21.05.2020

Nowy Napis Co Tydzień #050 / Autoportret z dwoma miastami

Marta Kwaśnicka dała się dotychczas poznać jako eseistka, z wielką wnikliwością opisująca meandry chrześcijańskiej kultury łacińskiej. Wszystko zaczęło się od bloga, który – zgodnie z rytmem dzisiejszych czasów – przekształcił się z czasem w pierwszą publikację książkową zatytułowaną Krew z mlekiem (2014). Zawierała ona teksty świadczące o tym, że autorka potrafi nie tylko dostrzec związki między kulturą a wiarą, ale także sugestywnie i wnikliwie je opisać. Religia stała się w tym pisaniu, w sposób jawny, siłą sprawczą, a nie wstydliwie skrywanym zbiorem prywatnych przekonań czy zetlałą formułką kultywowaną w cieniu katolickich uczelni czy klasztorów. Uderzała też silna obecność kobiet w tym uniwersum, jakby Kwaśnicka chciała udowodnić światu, że w chrześcijańskim kosmosie mają one do odegrania ogromną rolę kulturotwórczą, czemu przez dziesięciolecia zwykli byli zaprzeczać historycy powielający radzieckie, marksistowskie wzorce. Dla nich w jednoznacznie męskim świecie średniowiecza i nowożytności kobiety mogły co najwyżej zajmować się tkactwem. Kobiecość twórcza i pełna poświęcenia – taką wspólną nić przewlec można przez eseje Marty Kwaśnickiej, zarówno ten o hiszpańskiej poetce Juanie Inés de la Cruz, o rzeźbiarce Luisie Roldán, o Jane Austen i o świętej Teresie z Ávili, „umierającej, bo nie umierającej” w arcydziele Gianlorenzo Berniniego z rzymskiego kościoła Santa Maria della Vittoria. 

Nie mógł zatem zdziwić temat drugiej książki Marty Kwaśnickiej. Jadwiga (2015) była portretem kobiety, królowej i świętej, ale też średniowiecznej krakowianki, o której Kwaśnicka jako mieszkanka grodu nad Wisłą pisała z wielką znajomością realiów. Za tę książkę w 2016 roku autorka otrzymała prestiżową Nagrodę Literacką Skrzydła Dedala, a w laudacji o. Janusz Pyda OP przyznawał: „Autorka Jadwigi, wbrew potocznemu doświadczeniu, nie zwątpiła w czytelnika i podjęła niepopularny temat, uwodząc nie thrillerem, nie romansem, ale sposobem stawiania pytań i eksponowaniem nieoczywistych szczegółów”.

Minęło kilka lat i Marta Kwaśnicka napisała zbiór opowiadań. Czytając je w kolejności ich ułożenia w książce, na myśl przychodziły mi dwa arcydzieła niemieckiego późnego oświecenia i wczesnego romantyzmu – Lata nauki Wilhelma Meistra Johanna Wolfganga Goethego i Henryk von Ofterdingen Novalisa. W obu tych Bildungsroman mamy do czynienia z opisami formowania się młodej duszy i powolnym procesem dojrzewania do bycia artystą w świecie, który nie zawsze jest przyjazny, ale zawsze niesie ze sobą tajemnice. Młody człowiek musi je odkryć i spożytkować dla siebie. Zatem koncept nienowy, ale za to wyzwanie poważne, bo przecież książki oparte na tym toposie powstawały w kolejnych epokach, co wydało takie arcydzieła jak choćby Czarodziejska góra Thomasa Manna czy Przypadki Augie’ego Marcha Saula Bellowa. 

Pomyłka Kwaśnickiej? W tym zbiorze opowiadań poznajemy narratorkę, która obecna jest we wszystkich tekstach. To osoba wykształcona, po uniwersytecie, mieszkanka Krakowa, szukająca swego miejsca na ziemi, a ściślej – w polskiej rzeczywistości zwalczających się politycznych plemion. Czy jej postawa, pełna erudycyjnego chłodu, dystansu, a jednak podlegająca swoim czasom, czyli poszukującą zajęcia odpowiadającego jej aspiracjom i marzeniom, ostanie się wobec nieciekawego świata polskiego kapitalizmu i rynku pracy?

Narratorkę poznajemy w momencie, w którym – zachłyśnięta urodą stolicy – zdaje egzaminy na Uniwersytet Warszawski (Granice ekspresji), przy czym uroda to szczególna, ulotna, zrodzona z kontrastu do mglistego i ocalałego z ostatniej wojny Krakowa. W nim też postanawia jednak ostatecznie studiować, porzucając (choć nie na zawsze) Warszawę.W prozie Powierzchniówki ujmuje mnie przede wszystkim opis wsi i pól podkrakowskich, do tego w nieprzyjaznej pozimowej aurze. Dzięki Kwaśnickiej, choć wiatr zawiewa, popaduje deszczyk, a pod nogami błoto, czujemy jednak klimat takich miejsc, znamy je przecież, stanowią nieodzowny element polskiego pejzażu. I dobrze, że ktoś o nim znowu napisał, przypomniał. Do tego dochodzi też krajobraz Szkocji, do której bohaterka podróżuje za pracą (Pat). Szkockie wzgórza, deszcz i Polacy odrysowujący znaleziska archeologiczne z dala od kraju. Tu z kolei mamy fragmenty opowiadające o doli polskiego inteligenta zarabiającego na życie w Wielkiej Brytanii. Jeszcze Londyn. Pojawiają się wątpliwości. A może tu zostać? Coś jednak ciągnie do ojczyzny, do Krakowa, w którego kamienicy spełnia się los autochtonów i przyjezdnych. Portrety mieszkańców jednej z nich (Kamienica) to jedno z najciekawszych opowiadań w książce: ktoś powie, że to prosta konstatacja stanu rzeczy, opis lokatorów zajmujących poszczególne mieszkania w starym krakowskim budynku. Jednak Kwaśnicka czyni to z niezwykłymi delikatnością i wnikliwością, których można jej tylko pozazdrościć, do tego równolegle snuje opowieść miłosną, niby też zwyczajną, ale miłość, choćby niespełniona, zawsze przyciąga uwagę, zaciekawia, przywołuje wspomnienia, czasem dobre, a czasem jątrzące. Co jednak najważniejsze – mamy tu klimat miasta, z przelewającym się tłumem Anglików, z właścicielami odnawianych dla turystów mieszkań, z właściwym współczesnemu Krakowowi rytmem dni i słońcem lśniącym na tysiącach dachów.

Jednak pod tym jasnym obrazem wciąż czai się niepokój związany z poszukiwaniem własnej drogi. Bohaterka staje na rozdrożu, ma coraz więcej wątpliwości. Opowiada o nich Winda. To znowu opowiadanie warszawskie, za tło mające osiedle „Za Żelazną Bramą”. Ten monumentalny ciąg budynków wzniesiono w samym centrum zniszczonego miasta na przełomie lat 60. i 70. ubiegłego stulecia. Kwaśnicka opisuje realia mieszkaniowe w naszym stuleciu, kiedy zmienił się już skład osobowy mieszkańców, liczne lokale zostały wystawione na wynajem, budynki zmodernizowano. Windy w tych blokach – moje dzieciństwo i młodość upłynęły w jednym z nich – rzeczywiście potrafiły przestraszyć małe dziecko, potem stały się normalnością i były najczęściej niezawodne. Nie pamiętam ani jednego poważnego wypadku związanego z taką windą, zwaną w opowiadaniu zrembem (choć mieszkańcy wcale tak ich nie nazywali), a przecież jeździłem nimi codziennie kilka razy przez wiele lat. Czasem się śnią, to prawda, upiorny był zwłaszcza odcinek między parterem a pierwszym piętrem, kiedy nie widać było okienek na poszczególnych piętrach, jednak teraz, po modernizacji i tak podróżny osłonięty jest ze wszystkich stron jednolitymi ścianami. 

Kwaśnicka, przy okazji opowieści o windzie, snuje rozważania o próbach zamieszkania w Warszawie, o zawiedzionej miłości swej bohaterki do tego miasta.

Im dłużej mieszkałam w stolicy, tym bardziej przypominała mi stary blok mieszkalny, olbrzymi, z lekko unowocześnioną windą. Miasto było betonowe, w kilku miejscach przeszklone, z palmą usytuowaną na jednym z kluczowych skrzyżowań; było też pełne przypadkowych lokatorów. Z czasem nauczyłam się nieco lepiej rozumieć życie wewnętrzne Warszawy i pochylać się nad nim na przemian z irytacją lub współczuciem. Wtedy jednak mój zawód miłosny był świeży. 

