22.02.2021

na solidarności w każdym innym mieście. w każdy inny wtorek.

skąd u oskarżonej to głębokie cięcie przy tak pustym brzuchu. – pies bengal 

zaledwie mi umarł. kłamię o miejscu twego pobytu. o kierbedzia dalej

podrzucone belki. – podłużna. poprzeczna. za chwilę podźwigną się w całość.

jezus plecami do nieba. maria (chyba maria) dokręca mu śruby. za trzy dni

przysięgnę że zmywała chodnik jak niedzielną podłogę. ani słowa o wtorku.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Maria „Majka” Żywicka-Luckner, na solidarności w każdym innym mieście. w każdy inny wtorek., Czytelnia, nowynapis.eu, 2021

Przypisy

    Powiązane artykuły

    19.02.2021

    Dobra wiadomość jest taka, że oczyściłem sample’a

    pod wosk mam poślizg jak stary grip
    starty jak niebieski i jeśli światło dochodzi

     

    to moja dziewczyna widzi to w klatkach
    bo saszetka jest droższa niż gripex.

     

    w mieście nie znam nikogo, miesięczne plamy mają rocznicę
    dziś wieszam pranie jak zjazd przechyl się pewniej w dół
    krawędź to wers w którym kończy się oddech
    zaczynam schodzić z żelkami i colą

     

    księżyce lutną lunatyzm
    obieram pomarańcz co wyła.

    Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
    Źródło tekstu: Michał Mytnik, Dobra wiadomość jest taka, że oczyściłem sample’a, Czytelnia, nowynapis.eu, 2021

    Przypisy

      Powiązane artykuły

      05.02.2021

      „Republika marzeń” Schulza jako glosa do mitu Mickiewiczowskiego

      Pierwodruk: „Twórczość” 2020, nr 4, s. 141–144.

      Powiedzieć o Schulzu, że gra z wielkimi tekstami, tekstami kanonicznymi, to jak nic nie powiedzieć. Drohobycki prozaik podejmuje niebywałe ryzyko, decydując się choćby na parodyzację Biblii. Podobnie ma się rzecz w przypadku Republiki marzeń. Już w pierwszym zdaniu tego opowiadania narrator ewokuje Mickiewiczowski Epilog. Nie sposób uznać, że zabieg ten jest przypadkowy lub niezamierzony. Tak więc już na samym początku utworu przychodzi nam podjąć intertekstualną grę, której reguły ustala Schulz, wciągając czytelnika w siatkę niemal bałwochwalczego nadpisywania tradycji. Jak pisze Renate Lachmann:

      Aspekt heterodoksyjny, pojawiający się w arabeskach Schulza, jest wynikiem gry literackiej fragmentami mitologii stworzenia różnej proweniencji. Określenie „heterodoksyjny” oznacza dystans do danych mitów wyjściowych i ich stabilnych tradycji, wskazując jednocześnie na szczególny sposób zmiany biegunów, dotyczący funkcji owych mitów w semantyce kulturowej ZachoduR. Lachmann, „Demiurg i jego fantazmaty. Spekulacje wokół mitologii stworzenia w dziele Bruno Schulza”, „Teksty Drugie” 1999, nr 6, s. 103. Przypisy autorki pominięto.[1].

      Mam wrażenie, że z podobnym zabiegiem mierzymy się w przypadku Republiki marzeń, która odwołuje się do jednego z najważniejszych tekstów kultury polskiej, nomen omen, tekstu kodującego mit założycielski tej „polskiej starożytności”, która była okrutna, ale i piękna, warcholska, ale i patriotyczna, nieprzyjazna, ale i kusząca, wreszcie po prostu naiwna. Wyzyskanie Pana Tadeusza i tradycji romantycznej otwiera rozległe pole reinterpretacji. Jawi się jako wytrych do eksploracji dzieł o ugruntowanej semantyce. Jak wiadomo, Schulzowskie projekty literackie zmierzały w stronę poszukiwań pierwotnego słowa, „księgi życia”. Jedną z dróg umożliwiających osiągnięcie tego celu jest tworzenie palimpsestów. I z tego rodzaju twórczością, jak mniemam, mamy do czynienia w przypadku Republiki marzeń.

      Po pierwsze Schulz przywołuje Mickiewicza, aby skontrastować Warszawę z owym miastem marzeń, być może Drohobyczem, na co wskazywałyby pewne dostępne w opowiadaniu instrukcje geograficzne. W ten sposób poznajemy miasto prawdziwe i stolicę – miasto sfalsyfikowane. Schulz parodiuje (?) Epilog, sięga po oczywisty dla wszystkich trop literacki, aby wzmocnić wrażenie obcości Warszawy. To wszystko nie tylko wzmaga jego tęsknotę za republiką marzeń, lecz także konstytuuje ją, jest gwarantem jej istnienia. Co paradoksalne, dopiero w Warszawie republika marzeń staje się w pełni, dochodzi do jej ziszczenia, trzeba bowiem ją wymarzyć, a niesprzyjające temu warunki są najlepszym sposobem realizacji tego konceptu. Marzenie staje się tym silniejsze, im odleglejsza jest jego realizacja. Warszawa jest jedynie pretekstem, aby uciec z niej do marzenia.

      Po drugie, może istotniejsze, chodzi o wykreowanie nowego Soplicowa, o stworzenie glosy do Pana Tadeusza. Jeśli Warszawa jest Mickiewiczowskim Paryżem, to miasto, które pojawia się we wspomnieniach narratora, musi być Soplicowem. Warto zwrócić uwagę, że wieś, soplicowski dworek – do niedawna ostoja polskości – zostaje zastąpiony przez miasto, które Schulz – w przeciwieństwie do innych modernistów – traktuje jako przestrzeń nadzwyczaj przyjaznąPor. J. Jarzębski, „Miasto Schulza”, „Teksty Drugie” 2001, nr 2, s. 49–50.[2]. Miasto jest dla Schulza plastycznym tworzywem, jak przekonuje Jerzy Jarzębski: „[…] w Schulzowskim obrazie miasta widać zarówno modernistyczną ideologię, jak i jej zmierzch, zarówno możliwość apokalipsy, czającą się na dnie eksperymentów z człowiekiem i materią […]”. Widać tu również istotne przewartościowanie polskiej kultury. Oto w wyniku olbrzymich zmian, które dokonały się w  drugiej połowie XIX wieku, nastąpił odpływ idei ze wsi do miasta. Zdeklasowana szlachta zasiliła inteligencję i mieszczaństwo. Miasto utraciło swój, obecny u Mickiewicza, deprecjonujący charakter, stało się przestrzenią życia elit, a więc przestrzenią myśli, nowoczesności. Właśnie dlatego mit Soplicowa zostaje przez Schulza redefiniowany. W nowoczesnym świecie nikt – oprócz garstki oderwanych od rzeczywistości chłopomanów – nie traktuje wsi z jej zacofaniem i postfeudalnym porządkiem jako gruntu, który stwarzałby możliwość rozwoju. W tym aspekcie Schulzowska gra z Mickiewiczem polega wyłącznie na usunięciu pewnego anachronizmu, anachronizmu, który zresztą widział już sam autor Pana Tadeusza.

      Co ciekawe, Schulz glosuje Pana Tadeusza, używając słownictwa zaczerpniętego wprost z twórczości genezyjskiej Słowackiego. Czytamy: „Kraj ten wrasta rok za rokiem w niebo, wstępuje w zorze, przeaniela się cały w refleksach wielkiej atmosfery”„Republikę marzeń” cytuję za B. Schulz, „Republika marzeń”, https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/schulz-republika-marzen.html [dostęp: 10.12.2019].[3]. Oto kolejny przejaw intertekstualnej gry z czytelnikiem. Schulz czerpie z romantycznej tradycji, ale zmienia warunki funkcjonowania świata przedstawionego. Nie jest on, jak u Mickiewicza, światem mijającym, pocztówką ze starożytności, tylko dopiero co rozkwitającym bytem, który wznosi się tu i teraz na oczach czytelników. Świat Soplicowa nie istnieje poza świadomością zbiorową Polaków, natomiast świat Republiki marzeń – co paradoksalne – już istnieje, ale zarazem dopiero się stwarza czy może jest stwarzany. Republika marzeń to zaproszenie do tworzenia, plastyczna przestrzeń, która oczekuje na zapełnienie, na nadanie sensu, czego dowodzą słowa:

      Postanowiliśmy stać się samowystarczalni, stworzyć nową zasadę życia, ustanowić nową erę, jeszcze raz ukonstytuować świat na małą skalę wprawdzie, dla nas tylko, ale podług naszego gustu i upodobaniaTamże.[4].

      W powyższym cytacie oprócz oczywistych zamiarów kreacyjnych ujawnia się także coś o wiele bardziej istotnego, to jest: niezgoda na zastane, na to, co zafundowała narratorowi kultura. Celem Schulza nie jest odtwórczość, ale twórcza eksploracja, odkrywanie nowego, porządkowanie go i nadawanie mu ram prawnych i kulturowych. Idzie nie tyle o wyzwolenie się z poprzedniego mitu, co o stworzenie nowego. Lachmann pisze:

      Surrealistyczna poetyka Bruno Schulza przyznaje sobie – łącząc mity stworzenia z ich rozgałęzionymi tradycjami – prawo do wszelkich dowolności, usankcjonowanych poprzez fantazję jako instancję stwórcząR. Lachmann, „Demiurg i jego fantazmaty…”, s. 105.[5].

      Schulz nie chce bowiem niszczyć mitu Mickiewiczowskiego, ale zagospodarować go, wyeksploatować. Świat Mickiewiczowskiego mitu soplicowskiej sielanki to atrakcyjna kraina do poszukiwań „nowego” sensu. Na gruncie tego, co już zakodowane w Soplicowie, można stworzyć przestrzeń dla siebie samego jako demiurga, eksploratora:

      W tych dniach dalekich powzięliśmy po raz pierwszy z kolegami ową myśl niemożliwą i absurdalną, ażeby powędrować jeszcze dalej, poza zdrojowisko, w kraj już niczyj i boży, w pogranicze sporne i neutralne, gdzie gubiły się rubieże państw, a róża wiatrów wirowała błędnie pod niebem wysokim i spiętrzonymTamże.[6].

      Zdrojowisko, o którym pisze Schulzowski narrator, należy rozumieć jako mit wykreowany przez Mickiewicza, jako Soplicowo pojmowane à rebours, natomiast „kraj już niczyj i boży” – to przestrzeń tworzenia, przestrzeń nieopanowana do końca przez zastane mity i ich oddziaływanie. Szczególnie istotny jest tu epitet „boży”, który uwalnia nader oczywiste skojarzenia z aktem kreacji. Kraj jest o tyle „boży”, że jakiś demiurg darował mu kształt, ale nie nadał znaczenia. I tutaj Schulz dostrzega rolę dla siebie. Lachmann powiada: „Samozwaniec przeciwstawia się jednak temu, który odpowiada za marne i nieudane stworzenie nie jako ten, który pisze, lecz jako ten, który wymawia akt stworzenia”Tamże, s. 104.[7]. Jeśli tak spojrzeć na świat przedstawiony Republiki marzeń, istotne jawi się jedynie to, czego jeszcze nie ma. Jeszcze klarowniej wyłożył to Schulz w pierwszym zdaniu Traktatu o Manekinach albo wtórej księgi rodzaju„Demiurgos – mówił ojciec – nie posiadł monopolu na tworzenie – tworzenie jest przywilejem wszystkich duchów”. B. Schulz, „Traktat o Manekinach albo wtóra księga rodzaju”, https://wolnelektury.pl/media/book/pdf/sklepy-cynamonowe-traktat-o-manekinach-albo-wtora-ksiega-rodzaju.pdf, s. 1 [dostęp: 12.12.2019].[8]. To właśnie Schulzowski narrator stawia sobie zadanie – użyjmy terminologii Lachmann – „wymówienia aktu stworzenia”, czyli podjęcia wyzwania współkreowania przestrzeni. Tu w istocie ujawnia się główna różnica między Panem TadeuszemRepubliką marzeń. Pan Tadeusz jest domykaniem świata, zaś Republika marzeń – jego otwieraniem, „wywalaniem” bram i zrywaniem z monopolem demiurgicznym. Tym, co łączy, jest perspektywa dziecka patrzącego na świat, jednak Mickiewiczowski narrator odczuwa nostalgiczną tęsknotę za Litwą jego dzieciństwa, natomiast Schulzowski – głębokie „niedotworzenie” tego, co go otacza. Owo „niedotworzenie” nigdy nie zostanie przerwane, czego dowodzą słowa:

      W pewnej chwili intryga przenikająca te opowiadania występowała z ram narracji, wchodziła między nas – żywa i głodna ofiar, wplątując nas w swój wir niebezpieczny. Niespodziane odpoznania, nagłe rewelacje, nieprawdopodobne spotkanie wkraczały w nasze prywatne życie. Traciliśmy grunt pod nogami, zagrożeni perypetiami, któreśmy sami rozpętali.

      W świecie republiki marzeń stworzenie, raz puszczone w ruch, nigdy się nie zatrzymuje, przy czym nie waha się również rzucać wyzwania swemu stwórcy. Przez to nie da się stworzyć do końca, ponieważ dla Schulza stworzyć wcale nie znaczy okiełznać. Co istotne, Schulzowska idea tworzenia jest dopełnieniem boskiego nakazu, aby ludzie „zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną”Rdz 1, 28.[9]. Człowiek Schulza zabiera Bogu akt stworzenia, ale nie bierze zań odpowiedzialności, jest jego posiadaczem, ale nieledwie chwilowym, o tyle jedynie, o ile stworzenie tego pragnie.

