19.05.2022

Nowy Napis Co Tydzień #152 / Kaliningrad – opowieść o mieście, którego nie ma

Zapraszamy do obejrzenia nagrania

– Książka Siegień ma to do siebie, że w zasadzie nie opowiada z góry nam wszystkiego, autorka nie rości sobie prawa do wyjawiania nam od razu pełnej prawdy, […] oddaje głos bohaterom swoich reportaży i dopełnia je swoim komentarzem. Opowiada o specyfice tej rosyjskiej enklawy […] o ludziach zamieszkujących Kaliningrad, oprowadza nas po części po mieście, którego nie ma – zdradza Roman Bobryk.

Więcej w nagraniu.

 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Roman Bobryk, Kaliningrad – opowieść o mieście, którego nie ma, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2022, nr 152

Przypisy

    Powiązane artykuły

    03.05.2022

    *** [nie przyjdzie ona jest]

    nie przyjdzie ona jest
    we mnie
    niczym skamieniałe miasto
    żywa skała

    skała żywa
    jeszcze przez chwilę
    jeszcze przez lata

    noszę ją żywą i umarłą
    ten bagaż codzienny
    jak chleb powszedni

    albo bramę
    do miasta ocalonego
    do spopielonego miasta

    wiecznego
    wietrznego

    Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
    Źródło tekstu: Stefan Jurkowski, *** [nie przyjdzie ona jest], Czytelnia, nowynapis.eu, 2022

    Przypisy

      Powiązane artykuły

      03.05.2022

      Z różnych miast

      to miasto już było
      teraz inne
      zaciska wokół mury i widnokręgi

      nic się nie zmienia
      a przecież toczą się koła pociągu
      – wschody i zachody –

      obraca nami diabelski młyn

      i znowu miasto
      i miasto
      i miasto

      nieznane kręte
      trzymają nas w uścisku
      niczym gigantyczny wąż
      który wciąż zmienia skórę – –

      zbudowane
      z nas samych
      coraz bardziej nasze
      coraz bardziej obce

      Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
      Źródło tekstu: Stefan Jurkowski, Z różnych miast, Czytelnia, nowynapis.eu, 2022

      Przypisy

        Powiązane artykuły

        20.04.2022

        Chcą zobaczyć więcej

        Koty królują w zakamarkach miasta
        szukają tronu Dawida
        odwiedzają targ rybny,
        polują na muchy.
        Oglądają odcięte głowy owiec ze łzami
        w kącikach oczu,
        pod powiekami zamykają ich ostatnie
        chwile życia.
        Zmęczone wypoczywają na murach skąpanych w słońcu.
        Nocą ich oczy jak latarenki świecą
        wskazując drogę zbłąkanym wędrowcom,
        Prześwietlają ich wzrokiem,
        i jak myśliwi przeszukują swoje terytorium.
        Czyżby chciały wiedzieć dokąd zmierzasz wędrowcze?

        Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
        Źródło tekstu: Rachel Schancer, Chcą zobaczyć więcej, Czytelnia, nowynapis.eu, 2022

        Przypisy

          Powiązane artykuły

          20.04.2022

          Druga twarz Nowego Jorku

          Bezdomne, głodne, beznamiętne twarze

           

          przeglądają się w żółtych ślepiach pociągu,

           

          czekają na pytanie – dokąd?

           

          Obojętne na jęk skrzypiec uderzanych ręką

           

          „przegranego artysty”.

           

          Powietrze stoi, oni siedzą wyczerpani

           

          jak wyschnięte źródło na pustyni.

           

          Śmierć przechadza się obok,

           

          wylicza: biały, czarny, biały, czarny

           

          na kogo wypadnie?

           

          Jakiś dziwak bez kontaktu ze światem

           

          w Kainowym trudzie,

           

          zrzuca z siebie płaszcz wysłużony

           

          z oddechem brudu i niemiłej woni.