Praca w mediach publicznych przy kolejnym politycznym rozdaniu nie sprawiła, że bohaterka pozostała w mieście. Po raz kolejny pozostawiła Warszawę dla Krakowa, który jakoś dziwnie nie chciał z niej zrezygnować, promieniował, przyciągał.

Było coś jeszcze. Bohaterka wciąż nie miała wystarczającej samowiedzy, nie wiedziała tak naprawdę, kim jest, do czego została powołana. Tę niepewność i rozedrganie czujemy w zasadzie na marginesie każdego z opowiadań Pomyłki. Niejaką inspiracją i rękojmią mogłaby zostać na przykład Vittoria Colonna, szesnastowieczna włoska poetka oraz humanistka. W obszernym opowiadaniu zatytułowanym Lawa autorka zgłębia skomplikowaną relację pomiędzy arystokratką a Michałem Aniołem. Erudycyjne zawijasy tego tekstu tak naprawdę nie przynoszą żadnego rozwiązania, służą wyłącznie samym sobie, są rozrywką, bo przecież śmieszne byłoby podejrzenie, że bohaterka, przebywająca tym razem na stypendium w Wiecznym Mieście, korzystająca z miejscowego światła i dobrego jedzenia, chce udrapować się w szaty Colonny i jak ona prowadzić żywot pełen duchowych wzlotów, tłumionych pragnień i wyniosłych gestów. Może to wszystko służy jednak czemuś innemu? W końcu natrafiamy na następujący passus:

Każdy ma jakieś miękkie miejsca, stany zapalne, które doskwierają nawet wtedy, kiedy nie zostawia to żadnego śladu w ich codziennym życiu; może to one, chociaż niewidoczne, decydują o tym, kim się stajemy. Trawią duszę od środka i zmieniają nas lub czynią bezużytecznymi, nawet jeśli bardzo się staramy. Jesteśmy przecież czymś więcej niż nasze świadome decyzje i sami nie zawsze znamy prawdę o sobie.

Poznawanie prawdy o sobie to podstawowy temat każdego Bildungsroman, a także opowiadań Marty Kwaśnickiej. Czy owe „stany zapalne” zaprowadzą eteryczną narratorkę ku twórczości literackiej, ku pisaniu prozy wymagającej zmagań z pięknem, ale i z potwornością, którą niesie zwyczajne życie? Takie rozwiązanie zdaje się sugerować opowiadanie Triumf – jego bohater, nieistniejący hiszpański pisarz Miguel Quiroga, po wydaniu jedynej książki rezygnuje z dalszej twórczości. Ten gest czyni go groteskowym, choć nie do końca zgodziłbym się z twierdzeniem, że „Pisarz, którego wszyscy przemilczają jest śmieszny […]”. Może jest odwrotnie: śmieszni są wszyscy ci, którzy, zwiedzeni blichtrem szybko zmieniających się kolorowych obrazków, nie są już w stanie dostrzec gry światła w kałuży wody zebranej w ułomku rzymskiego sarkofagu.

Marta Kwaśnicka, „Pomyłka” 

M. Kwaśnicka, Pomyłka, Kraków 2019.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Wojciech Chmielewski, Autoportret z dwoma miastami, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 50

Przypisy

    Powiązane artykuły

    08.04.2020

    Modernistyczna nostalgia

    Trzy nowele Antoniego LiberyA. Libera, Niech się panu darzy i dwie inne nowele, Warszawa 2013.[1] – wybitnego pisarza, eseisty, tłumacza i reżysera teatralnego – pozwalają na wiele interpretacji. Ktoś będzie je porównywał z poczytną powieścią tego samego autora, Madame. Poszuka nawiązań do arcydzieł literackich, aluzji do skrywanej prawdy historycznej i abominacji w stosunku do arywistów. Kto inny położy nacisk na ostatni z trzech tekstów, Toccata C-dur, jako na klucz do całości. Oto pisarz po sześćdziesiątce podsumowuje swoją twórczość, trawestując słowa co pewien czas odsyłanego w niebyt poety: „wiek męski – wiek klęski”Cytat z Liryków lozańskich Adama Mickiewicza.[2]. Nowa książka istotnie porusza zawstydzający artystów, wypierany ze świadomości, kłopot. Jako debiutanci czuli się równi największym światowym sławom. Młody poeta sądzi, że przewyższy Dantego. Z czasem trzeba się pogodzić z porażką. Jak się z nią pogodzić? Codziennie liczyć na przypływ niezwykłej energii twórczej? Albo inaczej – rezygnację przesłonić nadzieją na pośmiertne uznanie? Może w sztuce nie chodzi o sławę. Podobny problem poruszył ponad czterdzieści lat, też z Marcem ’68 w tle, Zbigniew Kubikowski – krytyk literacki, który dopiero w „wieku klęski”, po czterdziestce, przeniósł się do Warszawy. Zmarł w kilka lat później. W Trzech dialogach wielkopostnych upomniał się o godność, powiedzielibyśmy dzisiaj, życiowych loserów – tych, którzy nie odnieśli sukcesu, lecz mozolnie, wśród upokorzeń, zmagają się z trudnościami, żeby się utrzymać w zawodzie. Twórczym zawodzie. A zawód ma tutaj oba znaczenia jednocześnie: jest profesją i rozczarowaniem zarazem. Poławiacze grantów, innowacji, słów kluczy oraz priorytetów nie przez nas wyznaczonych też znajdą swoją interpretację Niech się panu darzy. I niech im się darzy. Nowele mają walor transmedialności, bo słowom (słowo – to medium, czego nie wiedzą zacofani spirytyści) towarzyszą nuty (drugie medium – muzyka) i fotografie (medium trzecie, czyli czarno-biały krzyk mody intelektualnej).

    Tymczasem wysnuję z tej gęstej tkaniny tekstu swój ulubiony wątek. Tożsamość kulturową i narodową współokreślaną przez pejzaż miasta, a w szczególności modernistycznego miasta-ogrodu. Porównuję okładki: Breslau / Wrocław. Die Architektur der Moderne Konstanze Beelitz i Niclasa Förstera oraz Niech się panu darzy Libery. Zdjęcia przedwojennego Żoliborza przypominają słynne osiedle WUWA na wrocławskim Dąbiu. A na terenie przedwojennej i powojennej Polski: Osiedle Fałata w Toruniu lub Osiedle Warszawskie w Poznaniu. Cierpliwy poszukiwacz trafi na podobne domy mieszkalne w Gdyni, Mogilnie lub w późno przyłączonym do Torunia lewobrzeżnym miasteczku Podgórz. Dowie się, że w Republice Weimarskiej, w Falkenbergu budowano tak, aby niskie dochody nie były przeszkodą w godziwym zamieszkaniu. Słoneczne mieszkania w zieleni, w domkach z czerwonymi dachami jak dla grzecznych lalek, spłonęły w południowych dzielnicach Wrocławia w 1945 roku. Falkenberg natomiast w 2008 roku wpisano na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO. Co będzie z Żoliborzem? Pisarz delikatnie, unikając nadmiaru słów (socjalizm, kooperatyzm, solidaryzm, może nawet republikanizm), które zamieniałyby literaturę w publicystykę, ewokuje ideały reformatorów życia społecznego. Oskar w opowiadaniu Widok z góry i z dołu, urbanista oraz powstaniec warszawski, który ma zginąć, ale pozostawić dzielnego pogrobowca, pragnie zbudować nowe miasto dla równych, choć różnych ludzi: oficerów niepodległej Polski, urzędników II Rzeczypospolitej, artystów i robotników. Dla dumnych współobywateli. Uparcie myślę, że egalitarna utopia nie jest wyłącznie utopią, ale ideałem, który warto brać pod uwagę. Spotykają się, myśląc o nim, chrześcijanie i wolnomyśliciele. Zapatrzonemu w niską zabudowę wielorodzinną między ogrodami chudemu poloniście, jak z Listu w sprawie polonistów Andrzeja Waligórskiego, przychodzą do głowy nazwiska pisarzy: Marii Dąbrowskiej oraz Stefana Żeromskiego. Im bardziej establishment wmawia, że są oni niedzisiejsi, tym ostrzej widać, jak dojmująco aktualni. Człowiek potrzebuje słonecznego mieszkania i poczucia wartości swojego jednostkowego losu. Wartość ta rośnie, solidarnie dzielona z innymi.