      Inny wymiar relacji z Mickiewiczem ujawnia wyimek: „Tam chcieliśmy się oszańcować, uniezależnić od dorosłych, wyjść zupełnie poza obręb ich sfery, proklamować republikę młodych”R. Lachmann, „Demiurg i jego fantazmaty…”.[10]. Przytoczony fragment odsłania kompleks Schulza, który jest jedynie młodym adeptem kultury polskiej, marzącym o zerwaniu z dorosłymi, reprezentowanymi w tekście przez Mickiewicza i figurę ojca. To właśnie od nich chce się uniezależnić twórca. Nie chce jednak odbierać należnego im miejsca. Warto nadmienić, że gest proklamowania republiki młodych nie jest niczym innym, jak duplikacją tego, co w latach dwudziestych XIX wieku uczynił sam Mickiewicz. W tym sensie Republika marzeń to utwór dyskursywny, wchodzący w polemikę z tym, co dominuje w polskiej czy, szerzej, środkowoeuropejskiej poetyce. Schulz staje się więc kultywatorem tradycji romantycznej tak, jak „pokolenie brulionu” kilkadziesiąt lat później. Schulz, tak jak romantycy, sięga po nową stylistykę, decyduje się na polszczyznę wielobarwną, statyczną. Broń Boże, nie porywa się na Mickiewicza, raczej podejmuje z nim dialog. Jest niczym „budowniczy” z Republiki marzeń, o którym Jerzy Jarzębski mówi, że – stoi, co intrygujące, nie w centrum świata, ale na jego „krawędzi”, tam bowiem, w oddaleniu od miasta-centrum powstaje owa wymarzona od dzieciństwa „na wpół twierdza, na wpół teatr, na wpół laboratorium wizyjne”. Schulzowscy kreatorzy, budowniczowie działają często „na marginesach rzeczywistości”, dopisują do jej tekstów tekst własny, zapuszczając się w ryzykowne dziedziny oddalone od centrum, siedziby stałego, odwiecznego sensu i odwiecznych wartości. Twórczość jest bowiem aktem, który spina stare z nowym, centrum z peryferiami, solidność z tandetą, realne z onirycznym, a w końcu też przenosi na jedną płaszczyznę wszystkie fazy czasowych cykli, pozwalając odbiorcy dotknąć marzenia o wiecznościJ. Jarzębski, „Miasto Schulza”, „Teksty Drugie” 2001, nr 2, s. 49.[11].

      Jak widać, Schulz nie jest niszczycielem tradycji, lecz jej kultywatorem, co prawda wchodzi w rodzaj agonu z wielkimi poprzednikami, czyli Mickiewiczem – jako największym polskim poetą, twórcą polskiej zbiorowej wyobraźni – oraz ojcem, który miał największy wpływ na kształtowanie Schulzowskiej fantazji, jednak jego celem nie jest burzenie. Marzy mu się imperium sensów, które ulegają wiecznej redefinicji. Wiecznie utracona ojczyzna dzieciństwa, jaką jest Mickiewiczowska Litwa, staje się polem oddanym marzeniu, które próbuje się wyrwać na autonomię. W tym sensie literatura i w ogóle twórczość człowieka staje się polem działania fantazji, która ubogaca, a nie niszczy tradycję. Zresztą Schulz nie istnieje bez tradycji, jego głębokie w niej zakorzenienie stanowi siłę jego sztuki opartej na dwoistości. Jak dowodzi Jarzębski:

      Schulz będzie więc (ironicznym) progresistą i jednocześnie (równie ironicznym) konserwatystą, jedno i drugie jest bowiem możliwe, pod pewnym wszelako warunkiem: że hołdujący tym ideom człowiek ma gdzie się podziać na tej ziemi. I taką rolę – przede wszystkim – pełni Schulzowskie miasto: owo mieszkanie ludzi, ich idei, miar, tradycji i wartości, a także nigdy nie porzucanych marzeń o budowaniu-przemianieTamże, s. 51.[12].

      Słowa Jarzębskiego dowodzą, że w gruncie rzeczy zarówno twórczość Mickiewicza, jak i Schulza są poszukiwaniami własnego miejsca w świecie. Miejsca, które pozwala człowiekowi zapuścić korzenie, zapewnia bezpieczeństwo. Miejsca, którym okazuje się być sztuka.

      ***

      Więcej utworów Dariusza Żółtowskiego znajduje się w naszej czytelni. Zachęcamy do zapoznania się z twórczością autora.

      Artykuł został opublikowany dzięki programowi Tarcza dla literatów.

      Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
      Źródło tekstu: Dariusz Żółtowski, „Republika marzeń” Schulza jako glosa do mitu Mickiewiczowskiego, Czytelnia, nowynapis.eu, 2021

      Przypisy

        Powiązane artykuły

        13.01.2021

        Plac Piastowski

        Spotkajmy się na Placu Piastowskim córeczko

        jeśli po latach zapomniałaś drogę 

        będę czekał na skrzyżowaniu Chrobrego i Wileńskiej

        lub Śniadeckich i Matejki

         

        Odwiedzimy kościół Serca Jezusowego

        a później

        powłóczymy się jak dawniej między stoiskami

        obcojęzycznych biznesmenów 

        może wybierzemy coś w mięsnym kontenerze na uroczysty obiad

        z okazji twojego pobytu

        lub w rupieciarni znajdziemy jakiś stary drobiazg za śmieszne pieniądze

         

        Spójrz ponad głowami kupujących –

         

        W oknie narożnikowego domu

        na pierwszym piętrze stoi chłopiec i patrzy w naszą stronę

         

        Przygląda się koniom wyprzęgniętym z wozów

        opędzającym się od much długimi ogonami

        gospodarzom sprzedającym ziemniaki warzywa owoce

        przekupkom zachwalającym krzykliwie

        rozłożony na straganach nabiał martwy drób

        i krew na czerninę pakowaną jak koktajle Mołotowa

         

        Chłopiec opiera się o biurko ojca (czego nie możesz stąd widzieć)

        na którym stoi posąg Mickiewicza ze spiżu białego brązowionego

        wykonany w warszawskim zakładzie Mintera (co ci się uda kiedyś odczytać)

        i brązowa figurka orła z rozpostartymi skrzydłami

        bez sygnatury

         

        Między nim a nami jest jeszcze w przestrzeni kiosk z gazetami

        szalet publiczny nareszcie oddany do użytku

        i pół wieku

         

        Uważaj – nie pobrudź sobie butów końskimi brykietami

        i nie skręć nogi – minie jeszcze sporo czasu

        zanim zmienią nawierzchnię na placu

         

        Chłopiec teraz zniknie nam z pola widzenia

        pójdzie do szkoły

        a gdy wróci

        w jego mieszkaniu będzie już siedziba Konsulatu Honorowego

        Republiki Federalnej Niemiec

        a przy nowych drzwiach do budynku

        mosiężna tablica rzetelnie informująca o nowych użytkownikach

        lokalu

        z widokiem na Plac Piastowski 

         

        (Mężczyzna z sąsiedniej klatki, 2010)

        Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
        Źródło tekstu: Wojciech Banach, Plac Piastowski, Czytelnia, nowynapis.eu, 2021

        Przypisy

          Powiązane artykuły

          04.01.2021

          Dlaczego nie lubię Krakowa

          Na jednym z najpiękniejszych 
          stoję placów świata 
          i zadaję pytanie: 
          dlaczego tu wracam? 

           

          Kraków nie dba o siebie 
          jak nie zadbał o mnie. 
          W tym czego tutaj nie ma 
          a co zwą powietrzem 
          zawisłą wielka chemia 
          z ulotnym kamieniem: 
          wiatr który kłuje w oczy 
          odpryskiem historii. 

           

          Miasto zrobione z kamienia 
          co idzie do nieba. 

           

          Rzędem domów 
          zbyt niskich na Europę 
          stoi Karmelicka. Niegdyś Czarna 
          dziś znowu czarna to ulica. 
          Na jednym rogu wojsko 
          na innym dom gdzie 
          wszystkie troski codzienne 
          mieszkają. Naprzeciw 
          kształtem misternym w niebo 
          dźwiga się Talowski. 
                                               Stojąc obok niego 
          spostrzegam światło w niebie   
          moje dawne bocianie gniazdo 
          na Michałowskiego. 
                                             Do przyjaciół 
          stąd blisko lecz zmieniam 
          dzielnicę taki mus cichym krokiem 
          przemierzam ulicę 
          Sarego. 
                         Inżynier Józef Sare
          przez blisko ćwierć wieku
          przeszło pół wieku temu 
          miastu patronował.  
                                           W pobliżu 
          wzgórze zamek ale te pominę 
          przenosząc się na Stradom 
          czego jest przyczyną 
          numer dwadzieścia siedem. 

           

          Okazała zdobna cztery piętra  
          z naddatkiem czuwa kamienica. 
          Na niej brud w niej dywany 
          mnie jednak zachwyca rozmach 
          budowniczego. 
                                     Wiedzie linia kręta 
          ganków dziedzińca i w metalu gięte 
          schody zewnętrzne przed pożarem 
          ku wodzie do studni podworca  
          nad którym okrojony 
          jesiennego nieba spłacheć. 

           

          Chłód sieni gardło bramy kafle  
          Godzickiego dają schronienie 
          i bronią przed zgiełkiem. 
          Widomym znakiem czasu 
          są witryny z życiem jaskrawe 
          szyldy niszczenie substancji. 

           

          Miasto zrobiono  
          z kamienia co idzie do nieba. 

           

          Potężny dumny domu 
          godzien lepszych czasów 
          gdybyś stał w towarzystwie kolosów 
          tobie podobnych 
          pachniałoby Europą światem 
          metropolią 
                              tam właśnie 
          gdzie dzisiaj straszą 
          ulice poranione niepewne tramwaje 
          przed instytucją sklepu 
          to dziwne zebranie ta pustka 
          kiedy na wschód trębacz 
          oznajmia dziesiątą już po dniu 
          i ten pył w oczy wiatr 
          kurz noc szaruga. 

           

          Ciemność wygładza zmarszczki 
          uspokaja oddech. Łoskot 
          tramwajów rzadko kroi ciszę 
          zadźwięczy w niej pokora 
          przejrzystość i słowo. 

           

          Kamienne miasto idące do nieba. 

           

          Krok nieśpieszny 
          okryje wszystko pajęczyną 
          ścieżek powrotnych. 
          I znów na jednym 
          z najpiękniejszych placów 
          świata zaśpiewa 
          głos natrętny: 
          a jednak tu wracasz. 

           

          PS. Ze szczerych uczuć 
          choć niemiłym tonem 
          tyradę wygłaszaną 
          kończyć wreszcie trzeba
          zachowując dla miłośników 
          miasta i znawców historii 
          myśl swobodną kwitnącą 
          na ustach pytaniem 
          o prezydenta co albańskie 
          palił papierosy. 

           

          (22 października 1980)

          Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
          Źródło tekstu: Waldemar Żyszkiewicz, Dlaczego nie lubię Krakowa, Czytelnia, nowynapis.eu, 2021

          Przypisy

            Powiązane artykuły

            23.12.2020

            Nowy Napis Co Tydzień #081 / Społeczeństwo zgruzowstałe

            Życie codzienne w Warszawie połowy lat pięćdziesiątych wymagało bowiem nieustającego sprytu i stanowiło wyzwanie dla wciąż jeszcze zgruzowanego społeczeństwaS. Chutnik, „Miasto zgruzowstałe. Codzienność Warszawy w latach 1954–1955”, Wrocław 2020, s. 272.[1].

             

            Nowa książka Sylwii Chutnik, będąca jednocześnie częścią jej dysertacji doktorskiej, Miasto zgruzowstałe. Codzienność Warszawy w latach 1954–1955 została wydana przez Ossolineum w ramach serii Na jeden temat, która w przystępny sposób ma przedstawiać konkretne zagadnienia naukowe. Tym razem tematem jest odradzająca się Warszawa – ciężko o lepszy moment na wydanie takiej publikacji niż Rok Tyrmanda, który właśnie dobiega końca. Jak zapowiada we wstępie sama autorka:

            W niniejszej książce nie chodzi bowiem tylko o sentymentalny zachwyt czy wzruszenie „starymi dobrymi czasami”, ale o próbę oglądu pierwszej połowy lat pięćdziesiątych XX wieku pod kątem zwyczajnych, codziennych czynności. […] Próbuję w tej książce uchwycić i opisać specyfikę pierwszej połowy lat pięćdziesiątych: moment oddawania do użytku osiedli i socrealistycznych budynków już po apogeum obowiązywania tej doktryny i u progu politycznych przemianTamże, s. 5–9.[2].

            Tytułowy neologizm „zgruzowstała” został przez Chutnik zaczerpnięty z wiersza Władysława Broniewskiego. Intrygujący tytuł publikacji można rozumieć dosłownie, jako miasto powstałe z gruzów. Z drugiej strony można powołać się na pracę historyka Marcina Zaremby, który „używa sformułowania «społeczeństwo zgruzowane», aby wyjaśnić, na czym polegała powojenna pamięć zbiorowa”Tamże, s. 34.[3]. Oba te ujęcia pojawiają się w omawianej pozycji. 

            Stosunkowo niska cena publikacji umożliwia każdej zainteresowanej osobie jej zakup. Niestety idzie to również w parze z niską jakością wydania – już po pierwszym przeczytaniu książka sprawia wrażenie dość mocno wyeksploatowanej. Na pochwałę zasługują natomiast bogate i interesujące przypisy umieszczone na dole każdej strony oraz spora liczba fotografii z epoki, które pozwalają odbiorcy lepiej wczuć się w atmosferę minionych lat.

            Książka posiada wadę charakterystyczną dla większości pozycji naukowych. Zaprezentowana na początku metodologia, założenia oraz teorie badawcze sprawiają, że strasznie długo oczekujemy na pojawienie się obrazu głównej bohaterki (Warszawy). Sięgając po tę pozycję, spodziewałam się więcej sprawnego stylu Chutnik. a mniej dyskursu naukowego, co zmienia się w rozdziale dotyczącym kobiet. Widać, że jest to temat autorce bliski, a to przekłada się zdecydowanie pozytywnie na odbiór książki przez czytelnika. 

            Dlaczego 1954–1955?