           

          Inny żyletką na ręce swój los wypisuje,

           

          garbaty starzec gruby sznur na szyi sobie oplata,

           

          przecina drogę mężczyźnie pod krawatem,

           

          „depcze mu po piętach” –

           

          na próżno.

           

          Choć znają wszystkie języki,

           

          nikt nie chce ich zrozumieć.

           

          Moje oczy zapisują te obrazy, losy złamane.

           

          W świecie nie znającym litości,

           

          szklane wieżowce sięgają nieba.

           

          Garnitury od najlepszych krawców wyniośle w pośpiechu

           

          mijają upadłych.

           

          Czy zawsze tak będzie?

           

          Gdzie jest granica między sukcesem a porażką?

           

          Apostoł Paweł w liście do Rzymian apelował

           

          „Radujcie się cierpieniem”

           

          Czy można radować się cierpieniem?

          Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
          Źródło tekstu: Rachel Schancer, Druga twarz Nowego Jorku, Czytelnia, nowynapis.eu, 2022

          Przypisy

            Powiązane artykuły

            11.04.2022

            list nr 17

            dzisiaj wcześnie rano widziałem przez okno

            jak ktoś przestawiał na osiedlu bloki i wieżowce

            byłem niezwykle zaskoczony

            gdy blok naprzeciwko powędrował nagle dwieście metrów dalej

            przysiągłbym że wiatr przyniósł słowa b jeden na c trzy

            ale pewnie mi się zdawało

            stałem w tym oknie i patrzyłem jak wmurowany

            i szybko doczekałem się dalszego ciągu

            wieżowiec obok został uniesiony jak pióro gołębia i przestawiony

            na ponownie przyniesione przez wiatr tym razem e pięć

            wpiłem dłonie mocniej w parapet i patrzyłem zaczarowany

            a właściwie to wrzepiałem wzrok

            w bloku przy ulicy trzecie piętro nagle zjechało w dół i to aż na parter

            parter zaś poszedł trzy piętra do góry

            to niewiarygodne że można nagle mieszkać kilka pięter niżej

            żarty skończyły się gdy zachwiał się pokój

            przyszła bowiem kolej na mój wieżowiec

            to co działo się dalej w pionie i poziomie

            to już była wyższa geometria

            potem znowu wyjrzałem przez okno

            i miałem zdecydowanie inny widok niż dotychczas

            to znaczy był podobny ale widać było wszystko dokładniej

            ale znacznie bliżej

            to co dalekie prawie przestało być widoczne

            ludzie biegali pomiędzy czasami kolorowymi blokami

            wyglądali zdziwieni przez okna i z balkonów

            nawet śmiesznie wyglądali z tymi machającymi łapkami

            byli jak owady wyciągnięte nagle spod liści

            a ja uśmiechałem się w tym nowym starym oknie

             

            dzisiaj wcześnie rano widziałem przez okno

            jak ktoś przestawiał na osiedlu bloki i wieżowce

            jak tak można pomyślałem uśmiechając się

            Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
            Źródło tekstu: Jerzy Jankowski, list nr 17, Czytelnia, nowynapis.eu, 2022

            Przypisy

              Powiązane artykuły

              30.11.2021

              List do Paryża

              Uwiodłeś mnie Paryżu
              jak kochanek mężatkę,
              gdy wpadłam w zachwyt
              na wzgórzu Mont Martre.

              Stary Kraków
              nigdy się o tym
              nie może dowiedzieć!

              Tekst został zakupiony w ramach programu Tarcza dla Literatów. 

              Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
              Źródło tekstu: Danuta Perier-Berska, List do Paryża, Czytelnia, nowynapis.eu, 2021

              Przypisy

                Powiązane artykuły

                07.10.2021

                Nowy Napis Co Tydzień #121 / Miasto mojego dzieciństwa

                pamiętam to miasto

                i nie pamiętam jednocześnie

                 

                oswajanie ulic przychodzi z trudem

                nie rozumiem mowy domów

                 

                w zakrzywieniu schodów

                czai się zapach z dzieciństwa

                 

                nie tworzy już we mnie mapy

                do powrotu

                 

                czytanie nowych aktualizacji nic nie zmieni

                przecież wiem wszystko co było potrzebne

                 

                do nauki latania

                Tekst został zakupiony w ramach programu Tarcza dla literatów.

                Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
                Źródło tekstu: Renata Elżbieta Paliga, Miasto mojego dzieciństwa, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 121

                Przypisy

                  Powiązane artykuły

                  18.08.2021

                  Miasto – żyjący przodek

                  Z miastami jest trochę jak z ludźmi. Też mają swoje biografie – swoje rozmyte w mitycznym bezczasie dzieciństwo, swoje legendarne dni chwały i wstydliwe dni klęski. Mają swoją przeszłość, teraźniejszość i widoki na przyszłość. Dlatego można je wspominać zupełnie jak ludzi, można je opisywać i można opowiadać ich dzieje. Żadna opowieść – jak wspomnienie o przodku – nie powinna rościć sobie prawa do wyłączności, ale każda jest cenna jako komplementarny nurt narracyjny zmierzający do wspólnego ujścia, którym jest polifoniczna prawda o mieście. W myśl tej zasady panowie Wojciech Górecki i Bartosz Józefiak postanowili opowiedzieć o swoim mieście, Łodzi, na spółkę. Trzeba przyznać, że i opowieść, i miasto dobrze na tym wyszły.

                  Łódź. Miasto po przejściach bazuje na reportażach z przełomu lat 80. i 90. zasłużonego łódzkiego dziennikarza Wojciecha Góreckiego, wydanych w roku 1998 w książce Łódź przeżyła katharsis; uzupełnionych, a czasami skontrapunktowanych z najnowszej perspektywy początku XXI wieku przez przedstawiciela nieco młodszego pokolenia, absolwenta Polskiej Szkoły Reportażu – Bartosza Józefiaka. Ale to nie oni opowiadają w tej książce o Łodzi. Zgodnie z reporterską techniką obserwacji uczestniczącej autorzy zbliżają się do bohaterów swoich opowieści, pozwalając im mówić o własnych sprawach i bolączkach własnym, niecenzurowanym językiem. W rezultacie w książce o swoim mieście opowiadają sami mieszkańcy, reprezentujący szeroki przekrój społeczny, różne środowiska polityczne, różne profesje. Słyszymy zatem polityków (wieloletniego wojewodę łódzkiego Waldemara Bohdanowicza, prezydentów Marka Czekalskiego i Hannę Zdanowską) oraz quasi-polityków (Józef Onoszko w roku 1990 usiłował kandydować na urząd Prezydenta Rzeczypospolitej z ambitnym programem uczynienia wszystkich Polaków ludźmi szczęśliwymi; zebrawszy jedynie kilka tysięcy podpisów, nie potrafił zrozumieć, dlaczego tak niewielu ludzi chce szczęścia), słyszymy artystów (Joannę Rajkowską, która w Pasażu Róży w podwórku przy Piotrkowskiej stworzyła niepowtarzalną instalację z tysięcy kawałków potłuczonych luster) i quasi-artystów (Michael Christian von W., znany dziś publiczności pod własnym, mniej wyszukanym nazwiskiem, w roku 1991 próbował wystawić w Łodzi pierwszy w Polsce musical erotyczny, którego akcja rozgrywa się w zamku transwestytów), słyszymy urodzonego w Brazylii potomka łódzkich fabrykantów, Petera Scheiblera, urodzonego w łódzkiej rodzinie żydowskiej pisarza, dziennikarza i lekarza Arnolda Mostowicza, urodzonego w Warszawie, a zmarłego w Gdyni legendarnego kapelana łódzkiej Solidarności o. Stefana Miecznikowskiego; słyszymy związanych z Łodzią ekonomistów, socjologów, kulturoznawców, miejskich aktywistów i wreszcie dziesiątki zwykłych mieszkańców – na przykład jeżdżącego od osiemnastu lat rikszą po Piotrkowskiej pana Ryszarda, przesiadujących na Rubiku (pasaż Rubinsteina) Norberta i Tygrysa, ofiarę bezlitosnego kamienicznika z ulicy Mielczarskiego – panią Marię, i ofiarę rewitalizacji ulicy Włókienniczej – panią Danutę.