    Paradoksalnie nowoczesność, zwana modernizmem, w architekturze, urbanistyce, malarstwie (u Libery reprezentowana przez Chirica) stała się po prawie stu latach przedmiotem nostalgii. Uważa się, że miarą mistrzostwa narratora opowiadań jest niedopowiedzenie. W noweli (bardziej wymagającej krewnej gatunku literackiego, którym jest opowiadanie; niekiedy obie nazwy stosujemy wymiennie) dominuje zwykle jeden kluczowy motyw. W opowiadaniu pożądana jest aura tajemniczości. Tytułowe, pierwsze opowiadanie nawiązuje do modnej (zwłaszcza na początku lat dziewięćdziesiątych, gdy nuciło się The wind of changes za zespołem The Scorpions) teorii matematycznej. Zajmuje się nią główny bohater noweli, fizyk. Jest to teoria chaosu, którą najkrócej streszczam jako tezę o istnieniu w naturze ukrytego ładu. Taka natura z ukrytym ładem obejmuje również kulturę lub cywilizację, nie ma między nimi zasadniczej różnicy. Bohater, losując numer telefonu w Wigilię Bożego Narodzenia, trafia do swojego niezaistniałego a przecież możliwego domu. W Betlejem podnosi słuchawkę kobieta, której się zdaje, że spotkała go w dzieciństwie i pokochała.

    Pomyłka, złudzenie i zarazem prześwit alternatywnej rzeczywistości, w której wartości mitu religijnego pokrywają się z niewypowiedzianą tęsknotą bohatera, ateusza od dziecka, samotnika z wyboru, wyobcowanego z historycznych wspólnot zrządzeniem losu.

    Opowieść wigilijna, tęsknota emigranta za widokami z dzieciństwa spędzonego w przedwojennej Warszawie i spotkanie absolwentów szkoły muzycznej to tematy trzech nowel. W każdej z nich występuje rozrachunek z ustabilizowanym i kończącym się życiem. Nie bez znaczenia jest to, że mimo stabilizacji sięga się wyobraźnią poza wybrany wariant losu. Niewierzącemu błyska Gwiazdka ciepła, którego nie zaznał. Starcowi spełnia się obietnica młodzieńczego stryja Oskara. Zamożny pragmatyk dostrzega wartość życia sfrustrowanego artysty. Może rywalizacja nie jest najważniejsza, ale milej się o tym przekonać, kiedy się wygrało. Ale kto wygrał i co jest życiową wygraną: wierność sobie (i czy znaczy to wierność marzeniu, czy postanowieniu)? Majątek? Światowa sława? W trzeciej i w pierwszej osobie półgłosem opowiadane (a chwilami brawurowo wyśpiewane lub bezgłośnie wyszeptane) historie Libery poszerzają wrażliwość na innych oraz pogłębiają rozumienie własnego życiorysu, zarówno kilkunastoletniego, jak i kilkudziesięcioletniego, bo ars longa, vita brevis.

    A. Libera, Niech się panu darzy, Warszawa: Więź, 2014.

    Tekst ukazał się pierwotnie w książce: D. Heck (M. Tarczyńska), Recenzje bez cenzury, Lublin 2015.

     

    Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
    Źródło tekstu: Dorota Heck, Modernistyczna nostalgia, Czytelnia, nowynapis.eu, 2020

    Przypisy

      Powiązane artykuły

      02.04.2020

      Nowy Napis Co Tydzień #043 / Mistrzowie felietonu – Roth i Márai

      Polska felietonistyka powojenna, także ta tworzona już w III RP, nie ma szczęścia do wybitnych autorów. Felietony pisane w czasach komunistycznych spełniały rolę służebną: podkreślały osiągnięcia „władzy ludowej”, w lekki i dowcipny sposób starały się prześliznąć ponad problemami dręczącymi społeczeństwo i uświadomić czytelnikowi, że pod światłymi rządami „przewodniej siły narodu” zmierzamy we właściwym kierunku. W noc stanu wojennego dyżurni felietoniści junty, w rodzaju Daniela Passenta czy Krzysztofa Teodora Toeplitza, przekonywali z kolei, że wojna komuny z narodem to jedyne rozsądne rozwiązanie, pozwalając sobie przy tym na liczne szyderstwa z prześladowanych. Nie na wiele zdała się ta pisanina, ale za to w paskudny sposób skalała szlachetną formę felietonu, zaś upiorny duch tamtego pisania, służalczego, zdradliwego, układnego i lepkiego od umizgów, wciąż straszy z łamów poczytnych tygodników. Felieton ratował wtedy i wspaniale rozwinął na łamach ówczesnego „Tygodnika Powszechnego” Stefan Kisielewski, a po nim przez krótki czas także jego kontynuator Jerzy Pilch, ale nie na wiele się to zdało. Wystarczy przejrzeć listę dzisiejszych felietonistów tego krakowskiego tygodnika, a także przeczytać jeden czy drugi tekst, żeby dostrzec skalę upadku. W innych redakcjach i na rozmaitych portalach wcale nie jest lepiej.

      Dlatego tak ważne jest dziś czytanie felietonów, które mogą stanowić wzór do naśladowania. Tak, naśladowania. Początkujący autor, korzystając z najlepszych wzorów, winien raczej mądrze naśladować mistrzów, niż ulegać naciskom swego naczelnego, któremu w imię koteryjnych układów zależy na uderzeniu w politycznych przeciwników. Co z tego, że to łatwiejsze. Łatwiej też o kompromitację takiego felietonisty, a także o coś gorszego – utratę własnego zdania, które w tej formie prasowej ma przecież pierwszorzędne znaczenie.

      Blisko prawdziwego życia

      Miniony wiek XX oglądał felietonistów, którzy byli jednocześnie wybitnymi pisarzami. Jednym z nich był Joseph Roth (1894–1939), którego felietony zebrane w tomie Oblicza czasu możemy teraz czytać i jednocześnie smakować niezwykłą urodę tych tekstów, w roku 1920 zamieszczanych w wiedeńskim „Der Neue Tag” i berlińskim „Neue Berliner Zeitung”. Urodzony w 1894 roku w galicyjskich Brodach Roth, weteran Wielkiej Wojny, w której walczył na ochotnika, w swoich tekstach zbiera powidoki i wrażenia, które potem będą stanowić o literackiej prawdzie jego wielkich powieści. Pochyla się przede wszystkim nad ludzką nędzą wywołaną klęską państw centralnych. Opisuje jadłodajnie dla biedaków, los bezrobotnych na ulicach Berlina (przejmujący tekst o ulicznym zbieraczu niedopałków), dzielnice biedoty, a także przybywających ze wschodu do Niemiec Żydów, którzy w strachu przed pogromami tworzą przytuliska biedy w niemieckiej stolicy. Felietony Rotha, choć smutne, skrzą się od poetyckich sformułowań oddających urodę miejsc, budują nastrój każdego tekstu. Niezwykłe doświadczenie lekturowe, krystaliczna forma. Choćby taki fragment z widokiem na biedną berlińską uliczkę:

      [] niekiedy na ulicę wypada jasny, dźwięczny strzępek kobiecego śmiechu, brzmiącego tak, jakby mała, cienka srebrna moneta potoczyła się po bruku (Bar dla ludu).

      Albo w innym miejscu:

      Duchy przechadzają się w godzinach południowych, świat jest na opak, ludzie są odmienieni i zmęczeni nadmiarem tajemniczych zdarzeń. Codzienność już nie jest szara, lecz świeżo pomalowana. A gdy skręcisz za róg, to za słupem ogłoszeniowym stoi cud i szarpie cię za rękaw (Mistyka dnia powszedniego).

      Felietony z życia miasta są świadectwem, że ich autor był blisko spraw berlińczyków i wiedeńczyków, potrafił bardzo uważnie na nich patrzeć i miał otwarte serce, choć przecież sam nie pochodził z żadnego z tych wielkich miast. Był obok ludzi i ich codziennych spraw, a to chyba właściwsza dla felietonisty postawa niż pisanie pod ideologiczny schemat.

      Ciekawy zbiór tekstów w tym tomie stanowią korespondencje z frontu wojny polsko-bolszewickiej, po które wypada sięgnąć choćby z okazji przypadającej w tym roku rocznicy stulecia zwycięstwa 1920 roku. Joseph Roth znalazł się w pierwszych dniach sierpnia w Prusach Wschodnich, stamtąd obserwował polski odwrót i napływ czerwonej hordy ze wschodu. Pisał teksty i wysyłał je do Berlina. Co ciekawe, pisarz sympatyzuje w nich raczej z bolszewikami, a nie z Polakami, stara się poza tym o tak zwany chłodny ogląd całej sytuacji, naiwnie wierząc, że bolszewizm jest emanacją ustroju socjalistycznego, który był mu bliski. Dlatego pisze o dobrych jakoby nastrojach wśród ludności po wkroczeniu Armii Czerwonej, opisuje stroje i zachowania bolszewików, ich morale, strukturę armii. Po wizycie w Suwałkach stwierdza: „Życie […] jest pod każdym względem wolne od ograniczeń, widać też, że ludność po wyjściu Polaków czuje się wolna” (Dzień u bolszewików).