            Ten konkretny czas został wybrany z kilku powodów, jak autorka podkreślała wielokrotnie w publikacji oraz podczas różnych spotkań promocyjnych, w Mieście zgruzowstałym zajmuje się badaniem codzienności. Do zaobserwowania jakichś tendencji w tej niesamowicie ulotnej dziedzinie niezbędne jest wyznaczenie ram czasowych. Zbyt krótkie nie wystarczyłyby na wyciągnięcie wiarygodnych wniosków, zbyt długie z kolei mogłyby zaciemnić obraz. Następny czynnik stanowią źródła – te lata zostały fenomenalnie sportretowane przez Leopolda Tyrmanda w Dzienniku 1954 oraz powieści Zły, dzięki czemu Chutnik zyskała obszerny materiał badawczy. I w końcu był to moment w historii Polski, w którym powoli czuć wind of change, związany z nadchodzącą odwilżą po śmierci Józefa Stalina. Ponadto w powojennej Warszawie ukończone zostały pierwsze kluczowe założenia urbanizacyjne, które autorka dość szczegółowo omawia w początkowej części książki, czyli Marszałkowska Dzielnica Mieszkaniowa (MDM), Pałac Kultury i Nauki im. Józefa Stalina oraz dzielnica Muranów. Zadaniem każdej z nich było pełnienie ważnej roli w społeczeństwie oraz podkreślanie potęgi Polski Ludowej. MDM z Placem Konstytucji miał przede wszystkim charakter reprezentacyjny, ogromne socrealistyczne rzeźby podkreślały monumentalność budowli. Wszystko było tam jasne, wręcz białe, a przez głośniki puszczano muzykę – celem całości była mobilizacja mieszkańców do wypoczynku i relaksu. Zdawała się krzyczeć: „Odpocznijcie i się zabawcie. W końcu wojna się skończyła!”. PKiN, dar narodu radzieckiego dla narodu polskiego, górujący nad całym miastem miał przypominać o sile ZSRR, jednocześnie podkreślając, do kogo należy władza. Skontrastowany z gruzem leżącym na wielu ulicach, wyglądał absurdalnie. Stał się obiektem licznych żartów Warszawiaków: „Jakie mieszkanie jest w Warszawie najdroższe? To, które nie ma widoku na Pałac Kultury”Tamże, s. 81.[4]. Wreszcie Muranów, wybudowany w miejscu, gdzie dawniej znajdowało się getto, miał symbolizować zakończenie tego tragicznego rozdziału w historii miasta. Tym, którzy mają możliwość polecam wybranie się na spacer z książką po wspomnianych zakątkach – mijane codziennie budynki można zobaczyć w innym, nowym świetle, nie tak jasnym, jak wtedy, ale z pewnością intrygującym i skłaniającym do refleksji. 

            Jaka była Warszawa połowy XX wieku?

            Niezbyt przyjemna dla mieszkańców, niesamowicie głośna, pełna pyłu i gruzu. Pochodził on zarówno z wyrastających jak grzyby po deszczu nowych budynków, jak i z usuwanego gruzu, w którym roiło się od chuliganów opisywanych w Złym przez Tyrmanda. Odtwarzając realia miasta, Chutnik sięga po prasę oraz filmy z tamtych czasów, listy do redakcji Polskiego Radia, a także literaturę: Piątkę z ulicy Barskiej Kazimierza Koźniewskiego, opowiadania Hłaski i Nowakowskiego oraz dzienniki Marii Dąbrowskiej, Zofii Nałkowskiej, Anny Kowalskiej czy Andrzeja Kijowskiego. Rozprawia się w książce z licznymi mitami dotyczącymi ówczesnych czasów, jak słynna plotka dotycząca wyboru między Pałacem Kultury a metrem dla Warszawy, którego w rzeczywistości nigdy nie było. Przywołuje też nieznane szerzej osiągnięcia połowy lat pięćdziesiątych, jak chociażby wagon żłobkowy, który kursował w latach 1949–1958 na trasie Dworzec Wschodni–Gocławek. Był to pojazd przystosowany do przewożenia dzieci do ośrodków opieki dziennej, wyposażony w specjalne łóżeczka dla niemowląt, kojce, bieżącą wodę czy ogrzewanie. Wspomina widoki charakterystyczne dla ówczesnej ulicy warszawskiej jak tramwajowe winogrona. Nie ogranicza się jedynie do referowania opisów przeczytanych w innym źródle, sięga zdecydowanie głębiej. Próbuje przenieść nas na Bazar Różyckiego za pomocą opisów smaków, zapachów i dźwięków. Warszawa jawi się jako miasto niesamowicie głośne – nieustannym odgłosom robót budowlanych towarzyszą klekoczące tramwaje oraz trzeszczące komunikaty nadawane z licznych głośników. W przytoczonym do redakcji czasopisma „Po Prostu” liście możemy przeczytać: 

            Głośniki ryczą, charczą bez przestanku. Hałas okropny, tak że trudno nawet porozumieć się z kasjerem przy kupnie biletu. Polki „hopaj siup” na przemian z ognistymi oberkami lub tkliwymi tangami. Człowiekowi wprost chce się wyć! Zainterpelowana przeze mnie służba kolejowa przyznała, że tej wrzawy ma wyżej uszu, że w tym hałasie nie może pracować, że im wszystkim działa to na nerwy i że marzą, by zniesiono głośnikiZa: tamże, s. 137.[5].

            Jednym z największych problemów logistycznych Codzienności Warszawy opisywanej przez Chutnik była kwestia prania. Słynna „Frania” weszła do użytku dopiero w 1958 roku, do tego czasu trzeba sobie było radzić ręcznie. Mieszkania były małe, praktycznie niemożliwe do wywietrzenia; brak odpowiedniej wentylacji prowadził do zawilgocenia budynków. O skali problemu niech świadczy fakt, że regulowały go specjalnie rozporządzenia Prezydium Rady Narodowej Warszawy. Rozpisywano grafiki, komu i kiedy wolno zrobić pranie we własnym mieszkaniu. Liga Kobiet wywalczyła przekształcenie pomieszczeń w blokach na suszarnie oraz pralnie, co pomogło zażegnać sąsiedzkie spory i znacznie ułatwiło codzienność Warszawianek.

            Festiwal

            Najważniejszym wydarzeniem kulturalnym w 1955 roku dla Warszawy był V Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów. W sklepach pojawiły się od dawna niedostępne towary, postawiono kioski z napojami chłodzącymi oraz oddano większość kluczowych projektów architektonicznych. I chociaż wydrukowane plany miasta zawierały białe plamy – zostały ocenzurowane „ze względów strategicznych” – to goście z całego świata nie mieli najmniejszego problemu z nawiązywaniem bliskich relacji przyjacielskich z warszawiakami. „Poststalinowski karnawał” trwał w najlepsze, podobno: „W prawobrzeżnej Warszawie można jeszcze spotkać paru rodaków w sile wieku, wyróżniających się ciemnym kolorem skóry i mówiących najczystszą praską mową”Za: tamże, s. 225.[6].

            *

            Niemożliwym wydaje mi się lektura tej książki bez porównań do dzisiejszej codzienności Warszawy. Momentami można mieć wrażenie, że problemy mieszkańców miasta (pomijając kwestie polityczne) niewiele się zmieniły. Większość mieszkańców Centrum narzeka na hałas. Pozbyliśmy się pyłu budowlanego, ale w zamian za to trujemy się, wdychając smog. Nawet pejoratywne określenie „słoiki” nie jest niczym nowym, w latach 50. narzekano na „wołominizację kultury”, za którą rzekomo odpowiadali ludzie przyjeżdżający do pracy z okolic Wołomina. Mamy za mało żłobków i przedszkoli. Chyba tylko korki samochodowe są autorskim pomysłem naszych czasów.

            Książkę Chutnik polecam  szczególnie osobom młodszym, ponieważ może stanowić wspaniały przyczynek do dyskusji z rodzicami i dziadkami, którzy mają szansę pamiętać niektóre z opisywanych wydarzeń. Miasto zgruzowstałe może obudzić również wspomnienia osób starszych. Relacje o Warszawie od kilkunastu lat zbiera chociażby Muzeum Warszawskiej PragiWięcej informacji o Projekcie Archiwum Historii Mówionej: https://muzeumpragi.pl/archiwum-historii-mowionej/ [dostęp: 10.12.2020][7] w postaci nagrań, które pomagają ocalić historię od zapomnienia, tworząc fonograficzną mapę miasta.

             

            S. Chutnik, Miasto zgruzowstałe. Codzienność Warszawy w latach 1954–1955, Wrocław 2020.

            Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
            Źródło tekstu: Aleksandra Siwek, Społeczeństwo zgruzowstałe, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 81

            Przypisy

              Powiązane artykuły

              03.12.2020

              Nowy Napis Co Tydzień #078 / Po trzech latach…

              Cykl Moja Białoruś osobista, do którego odnosi się poniższy komentarz można przeczytać tutaj.

               

              Wróciłem. Napisałem publikowany tu we wcześniejszych odcinkach tekst sprawozdawczy, to i owo opowiedziałem kilku osobom – i zanurzyłem się z powrotem w tematykę mych normalnych prac historycznych. Bliska mojemu sercu Białoruś powróciła w krąg spraw ważnych, ale niejako odświętnych – nie śledziłem jej codzienności społecznej, a tym bardziej politycznej, sporadycznie spotykając jedynie białoruskie wątki kulturowe podczas moich wędrówek po bliskich Białorusi pograniczach Łotwy, Litwy i oczywiście na naszym Podlasiu. Jest takich treści dużo.

              Po trzech latach Białoruski Sierpień 2020 uderzył we mnie nagle – i mocno. Czterdzieści lat wcześniej byłem młody – i z podobnym wewnętrznym napięciem pojechałem do Stoczni Gdańskiej. Po osiemdziesiątce takie wyprawy są nieco trudniejsze. Przede wszystkim liczy się jednak wzgląd inny. 

              Stocznia była w Polsce, byłem u siebie. Białorusinem nie jestem – ich sprawie mogę sprzyjać, mogę o niej opowiadać w świecie, na pewno mogę się o nią modlić, ale nie powinienem się w nią bezpośrednio wtrącać. Białoruska racja stanu jest może w tej chwili bardzo bliska racji stanu polskiej, ale nie jest z nią zasadniczo tożsama. Tę swoją rację stanu powinni określić, nad nią dyskutować i ją realizować – sami Białorusini. Polak może – i moim zdaniem chyba powinien – im w tej realizacji w jakieś mierze pomagać, ale z pozycji życzliwego bezpośredniego sąsiada, a nie jakkolwiek rozumianego „starszego brata” ani „przewodnika na drodze do Europy”. A chcąc wypowiadać się na tamtejsze tematy, musi starać się zrozumieć najpierw szczególną specyfikę Białorusi, jej niepowtarzalną inność od każdego z jej sąsiadów. W tym – od Polski. 

              * 

              Aktualna sytuacja na Białorusi wymyka się wszelkiemu opisowi. Jest dramatyczna, zastanawiająca, ale przede wszystkim zmienna z dnia na dzień. Pisząc te słowa wieczorem 29 listopada 2020 roku, wiem, że już za tydzień okażą się one jakoś odległe od nowej, dynamicznie narastającej rzeczywistości. Jaka okaże się ta odległość, przewidzieć trudno, ale zastanawiać się nad biegnącym procesem zmian muszę – i chcę. Nie tylko z gorącej sympatii dla Białorusinów, lecz także z troski o własną polską skórę…

              Obserwujemy bardzo ostry i rozszerzający się ciągle konflikt między wyłaniającym się z mgły i rosnącym białoruskim społeczeństwem a wciąż silną, choć stopniowo topniejącą władzą Aleksandra Łukaszenki. Dopływające informacje dotyczą głównie wydarzeń ulicznych Mińska i kilku dużych miast, w tle widać oczywiście masę studentów wszystkich specjalności, ale także wrzące ważne zakłady pracy i niektóre wyraziste środowiska zawodowe: najpierw ukazali się informatycy, zaraz potem służba zdrowia, wykładowcy wyższych uczelni i znane postacie ze świata kultury. Jutro dowiemy się pewnie o następnych… Mapa protestów poza Mińskiem wskazuje na Grodno i Brześć, ale także między innymi na Witebsk, Mohylew czy Homel, a więc na bliską rosyjskiej granicy Białoruś Wschodnią. Pojawiają się też na niej pierwsze miasta mniejsze, jak Zasław, Mołodeczno czy Orsza. 

              Warto zastanowić się nad mechanizmami rozszerzania się tych manifestacji. Ich aktywni organizatorzy z różnych miejsc są oczywiście w ciągłym kontakcie. Jak jednak wiedza o ogólnokrajowej skali wydarzeń dociera do zwykłych, do wczoraj całkiem biernych politycznie mieszkańców miast i miasteczek, którzy dziś właśnie po raz pierwszy w życiu przymierzają się do zbiorowego wyjścia na ulicę? O takim scenariuszu nie opowiadają im przecież podległe Łukaszence media. Informacja, przestroga i zachęta, płyną po prostu z ust do ust. „Jakieś plotki” – powiedzą sceptycy. „Wszędobylska wieść gminna, tak jak kiedyś” – zafascynują się entuzjaści.

              Mówi to coś o socjologii tego protestu i o jego motywacjach. Zaczął się chyba jako inteligencki i stołeczny, szybko przekształcając się po prostu w wielkomiejski. Wielkomiejskość w pierwszych tygodniach oznaczała wielokilometrowe pochody główną, strasznie długą i elegancką arterią miasta. Stopniowo w opisach starć z milicją pojawiły się „podwórka”. W zbudowanym „na nowo” w czasach sowieckich Mińsku podwórek w naszym polskim rozumieniu nie ma, są szerokie, otwarte i pozbawione mieszczańskiej intymności przestrzenie w osiedlach dziesięciopiętrowych bloków. Oznacza to, że odbywające się tu manifestacje ludności zmieniają swe oblicze, stają się mnogością wydarzeń osiedlowych, a więc nie anonimowych, a skupiających grono sąsiadów. Kiedy tu manifestuję, wszyscy na około widzą, co ja myślę… Prawie całe nasze „blokowisko” jest tu razem, wcale nie same oszołomy! A ci, których tu dziś nie ma, to tchórze i wypędki… 

              Na miejscu Łukaszenki byłbym się nad tym zastanowił z dużym niepokojem. Uliczny pochód rozgonić łatwo, ale rozpędzenie całych kolejnych osiedli mieszkaniowych okazałoby się znacznie trudniejsze. Technicznie, militarnie, politycznie… Hałas by się zrobił na cały świat…

              Ale pomyślałbym o tym także z perspektywy białoruskiego opozycjonisty. Dokonała się wielka rzecz. Niezaprzeczalnie odnieśliśmy duży sukces – rozpaliliśmy obywatelską wyobraźnię białoruskich miast. Uwidoczniła się w nich wspólnota odważnego protestu, wyrażonego zbiorowym gestem. Co dalej? Zadając sobie to kluczowe pytanie, trzeba ocenić najpierw realny zasięg społeczny tej wspólnoty i sens wybranego gestu protestacyjnego. Kto już stanął w manifestacji, kogo jeszcze nie widać?