                  Miasto Łódź przyszło na świat około roku 1821. Tych dwieście lat nie jest może w przypadku miasta wiekiem matuzalemowym, ale ma swoją dynamikę, a nawet dramaturgię. Impulsem założycielskim i rozwojowym Łodzi było zniesienie barier celnych między Królestwem Polskim a imperium rosyjskim i utworzenie obszaru przemysłowego na kształt obecnych specjalnych stref ekonomicznych. Rynek wschodni okazał się tak chłonny, że w Łodzi jak grzyby po deszczu wyrastały kominy fabryczne kolejnych tkalni, przędzalni, w krótkim czasie przeobrażając sielski wiejski krajobraz w potężnego, kapitalistycznego molocha. „Olbrzymie fabryki, których długie, czarne cielska i wysmukłe szyje-kominy majaczyły w nocy, we mgle i w deszczu, budziły się z wolna, buchały płomieniami ognisk, oddychały kłębami dymów, zaczynały żyć i poruszać się w ciemnościach, jakie jeszcze zalegały ziemię” – ten opis znamy z Reymontowskiej Ziemi obiecanej. Do miasta napływali osadnicy z zagranicy, a w ślad za nimi ruszały masy okolicznej ludności wiejskiej, dla której nowe miasto stało się szansą cywilizacyjną. W roku 1820 Łódź liczyła ośmiuset mieszkańców i sto sześć drewnianych domostw, a tuż przed wybuchem pierwszej wojny światowej była już potężnym, przeszło sześciusettysięcznym ośrodkiem przemysłowym. Ówczesny impet rozwojowy Łodzi porównywalny jest tylko z miastami amerykańskimi – Nowym Jorkiem i Chicago. Niestety, w wyniku światowego konfliktu miasto znacznie ucierpiało (dewastacje i grabież ze strony okupanta niemieckiego, blisko pięćdziesięcioprocentowa depopulacja). Utrata wschodnich rynków zbytu i światowy kryzys ekonomiczny znacząco osłabiły siłę łódzkiego przemysłu, stając się zarzewiem konfliktów społecznych i strajków – wtedy do Łodzi przylgnęło miano „czerwonego miasta”. Bezpośrednio po drugiej wojnie światowej Łódź była największym polskim miastem i z racji dość dobrze zachowanej tkanki materialnej brano ją nawet pod uwagę jako kandydatkę na miasto stołeczne. Później jednak, na bazie znacjonalizowanego przedwojennego fabrycznego imperium włókienniczego, stworzono tu monokulturę przemysłową zatrudniającą w 1971 roku ponad sto trzydzieści tysięcy pracowników, w większości kobiet. Zarobki w przemyśle lekkim były niewysokie, ale powodów do większych narzekań na tle ogólnej szarzyzny PRL nie było. Prawdziwy kryzys miasta związany jest z okresem transformacji ustrojowej przełomu lat 80. i 90. Upadek rynku radzieckiego, cła i kontyngenty eksportowe, brak ochrony celnej rynku wewnętrznego i zalew tekstyliów z Turcji, Indii i Tajlandii rozłożyły na łopatki niemodernizowane od lat łódzkie fabryki. Wobec braku programu naprawczego kolejne zakłady pracy ogłaszały upadłość lub były wykupywane za bezcen przez zagraniczną konkurencję. W rezultacie Łódź stała się obszarem strukturalnego bezrobocia – w rekordowym roku 1992 wynosiło ono ponad dwadzieścia procent. Wydawało się, że trzeba będzie ogłosić bankructwo miasta, a na rogatkach umieścić tablice: „Wstęp wzbroniony. Nieudany eksperyment gospodarczy”. W chwili obecnej Łódź najgorsze ma już chyba za sobą i szuka nowego pomysłu na siebie.