      Trzeba tu koniecznie zrozumieć sytuację psychiczną Rotha i kontekst historyczny. Wspierana przez Ententę Polska była dla niego państwem pieczętującym klęskę jego ojczyzny, Austro-Węgier, państwem z wrogiego obozu. Ponadto pisarz z uwagą śledził doniesienia o pogromach na wschodzie, a relacje z frontu pisał tuż po doniesieniach o pogromie w Grodnie, który miał miejsce podczas wycofywania się wojsk polskich z tego miasta. Jako Żyd z Galicji łudził się na pewno, że nowy porządek, współtworzony przez wielu Żydów mających nadzieję na poprawę swej sytuacji, do tej pory tragicznej w państwie Czarnej Sotni i pogromów, falami ciągnących się od lat 80. XIX stulecia, a nasilonych właśnie w latach 1910–1920, zapewni żydowskim mieszkańcom Rosji bolszewickiej względny spokój. W 100. rocznicę polskiego zwycięstwa warto relację Rotha przypomnieć i czytać równolegle choćby z frontowymi zapiskami Stanisława Rembeka czy dziennikiem Izaaka Babla. Prywatnie, co nie jest żadną tajemnicą, Joseph Roth bardzo lubił Polaków, znał nasz język i przyjaźnił się z Józefem Wittlinem, kilkakrotnie odwiedzał też Polskę. W pamięci mamy także hrabiego Chojnickiego, ważnego bohatera takich arcydzieł Rotha jak Marsz Radetzky’ego i Krypta kapucynów, a także teksty wydane u nas w osobnej książce pod tytułem Listy z Polski (2018).

      Węgier i Europejczyk

      Sándor Márai (1900–1989), inny wielki prozaik minionego wieku, felietonem parał się w rozmaitych okresach swego życia. Raz był to felieton prasowy, innym razem radiowy, szczególnie ważny w latach komunistycznego zniewolenia, kiedy wygłaszał go z anteny Radia Wolna Europa. Kronika Niedzielna to autorski wybór felietonów publikowanych od 1936 do 1943 roku w budapeszteńskim dzienniku „Pesti Hírlap”. W tekstach tych pisarz dzielił się z czytelnikami swoimi refleksjami na temat dnia codziennego, zmieniających się obyczajów, swego warsztatu pisarskiego („Stara rada mówi, że o naszej pracy najlepiej milczeć; niech zamiast pisarza mówi książka” – notabene dobra rada dla współczesnych autorów, wywlekających na światło dzienne wszystkie żenujące „sekrety swego pisania”), a także refleksjami politycznymi po wybuchu II wojny światowej. Każdy z tych tekstów to zamknięty świat. Myślowo i formalnie bezlitośnie perfekcyjny, ale jednocześnie wychodzący w stronę czytelnika z nieśmiałą prośbą o podjęcie dialogu, o refleksję, o zastanowienie się, na przykład podczas chwil spędzonych w łaźni albo w wolnym czasie na Wielkiej Łące pod Budapesztem, miejscu niedzielnych wycieczkowych wypadów, gdzie spełnia się czas mieszkańców miasta nad Dunajem (Wielka łąka, o siódmej wieczorem). Spojrzenie Máraiego zawsze idzie w głąb, nigdy nie ślizga się po powierzchni, bo pisarz za bardzo szanuje swoich czytelników, bez względu na ich pochodzenie społeczne czy status majątkowy.

      Widziałem pewnego kolejarza w roboczym mundurze, jak przed jednym z namiotów z książkami na bulwarze odliczył dwanaście pengö za tom poezji Jánosa Aranya. [] Prawdopodobne jest to, że do domu poszedł na piechotę, bo nie zostało mu pieniędzy nawet na tramwaj. Poszedł do domu na piechotę, z wierszami Jánosa Aranya pod pachą, za które zapłacił jedną dziesiątą swych miesięcznych zarobków. Spoglądałem za nim i miałem poczucie, że mimo wszystko warto pisać (Pisarz i jego świat).

      Sándor Márai ze znawstwem bywalca literackiej kawiarni obserwuje rodaków i nie ma w tym spojrzeniu krytykanctwa, potępienia czy tak zwanej pedagogiki wstydu, do której przyzwyczaiła nas choćby felietonistyka III RP, w imię politycznej poprawności chłoszcząca mniej lub bardziej wyimaginowane „polskie przywary”. U Máraiego najlepiej widać to w felietonie opisującym mężczyznę porządkującego papiery przy kawiarnianym stoliku. Obserwujący go autor nie ma wątpliwości, że oto przed jego oczami odbywa się prawdziwe misterium stworzenia, kreacji człowieka na miarę naszych czasów, który istnieje tylko wtedy, gdy ma na to papiery. Ale nie szydzi, nie ironizuje.

      To dlatego patrzę nań z szacunkiem, ze wzruszeniem. Zdaję sobie sprawę, w jakim stanie ducha się znajduje. Widać, że nie jest początkujący, zna trudności tego zadania, z nabożnością sięga po surowiec, po papier, z którego musi stworzyć własną osobę, na nowo musi stworzyć to, co nawet Bóg raz tylko stworzył (Zdjęcie zrobione na poczekaniu).

      Wielką wagę przez cały okres swego życia i twórczości Sándor Márai przykładał do pojęcia Europy. Była dla niego domem, ideą i mitem. Wychowany w mieście Kassa (Koszyce) miał głęboką świadomość bycia i Węgrem, i Europejczykiem. W felietonach zamieszczonych w Kronice Niedzielnej wielokrotnie daje świadectwo swego niepokoju o losy kontynentu, zwłaszcza po wybuchu wojny, klęsce Francji i ataku Hitlera na Związek Sowiecki. Oczywiście nie znajdziemy tu potępienia polityki hitlerowskiej, pamiętajmy wszak, że ówczesne Węgry były sojusznikiem III Rzeszy. Mamy za to znakomity tekst o ponownym czytaniu Wojny i pokoju i szukaniu odpowiedzi na współczesne czasy właśnie w tej powieści (Wojna i pokój). Swoje zatroskanie ubrał Márai w formę wspomnienia letniej podróży koleją po Europie, z Budapesztu do Paryża i z powrotem, której kolejnymi przystankami były Triest, potem włoskie miasta: Genua, Vicenza, Florencja, w których czuł się jak u siebie, podobnie jak w Marsylii i Paryżu. W powrotnej drodze Monachium, jeden dzień w Wiedniu i już Budapeszt. Europa jako dom, zapoznany i bezpieczny, jako forma kultury i wrażliwości. „Czy to wszystko było grzechem?” – pyta Márai. I próbuje udzielić odpowiedzi:

      Możliwe, że żyliśmy w grzechu. Ale skłonny jestem za ten grzech zapłacić, zapłacić życiem, i nie żałuję, że wszystko to i jeszcze wiele innych rzeczy, których nie sposób wyliczyć, dane mi było przeżyć (Letni wieczór).

      Dlaczego jednak pielęgnujący wspólne dziedzictwo Europejczycy teraz tak okrutnie wystąpili przeciw sobie? Dlaczego się zabijają? W felietonie Co będzie potem Sándor Márai następująco pisze o kryzysie, który ogarnął Stary Kontynent:

      Po prostu chodzi o to, że Europejczykowi należy przywrócić wiarę we własną misję, powołanie. To nieprawda, że można żyć bez tej wiary. Narody i jednostki żyją nie tylko dlatego, że akurat są tu na ziemi, że się urodzili, że mieli przodków, że znają się na orce i siewie albo na wykuwaniu broni. Narody, dokładnie tak jak jednostki, żyją tylko dlatego, że – i niekiedy już sądzę, że żyją tylko do momentu, gdy – żywa jest w nich wiara we własną rolę, misję; póki wierzą, że mają na tym świecie zadanie do wykonania, są potrzebni. To nieprawda, że narody żyją tylko dla celów wiążących się z władzą i tylko dzięki odpowiednim warunkom materialnym. Naród potrzebuje wiary w to, że zbudował coś wyższego rzędu niż egzystencja materialna, potrzebuje tego, by móc wierzyć w system prawny, w kulturę, w moralne i prawne zasady ludzkiego współżycia, które stworzyli i wyrazili mędrcy tego narodu.