              W układzie generacyjnym społeczeństwa widoczne są tu dwie kategorie pokoleniowe: młodzi i najstarsi. Tak bywa zawsze i wszędzie: pokolenie średnie, skupione na karierach zawodowych i dostatnim życiu własnej rodziny, nigdy nie śpieszy do zachowań opozycyjnych. W płaszczyźnie socjalnej – uderza brak wsi. I nad tym trzeba się zastanowić. Wieś posowiecka to z europejskiej perspektywy ziemia naprawdę nieznana: rolnictwo bez gospodarzy, bez indywidualnego ducha drobno-hektarowej, ale ciągłej przedsiębiorczości, rolnictwo dyrektora i parobków. Bariera cywilizacyjna, ekonomiczna i psychologiczna między wsią a miastem jest w przestrzeni posowieckiej bez porównania silniejsza niż w Polsce, ale i w całej, niby też przez komunę niegdyś mocno skolektywizowanej Europie środkowo-wschodniej. Istota tej różnicy mierzy się nie tyle zawartością kieszeni czy odległością od miasta, ale rozległością świata, w którym ma upłynąć ludzkie życie. Wieś była tu zawsze światem odrębnym i zamkniętym, żyła poza wszelką polityką. Chłop tutejszy nie był nigdy obywatelem. Nie miał nim być. To spadek nie tylko po ZSRR, ale i po Rosji carskiej. I tak zostało – warto poczytać bardzo mądrą, wydaną w Polsce kilka lat temu książkę Anny Engelking Kołchoźnicy. Antropologiczne studium tożsamości wsi białoruskiej przełomu XX i XXI wieku – przerażająco gruba, ale czyta się wspaniale i pomaga zrozumieć ten wielki problem Białorusinów.

              Jak na taką wieś ma wkroczyć Białoruski Sierpień 2020? Co tam ogłaszać i jakiej odpowiedzi oczekiwać? Masowych pochodów w kołchozach nie będzie, strajki dla rolnika są oczywistą głupotą, a doroczny kalendarz przyrody zawsze okaże się ważniejszy od miejskiego pośpiechu wydarzeń i pseudo-wydarzeń politycznych. Może więc wyjściowe pytanie trzeba postawić całkiem inaczej: jak dowiedzieć się, czego chcą dzisiejsi kołchoźnicy, jak chcą zmieniać swój świat, czego oczekują dla swych dzieci i wnuków – i co im w tych pragnieniach przeszkadza? Takiej wiedzy, czy choćby intuicji socjologicznej, nie zdobywa się w miastach – ani w ich eleganckich gabinetach i bibliotekach, ani na asfaltach nowoczesnych arterii. Ona stopniowo wyrasta z doświadczeń środowisk wiejskich. Odwieczną siłą Białorusi jest jej niezłomna, milcząca wytrwałość. Jej duchowych ziaren szukałbym przede wszystkim na wsi. 

              We wszystkich relacjach z wydarzeń ulicznych na Białorusi podkreślany jest wyjątkowo liczny udział kobiet, starców i osób fizycznie niepełnosprawnych. Uderza też akcent na zdecydowanie pokojowy, wręcz dobroduszny stosunek manifestantów do brutalnych Łukaszenkowych „siławikow”, przy czym w tekstach komentatorów przywoływane są tradycje wielkich twórców ruchów non-violence – Mahatmy Ghandiego czy pastora Luthera Kinga. Warto może zauważyć, że protestującej mińskiej babci-emerytce, a może nawet i podtrzymującej ją w pochodzie wnuczce-studentce, nazwiska te są jednak zupełnie nieznane. Pokojowy charakter wystąpień i specyficzną dbałość o powstrzymanie się od wszelkiej agresji wiązałbym tu raczej z odwieczną tradycją kultury białoruskiego ludowego prawosławia: pochód jest tu przeżywany trochę jak procesja i wymaga odpowiedniej atmosfery i szczególnego, kulturalnego stylu zachowań. Taki dyskretnie religijny pogłos wiary, często zapomnianej w dreptaninie zwykłej codzienności, odzywa się czasem w chwilach, kiedy zbiorowe uniesienie godności musi mierzyć się z ordynarnym osobistym lękiem: rację mam ja – przeciwnik ma broń i milicyjną „sukę”. Podobny nastrój dziwnej powagi całkiem młodych stoczniowców gdańskich pamiętam też z polskiego Sierpnia 1980. 

              Ale nie jest to tylko cecha naszej słowiańskiej – białoruskiej czy polskiej – mentalności. Paręset lat przed narodzeniem Chrystusa starotestamentalny Żyd-psalmista śpiewał swym prześladowanym rodakom: „Pan jest mocą swojego ludu! Pieśnią moją jest Pan…”

              Nie osiągnęli wtedy w swej walce ostatecznego sukcesu. Ale nie ulegli, przetrwali – o tysiąclecia dłużej niż ich ówcześni prześladowcy. Żyvie B’ełarus’!

              Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
              Źródło tekstu: Bohdan Cywiński, Po trzech latach…, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 78

              Przypisy

                Powiązane artykuły

                12.11.2020

                Nowy Napis Co Tydzień #075 / Kto chce przeczytać, musi umieć być cierpliwy

                Miasto – kwadraty, koła, wszelkiego rodzaju wielokąty, nazwy ulic, placów i parków – opowiada niestrudzenie swoje historie. Historie zdobywców i władców. Nadać miejscu czyjeś imię, to uczynić tę osobę nieśmiertelną. Piotrogród tworzący mit cara Piotra od 1924 roku do początku lat 90., znany światu jako Leningrad, a od 1991 roku ponownie przemieniony w Petersburg, stanowi symbol zwycięstwa nad siłami natury. Historie zamknięte w mieście przypominają jego ulice – są kręte, a niektóre zupełne ślepe. Miasto czyta się poprzez pisarzy i ich bohaterów. Petersburg zawsze będzie miastem Fiodora Dostojewskiego, Praga należy do Franza Kafki, Dublin trzeba zwiedzać poprzez Jamesa Joyce’a. Londyn kojarzony jest przede wszystkim z Charlesem Dickensem, Paryż z Honoré de Balzakiem, Moskwa z Michaiłem Bułhakowem. Twórcy powieści detektywistycznych oraz powieści graficznych przekonują: miasto bez swojego bohatera sobie poradzi, ale on bez miasta już nie. Kim byłby Batman bez Gotham City albo Eberhard Mock bez Breslau? Raz odczytane miasto staje się tekstem ciągle aktualizowanym, a przez wydawałoby się znane stronice (szyldy, tabliczki, pomniki) zaczyna przebijać jeszcze inny obraz. Inny tekst, inne życiorysy. Historie mniej znane, skwapliwie przykryte kolejnymi warstwami zgliszczy, betonu, bilbordów reklamowych. Wspominam o tym dlatego, ponieważ każdy, kto próbuje przedstawić swoją wizję miasta, zwłaszcza miasta już nieistniejącego, ale wciąż przebijającego przez ulice i budynki, porywa się na rzecz śmiałą. I już za to należą się słowa uznania. Powieść Łukasza Stachniaka Kto chce jeść mięso, musi umieć zabić budzi natomiast zupełnie sprzeczne uczucia.

                Jesień, chłodna i zmokła, prawdziwie warszawska

                Listopad 1905 roku. Parę tygodni wcześniej car Mikołaj II wydał manifest konstytucyjny, w którym zapowiadał wolność wyznaniową, prawa wyborcze dla wszystkich warstw społecznych oraz powołanie Dumy. Świat przecierał oczy ze zdumienia: oto państwo carów, ów strażnik Europy, nagle zaczyna głosić te same hasła, co rewolucyjna Francja sto lat temu. Ale też i przez sto lat nazbyt wiele się zmieniło: pojawiły się nowe państwa rozpychające się na arenie międzynarodowej, trwał wyścig kolonialny, zaś rewolucja przemysłowa zrodziła nie tylko maszynę parową, ale również nowe idee władzy i pracy. Przecierali też oczy Rosjanie, widząc w manifeście pogwałcenie trzech zasad rosyjskości: samodzierżawia (niepodzielnej władzy cara), prawosławia oraz ludowości. Co wie o tym Warszawa kreowana przez Łukasza Stachniaka? Niewiele. Niby gdzieś tam toczy się wielka historia, ale ulica ma swoje problemy. Jeśli coś z obietnic cara przebija się do powszechnej świadomości, to nie kwestie wolności języka, edukacji, wszystkie te salonowe spory narodowościowe, ale konkrety: kto i kiedy wyjdzie z więzienia na mocy amnestii. Bo każdy wypuszczony z więzienia to czyjś brat, ojciec lub syn, a to chcąc nie chcąc są ręce do pracy. Taka jest też Warszawa z kart powieści Kto chce jeść mięso… – miasto zaprzątnięte własnymi problemami, a nie nagłówkami gazet. Warszawa nie jest stolicą, bo nie ma już kraju. Przypadł jej w udziale los innych miast, które próbowały jakoś utrzymać się na powierzchni i nie utonąć w chaosie. Los tykającej bomby czekającej eksplozji, do której niechybnie musi dojść, ponieważ miasto jest dzielone do spółki przez bogaczy i biedotę. Na taką powieść z pewnością czekaliśmy. Warszawa pod piórem Stachniaka śmierdzi, głoduje i kopuluje. To jakieś niepojęte perpetuum mobile, napędzające się od dnia do dnia kolejnego. Przeżyć – zdaje się ryczeć każda ulica. Brud, błoto, zgnilizna. Zepsute zęby i zepsute dusze. Z każdym krokiem ulica mlaszcze błotem, jątrzą się rany, na które nie ma lekarstw, chuć nie ustaje – taki jest świat Łukasza Stachniaka. Co więcej, autor umiejętnie go opisuje, jak w tym pełnym właściwego sobie wdzięku cytacie:

                Nastała jesień, chłodna i zmokła, prawdziwie warszawska. Coraz częściej nad miastem obrywały się chmury, spłukując zlewnym deszczem uliczne nieczystości wprost do wąskich gardeł kanalizacji, które nierzadko je zwracały. Tunele wyczerpanych rynien roniły rdzawe potoki żalu. Przydrożny muł podchodził pleśnią. Dzień poddawał się nocy, która wczesnym zmierzchem ścieliła gęstą mgłą bladoczerwone dachy. Pranie, rozwieszane na grubych sznurach, zamiast wysychać, przechodziło zgnilizną wilgotnych poddaszy.

                Wiślany szlam i choroby duszy

                Brud, wszechobecne błoto, smród są głównymi bohaterami Kto chce jeść mięso… Ich opisom Stachniak poświęca znaczną część powieści. Są one drobiazgowe – zwłaszcza rejestrowanie wszelkich mlaśnięć związanych z jedzeniem surowych ryb i ślimaków, czy precyzyjnie odmalowane poszczególne opisy zdejmowania skóry ze zwierzęcia. Nadto opisy te występują w takiej ilości, że konkurują o palmę pierwszeństwa z fabułą. Spośród kilku bohaterów na czoło wysuwa się Odolan Lajzer. Przedstawiciel półświatka odznaczony przez naturę nie tylko wysokim wzrostem, siłą, magnetyczną osobowością, ale również zniekształconą źrenicą. „Masz złe oko”, „źle patrzysz”, „rzucasz urok” – będzie przewijało się przez usta niemal każdej z postaci powołanej do życia przez Stachniaka. Odolan ma żonę (znachorkę) oraz syna Neftaliego, który jest niepełnosprawny. Pewnego dnia los uśmiecha się do Lajzera: w wyniku zamieszek w mieście udaje mu się wejść w posiadanie sporej ilości wódki. Jeśli tylko umiejętnie ją sprzeda, będzie ustawiony do końca życia. Być może będzie nawet mógł wynieść się z bliskiego sąsiedztwa Wisły, która przynosi tylko szlam i choroby.

                Warszawa początku XX wieku to arena starć przeróżnych grup przestępczych. Swoją grupę mają chwalcy, czyli Żydzi, ale są również dopiero co przybyli czarnosecińcy na usługach Ochrany. Wśród mieszkańców budzą trwogę zwłaszcza Azjaci z głębi Imperium Rosyjskiego. Wokół pasa mają przywiązane głowy psów, co ma podkreślać ich okrucieństwo, co Stachniak opisuje aż nadto wyraziście. W świecie miejskich gangów nic nie pojawia się ot tak i nic nie zmienia nagle swojego właściciela. Alkohol, który miał przynieść Odolanowi możliwość awansu, szybko staje się dla niego wyrokiem śmierci. Jakby tego było mało, w jego domu zjawia się tajemniczy mężczyzna potężnych rozmiarów, który szantażuje bohatera: albo znajdzie dzieci uprowadzone z Wilczej Wyspy, albo zginie jego syn Neftali. Akcji pikanterii dodaje fakt, że od todreśników, żydowskich przemytników bimbru, zamieszkujących Wilczą Wyspę na Wiśle, sam Odolan uciekł kilka lat wcześniej. Przeszłość i rodzinne sekrety raz jeszcze wyciągają po niego swoje szpony i szepczą, aby wrócił na Wilczą Wyspę.