                  Z miastami jest trochę jak z ludźmi. Mają różne twarze, co nie oznacza wcale, że są dwulicowe, fałszywe. Po prostu raz bywają pogodne i zadowolone z siebie, raz piekielne zmęczone; raz im się chce, raz wszystkiego mają dość – zupełnie jak ludzie. W książce Góreckiego i Józefiaka widzimy różne twarze Łodzi. Budząca uśmiech wiata tramwajowa przy ulicy Mickiewicza zwana „stajnią jednorożców”, największy dworzec kolejowy w Polsce – Łódź Fabryczna, centrum nauki i rozrywki EC1, gigantyczny kompleks handlowo-usługowy Manufaktura w dawnym imperium przemysłowym Izraela Poznańskiego, woonerfy przy ulicach 6 Sierpnia i Traugutta – tymi obiektami chętnie chwalą się urzędnicy na oficjalnych stronach miasta. Alternatywną wizytówką Łodzi jest także modna przestrzeń klubowo-gastronomiczna OFF Piotrkowska albo imponujące wielkopowierzchniowe murale sław polskiego i światowego street artu. Ale jest niestety i inna twarz Łodzi – zmęczona, brudna, śmierdząca. To stare Bałuty, złą sławą owiana Limanka, Włókienka czy Legionów. Łódzkie enklawy biedy, gdzie większość mieszkań nie ma toalet ani centralnego ogrzewania, skorodowana żeliwna instalacja gazowa pamięta czasy „Ziemi obiecanej” (reportaż Gaz story), w podwórkach i na klatkach schodowych śmierdzi uryną, gdzie o każdej porze dnia i nocy można dostać wódkę, papierosy i w mordę. Tej twarzy wolelibyście nie oglądać – podobnie jak szpitala psychiatrycznego Kochanówka czy Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego Rejmontówka (Końcówka miasta). Jest więc Łódź jak z serialu Komisarz Alex i Łódź nędznych poddaszy jak z reportażu W kolejce po lepsze życie.

                  Różne twarze ma też sama Pietryna – centralna, reprezentacyjna ulica, jeden z symboli miasta włókniarzy. Na przełomie 1992 i 1993 roku zarejestrowanych było tu ponad sześćset sklepów, co najmniej drugie tyle działało w oficynach. To była prawdziwa ulica handlowa! Za czasów PRL prawdopodobnie najlepiej zaopatrzona ulica w Polsce. Najpierw jej pozycję osłabiło otwarcie w roku 2002 Galerii Łódzkiej, ciosem nokautującym okazała się późniejsza o cztery lata inauguracja działalności Manufaktury. Z Piotrkowskiej wyniosły się lepsze sklepy, butiki, w ich miejsce pojawiły się salony z odzieżą na wagę i towarem po cztery pięćdziesiąt. Ulica zmartwychwstała po remoncie nawierzchni w roku 2012, ale jej kolejna inkarnacja nie u wszystkich mieszkańców budzi entuzjazm. Niektórym przeszkadza całodobowy kebab i sprzedaż alkoholu do rana.

                  Z miastami jest trochę jak z ludźmi – też mają swoje sny, marzenia, plany. O czym śni Łódź roku 2021? Na pewno ma swoje sny o potędze, o utraconej dumie. Chciałaby być nowoczesną metropolią, europejską stolicą kultury, centrum przemysłu kreatywnego, pionierem nowych technologii, chciałaby zorganizować Expo. „[…] ja chcę, aby stawiali domy, żeby budowali fabryki, robili ulice, urządzali komunikacje, przeprowadzali drogi! Ja chcę, żeby moja Łódź rosła, żeby miała pałace wspaniałe, ogrody piękne, żeby był wielki ruch, wielki handel i wielki pieniądz!” – można by powtórzyć za Reymontowskim bohaterem Dawidem Halpernem. Innym marzy się wychillowane miasto hipsterów, w którym jeździ się rowerem od klubu do klubu, bez pośpiechu, bez spiny, popija rzemieślnicze piwo, dyskutując o sztuce i filozofii przy stymulujących dźwiękach elektro jazzu.