      Wizja Sándora Máraiego jest bardzo bliska pewnemu fragmentowi powieści Michela Houellebecqa Uległość. Pewnego dnia jej bohater znalazł się w romańskim opactwie i podziwiał Madonnę trzymającą na kolanach Dzieciątko. Oglądał rzeźbę bardzo dokładnie i przekonał się, że Dzieciątko nie jest tylko niemowlęciem na rękach Matki, ale przede wszystkim tronującym Panem Świata. Ci, którzy stworzyli to dzieło, na pewno byli przekonani o misji swego narodu i Europy, o których pisał Márai. Naprawdę wierzyli, że stworzyli „coś wyższego rzędu”.

      J. Roth, Oblicza czasu. Felietony z roku 1920, tłum. E. Borg, Kraków–Budapeszt–Syrakuzy 2019.

      S. Márai, Kronika Niedzielna, tłum. I. Makarewicz, Warszawa 2019.

      Okładka książki "Oblicza czasu"

      Okładka książki "Kronika Niedzielna"

      Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
      Źródło tekstu: Wojciech Chmielewski, Mistrzowie felietonu – Roth i Márai, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 43

      Przypisy

        Powiązane artykuły

        12.12.2019

        Nowy Napis Co Tydzień #027 / #tyrmand2020, czyli czytajmy Tyrmanda!

        Do upadku komunizmu książki Leopolda Tyrmanda krążyły w drugim obiegu. Dzisiaj pisarz przeżywa swój benefis, podobnie jak wiele zamrożonych przez epokę PRL postaci i zjawisk.

        Jeszcze w latach 80. wytarte egzemplarze Złego i odbijane na powielaczu kopie Dziennika 1954 pojawiały się na rynku tylko jako białe kruki, a o zmarłym w 1985 roku Tyrmandzie ani specjalnie nie pisano, ani nie interesowano się jego amerykańskimi losami. Trwało to od czasu objęcia pisarza cenzurą w połowie lat 60.Zob. J. Pilch, Romans z bruku zrujnowanego, „Tygodnik Powszechny” 1985, nr 43, s. 5.[1] W pamięci czytelników pozostawał „barwnym ptakiem PRL-u” i „człowiekiem w kolorowych skarpetkach”, a w pamięci krytyków – minorum gentium, pisarzem „drugiego gatunku”. Karta miała się jednak odwrócić.

        Zawsze pod prąd

        Jack London przeszedł do historii literatury jako autor powieści przygodowych, mimo że jego poglądy i działania miały dużo głębsze podłoże społeczno-polityczne. Podobnie Leopold Tyrmand – barwny oportunista. Urodzony w 1920 roku w Warszawie pisarz zasłynął jako autor powojennego eposu na cześć stolicy. Wydana w styczniu 1956 roku łotrzykowska powieść miejska Zły szybko stała się tłumaczonym na dwadzieścia języków bestsellerem. Sam autor, ceniony dziennikarz, stał się prawodawcą obyczajowości, organizował pierwsze koncerty jazzowe i pierwszy nosił kolorowe skarpetki, będące symbolem sprzeciwu wobec komuny. Na początku lat 60. nad głową Tyrmanda zawisły ciemne chmury. Toczyły się przeciwko niemu sprawy operacyjne, był szpiegowany i podsłuchiwany, wstrzymywano jego książki, dostawał telefony z pogróżkami, a jego teścia znalezionego powieszonego w celi.

        W 1965 roku wyjechał do Ameryki. Paradoks polegał na tym, że skazany w Polsce na cenzurę i wygumkowany w ojczyźnie z historii, tysiące kilometrów dalej został cenionym publicystą i gwiazdą „The New Yorker Magazine”. Ale Tyrmand to nie tylko Zły. Napisany w czasie siermiężnego komunizmu Dziennik 1954 był w latach 80. drogowskazem dla walczących z komunizmem Polaków. Poglądy Tyrmanda w USA wyostrzyły się, a wobec przemian kulturowych (rewolucja seksualna, rozwój mediów masowych) i politycznych pisarz przyjął postawę konserwatywną. Gdy w Polsce cenzura słabła, a moda na Tyrmanda zaczęła wracać, w marcu 1985 roku pisarz niespodziewanie zmarł. Listy z kondolencjami przysłał sam Ronald Reagan.

        Anglojęzyczna rodzina nie miała kontaktu z Polską, a archiwa po Leopoldzie trafiły do Kalifornii i nic nie wskazywało na to, że zostanie kiedyś w Polsce odkryty jako moralista i myśliciel. Jego emigracyjna publicystyka miała nigdy nie trafić na podatny grunt.

        Leopold Tyrmand i Sławomir Mrożek

        Coś więcej niż mit

        Po 1989 roku „mury runęły”, a kultura zaczęła wyciągać ze śmietnika historii to, co komuniści chcieli zostawić tam na zawsze. Szybko okazało się, że polscy czytelnicy o Tyrmandzie nie zapomnieli. W roku 1990 na polskim rynku pojawiła się powieść Waldemara Łysiaka Dobry, tyrmandowskie tribute to.

        […] Otwarł Złego i zasunął ten cytat, wolno, z powagą. [...] Położył knigę na stole otwartą, jakby chciał rzec: do sprawdzenia! [...] – Czytałem to arcydzieło i pozostałem zdrowy, przynajmniej na tyle, by nie marzyć o zostaniu „tytanem przestępstwa”, i jeszcze na tyle, by rozumieć, jak wytyczyło bieg pańskich marzeń. – Że co, że kicz? Daj nam Boże więcej takich kiczów! – obruszył się „Petro”. – Niech pan nie prosi w moim imieniu, i nie Boga, lecz Tyrmanda. Raz wysłuchał modlitw o warszawski płaszcz ze szpadą, to może machnie jeszcze jeden taki epos, w stylu ortalion z kastetem, i z panem w głównej roliW. Łysiak, Dobry, Warszawa 1990, s. 35.[2].

        Rozwijająca się kultura popularna i rozkwit nowych gatunków, takich jak powieść kryminalna, zaczęły wyciągać z lamusa tego, który polskiej powieści miejskiej dał początek. Jerzy Pilch, opisując bohaterkę Uwikłania Zygmunta Miłoszewskiego, stwierdził, że „jest pisana Tyrmandowskimi zdaniami”, a sam Miłoszewski przyznał mi nawet niedawno, że Zły stał w jego rodzinnym domu między Pismem ŚwiętymPanem Tadeuszem.

        Zły zaczął powracać do Warszawy ze zdwojoną siłą. Agnieszka Osiecka stwierdzała, że:

        Od kiedy Tyrmand zapoczątkował modę na włóczęgę po mieście, na ulicach Warszawy zaroiło się od łazików. Ten rodzaj wędrowca rozpływa się w tłumie, staje się ruchomym punktem w geometrii ulic, skleja się z tkanką miastaU. Ryciak, Potargana w miłości. O Agnieszce Osieckiej, Warszawa 2014, s. 155.[3].

        Odkryta na nowo topograficzna dokładność opisów Tyrmanda – flâneura czytającego Warszawę jak palimpsest – zachęciła wielu śmiałków do podążania tropami bohaterów jego powieści. Odbyły się gry miejskie, popularność zyskały spacery po Warszawie śladami bohaterów Złego. Paweł Kozdrowicz, mieszkaniec Warszawy, od wielu lat na swoim internetowym blogu odszyfrowuje kolejne miejsca akcji powieści. Strona zly.ownlog.com, zawierająca zbiór fotografii i opisów, początkowo oparta była o stare mapy, ale gdy zastąpiła je aplikacja Google Maps, jeszcze wyraźniej się okazało, że w Warszawie opisanej przez Tyrmanda wszystko jest sprawdzalne. XXI-wieczni czytelnicy bezbłędnie odczytali stylistykę powieści, która pierwotnie miała być przecież graphiv novel. Na kanwie powieści o „człowieku o białych oczach”, jak nazywano tytułowego Złego, powstały komiksy, po Tyrmanda sięgnęli graficy, designerzy, muzealnicy. Sztukę sceniczną wystawił Teatr Powszechny i Teatr Muzyczny w Gdyni. Nieopodal Placu Trzech Krzyży odsłoniono mural z wizerunkiem Złego – pieniądze na malowidło zebrano w Internecie, a do akcji promocyjnej włączyli się Marcin Meller, Sylwia Chutnik, Hirek Wrona i Stacja Muranów. Portret samego Tyrmanda czeka z kolei na podróżnych wysiadających z autobusu na przystanku GUS przy Alei Armii Ludowej w Warszawie.

        Kontekstów i nawiązań można szukać dalej. Autorzy filmu fabularnego Stacja Warszawa w jednej z końcowych scen umieścili kadr z białymi oczami spoglądającymi na miasto z jednego z wieżowców. W stolicy funkcjonuje klub piłkarski AKS Zły, drużyna kilka dni temu rozegrała pierwszy mecz po awansie do A-klasy.