                Kto chce jeść mięso… nie jest pierwszą książką, która do swej fabuły wprowadza wiślaną wyspę. Kilka lat temu uczynił to w swojej powieści detektywistycznej Tomasz Konatkowski. Wilcza Wyspa, której głównym bohaterem był komisarz Adam Nowak z komendy stołecznej. Nawet jeśli nie była to książka porywająca (do moich faworytów należą Przystanek śmierć oraz Bazyliszek), to pokazała, że każde miasto ma swoje upiorne miejsce, które pozostaje skwapliwie zasłonięte kurtyną niepamięci. Łódź ma obóz dla dzieci polskich przy ulicy Przemysłowej z czasów drugiej wojny światowej, mój rodzinny Olsztyn ma Kortau z przełomu wieków. Warszawa jest pod względem historycznym w świetnej sytuacji fabularnej – tu tematy leżą niemal na wyciągnięcie ręki i każdy spacerujący po stolicy zdaje sobie sprawę, że to miasto jest zbudowane na poprzednim (i jeszcze poprzednim, i jeszcze…). Tematy getta warszawskiego czy powstań – zarówno z 1943, jak i 1944 roku – są częstym motywem powieści. Czy tak stanie się też z wiślaną wyspą? Trudno wyrokować, ale Łukasz Stachniak pokazuje, że w Wilczej Wyspie tkwi potencjał. Sama wyspa nie zwróci na siebie uwagi czytelnika, musi dojść do tego dobra fabuła. I tu już warto przyjrzeć się dokładniej Kto chce jeść mięso…

                Interesująca jest Warszawa, która mówi jakimś językiem wspólnym, będącym połączeniem polskiego, jidysz, rosyjskiego. Podobnie wrażenie robi – i to jest największym dla mnie atutem powieści Stachniaka – absolutny tygiel wierzeń, przesądów, zabobonów. W każdym rozdziale autor przywołuje którąś z mądrości ludowych lub powiedzenie żydowskie. Dodaje to ciekawej egzotyki i niesamowicie urozmaica dialogi bohaterów. Z tygla wierzeń wypływają różne sposoby widzenia świata. Jedni oddają część Archaniołowi Michałowi, inni wołają na pomoc dybuki. Właśnie przecinanie się światów – realnego i metafizycznego – jest urzekające. Klątwy żydowskie sąsiadują z prawosławnymi zaśpiewami – tu wydaje się, że nikt nikogo nie słucha, ale jednocześnie wszyscy się doskonale rozumieją. Stachniak idzie krok dalej, przełamuje granicę między realnym a metafizycznym, ale również sprawia, że nie jesteśmy pewni czyimi oczami oglądamy świat, ludzkimi czy zwierzęcymi? Fragmenty książki sugerują, że poznajemy świat z lotu ptaka, ale nie opuszcza nas przeświadczenie, że może podążamy za wzrokiem postaci, która znalazła się w doskonałym punkcie obserwacyjnym. To zacieranie granic wprowadza dodatkowy walor niepokoju metafizycznego, dzięki czemu czyta się Kto chce jeść mięso… z dużym zainteresowaniem. Jednocześnie to, co stanowi o atrakcyjności tej powieści jest niestety jej słabością. Mamy postać Generała (człowieka) i Generała (psa) i w tym przypadku brak jednoznaczności, czyimi oczami patrzymy na świat – przy tak ważnych dla powieści bohaterach – jest zwyczajnie męczący. Galimatias zaczyna się również wtedy, gdy autor wprowadza retrospekcję (w połowie powieści). Plany teraźniejszy i przeszły mieszają się nazbyt swobodnie ze sobą i czytelnik już nie wie, czy czyta o Odolanie, czy jednak o kimś innym. Do minusów należy zaliczyć też brak zachowania proporcji: opis obdzierania zwierzyny ze skóry zajmuje kilka stron, podczas gdy transformacja kluczowej postaci z chłopca w młodzieńca, która zajęła dziesięć lat, mieści się raptem na półtorej strony.

                Ponieważ nie zdradziłem nadmiernie sensacyjno-obyczajowej fabuły, to napisać mogę, że w równym stopniu, co o przemocy, jest to książka o sile uczuć. Odrzuconej miłości, poświęceniu i trudnych wyborach. O klątwach dziedziczonych z ojca na syna, które przerwać może dopiero następne pokolenie. Jest tu też kolejna wariacja na temat odwiecznej rywalizacji między Jakubem a Ezawem. Konfliktu wyniszczającego, z którego nikt nie wychodzi zwycięsko. Rykoszetem obrywa też czytelnik, bowiem od połowy książka zdaje się tracić swój impet, retrospekcje wprowadzają chaos, a nadmiernie eksponowane, naturalistyczne opisy zaczynają nużyć. Książka Kto chce jeść mięso, musi umieć zabić porównywana jest do serialu Tabu oraz filmu Zjawa. I słusznie. Ja dodałbym jeszcze Gangi Nowego Jorku – jest tak samo brudno i nie mniej desperacko. Czytając powieść Łukasza Stachniaka, widziałem oczami wyobraźni serial na jej podstawie. Taki, w którym narratorem każdego odcinka byłaby inna osoba. Myślę, że to byłaby dobra forma dla niewątpliwej wyobraźni Łukasza Stachniaka.

                Ł. Stachniak, Kto chce jeść mięso, musi umieć zabić, Kraków 2020.

                Okładka książki "Kto chce jeść mięso, musi umieć zabić"

                Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
                Źródło tekstu: Marcin Cielecki, Kto chce przeczytać, musi umieć być cierpliwy, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 75

                Przypisy

                  Powiązane artykuły

                  24.09.2020

                  Nowy Napis Co Tydzień #068 / Wieś – zwierciadło dla miasta?

                  „Inteligent polski, poza wyjątkami, niewiele wie o kulturze chłopskiej i nigdy nie chciał wiedzieć więcej” zaczyna nieco prowokacyjnie swój esej z 2004 roku pod tytułem Kres kultury chłopskiej Wiesław Myśliwski. Zgodnie z przewidywaniami rozlegną się oczywiście zdecydowane głosy sprzeciwu. Jak to? A Wyspiański, a Rydel, Młoda Polska, pozytywizm? A romantyczne wizje literackie z wierzbą płaczącą w tle? A emigranckie tęsknoty za polskim krajobrazem i ody do zapachu polskiego, wiejskiego chleba? Wszystko to, owszem, wydarzyło się w polskiej literaturze, a wieś jako jej bohater trwa nadal. Ale inteligent zawsze obrazował ją z pozycji egzotyzującej, pozostawiał na uboczu lub deprecjonował, opisując ewentualnie, prócz pięknych widoków, tak zwaną „niedolę ludu”, bez głębszych wniosków, skąd ta niedola się bierze i czemu służy.

                  Literatura sobie, sama wieś natomiast, jako społeczność i grupa, mogła być według Myśliwskiego używana tylko na kilka sposobów: eksploatowano ją, bano się jej, lekceważono lub jej współczuto. Traktowano ją jako monolit:

                  Na pytanie, jaki jest chłop, inteligent polski ma w odpowiedzi na ogół kilka stereotypów, określających z zasady jednostkę poprzez zbiorowość i zbiorowość poprzez jednostkę, a więc każdego chłopa jako wszystkich i wszystkich jako każdego. Dodajmy, stereotypów przeważnie pejoratywnych, nierzadko uwłaczających, z przysłowiowym „chamem” na czele, owym klasycznym produktem mentalności kołtuńskiej.

                  – pisze Myśliwski, a jego esej nie traci wcale z biegiem lat na aktualności.

                  Tło kryminałów czy kraina dzieciństwa?

                  Zarówno w opisie prasowym, jak i etnograficznym, wieś jest zredukowana do paru chwytów retorycznych. Mitologizuje się ją jako „krainę dzieciństwa” czy „wiecznego powrotu”, a samą ludowość poddaje koniunkturalizacji i zapożycza bez pytania jej koloryt do firmowania estetyki ogólnonarodowej. Wieś to, w zależności od opisującego, miejsce sielankowe, nieskażone cywilizacją, przyrodniczo piękne oraz gęste społecznie, lub miejsce kołtuńskie, złe, zepsute, groźne, nielubiące obcych, zachowujące jednak decorum obyczajnego postępowania.

                  Od takich prostych podziałów nie jest wolna ani polska prasa, ani literatura. Topos wsi – przedstawianej za PRL jako prężną społeczność, skupiona na wspólnej pracy i kultywowaniu tradycji, a w kapitalizmie jako pożywka dla produkowania sielskich obrazków – nigdy właściwie w niej nie zanikł. Polska literatura kocha prowincję i żywi się nią. Ogrywa w nieskończoność kilka(naście) stereotypów na jej temat – przedstawia ją jako cukierkową, sielską, spokojną, jako miejsce „ucieczki z miasta”, ale także z lubością umieszcza w niej akcję kryminalnych powieści i thrillerów, w których dzielny policjant przyjeżdża na prowincję, by powoli, jak po nitce do kłębka, docierać do pokładów zastarzałego zła. Celują w tym choćby Zbigniew Miłoszewski (zwłaszcza w Gniewie, ale większość akcji jego powieści ogniskuje się na dusznej społeczności, gdzie „ręka rękę myje”; nawet z Olsztyna, sporego miasta, autor robi naczelne „zadupie” kraju) czy Wojciech Chmielarz (Żmijowisko to dobry przykład zderzenia pomiędzy „tymi z miasta” i „tymi ze wsi”, przy czym mieszkańcy wsi portretowani są jako dobroduszni, naiwni lub głęboko źli, skrywający na dnie studni dawne, przerażające tajemnice). Wieś polska, z gęstą siatką neuronową nici społecznych i zaszłości, jest wymarzonym tłem dla kryminałów. A przynajmniej tak wydaje się ich autorom, którzy portretują ją w nich w swoim przekonaniu wnikliwie, a jednak bezdusznie.

                  Właściwie nikt już nie pisze o wsi w tonie elegijnej opowieści, jak zwykł to robić właśnie Myśliwski, choćby w Traktacie o łuskaniu fasoli, gdzie każde zdanie ze swoją obłą doskonałością przenosi nas bezpośrednio w klimat opisywanej przez niego codzienności. Ten autor także „tka ze wspomnień”, a więc można mu zarzucić to samo, co naiwnym wzdychaczom nad wiejską przeszłością i zaplanowanym od wschodu do zachodu słońca dniem – ale jego mistrzowski język, a przede wszystkim faktyczny, detaliczny opis ze środka, nie z zewnątrz, sytuują go w zupełniej innej, prawdziwszej lidze – i literacko, i pod względem etnograficznym. Proza Myśliwskiego donikąd się nie spieszy, zachowując wiejski rytualizm, „trwałość udeptanego miejsca”, osobne odczuwanie czasu i swoistość człowieczego uniwersum w zwarciu ze światem przyrody.

                  Tylko że od wydania Traktatu… minęło niemal dwadzieścia lat i prawie nikt już w ten sposób o wsi nie pisze. Wskazywany często na pisarza „wiejskiego” Andrzej Stasiuk, pomimo pozorów zachowania w narracji podobnej eligijności, a nawet baśniowości, skupia się nie na wsi i miejscu w ogóle, lecz na sobie. Przeżywana sytuacja czy widziany krajobraz są dla niego pretekstem do zanurzenia się we własnej jaźni albo do piętrowych wspomnień o innych czasach, innych krajobrazach i wydarzeniach.

                  Wśród współczesnych pisarzy, w których prozie wieś jest kluczowym miejscem nie tylko dla akcji ich książek, ale także ich imago mundi i osnową całej narracji, koniecznie należy wymienić Andrzeja Muszyńskiego. Wydane w 2015 roku Podkrzywdzie, wymykająca się ramom gatunkowym wspomnieniowa opowieść z dzieciństwa autora, doczekała się wielu etykietek i przymiotników – „oniryczna”, „magiczna”, „przykuwająca”. To taka książka, przy której trudno jednoznacznie powiedzieć, „o czym jest”. Muszyński opisuje swoje dzieciństwo spędzone na skraju Pustyni Błędowskiej, z dziadkiem i babką, opowiada o przyrodzie, znoju pracy, społeczności wiejskiej, ale robi to w taki sposób, że opowieść daleko wykracza poza typowe „stasiukowanie”. U autora wieś jest absolutnie całym światem, nie ma tam prawie miasta – ani jako aspiracji, ani jako opozycji. Język opisu jest chropawy, a jednocześnie nieskończenie piękny – autor pisze po wiejsku, i nie musiał się tego uczyć. Muszyński wciąż mieszka w małej wsi na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej.

                  Te światy się nie zmieszają – a może?

                  Nie chciałam, żeby powstał kolejny „inteligencki” tekst, w którym wyłącznie jego autor rozkłada akcenty i informuje czytelnika, czym, jego zdaniem, wieś jest, a czym nie jest. Mimo że sama pochodzę z bardzo małej wsi na Warmii – obecnie tam nie mieszkam – postanowiłam porozmawiać z aktywnymi rolnikami i mieszkańcami terenów wiejskich o tym, co dziś wieś dla nich stanowi. Dla nich, którzy spędzają tam życie, bez oglądu miejskiego.

                  Mówi Paweł, rolnik „z dziada pradziada”, zamieszkały w województwie pomorskim:

                  Czym jest wieś dla rolnika? Wszystkim. Domem, sąsiedztwem, miejscem pracy, żywicielem. Czym się od miasta różni? Poza oczywistymi rzeczami to tym, że tu społeczeństwa są zżyte, wszyscy się znają i wiedzą o sobie wiele. To ma swoje plusy i minusy, bo każdy wie, jak komuś coś się dzieje, ktoś kupił na przykład nowy ciągnik, każdy wie, kto się z kim puszcza, ale oczywiście wszyscy udają, że tego nie wiedzą. A mieszkańcy miast często nawet sąsiadów z klatki nie znają.