                  Ale Łódź, zupełnie jak człowiek, ma też swoje koszmary. Śni jej się, że wszyscy wokół się z niej śmieją, przezywają, że wytykają palcami i popychają – „Kto z Łodzi pochodzi, ten sam sobie szkodzi”. W książce z masochistycznym upodobaniem cytowane są obelżywe opinie na temat miasta i jego mieszkańców pewnego wybitnego reżysera, pewnego wybitnego pisarza i pewnego wybitnego aktora, z których tylko wypowiedź tego ostatniego o Łodzi jako „mieście meneli” wypada przytoczyć – zwłaszcza, że sami łodzianie już dawno nabrali do niej dystansu, z dumą zakładając koszulki z napisem: „Jestem łódzkim menelem”. Wizerunek Łodzi jako miasta twardzieli – trudnego, brutalnego, które nie wybacza, stał się elementem lokalnego sznytu. Może to dzięki niemu uda się wyjść z cienia stolicy czy ścigającego Łódź w demograficznym wyścigu Wrocławia. Przecież to właśnie „łódzki charakter” decydował kiedyś o sukcesach na arenie międzynarodowej drużyny piłkarskiej z alei Piłsudskiego.

                  Z miastami jest jak z ludźmi – żyją jednocześnie życiem indywidualnym i życiem rodzinnym. W przypadku Łodzi tą rodziną są przede wszystkim wielkie rody fabrykanckie – Scheiblerów, Poznańskich, Grohmanów, Geyerów, Herbstów. To oni zbudowali potęgę tego miasta. To oni budowali tu fabryki, dając zatrudnienie tysiącom ludzi (u Poznańskiego pracowało siedem tysięcy osób), zakładali szpitale, ochronki, rozsławiali jego imię w świecie. Łódzcy fabrykanci stworzyli archetyp lodzermenscha – bezwzględnego, ale skutecznego kapitalisty. Warto przy tym pamiętać, że łódzka rodzina ma wielonarodowe korzenie i czerpie swe życiodajne soki z różnych tradycji. Przed drugą wojną światową na siedemset tysięcy mieszkańców Łodzi przypadało blisko trzysta tysięcy Żydów i ponad sto tysięcy Niemców. O tę pamięć upomina się w książce urodzony w Łodzi pisarz, autor Żółtej gwiazdy i czerwonego krzyża Arnold Mostowicz, przypominający, że łódzką społeczność żydowską reprezentowali nie tylko Tuwim i Rubinstein i że we wszystkich dziedzinach życia Żydzi zapisali piękną kartę w historii miasta (lekarz Seweryn Sterling, kompozytor Aleksander Tansman, twórca łódzkiej orkiestry symfonicznej Alfred Sztrauch czy reżyser Henryk Szletyński). Znamienne jest pod tym względem tableau przechowywane w prawosławnej cerkwi katedralnej Aleksandra Newskiego przy ulicy Kilińskiego, z fotografiami donatorów świątyni, wśród których są obok prawosławnych łódzcy katolicy, ewangelicy, żydzi. To jest właśnie bogactwo wielokulturowości i różnorodności – podkreśla Mostowicz (Przywróćmy pamięć o pomordowanym narodzie żydowskim).

                  W utworze Uciekaj nieistniejący już niestety łódzki zespół Cool Kids of Death śpiewa: „Urodziłem się w Łodzi / Nie w Nowym Jorku / Moje miasto to syf / Czasami myślę że żyję w piekle / Czasami myślę że to zaszczyt”. Mam wrażenie, że na podobnej ambiwalencji oparta jest łódzka tożsamość. Jest w niej jakiś perwersyjny ekskluzywizm wynikający z poczucia bycia gorszym; jest w niej żabia perspektywa, z której z ironią patrzy się na szybujące orły sukcesu; jest w niej geograficzny środek i mentalny margines. Jak dla mnie – bardzo intrygujące miasto – tak brzydkie, że aż piękne. Polecam.