        Leopold Tyrmand

        Jaki ojciec, taki syn

        Na początku lat 90. reżyser Janusz Morgenstern przyznawał ze smutkiem, że Złego nie da się już nakręcić, ponieważ nie ma już tamtej Warszawy. Jednak wiek XXI przyniósł technologie umożliwiające wykreowanie każdej rzeczywistości. Czy powieść zostanie zekranizowana? Chce zadbać o to syn pisarza, który został jednym z producentów powstającego filmu.

        Matthew Tyrmand odnalazł polskie korzenie dopiero po latach. Czytając jego książkę Jestem Matthew, syn Leopolda można odnieść wrażenie, że mimowolnie podąża podobną do ojca ścieżką.

        W Chicago spotkałem Barracka Obamę [...] trafiłem na jego wykład, zabrałem głos i miesiąc później musiałem wyprowadzić się z akademika. W tym kontekście jasne jest, że nie lubię Obamy. W tym facecie nie ma istoty, tylko słowa, słowa, słowa. [...] Trudno – pomyślałem, zbierając rzeczy z akademika. Zostałem odseparowany od przeciwników politycznych. Będę z nimi walczył, ideologicznie oczywiście, z wygnaniaM. Tyrmand, K. Sypiewska,  Jestem Tyrmand, syn Leopolda, Warszawa 2013, s. 113.[4].

        „Nowy” Tyrmand od kilku lat ma konto w serwisie Facebook, które bardzo szybko zapełniło się maksymalną liczbą znajomych. Spośród pięciu tysięcy nazwisk, 90 procent stanowią polscy czytelnicy. Często przebywa w Warszawie, najbardziej lubi się bawić na Placu Zbawiciela.

        „Król bikiniarzy” na Placu Hipstera

        hipster: przedstawiciel współczesnej subkultury, funkcjonującej zarówno wśród nastolatków, jak i ludzi po 20. i 30. roku życia i starszych. Wyznacznikiem stylu hipsterów jest deklarowana niezależność wobec głównego nurtu kultury masowej (tzw. „mainstreamu”) i ironiczny stosunek do niego oraz akcentowanie swojej oryginalności i indywidualności. Hipsterzy silnie podkreślają swój wizerunek, rozumiany zarówno poprzez wyrazisty i „artystyczny” strój (m.in. w stylu vintage), jak i poprzez wyjątkowe, nieszablonowe zainteresowania. Pośród hipsterów ceniona jest deklarowana niezależność myślenia, zajmowanie się twórczością artystyczną, zainteresowanie niszowymi formami kultury, w tym muzyką, filmem niezależnym itd.https://pl.wikipedia.org/wiki/Hipster [dostęp 20.08.2019].[5]

        Historia subkultur w drugiej połowy XX wieku pokazała, że polska młodzież potrafiła się odnaleźć w każdej sytuacji. Nosiła bikiniarskie skarpetki, fotochromowe okulary wzorowane na Zbigniewie Cybulskim, wąsy zapuszczone na wzór Lecha Wałęsy, ramoneski czy pasiaste krawaty znane z koncertów Grzegorza Ciechowskiego. „Kolorowe skarpetki” Tyrmanda są ochoczo wspominane przez dziennikarzy i krytyków, piszą o nich w swoich opracowaniach socjologowie i wydaje się, że dziś mienią się już wszystkimi kolorami tęczy. Tyrmand, pionier własnego stylu, błyszczący niegdyś na tle zunifikowanej szarzyzny, prezentuje sznyt dziś niezwykle pożądany. Indywidualizm jest w cenie, gdy powszechnie panuje mainstream i masowa nadkonsumpcja. Obecne młodsze pokolenia są kolejnym wcieleniem marzenia o niezależności. Ich oczy znów spoglądają na Tyrmanda, którego legenda i „warszawskość” na pozycji autorytetu jeszcze bardziej się umacniają. A czy sam Leopold Tyrmand zbliża się, czy oddala od Leopolda Tyrmanda?

        Tyrmand-człowiek nie był przez całe życie „jednym i tym samym” Tyrmandem. Był Tyrmandem różnych czasów, różnych kultur i różnych miejsc. Dziś zyskuje nowe konteksty i nowe odcienie. To dlatego starsi odczytują Tyrmanda przez pryzmat doświadczeń całego pokolenia, a młodsi wychwytują w pisarzu elementy możliwe do zaadaptowania jako role model.

        Mural ze Złym

        Tyrmand-pisarz wciąż nieodkryty

        Tyrmand wciąż się sprzedaje. Jest to zaskakujące, biorąc pod uwagę, że Zły liczy sobie ponad sześćdziesiąt lat, a tekst jest gęsty i nieprzystający do dzisiejszej epoki. Wystarczy jednak zajrzeć na Instagram – nie ma dnia, by pod hashtagami „#tyrmand”, „#leopoldtyrmand” czy „#zly” nie pojawiały się nowe fotografie. Na ostatnich targach książki w Warszawie prozę Tyrmanda można było znaleźć na wszystkich stoiskach antykwarycznych. Każdego dnia ktoś pytał o Dziennik 1954Złego, znaleźli się również amatorzy Życia towarzyskiego i uczuciowego czy Zapisków dyletanta. Bo wraca moda nie tylko na skarpetki Tyrmanda, lecz także na Tyrmanda-myśliciela i Tyrmanda-pisarza. Jego proza, mimo innej sytuacji społecznej, okazuje się ponadczasowa – także ze względu na walory językowe:

        Słownictwo magiczne. Buchalter, hochsztapler, etażerka, szofer, rynsztunek, chuligan, sawantka, sufrażystka. I setki innych. Okraszone pięknie przymiotnikami i przysłówkami – znanymi nam nawet lepiej, ale tak rzadko przez nas używanymiM. Górecki, Zły. Leopold Tyrmand. Wow. Wow. Wow [online] www.michal-gorecki.pl/2015/05/zly-leopold-tyrmand-wow-wow-wow/ [dostęp: 30.05.2015].[6].

        Zły odczytywany dziś jest jak Zorro. Na bohatera o białych oczach każda społeczność od czasu do czasu czeka. Może dlatego piłkarze z klubu AKS ZŁY swój stadion nazywają „Pedro Arena”? Dziennik 1954, napisany przez Tyrmanda po lekturze Roku 1984 Orwella, jest dzisiaj czytany jak raport z oblężonego, totalitarnego kraju. – Polecam ją każdemu, kto chce zrozumieć, jak wyglądał komunizm – mówi Matthew Tyrmand. Z kolei Zapiski dyletantaCywilizacja komunizmu pozwalają lepiej zrozumieć paralele między komunizmem i kapitalizmem, a zmagania autora z amerykańską mentalnością nabierają nowego kontekstu zwłaszcza dzisiaj, w przededniu zniesienia wiz do USA. Pozostała Tyrmandowa publicystyka z USA wciąż jednak czeka na przekład i wydanie.

        Szczególną lekturą dla współczesnego czytelnika może być autobiograficzna powieść Filip – „płaszcz do dorosłości”, pod którym skrył się autor. A skrył się podwójnie: w książce jako bohater, a w prawdziwym życiu jako Żyd legitymujący się w wojennych Niemczech francuskim paszportem. Do niedawna odczytywano książkę niczym kliszę: bezkrwawy odwet na Niemcach, którym Polak pluje do zupy. Dziś czytelnicy odkrywają w Filipie opowieść o inicjacji w dorosłość i dorosłe życie pełne bólu i braku nadziei. Może dlatego Stefan Kisielewski, przyjaciel Tyrmanda, uważał tę książkę za najlepszą w dorobku Lolka?

        #tyrmand2020

        W XXI wieku Leopold Tyrmand zyskał drugie, jeśli nie trzecie życie, wracając do obiegu w ponowoczesnej formie – niepełnej, za to oryginalnej i wybijającej się spośród innych. Z Tyrmandem stało się to, co z filmami Stanisława Barei i butami marki „relax”. To „symulakra” Baudrillarda: kopie bez oryginałuT. Chawziuk, Co nam mówi Jean Baudrillard?, „Kultura Współczesna” 1997, nr 1, s. 29-45.[7]. Wystarczy spojrzeć na wycieczki organizowane po Nowej Hucie, wypożyczalnie samochodów z czasów PRL czy stoiska z gadżetami „spod lady”. W warszawskim Muzeum PRL przy stanowisku „Opozycja” lecą cytaty z utworów Tyrmanda. Do łask powraca oranżada, saturatory i przebrani za milicjantów kelnerzy w pijalniach wódki. Kultura konsumpcyjna w rzeczywistości postpeerelowskiej i ponowoczesnej przekształca wszystko dookoła w produkty do konsumpcji. Nie ominęło to także „kolorowych skarpetek” Tyrmanda i barwnej „biografii” człowieka, który żył w „mitycznej” Warszawie i pisał o jej „mitycznych” mieszkańcach. Czasy komunizmu lat 50. malują się z dzisiejszej perspektywy w szarych barwach, przesłonięte są kurzem z placów budowy i łopoczącymi sztandarami, ponad którymi z krajobrazu wybija się barwny ptak. Ptak, który z upływem czasu odsłania coraz więcej kolorów.