                  Sami mieszkańcy zatem podkreślają, że wieś to swego rodzaju zamknięta, homogeniczna społeczność, w której obgadają nas, ale i wesprą, pomogą. Kolejna cecha, którą przywołuje Paweł, to bardzo istotna różnica w wiejskim i miejskim podejściu do pracy:

                  Gdy ktoś z miasta próbuje pisać coś o wsi, szczególnie o takiej jak moja, czyli małych rolników, to potrafi to przedstawić jako pewnego rodzaju sielankę. A tak nie jest. Oczywiście teraz jest dużo łatwiej niż 50 lat temu, jest lepszy sprzęt, lepsze nawozy. Ale to i tak praca siedem dni w tygodniu i 365 dni w roku, jak ktoś hoduje krowy, świnie, kozy czy konie. Często ludzie z miasta mają schemat myślowy, jakby zakodowany, że pracuje się pięć dni w tygodniu po osiem godzin, i to powoduje wiele problemów. Tu nawet jak jest niedziela, powiedzmy listopad, to musisz iść swoje zrobić, nawet niech to będą tylko dwie godziny.

                  Wieś zatem nadal definiuje się sama poprzez pracę, w znacznym stopniu odmienną i bardziej wymagającą od „miejskiej”. W dyskusjach na temat życia rolników wielokrotnie napotykałam na lekko protekcjonalne podejście do sposobów spędzania wolnego czasu przez osoby z miasta, które z nudów zastanawiają się, „co by tu porobić?”. Na wsi to myślenie zastępuje raczej zdanie: „Co jest do zrobienia?”. Praca właściwie nigdy się nie kończy. „Tak nas rodzice wychowali, pracowało się od małego. Nie wyobrażam sobie innej pracy” – uzupełnia Paweł, który oprócz gospodarstwa rolnego prowadzi stadninę na dwadzieścia pięć koni.

                  O wsi opowiada mi także Jakub, rolnik z województwa kujawsko-pomorskiego, który gospodaruje dopiero od pięciu lat, ale z miasta przeniósł się na wieś nie po to, by realizować marzenie o „ucieczce”, lecz by po prostu pracować w zwyczajnym gospodarstwie, mieć inwentarz i wtopić się w lokalną społeczność. Przeprowadzka okazała się trudniejszym doświadczeniem niż on i jego rodzina się spodziewali – wieś powitała ich z ciekawością i okazała się pomocna, ale ogrom nowych obowiązków początkowo ich przytłoczył.

                  Rolnikiem jestem od 2015 roku. To właśnie wtedy postanowiliśmy razem z żoną przenieść się na wieś i zająć pracą na gospodarstwie rolnym, na ojcowiźnie od strony żony. Pierwsze miesiące naszej „walki” to był totalny szok, zarówno dla nas, niedawnych mieszczuchów, jak i dla naszych sąsiadów, którzy nie mogli pojąć, dlaczego tacy wykształceni ludzie z dobrą pracą przyszli na wieś. Mimo wszystko z zacięciem wzięliśmy się do roboty. Na szczęście jako żółtodzioby otrzymaliśmy cudowną pomoc od sąsiadów rolników. Pomagali nam na polu na przykład z ustawieniem pługa i innych maszyn rolniczych, ale też ze zwierzętami, które odziedziczyliśmy. Nie było lekko, nikt nie wierzył, że nam się uda, ale czuliśmy, że ludzie darzą nas sympatią za nasz upór.

                  Wiejskie życie to jednak żadna sielanka. Nie wystarczy ciężko pracować, by wtopić się w społeczność, która ma swoje od lat wypracowane rozwiązania, hierarchię i jasne, chwilami wsobne zasady. Jakub przekonał się o tym, gdy próbował „coś zmienić” i zaangażował się w lokalną politykę, a nawet próbował ją stanowić. Jego częściowo gorzka opowieść przedstawia tradycyjne, opresyjne według niektórych cechy wsi – wsobność, poleganie na znajomościach, konieczność wieloletniego „zasługiwania” na rozpoznawalność i szacunek, a także problem z płynnym wgryzieniem się w już zastane tryby społeczności, gdy jest się z zewnątrz.

                  Wszystko zmieniło się, gdy zacząłem angażować się społecznie i politycznie na lokalnym gruncie. Odkryłem, że tu, na wsi sprawy rządzą się własnym trybem, że wpływy i szacunek mają wielopokoleniowe rodziny i ludzie jakoś zasłużeni dla wsi i społeczności oraz ci, którzy potrafią się dobrze ustawić i zakręcić przy kim trzeba. To właśnie na wsi poczułem, czym jest brak anonimowości, tak ważnej dla życia w mieście. Tutaj każdy każdego zna, ludzie wiedzą prawie wszystko o wszystkich. Przed tym nie da się uciec, bo nawet jeżeli nie chcesz się integrować z wiejską społecznością, to ona sama stworzy historie na twój temat. To, czego społeczność wiejska nie lubi, to obnoszenia się ze sprawami, które w niej się dzieją. Brudy pierzemy u siebie w domu, nie publicznie. Moja otwartość zawsze była nie na miejscu dla lokalnych decydentów. Kiedy z grupą osób przyjezdnych, mieszkających nie od zawsze we wsi, próbowaliśmy zrobić pierwszy festyn wiejski i reklamować go w sieci, by zjawiło się więcej osób i poczuło naszą gościnność, to wpływowa starszyzna próbowała nas zniechęcić i odwieść od swoich planów. Jednak po czasie, po drugiej i trzeciej edycji festynu, przejęli nad nim kontrolę i robili na swoją modłę, co w sumie jest spoko, ale jednak po 5 latach wstęp na festyn został ograniczony tylko do swoich, do mieszkańców wsi, więc starszyzna dopięła swego. I tak to się właśnie tutaj dzieje. Na początku tego nie rozumiałem, choć życzliwe osoby mówiły mi, że tak będzie. Inna kwestia to moje zaangażowanie w lokalną politykę. Do czasu, gdy byłem użyteczny, ludzie nawet gadali między sobą o mnie, że mógłbym być dobrym sołtysem, ale gdy zacząłem krytycznie oceniać obecną władzę powiązaną w ten czy inny sposób z wiejską starszyzną, straciłem zupełnie szacunek. Wybory wygrała osoba, która wcale nie chciała zostać sołtysem, jednak ludzie zebrani w świetlicy wiejskiej pod dyktando decydentów nie dopuścili, bym jako jedyna zgłoszona osoba kandydował na tę funkcję. Sołtyską została dziewczyna, również przyjezdna, ale wżeniona w rodzinę, w której były już sołtyski. Na zebrania wiejskie zawsze chodzą te same osoby, które mówią zawsze to samo. Młodzi ludzie nigdy nie dali się namówić, choć próbowałem, do przyjścia na takie zebranie, bo to według nich nie ma sensu, bo na takich zebraniach starszyzna tylko się kłóci, a konstruktywnego nic nie zachodzi. Na szczęście w ciągu tych pięciu lat spełniłem się jako rolnik, wyciszyłem stresy pochodzenia miejskiego, i dziś jestem dość szczęśliwym człowiekiem, ojcem, mężem, rolnikiem.

                  Antropologiczne kategorie „swój” vs „obcy” to najistotniejsze kategorie dla opisu rzeczywistości społecznej. Definiujemy się zawsze w opozycji do kogoś lub czegoś, nawet jeśli nie chcemy się do tego przyznać. Szeroko pisze o tym choćby Ewa Nowicka. Jak zauważa w Świecie człowieka – świecie kultury:

                  Napięcie między swojskością a obcością jest zasadniczym składnikiem procesów rozgrywających się w sferze emocjonalnej, jak i intelektualnej, prowadzących do porządkowania świata społecznegoE. Nowicka, Świat człowiek, świat kultury, wyd. 7 zmienione i poszerzone, Warszawa 2012, s. 7.[1].

                  Dlatego też, pomimo obecnych przekształceń składu społecznego mieszkańców wsi (powstają tam „daczowiska”, wsie w ogóle pozbawione rolnictwa, całe skupiska „domów” budowanych przez ludzi z miasta, a wieś zatraca swój pierwotny charakter) nie ma ryzyka, że te dwa byty ostatecznie się wymieszają, tworząc nieodróżnialny amalgamat społeczny.

                  Kategoria „swój” oznacza pewną swojskość, definiowaną przez Nowicką jako „pozostawanie w jakimś intymnym związku przedmiotu lub człowieka z podmiotem, zaś obcość oznacza brak takiego związku”. Każdy uczestnik kultury społecznej potrzebuje przeświadczenia o jej naturalności, zrozumiałości, sensowności – i o swoim podobieństwie do innych jej uczestników. W tym sensie kultura miejska i wiejska mają tylko częściowe widoki na porozumienie, pomimo że, jak opowiadają wypytywani przeze mnie rolnicy:

                  ten konflikt miasta i wsi to już dawno nieaktualny, już dawno wszytko się wymieszało, dzieci rolników czy część rodzeństwa, która nie została na gospodarce, mieszka w miastach. Nie ma tego, co czasami było kiedyś, czyli na przykład wyzywania od wieśniaków, śmierdzieli czy ludzi w gumofilcach i kamizelkach puchowych.

                  Wieś to zatem oś i kręgosłup życia, w którym, jak mówią przywoływani mieszkańcy, wszystko jest oswojone, znane, do pewnego stopnia proste – nawet jeśli chwilami dzieje się tak, że staje się trudne.

                  Współczesna chłopomania

                  Kolejny ciekawy z socjologicznego i etnograficznego punktu widzenia wątek to chłopomania, zarzucana każdemu, kto nie uważa, że wyprowadzka (zwana często „ucieczką”) do wielkiego miasta powinna być naturalnym wektorem postępowania młodych mieszkańców wsi oraz stanowić kres ich aspiracji. Wydaje się ona jednak być głównie konstruktem stworzonym na potrzeby dyskusji internetowych, gdzie miejska inteligencja wyśmiewa „rydlowszczyznę” tych, którzy dobrze czują się w miejscu, gdzie się urodzili, z jego czasami mroczną twarzą, zaletami i wadami.

                  Nie da się jednak zamknąć oczu na eksploatację „trendu wiejskiego” przez popkulturę. W muzyce, nie tylko biesiadnej, pojawia się sielski obraz wiejskiego życia, nawiązania do podkręconego folkloru, mitologii słowiańskiej, ale także po prostu droga na skróty, czyli portretowanie wsi poprzez miejskie wyobrażenia przaśności – bele siana, kanki z mlekiem, łowickie wzory, pianie kogutów, kobiety z blond warkoczami i tym podobne. Wieś w takiej optyce jest radosna, kolorowa, nieco rozpasana erotycznie, a pozbawiona brudu, gnoju i znoju ciężkiej pracy. Takie jej przedstawienie możemy obserwować między innymi w teledysku Cleo i Donatana My, Słowianie czy w utworze disco Będziemy pić. To bezpośrednie nawiązanie do amerykańskiego włączania trendu redneck do popkultury, tylko że u nas uprawiane w bardziej siermiężny sposób i z tak zwanym przymrużeniem oka.

                  Jeśli zatem ktoś uprawia tu „rydlowszczyznę”, to jest to popkultura, nie po raz pierwszy zresztą – szerokim gestem z krynicy ludowości czerpał już PRL, hołubiąc zespoły ludowe, te muzyczne i te taneczne, organizując ogromne dożynki centralne, czy dając różnym emanacjom folkloru miejsce w telewizji i radiu. Także współcześnie estetyka ludowa stanowi niejako przyjemną dla oczu obudowę politycznych spotkań, wyjazdów, powitań i pożegnań. Zdobione bochny chleba, wieńce dożynkowe, kolorowe pasiaki i pstrokate chustki – to wszystko przenosi widzów do ciepłego, a trochę już zapomnianego świata. Wiejskość ma „ozdabiać”, cieszyć oko.

                  Opisywana złośliwie, ale i z kolan, podgryzana, komentowana, poniżana i wywyższana, wieś i jej kultura mimo wszystko istnieje i trwa. Fluktuuje, zmienia się, przenika z miastem, pozostawiając sobie jednak kilka podstawowych zasad i etos ciężkiej pracy. Pisząc o niej, można jej tylko delikatnie dotknąć, trzeba jednak pamiętać, że ona specjalnie na to dotknięcie nie czeka.

                  Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
                  Źródło tekstu: Magdalena Okraska, Wieś – zwierciadło dla miasta?, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 68

                  Przypisy

                    Powiązane artykuły

                    23.07.2020

                    Nowy Napis Co Tydzień #059 / Zły ma się dobrze

                    Sensacja w Warszawie

                    A było tak.

                    Styczeń 1956 roku. Ogonek na Marszałkowskiej w Warszawie. Tyrmand przystaje w kolejce, sądząc, że to po szynkę lub masło.

                    – Co dają? – pyta.

                    Odwraca się facet.

                     Złego dają. Jeden egzemplarz na ryło!

                    Na przełomie roku 1955 i 1956 wybucha w Warszawie sensacja. W księgarniach pojawia się książka o superbohaterze, co łoi skórę zbirom i chuliganom. Nie wiadomo, kim jest. Wiadomo tylko, że ma białe oczy. Książka schodzi na pniu. 

                    „Zły” – mural Adama Walasa na Placu Trzech Krzyży w Warszawie

                    Fragment Złego

                    – Widzi pan – rzekł Halski – ja cały tydzień jeżdżę na nocnym dyżurze. Za chorego kolegę. I jeżdżę. Po raz pierwszy do Rembertowa, przed trzema dniami Grochów, przed dwoma do kina Ochota, przedwczoraj na dworzec w Podkowie Leśnej, wczoraj do domu towarowego na Służewcu. Za każdym razem zastaję kogoś powalonego piorunującym uppercutem w szczękę, ze zmasakrowanym podbródkiem, skopanego bezlitośnie. […] Za każdym razem nikt ze świadków zajścia nie potrafi wytłumaczyć, co się stało, kiedy i jak, kto był sprawcą. Wszyscy bredzą o jakimś cieniu, szybkim, jak błyskawica, nieuchwytnym jak mgnienie oka. […] Student Politechniki mówił o kimś małego wzrostu, pan Kalodont – o kimś ogromnym. Ponadto, że ma grzywę lwa. No i oczy. Świetliste, jarzące się, przerażające oczy – oczy mordercy lub świętego…L. Tyrmand, „Zły”, Kraków 2011, s. 25.[1]

                    Stalówka na Warszawę

                    Po wstrząsającej wojnie, która wyciosała Tyrmandowi charakter, po doświadczeniu Holokaustu, w którym zginęła niemal cała jego rodzina, chce pracować w skandynawskich placówkach dyplomatycznych. Ale Norwegia zrywa kontakty z rządem londyńskim, z którym Tyrmand wiąże nadzieje, a uznaje rząd Bieruta. I Lolek zostaje na lodzie.