                  W. Górecki, B. Józefiak, Łódź. Miasto po przejściach, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2020.

                  Okładka książki

                  Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
                  Źródło tekstu: Tomasz Chlewiński, Miasto – żyjący przodek, Czytelnia, nowynapis.eu, 2021

                  Przypisy

                    Powiązane artykuły

                    16.08.2021

                    MIASTECZKO

                    To było zwykłe miasteczko pomalowane
                    w liszaje zadr, sąsiedzkich sporów i zawiści.

                     

                    Tam wszyscy wiedzieli o wszystkim,
                    nawet jeśli nie chcieli, bo plotka, niczym
                    kurtyzana, oddawała się za łyk sensacji.

                     

                    To było zwykłe miasteczko, w którym byle
                    psy miały swoje własne budy i łańcuchy,
                    koty kalenice, wróble ulubione parapety,
                    konie plac na lokalnym targowisku,
                    a szczury i myszy opuszczone stodoły,
                    piwnice z krzyżowymi sklepieniami,
                    strachy strychy, sumienia konfesjonały.

                     

                    Miasteczko z głupim Staśkiem i innymi
                    aniołami, z rudą Jaśką zakochaną
                    bez pamięci w (nie)rudym synku,
                    z Felką, co to każdemu i z każdym,
                    ze Zdzichem, któremu wystarczył
                    łyk szczęścia zanurzony w mętnosinej
                    butelce, z babiną grożącą laseczką
                    grzecznym chłopcom od hip-hopu.

                     

                    To było nudne miasteczko, w którym
                    smutne żony chodziły do wróżki,
                    mecenasi w „Stokrotce” dzielili się
                    wypłatą z miejscowym poetą,
                    ktoś grał w kapeli black metalowej,
                    dbający o zdrowie biegał lub jeździł
                    na rowerze - do kochanki, harcerze
                    zdobywali sprawności, młodzieńcy
                    dziewczęta, solidni dobre stopnie.

                     

                    To było senne miasteczko, w którym
                    dachy przyglądały się polom, matczyne
                    pelargonie usychały na werandach
                    małych domków, a ludzie czekali
                    na nie wiadomo „co” i „dlaczego”.

                     

                    Właśnie wtedy nadleciały nocne motyle,
                    a każdy niósł wielki wór myśli białych,
                    czystych, serdecznych i radosnych.

                     

                    Gdy rozsypały się słowa po mieście,
                    czas zwolnił dwukrotnie.

                     

                    Spojrzeli w okna ludzie – mecenasi,
                    lekarze, poeci, Felka, Jasiek i Stasiek,
                    głupi i ci mądrzy inaczej, zrzędliwi,
                    uparci, pani i dziad, abstynenci i trzeźwi
                    (lecz tylko od święta), wierzący i wątpiący.
                    Ich świat się wybielił .

                     

                    Rozjarzyły się drzewka przy stołach zastawionych
                    najlepszą zastawą, łamali się ludzie wzruszeni,
                    głosy na przemian płakały, śmiały się, drżały.

                     

                    Potem stary Cygan wziął w ręce skrzypce stryja
                    Penki i zagrał niczym wiatr na strunach świata
                    a wtedy rozbrzmiały dźwięki kolędy:

                     

                    Było cicho na dworze, pierwszy anioł już zasnął,
                    kiedy gwiazda wspaniała rozświetliła się jasno.
                    Zasmarkany pastuszek coś tam cicho zamruczał
                    o tym królu, co kiedyś przyjść musiał.

                     

                    A ta mała dziecina wszystkim kawał sprawiła.
                    W stajni światło nastało, tam mu mama śpiewała:
                    „Lili lili li laj lili lili li laj lili laj”.

                     

                    Takie to było miasteczko.

                    Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
                    Źródło tekstu: Adriana Jarosz, MIASTECZKO, Czytelnia, nowynapis.eu, 2021

                    Przypisy

                      Powiązane artykuły

                      Loading...