        Nostalgii nie odczuwa się na widok czerwonej flagi i zdjęć Lenina, lecz na widok wódki, którą się wtedy piło, i papierosów, które się paliłoP. Sauter, Czy Lenin żyje? [w:] Nostalgia. Eseje o tęsknocie za komunizmem, red. F. Modrzejewski, M. Sznajderman, Wołowiec 2002, s. 43.[8].

        W wyszukiwarce Google Tyrmand ma 235 tysięcy rekordów. Jak w kalejdoskopie liczne obrazy z życia pisarza rozsypują się, by po chwili być ułożonymi w inne konstelacje. Karnawał trwa, a wszystkożerna kultura popularna nie ma powodu, by przerywać coś, co pisarz sam dawno temu rozpoczął. Można postawić tezę, że Tyrmand ze swoją daleko posuniętą autokreacją mocno wyprzedził epokę i tym lepiej jego legenda odnajduje się w czasach 3.0.

        Początkowo uczyniono go kolejną ikoną współczesnego pokolenia, stawiając go w szeregu z Krzysztofem Komedą, Romanem Polańskim, Markiem Hłasko czy Zbigniewem Cybulskim, a cechy wizerunkowe i osobowościowe pisarza podchwycili przedstawiciele różnych środowisk. Doczekaliśmy jednak czasów, kiedy zataczający coraz szersze kręgi dyskurs o polskiej tożsamości kulturowej sprawia, że chcemy czerpać nie tylko z wizerunku Tyrmanda, ale także z jego dorobku publicystycznego i niezależności myśli, które wyrażał tak w swoich tekstach, jak i w afirmującej wolność postawie życiowej. Jego nazwiskiem nazwano ulice w Warszawie, Łodzi i Wrocławiu. Sejm RP ustanowił rok 2020 „Rokiem Leopolda Tyrmanda”. Lolek wraca z długiej i dalekiej podróży do ojczyzny.

        Fragment komiksu Zły

        Tyrmand jest vintage

        Nasz kłopot z historią polega na tym, że okres PRL zamroził w sferze publicznej dyskusję o bohaterach. Po PRL wylądowaliśmy z masą fałszywych klisz. Trzeba to wszystko wyrzucić do śmieci – mówił dyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego Jan Ołdakowski w wywiadzie dla „Polska The Times”https://polskatimes.pl/oldakowski-prl-zamrozil-nasza-historie-dlatego-teraz-jest-tak-zywa-ludzi-z-zachodu-to-dziwi/ar/c1-9302897 [dostęp: 20.08.2019].[9]. Sam Leopold Tyrmand zwykł uważać, że nie ma nic przeciwko temu, by o nim mówiono, zarówno dobrze, jak i źle. „Najważniejsze – stwierdzał – żeby nie przekręcali nazwiska”. Nie przewidział jednak, że zamiast ludzi przemawiać mogą algorytmy. One z pewnością wychwycą popularność i pod odpowiednimi hashtagami zapewnią każdemu zjawisku popularność, nawet Tyrmandowi, gdy w 2020 roku świętować będziemy w Polsce jego rok. Aplikacje jednak książek za nas nie przeczytają, zresztą, dlaczego miałyby to robić? Napisano je dla nas, kolejnych pokoleń czytelników. A zatem – czytajmy.

        Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
        Źródło tekstu: Marcel Woźniak, #tyrmand2020, czyli czytajmy Tyrmanda!, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2019, nr 27

        Przypisy

          Powiązane artykuły

          26.09.2019

          Nowy Napis Co Tydzień #016 / Ulice pełne ludzkich dramatów. O „Magicznym świetle miasta” Wojciecha Chmielewskiego

          Kim jest Wojciech Chmielewski? Odpowiedź na to pytanie stanowi jednocześnie odpowiedź na pytanie o istotę jego najnowszej książki. Wbrew pozorom jest to też pytanie o wiele szersze i głębsze – nie tylko o konkretną osobę, ale o nas samych, o otaczający nas świat.

          Chmielewski to pisarz, prozaik. Urodzony w 1969 roku. Autor zbiorów opowiadań, w tym Białego BokseraBrzytwy. Autor powieści Kawy u Doroty i niedawno wydanej Belweder gryzie w rękę. Nominowany do Nagrody Angelus i wyróżniony w VI edycji Nagrody im. Józefa Mackiewicza. To wszystko jednak nie ma znaczenia, wydaje się mówić Chmielewski w swoim najnowszym zbiorze. Dlaczego? Kluczowe dla zrozumienia tej książki jest ostatnie opowiadanie. Jest ono chronologicznie ostatnie, ale zarazem jego tytuł stał się tytułem całego tomu. Jest symboliczne i wyjątkowe. Bo nie opowiadanie to wcale, lecz wspomnienie – wspomnienie Marka Nowakowskiego. Chmielewski opisuje w nim swoją przyjaźń z legendarnym pisarzem, który zmarł w 2014 roku. Nawiązuje też do swojego wyróżnienia w Nagrodzie im. Józefa Mackiewicza, której inicjatorem był Nowakowski. Co jednak najważniejsze, przywołuje kilka słów Księcia Polskiej Prozy, które stanowią nie tylko testament Nowakowskiego, ale zarazem drogowskaz dla zbioru opowiadań Chmielewskiego. A może dla realistycznej prozy w ogóle?

          Pomyślałem o dawnym życiu, o iluś tam pokoleniach zaklętych w tych murach. Magiczne światło pokazało się w ciemnych, cudem zachowanych zakamarkach. Miasto jako świat. Jego ulice, zaułki, place, domy, kawiarnie, restauracje. Ludzie, atmosfera, historia. Przeszłość zmagazynowana w murach, pamięci, obyczajach. Jeszcze coś więcej! Promieniowanie, które wytwarza miasto. Bo takie niewątpliwie istnieje. Jego wpływ na ludzi, język. Miasto to nie tylko rzecz materialna. Także duchowość. Duch miasta kształtujący tożsamość jego mieszkańców, kulturę, sprzyjający talentom.

          Tak pisze Chmielewski w opowiadaniu Magiczne światło miasta, przywołując słowa Nowakowskiego. Ostatnie opowiadanie ze zbioru to nie rzewne, nostalgiczne wspomnienie pisarza i banalna reminiscencja wspólnie spędzonych chwil. To przedstawienie swoistego credo Nowakowskiego – człowieka, którego powołaniem było pisanie. Ale pisanie nieprzypadkowe – pisanie o Warszawie, o jej ulicach, o zamieszkujących ją ludziach, ich problemach. Do tego powołania przyznaje się Nowakowski wspominany przez Chmielewskiego. Przyznaje się w jednej z przywołanych przez autora rozmów, ale przede wszystkim w powyższym ustępie traktującym o mieście i wyjątkowej rzeczywistości, którą ono tworzy. Miasto to nie tylko beton, asfalt i szkło – powiada Nowakowski. Miasto to nawet nie ludzie. To duch, który wypełnia przestrzeń, wchodzi w ludzi i tworzy atmosferę, w której wszyscy żyją. Rzecz niemal nieuchwytna. Któż mógłby ją uchwycić? Tylko pisarz. Ale nie każdy. Pisarz pokorny, znający miasto, obserwujący rzeczywistość, rozmawiający z ludźmi, notujący wydarzenia. Takim pisarzem był Nowakowski. Takim pisarzem chce być Chmielewski, jak przyznaje w opowiadaniu Magiczne światło miasta.

          I takim pisarzem w istocie jest. Niech po przeczytaniu powyższych słów nikt nie pomyśli, że jego książka ma jedynie wymiar autorefleksyjny czy wspomnieniowy. W żadnym wypadku. Wszystkie opowiadania stanowią tu wyjątkowy przykład realistycznej prozy. Prostej w języku, ale tworzącej oryginalny świat. Fabularnie zwyczajnej, a jednak ukazującej Warszawę w sposób interesujący i oryginalny. O ile ostatnim opowiadaniem Chmielewski odsłania „przyłbicę” i szczerze mówi o przyświecających mu celach oraz swoim powołaniu, o tyle w poprzednich utworach owo powołanie realizuje.