                    Wraca więc do Polski, niesiony życiowym marzeniem pracy w zawodzie dziennikarza. Otrzaskany podczas wojny ma lekkie pióro i niebywałą zdolność wynajdywania spod ziemi kontaktów i tematów.

                    Wydaje zbiór opowiadań Hotel Ansgar – okładkę zdobi rysunek walizki z przyczepionym bilecikiem. Na jego blankiecie widnieje symbol Polski Walczącej. I może dlatego na tym pisarskie losy Tyrmanda na razie się kończą.

                    Lolek nie uznaje wprowadzonej w 1949 roku doktryny socrealizmu, więc nie ma też miejsca w świecie literatury. Chyba, że można za nie uznać przydział na zupy w stołówce Związku Literatów Polskich. Na szczęście jest jeszcze dziennikarstwo.

                    Zajmuje się felietonistyką, reportażami, recenzjami sportowymi – podobnie jak Konwicki – i teatralnymi. Pisze o jedzeniu, o modzie, o zdrowiu, o architekturze. Już wtedy daje się w jego piórze poznać lekko moralizatorski ton, trochę w stylu przedwojennych kalendarzy „Iskier”, a trochę w stylu starszego kolegi. W 1950 roku pisze w tekście o Warszawie „[…] gdzie jest film na cześć tego miasta, gdzie wielki epos o odbudowującej się z gruzów stolicy?”. Jego zdaniem Warszawą rządzą komuniści, ale puls miasta należy do warszawiaków. I ci warszawiacy znów mają swoje miasto złożone z domów, tramwajów, stadionów, zajezdni, jadłodajni, parków, ślizgawek. Ta Warszawa się jednak jednocześnie zmienia. Przedwojenne Śródmieście przestaje istnieć. Pracujący w Biurze Odbudowy Stolicy moderniści, przy aprobacie Bieruta wyburzają przedwojenną zabudowę, by postawić tam MDM i Pałac Kultury i Nauki. Odpadają od budynków urocze sztukaterie, wszystko robi się szare i gładkie, zgodnie z nową wizją ładu. Ktoś musi powstrzymać to szaleństwo, opisać je…

                    Na początku lat 50. Tyrmand ma opinię diablo inteligentnego asa reportażu, a przy okazji człowieka często pakującego się w kłopoty. A to klaskał w loży prasowej na przywitanie Mikołajczyka, a to pochwalił rzucających w sowieckich pięściarzy polskich kibiców. Teraz ma ogon i sprawy założone przez Urząd Bezpieczeństwa, ale ma też poważanie kolejno u Rafała Pragi, Mariana Eile, Jerzego Turowicza. Gdy po śmierci Stalina „Tygodnik Powszechny” nie wydrukuje nekrologu wodza, redakcja zostanie rozpędzona, a jej biuro zajmą ludzie Bolesława Piaseckiego.

                    Tablica pamiątkowa na budynku przy ul. Konopnickiej 6 w Warszawie

                    Tyrmand jak Winston Smith 

                    W 1953 roku Tyrmand jest już bez pracy. UB skutecznie wybijało z głowy pomysły tym, którzy Tyrmanda chcieli gdzieś zatrudnić. Jego szuflady pełne były opowiadań, listów, niedokończonych scenariuszy czy dwóch części Siedmiu dalekich rejsów. Pozostają mu drobne robótki translatorskie, korekty, korepetycje udzielane słynnej Bognie, która nie była Bogną (do tego jeszcze dojdziemy) i marzenia o literaturze. W ręce trafia mu też wydany w Paryżu polski przekład Roku 1984Orwella.

                    Styczeń 1954. Leopold Tyrmand zapisuje pierwsze strony zeszytowe czymś na kształt diariusza, który po latach ukaże się jako Dziennik 1954. Sam jeszcze nie wie, na co mu to pisanie do szczęścia, ale wie jedno – komuniści nigdy nie zniewolą jego umysłu, a zachodzące w nim procesy Tyrmand chce przenosić na papier. To mu przecież wychodzi najlepiej.

                    Z zapisków w dzienniku dowiadujemy się, że Stefan Kisielewski namawia Lolka, by pisał coś w zgodzie ze sobą, co da się wydrukować. Wkrótce podczas podróży przez Śląsk Tyrmand słucha w przedziale pociągu o jakimś współczesnym Janosiku, który rabuje bogatych i daje biednym. Gdzie indziej Lolek relacjonuje bezskuteczne pertraktacje w centrali filmowej, gdzie miał nadzieję otrzymać zlecenie na scenariusz filmu o chuliganach. A ich występki są wtedy wielką plagą w całej Polsce.

                    O pomyśle w dzienniku nie napisze, nie chcąc zapeszyć, ale jest tak, że Tyrmandowi chodzi po głowie komiks.

                    „Powstało wtedy takie pismo «Dookoła świata», w którym ja byłem konsultantem redaktora naczelnego” – powie w 1992 roku w filmie dokumentalnym ZłyFilm dokumentalny „Zły”, reż. J. Sztwiertnia, TVP 1992.[2] Kazimierz Koźniewski, przyjaciel Tyrmanda. – „Zjawił się wtedy Lolek z kilkoma stronami szkicu. To był komiks o chuliganach i super bohaterze, Złym. «Lolek! – powiedziałem. – W komiksie są same dymki i akcja, a twoim największym atutem są opisy. Opisy ulic, miasta, charakterów, wyglądu, atmosfery. W komiksie tego nie ma! Pisz powieść!» I go przekonałem”.

                    Dzienniku 1954 sporo mowi o tym, jak się od siebie różnią. Koźniewski pisze po linii partii – książki i scenariusze do filmów, na których pokazy lata do Cannes czy Moskwy. Lubi Lolka, zaprasza go często do domu na kolacje. To właśnie Kazik jako jeden z pierwszych dostaje egzemplarz świeżo wydrukowanej książki. Data na dedykacji to 27 grudnia 1955 roku.

                    „W styczniu (1956 – przyp. M.W.) była już w księgarniach” – napisze we wspomnieniach Kazik – „Sukces niebywały!K. Koźniewski, „Przekorni”, Warszawa 2000.[3]” Z dnia na dzień Tyrmand stał się autorem popularnym. Trudno o lepszą chwilę na ukazanie się akurat tej i takiej akurat powieści. Już wszystko wokół się przeobrażało. Zły stał się książką Października, konkurencyjną wobec referatu Chruszczowa.

                    Warszawa mówi 

                    Podczas odwilży zaczynają dziać się cuda. Chruszczow wygłasza w lutym 1956 roku referat potępiający Stalina. Podczas tego samego plenum w Moskwie umiera na zawał serca Bolesław Bierut. Za chwilę w prasie pojawią się pierwsze teksty upominające się o żołnierzy Armii Krajowej, w Poznaniu wybuchną strajki czerwcowe, latem odbędzie się obmyślony przez Tyrmanda festiwal Jazz ‘56 w Sopocie, a jesienią do władzy wróci towarzysz Gomułka (jeszcze niedawno oskarżany o szpiegostwo).

                    Ale najpierw jest Zły. Powieść-pocisk, powieść-legenda. Nieuchwytny bohater o białych oczach, nieprzypadkowo kojarzący się z Zorro i jego skrytymi za maską białkami. Zachwycają się nią czytelnicy, kupujący książkę na bazarach i w bramach (bo w księgarniach nakładu dawno już nie ma, pomimo dwóch wydań). Krytyka grzmi, że to grafomania, ale nikt krytyków nie słucha, skoro lekturze Złego oddają się Witold Gombrowicz, Maria Dąbrowska, a nawet Tadeusz Konwicki. Łotrzykowska powieść o Warszawie i jej bohaterach, z fikcyjną – ale jakże magnetyczną – siatką zbirów, co zaludniają Warszawę, jak parszywe typy z opowieści o Batmanie. Jest w tym kryminał i jest romans, jest akcja i topografia, jak z najlepszych przewodników free walking tour po alternatywnej wersji stolicy. Między wierszami w książce warszawiacy odnajdują tropy prowadzące do świata sprzed wojny i świat bez komuny. Tyrmand koduje tekst, a kto umie czytać, ten rozumie, co podczas wojny robił Kalodont albo dlaczego niektórzy bohaterowie pozmieniali nazwiska. No i wreszcie Zły to hołd na cześć Warszawy. Pomnik miasta i jego mieszkańców, wyposażonych w cechy i atrybuty rodem z mitologii. Kierowca autobusu, lekarz, kioskarz, mechanik, taryfiarz, kucharz, kelnerka – wszyscy stanowią tu panteon herosów. Herosów na miarę Warszawy.

                    I dlatego Warszawa mówi Złym, tak jak wcześniej mówiła Wiechem czy Kubusiem Puchatkiem.

                    Fragment niedokończonego komiksu „Zły”

                    Sława w 5 minut

                    13 kwietnia 1956 roku. Wypełniona po brzegi sala, nie idzie wcisnąć nawet szpilki. Nie ma silnych, żeby się wbić na zorganizowane przez Wydawnictwo Czytelnik spotkanie. Nawet reporter Polskiego Radia cudem się wcisnął z mikrofonem. Powód: wielkie zainteresowanie tematem i gościem, Leopoldem Tyrmandem.

                    „Książka nie oddaje prawdziwego obrazu rzeczywistości!” – krzyczy z sali kobieta. „U nas nie jest tak źle, jak opisuje Tyrmand! W naszej instytucji pracuje 100 osób, a jeszcze nikogo nie napadnięto”.

                    „Należy spalić książki” – repetuje ktoś inny. „Bo jeszcze bardziej zdeprawuje młodzież”.

                    Do głosu dochodzą po chwili jednak fani Złego. Bo o nim mowa.

                    „Ukazał groźne zjawisko chuligaństwa jako pierwszy. W jego książce chuligan może się przejrzeć, takie zwierciadło mu się przyda!” – dodaje jeden widz.

                    Inny przytakuje:

                    „I można posłuchać języka chuliganów, by lepiej w przyszłości dotrzeć do ich środowiska”.

                    Głos zabierają Remigiusz Szczęsnowicz, Edward Dziewoński, a nawet oficer Milicji Obywatelskiej. Gdy sala wystrzela się z pocisków, odezwie się w końcu Lolek.

                    Wstanie, w lekkim rozkroku jak marynarz i zacznie:

                    „Zamiarem mym było pokazać grozę zjawiska” – zaczyna, nie wymawiając w słowach litery „r”. „Wskazać zdeprawowaną młodzież i fakt, że jest wykorzystywana przez groźnych przestępców”.

                    „Książka zachęca do naśladowania chuliganów!” – odzywa się głos z sali.

                    Tyrmand czeka, aż niosące się echo ucichnie i odpowiada:

                    „Zarzut ten można porównać do kowbojskich filmów. Westerny jeszcze nikogo nie zdemoralizowały! Młodzież zawsze jest po stronie dobrego szeryfa, a nie podłego bandyty. W zabawach chłopców każdy chce grać rolę szlachetnego zwycięzcy, a nie łajdaka. Pierwiastek bohaterstwa, drodzy państwo, zawsze jest bardziej pociągający, niż zło”. Zawiesza głos i spogląda po sali pełnej warszawiaków. Uśmiecha się, głos grzęźnie mu w gardle ze wzruszenia: „Chciałem… Chciałem ocalić Warszawę. Ocalić jej obraz z pierwszych lat powojennych, nim zginie pod ciosami odbudowy”.

                    Spotkanie zostanie nagrane przez Polskie Radio, które wyemituje audycję tydzień później.

                    „Liryczny element książki – powie reporter – zapewne najskuteczniej oprze się czasowi i ocali książkę od zapomnienia”.

                    Kadry z animacji „Zły”, odcinek 1.

                    Pisarz na indeksie 

                    Choć książka sprzedaje się na pniu, a nazwisko Tyrmanda rozpala warszawiakom oczy do białości, wracający z zaświatów w październiku 1956 roku Gomułka powoli zaczyna przykręcać śrubę. Cenzura powoli odnajduje się w rzeczywistości postalinowskiej, a bezpieka zaczyna coraz baczniej przyglądać się kontaktom rodaków z Zachodem. Na celownik biorą Tyrmanda, pytlującego na komunistów w każdym języku, jaki zna.

                    Rozpoczyna się ciężki i niebezpieczny okres dla autora Hotelu Ansgar – choć ma pieniądze z zagranicznych przekładów Złego, mógłby mieć ich o wiele więcej, gdyby komuniści pozwalali mu wyjeżdżać z Polski oraz negocjować umowy na przedruki i filmowe adaptacje. Choć dostaje umowy na Filipa, Siedem dalekich rejsów oraz Życie towarzyskie i uczuciowe, wyda – w śmiesznym nakładzie – tylko ten pierwszy tytuł. O czarny PR dla książki zadba osobiście Jarosław Iwaszkiewicz, zlecając napisanie recenzji Filipa dla magazynu „Twórczość”. To tam, spod pióra Andrzeja Kijowskiego, padną słynne słowa, że Tyrmand jest Balzakiem… dla gówniarzy.

                    Kiedy dochodzi w 1957 roku do porwania syna lidera PAX, Bolesława Piaseckiego, Tyrmand zostaje automatycznie włączony do grupy podżegaczy, a być może nawet inicjatorów wydarzenia. Przez tekst Sprawa Piaseckiego, w którym opisał ciemną kartę z życiorysu „Bola”, przedwojennego przywódcy ONR.

