojarzy się z wyłomem w całym istnieniu, jednostkowa śmierć to przecież prywatny koniec świata” W. Ligęza, Osobny. Spojrzenie na całość [w:] W mojej epoce już wymieram…, s. 370.[8]. Zło zabójstwa zawsze polega przecież na tym, że odbiera się człowiekowi przyszłość. „Trudno wyliczyć wszystkie magiczne wcielenia” – powiada zabity*** Szkwał. W zimnej koszuli idę wzdłuż zatoki [Zastrzelony? (1954–1970?)].[9], wcześniej wyliczając swe chłopięce marzenia i zabawy, zakończone strzałem karabinowym oddanym w kierunku trójmiejskiej kolejki. Wiemy, że dalszych wcieleń nie będzie i ich wyliczenie jest kompletne. Definitywność zabójstwa jest jednym z tematów wypowiedzi zastrzelonych, choć nie brak pośmiertnych rozważań na temat dotychczasowego życia (tu widać pokrewieństwo z gatunkiem epitafium), a nawet rozpamiętywania dotychczasowego szczęścia (***Przeźroczystymi rękami [Zastrzelony? (1948—1970?)]):

Przeźroczystymi rękami robiłaś mi kanapki.
Wbijałaś po omacku nóż w nieruchome morze.
Robiłaś mi kanapki, kroiłaś kulę ziemską
na równe, schludne kromki. Do chlebaka
z brezentu chowałaś godziny rozłąki.
Do szarego papieru wkładałaś dziecięce twarze.
Gładziłaś mnie po policzku jakbym miał iść na wojnę
jakby drzwi były z ognia a nie z płyty pilśniowej.
Wchodziłem potem ostrożnie do szatni elektryków
i odwijałem papier by patrzeć jak wolno znikasz.

Zwyczajne gesty bez słów, będące osłodą godzin nieobecności – oto opis czułościmałżeńskiej, która unika emocjonalnej emfazy. Cały tom zresztą składa się ze słów ściszonych, zwyczajnych, spokojnych, szarych i jakby przeźroczystych, pozbawionych udziwnień. A sami pomordowani nie skarżą się i tylko przedstawiają fakty. Osobną kategorią jest liryk – również soliloquium – rannego, który, sam sparaliżowany fizycznie, zwierza się z zamiaru odwiedzenia starego ojca – „sparaliżowanego psychicznie”, osoby uległej (w imię dobra dzieci), a mentalnie złamanej przez tragedię okaleczenia syna. W pewnym sensie to ojciec jest martwy, a może tylko bardziej kaleki od swego syna-inwalidy. Jak słusznie zauważa Przemysław Dakowicz:

Żywi przypominają martwych bardziej niż ci, co zginęli. To ludzie wydrążeni, nieustannie spoglądający wstecz, nawet jeśli z uporem twierdzą coś zupełnie przeciwnego – jak osiemdziesięcioletnia matka jednego z zabitychP. Dakowicz, Na marginesie Głosów Jana Polkowskiego (kartki wydarte z notatnika) [w:] W mojej epoce już wymieram. Antologia szkiców o twórczości Jana Polkowskiego (1979–2017), red. J.M. Ruszar, I. Piskorska-Dobrzeniecka, Kraków 2017, s. 221. [10].

Poetycki tom nie jest literacką zabawą czy literackim konceptem. Poeta na końcu tomu zamieścił krótkie wyjaśnienie swoich intencji:

Zamordowani na Wybrzeżu w 1970 roku mają swoje imiona i pomniki (choć nie jesteśmy pewni, czy wiemy o nich wszystkich). Istnieją w pamięci przekazywanej w rodzinnym kręgu. Żyją także jako zbiorowy symbol oporu przeciwko nieludzkiej władzy w drugiej połowie XX wieku lub jeden ze śladów jej zbrodniczej działalności. Ostatnio niektórzy z nich ożyli w filmie Czarny Czwartek. Zastanawiam się, czy nie moglibyśmy podejść bliżej do nich i do tych, których kochali? Tak blisko jak to jest możliwe. I wcielić się na wieczny moment w ich trwające i podróżujące, i zmartwychwstałe, i zatarte, i nierozpoznane, i rozsypane, i nienarodzone życie?

Kontekstem historycznym tomu jest konkretne wydarzenie historyczne: brutalna interwencja komunistycznego wojska i milicji podczas protestów robotników Wybrzeża. Zamordowano z zimną krwią kilkaset osóbWładze potwierdziły śmierć tylko czterdziestu jeden osób.[11], zabitych chowano w tajemnicy, często nocą i w nieoznakowanych grobach, zacierano pamięć o zbrodni.

Zawieźli mnie na cmentarz chcieli zakopać ciało.
Odtąd każdej nocy trwa ten sam obrządek. Wyglądał
jakby zszyli go z jakichś obcych kawałków. Szybko
zamknęli wieko. Wiatr przywlókł znad morza
deszcz i uwiązł w sieci pociemniałych jesionów.
Słychać było jak krople uderzają w sztychówki
i sztychówki jak tłuką ze zgrzytem w kamienie.
Ktoś inny odszedł od studni w ciele Samarytanki.
Ja zostałam. Jak woda. Niema jak pusty
dzban.

(*** Zawieźli mnie na cmentarz [Żona (1950–?)])

Stoczniowcy nad grobami zabitych kolegów, 29.04.1971r.

W dziesięć lat później, kolejny zryw robotniczy, tym razem zwycięski, doprowadził do wzniesienia pomników w kilku nadmorskich miastach Polski, a najbardziej znany stanął na placu Solidarności w Gdańsku, w pobliżu Bramy nr 2 Stoczni Gdańskiej (niegdyś im. Lenina). Czterdzieści lat po masakrze poeta wzniósł własny pomnik stoczniowcom i ich rodzinom, a tradycja literacka sugeruje, że „trwalszy od spiżu”Jan Polkowski, Głosy, Biblioteka TOPOSu, Sopot 2012.[12].

 

Zdjęcia ilustrujące tekst pozyskane zostały dzięki uprzejmości Instytutu Pamięci Narodowej, więcej fotograficznych świadectw wydarzeń z Grudnia '70 można znaleźć na stronie: Polskie miesiące:Grudzień 1970

 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Józef Maria Ruszar, Głos Antygony z Wybrzeża, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 80

Przypisy

    Powiązane artykuły