          Co więc dostajemy? Co widzimy w zbiorze Magiczne światło miasta? Warszawę, a jakże. Ale jaką? Co się w niej kryje? Jedni powiedzieliby, że są to obrazki rodem z literatury „małego realizmu”, nurtu, do którego przez lata błędnie zaliczano Nowakowskiego i do którego z pewnością łatwo byłoby włączyć Chmielewskiego. Inni stwierdziliby, że jest tu dużo więcej niż historie rozgrywające się w obrębie miejskich murów czy kolorowe postaci raczące się alkoholem na ulicach Warszawy. Jest tu mrok, są ludzkie dramaty, odniesienia do historii, popkultury, literatury. Tematyka opowiadań często dotyka takich tematów jak relacje damsko-męskie, wierność, zdrada…

          U Chmielewskiego z pozoru banalne sytuacje prowadzą do problemów wyższego rzędu. Fabuły traktujące o codziennych zdarzeniach dotykają często najgłębszych pokładów egzystencji. Idealnym przykładem jest już pierwsze opowiadanie ze zbioru – Umierać po chorwacku. Historia bohatera, który udaje się na pogrzeb swojej nauczycielki sprzed lat, przemienia się w opowieść o wierności i piętnie zdrady, gdy mężczyzna w trudnym do wytłumaczenia odruchu zaraz po pogrzebie decyduje się na wizytę w burdelu. Zdarzenie to staje się dla niego skazą, a niewierność będzie odtąd ciążyć na jego małżeństwie. Chmielewski za pomocą prostych zabiegów fabularnych pozwala też spojrzeć na różnie pojmowaną śmierć – tę cielesną i tę duchową. Nauczycielka bohatera zmarła niespodziewanie podczas wakacji, które spędzała w Chorwacji. On sam, będąc z żoną na wakacjach w tym samym miejscu, przeżywa katusze, gdy wracają do niego wspomnienia niewierności. Narracja i fabuła wydają się tu niemal błahe. Dialog bohatera z przyjacielem, z którym idą na pogrzeb, jest bardzo prosty. Opis wizyty w domu uciech jest oszczędny, suchy, niemal faktograficzny. Podobnie przedstawiony jest urlop bohatera w Chorwacji. A jednak te proste sytuacje, które same w sobie nie noszą znamion liryzmu czy wielkiej filozofii, układają się w historię wykraczającą poza zwykły „miejski obrazek”. Cierpienie bohatera, waga jego wyborów, piętno winy – tych wszystkich rzeczy nie ukazuje Chmielewski poprzez rozwlekłe opisy świata wewnętrznego, mądre tyrady czy przeintelektualizowane soliloquia. W jego prozie na pierwszym planie są zwyczajne rozmowy, proste gesty, otaczające bohaterów ulice miasta czy (w przypadku tego opowiadania) krajobrazy chorwackiej plaży.

          W książce daje się wyczuć mrok, gorycz, smutek. Chmielewski przygląda się swoim bohaterom, w ich perypetiach nierzadko dostrzegając dręczące ich cierpienie. Często, jak w Psim żarciu, buduje przy tym oryginalne paralele. Główny bohater tego opowiadania dowiaduje się o zdradzie żony – wieść spada na niego w momencie przygotowywania wywiadu z Zofią Posmysz. Autorka słynnej Pasażerki opowiada mu o cierpieniach z okresu Holokaustu. On sam zaś przeżywa własny dramat, w innym wymiarze i o innej skali, ale również bolesny. Na dwóch planach obserwujemy na zmianę relacje Posmysz z czasów wojny oraz przeżycia bohatera mierzącego się z niewiernością żony. Całość jest zaś zespolona przez nietypowy rekwizyt – tytułowe „psie żarcie”, które staje się dla bohatera punktem wyjścia do refleksji o cierpieniu i problemach codziennego życia. Choć wydaje się nieprawdopodobne, że puszka psiej karmy może prowadzić do tego rodzaju refleksji, Chmielewskiemu udaje się zastosować ten chwyt z powodzeniem. Ostatecznie nie odbiega to od sytuacji, które znamy z codziennego życia, gdy trywialne zdarzenia inspirują do rozmyślań, wywołują nostalgię, niepokoją…

          W opowiadaniach Chmielewskiego wielokrotnie napotykamy na ulicach Warszawy ludzi samotnych, zagubionych, nieraz zaglądających do kieliszka. Tak jest w Rondzie ONZ, gdzie główny bohater odbywa nocny spacer „na rauszu”, krzątając się po ulicach Warszawy, zaglądając do kościoła, rozmyślając o swoim życiu, o Bogu, napotykając na swojej drodze wiele różnych postaci. Podobnie jest w Kiedy pada deszcz, gdzie bohater towarzyszy w jednej z warszawskich knajp jej stałemu bywalcowi, a także siedzącej nieopodal parze. Podobnie jest również w Bajce spod szaletu, opowiadaniu, które jak żadne inne w tym zbiorze przystaje do klimatu wczesnych utworów Nowakowskiego. Poznajemy w nim bowiem dwójkę narkomanów i ich świat. Opowiadanie nie zaskakuje, co prawda, konstrukcją jak Psie żarcie, nie uderza powagą podjętego tematu jak Umierać po chorwacku, ale stanowi interesujący fresk z życia warszawskiej ulicy – tej jej części, po której zazwyczaj nie chadzamy. Jednak podobnie jak kiedyś dla Nowakowskiego, tak teraz dla Chmielewskiego celem nie jest delektowanie się „marginesem” i patologią, lecz zaobserwowanie i zanotowanie zdarzeń, ludzi, ich przeżyć. Przeżyć, które, jak zawsze, nieuchronnie układają się w mozaikę trudów i znoju.

          Ludzkie dramaty są w Magicznym świetle miasta tak różne, jak różne są zakamarki Warszawy i setki tysięcy ludzi zamieszkujących to miasto. Chmielewski zdaje się mówić, że to, co przedstawia, to jedynie ów błysk światła, mgnienie oka, pojedyncze zaobserwowane historie. W istocie, czytając ten zbiór, można odczuć, że w dzielnicach Warszawy kryje się o wiele więcej takich historii. Niektóre opowiadania są wyjątkowe, bardziej szokujące, jak opowieść z Kolibra i ja o młodej wdowie, która straciła męża w Afganistanie. W innych dramaty rozgrywają się w spokoju i ciszy. Na przykład w Korytarzu, w którym obserwujemy sceny z życia pewnego muzeum i jego pracowników. We wszystkich swoich historiach Chmielewski patrzy jednak na bohaterów ze współczuciem i zrozumieniem. Jest pisarzem realistą, wiernym prostocie języka i opisu. Zarazem nie ucieka od nawiązań do kultury i sztuki, budujących często w jego utworach dodatkowe znaczenia. Tak dzieje się w dwóch wymienionych opowiadaniach. W Korytarzu opisy obrazów nadają całości niemal wymiar ekfrazy, treść dzieł miesza się z opisami ludzkich historii. W opowiadaniu Koliber i ja duże znaczenie ma muzyka rockowa – jej pasjonatką jest bohaterka, która pragnęła niegdyś zrobić karierę jako gitarzystka. Muzyka staje się dla niej sposobem uporania się z bólem.

          Ból zajmuje w tych opowiadaniach zresztą naczelne miejsce. Każdy bohater przeżywa tu własny dramat. Nie oznacza to jednak, że Magiczne światło miasta to książka depresyjna, przepełniona pesymizmem. Jest to przykład prozy realistycznej, oszczędnej w formie, cichej w ocenach bohaterów i zdarzeń, ale skrupulatnie zbierającej i ukazującej najrozmaitsze, najprostsze szczegóły. Z tych szczegółów powstaje obraz ludzi żyjących w Warszawie, pośród murów, ulic, skwerów, ale przede wszystkim pośród wielorakich problemów. Chmielewski czyni w swoim najnowszym zbiorze to samo, co czynił dotąd, a zarazem to samo, co przez lata czynił Nowakowski – zbiera wydarzenia, notuje, zapisuje, ale nie szufladkuje, nie upiększa. Po prostu stara się zachować miasto takim, jakie jest. I ludzi takich, jakimi są. Dzięki temu w Magicznym świetle miasta może się przejrzeć każdy z nas.

          Wojciech Chmielewski, Magiczne światło miasta, Arcana, Warszawa 2019.

          Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
          Źródło tekstu: Maciej D. Woźniak, Ulice pełne ludzkich dramatów. O „Magicznym świetle miasta” Wojciecha Chmielewskiego, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2019, nr 16

          Przypisy

            Loading...