                    Niespełna rok później znalezione zostaje ciało chłopca – został brutalnie zamordowany: wbito mu sztylet w klatkę piersiową, roztrzaskano czaszkę. Będzie to jedna z najgłośniejszych i nigdy nierozwiązanych spraw kryminalnych w PRL. Tyrmand zacznie być ciągany na przesłuchania, dostanie pozwolenie na broń. Zaczną się anonimowe telefony.

                    „Już nie żyjesz” – powie ktoś w nocy i szybko się rozłączy.

                    Jak w Złym.

                    W Czytelniku zniszczyć Tyrmanda postanowi Teofila Wichowa, zwana Tetką, o której Lolek napisze, że ma „wygląd dobrze odżywionej nauczycielki”. Jej mąż, Władysław, jest ministrem spraw wewnętrznych. Chociaż w 1957 roku do wydawnictwa Czytelnik minimum raz dziennie nadchodzi list z pytaniem, gdzie można dostać Złego, Wichowa odmawia wznowienia powieści, motywując to brakiem papieru:

                    „Pani Wichowa, czy pani wie – próbuje ją przekonywać Lolek – że dostałem list od czytelnika z Żarowa pod Świdnicą z prośbą o przepisanie na maszynie brakujących kartek, które zniszczyli pożyczający odeń nieustannie jedyny w Żarowie egzemplarz Złego?”

                    Jego wysiłki są próżne.

                    Gdy wychodzi ze spotkania, jeden znajomy z Czytelnika mówi mu na stronie: „Czy ty dziecko? Nie rozumiesz, że nie chodzi o Złego, tylko o ciebie? Gdyby Złego napisał ktoś inny, wychodziłby co roku po 30 000 egzemplarzy. Ale ty? Ocknij się…”.

                    „Ocknąłem się, a raczej mnie ocknięto”, napisze Tyrmand.

                    Biograf pisarza przy ul. Trębackiej 5, gdzie Tyrmandowie mieszkali przed wojną

                    Poczucie klęski

                    Gnojony i szykanowany najpierw przez reżim i cenzurę, a potem także przez środowiska warszawskie za swoją nieprzejednaną postawę, Tyrmand ostatecznie wyjedzie z Polski w 1965 roku.

                    Wkrótce w liście pisanym z USA do Stefana Kisielewskiego zamartwia się:

                    Widzisz (pisałem Ci już z resztą o tym), ja mam tutaj wcale niemniej śliczne poczucie klęski i całkowitej przegranej, który Ty tak zwalczałeś w domu, z drugiej jednak strony poczucie to nabiera tu dziwacznych refleksów, o których za długo byłoby pisać. […] Napisz mi, jak Zły został po 10 latach przyjęty (chodzi o wznowienie w 1966 roku – przyp. M.W.), czy go kupują, czytają?Listy Tyrmanda do Stefana Kisielewskiego znajdują się w Ośrodku KARTA w Warszawie.[4] 

                    Gdy Kisiel wkrótce odpisze, że najnowsze wydanie znów się rozeszło, Tyrmand odpowie:

                    Cieszy mnie, że tak dobrze myślisz o Złym. Może rzeczywiście książka ta przejdzie pomyślnie próbę czasu. […] ja w swój dorobek (poza Złym) zupełnie nie wierzę i po prawdzie to go zupełnie nie ma. Książki są kompletnie wyczerpane, nie istnieją fizycznie, a ich wartość też jest podejrzana, co mi wytłumaczyli moi krytycy. Moja pozycja ideowa jest żadna (to Ty mi z resztą zawsze wykładałeś). Wrogość krytyków i brak ideowego oparcia eliminują szanse wznowień wyczerpanych książek, zaś pokolenia przesuwają się do tyłu i w bok, a nowe generacje nie wiedzą o kimś, kogo nie ma w księgarniach, ani na łamach gazet. 

                    Świat Tyrmanda. Nowy Jork, lata 70.

                    Wkrótce potem Tyrmand zaczyna nowe życie w USA, o czym przyjdzie jeszcze kiedyś opowiedzieć. W Polsce objęty zostaje cenzorskim zapisem. Iwaszkiewicz skreśla go zaocznie ze Związku Literatów Polskich, wyrzucają Lolka z Pen Clubu. Książki znikają z bibliotek oraz księgarń. Zostaje tylko legenda „króla bikiniarzy” i legenda o Złym.

                    Świat po komunie

                    Tyrmand wraca do łask po 1989 roku, jednym z pierwszych, który zabiega o wydanie Złego jest… Janusz Korwin-Mikke.

                    Książkę w 1990 roku wznawia Wydawnictwo Czytelnik, potem prawa przejmuje Prószyński i S-ka. Tyrmand znów jest modny, ale tylko w pewnych kręgach. Dla propagatorów ahistoryzmu miejsce Lolka jest w lamusie, razem z całą epoką komuny. Niektórzy widzą w Tyrmandzie wciąż kontestatora komunizmu, animatora jazzu. Akt bezpieki nikt jednak wtedy nie zna, podobnie jak amerykańskich losów Tyrmanda.

                    Zły, Dziennik 1954 i inne książki wracają na bazary, ale nigdy nie trafiają do kanonu, pozostając rozrywką inteligencji oraz ludzi, którzy lubią szukać na straganach rzeczy niezwykłych.

                    W 1990 roku, kiedy po ponad trzydziestu latach wydano Złego, na rynku pojawia się także… Dobry. To pierwsza część trylogii heroiczno-łotrzykowskiej, którą Łysiak pisze językiem świata warszawskich gangów.

                    Machiavellego nie warto było cytować, ale teraz wezmę podręcznik. Tyrmand, niezgorszy psycholog, bezbłędnie zaprezentował ów stan opisując szefa warszawskiego gangu. […] Otwarł Złego i zasunął ten cytat, wolno, z powagą. […] Położył knigę na stole otwartą, jakby chciał rzec: do sprawdzenia! […] – Czytałem to arcydzieło i pozostałem zdrowy, przynajmniej na tyle, by nie marzyć o zostaniu „tytanem przestępstwa”, i jeszcze na tyle, by rozumieć, jak wytyczyło bieg pańskich marzeń. – Że co, że kicz? Daj nam Boże więcej takich kiczów! – obruszył się „Petro”. – Niech pan nie prosi w moim imieniu, i nie Boga, lecz Tyrmanda. Raz wysłuchał modlitw o warszawski płaszcz ze szpadą, to może machnie jeszcze jeden taki epos, w stylu ortalion z kastetem, i z panem w głównej roliW. Łysiak, „Dobry”, Łódź 1990.[5].

                    Po prostu Tyrmand 

                    Mogłoby się wydawać, że miejscem Złego będzie demobil. Skład książek tracących myszką. Biblioteka minionych wyobrażeń.

                    Stało się jednak tak, że mimo upływu czasu i epok, Tyrmand jest dziś jak emblemat. Jego nazwisko znaczy tyle samo, co tytuły jego dwóch najważniejszych książek. Wszystkie są synonimem legendy, kolorów, odwagi.

                    Lolek i Zły pozostają przez kolejne dekady ciekawostką, mieniąc się wieloma barwami. I może dlatego, mimo że autor i powieść wypadli z kanonu książek do znudzenia czytanych w oficjalnym obiegu przez minione dekady, Zły ciągle przyciąga i wciąż jest – tak jak jego autor – świetną historią do opowiadania? Są w niej kolorowe skarpetki, szemrana Warszawa, UB, jazz. Są też walory językowe. Dawną „grafomanię” współcześni czytelnicy kupują od razu: 

                    Słownictwo magiczne. Buchalter, hochsztapler, etażerka, szofer, rynsztunek, chuligan, sawantka, sufrażystka. I setki innych. Okraszone pięknie przymiotnikami i przysłówkami – znanymi nam nawet lepiej, ale tak rzadko przez nas używanymiM. Górecki, „Zły. Leopold Tyrmand. Wow. Wow. Wow”, www.michal-gorecki.pl/2015/05/zly-leopold-tyrmand-wow-wow-wow/ [dostęp: 15.05.2020].[6].  

                    Odkryta na nowo topograficzna dokładność opisów w Złym zachęca wielu śmiałków do podążania tropami bohaterów jego powieści. Od kilkunastu lat Paweł Kozdrowicz, mieszkaniec Warszawy, tworzy mapę, na której nanosi miejsca akcji ze Złego. Zaczynał na mapach drukowanych, które skanował, dziś możemy podążać za Merynosem i spółką z GoogleMaps, i jeśli miejsca wciąż istnieją i nie zburzono ich (jak zajezdnię autobusową na Inflanckiej), można po prostu pójść i sprawdzićZob. http://zly.ownlog.com [dostęp: 15.05.2020].[7]. Samemu albo z wycieczką „Śladami Złego”, organizowaną cyklicznie przez okrągły rok. I dziś, w dobie smartfonów, okazuje się jeszcze wyraźniej, że w Warszawie opisanej przez Tyrmanda wszystko jest sprawdzalne. Agnieszka Osiecka twierdziła, że to właśnie Tyrmand zapoczątkował modę na włóczęgę po Warszawie. Stolica zaroiła się od tego rodzaju wędrowców, flâneurów, którzy rozpływają się w tłumie i stają się ruchomym punktem w geometrii ulic, sklejając się z tkanką miastaZob. M. Dzionek, „W stronę antropologii przestrzeni – szkic do portretu”, „Anthropos” 2003, nr 2/3.[8]. Tyrmanda nazywać dziś można pierwszym flâneurem Warszawy, czytającym miasto niczym palimpsest.

                    Stara i nowa mapa z akcją „Złego”

                    Po Tyrmanda sięgają graficy, filmowcy, reżyserzy teatralni. Na kanwie Złego powstają komiksy, sztukę sceniczną wystawił Teatr Powszechny, a musical – Teatr Muzyczny w Gdyni. Wizerunek Tyrmanda prezentuje mural obok przystanku autobusowego GUS w Warszawie. A tytułowego Złego – grafika w alejce odchodzącej od Placu Trzech Krzyży. Przedstawia ona człowieka o białych oczach. Jest też klub piłkarski AKS ZŁY. Niezależny, demokratyczny, wierzący w zasady fair play. W jednej z przyśpiewek kibice krzyczą „z Tyrmanda wzięli nazwę, pomalowali sny, na barwy biało-czarne, bo to AKS ZŁY”. Książka ożywa w audiobookach – tego nagranego w 2014 roku czyta znakomity Adam Ferency, jego wersję dziennikarz Tomasz Sekielski odsłucha w samochodzie cztery razy. Pisarz Jakub Żulczyk zacznie swoje Ślepnąc od świateł słowami Tyrmanda ze Złego: „jesteśmy w Warszawie”. A twórcy filmu Stacja Warszawa w końcowej scenie umieszczą wielkie, białe oczy, spoglądające ze szczytu wieżowca na zdyszane miasto.

                    Plakat reklamujący musical „Zły” w Teatrze Muzycznym w Gdyni, 2015

                    Zły przyjaciel

                    XXI-wieczni czytelnicy bezbłędnie odczytują stylistykę powieści, która pierwotnie miała być przecież powieścią graficzną. Gdyby Kazimierz Koźniewski nie powiedział, że największą siłą Lolka są opisy?…

                    Gdy w 2005 roku Koźniewski umiera, wkrótce na jaw wychodzą zaskakujące fakty. Wiadomo było, że miał zacną kartę życiorysu z okresu wojny. Działał w konspiracji, został wysłany z tajną misją z Londynu do Warszawy w 1941 roku. Rzeczą znaną było również, że w 1955 roku wstąpił do partii i, zgodnie z dyrektywą państwową, podpisał się pod listem wzywającym pozostających na emigracji twórców do powrotu. Jednak nie wszystkie archiwa po 1989 roku spłoną. A wtedy z teczek agenta o pseudonimie „33” wychodzi ponura prawda o Kazimierzu Koźniewskim. Półtora roku więzienia na Węgrzech podczas wojny zmieniło tego powstańca na tyle, że po wojnie zgłosił się do słynnej Luny Brystygierowej. Pierwszy raport dla służb sporządził już w 1947 roku. Jednym ze zleconych mu zadań była obserwacja Leopolda Tyrmanda. To Koźniewski donosił służbom o zagranicznych perypetiach Tyrmanda, gdy ten próbował wydać Siedem dalekich rejsów. To Koźniewski opisywał ze szczegółami, ile Tyrmand wydał na swojego opla, gdzie go kupił i za ile.

                    Nie mnie oceniać, kto pamięta Piątkę z ulicy Barskiej i jej autora, więc zakończmy Złym.

                    Po 60 latach to ten przykład literatury, która będzie się zawsze objawiać i emanować na czytelnika przez sam fakt powołania jej do życia. Czy przystaje do epoki, tempa, objętości, rozmiaru czcionki, światła między wierszami? Pewnie nie. Ale istotniejsze jest jedno. W trzech literach z tytułu zaklęty jest bowiem cały mit Tyrmanda, cała epoka i cały świat, do którego im bardziej byśmy dziś chcieli wrócić, tym bardziej nam się oddali. To właśnie tu do akcji wkracza literatura, najlepsze narzędzie do rozpalania oczu do białości.

                    Każdy czas potrzebuje bohaterów, którzy zrobią coś w naszym imieniu. Scena potrzebuje też bandziorów, których bohaterowie pokonają. Z jakiegoś powodu w głębi serca chcemy być tymi Dobrymi. Dobrymi jak Zły. Nawet jeśli konsumpcyjny świat i nowe modele narracyjne próbowałyby mówić nam coś innego.

                     

                    Zapraszamy do obejrzenia nagrania Marcela Woźniaka opowiadającego o Tyrmandzie.

                    Film powstał z okazji roku Leopolda Tyrmanda na zlecenie Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej im. Zbigniewa Herberta w Gorzowie Wielkopolskim

                    Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
                    Źródło tekstu: Marcel Woźniak, Zły ma się dobrze, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 59

                    Przypisy

                      Powiązane artykuły

                      Loading...