09.05.2024

Nowy Napis Co Tydzień #253 / Smakowanie literatury

Tomasz Chlewiński zatrzymuje się przy literackiej studni i czerpie z niej wodę. Tą wodą jest twórczość sześciorga autorów: Brunona Schulza, Witolda Gombrowicza, Tadeusza Różewicza, Papuszy (Bronisławy Wajs), Jarosława Marka Rymkiewicza i Wojciecha Kudyby.

Słowniku symboli Władysława Kopalińskiego czytamy, że „studnia symbolizuje moce twórcze, tajemnicę, pułapkę”. Warto jeszcze przywołać, jaką głębię sensów ewokuje ona w Biblii. Otóż jest symbolem oczyszczenia, błogosławieństwa i obfitości, miejscem spotkań. Sługa Abrahama spotyka przy studni Rebekę, Jakub – Rachelę, Jezus – niewiastę samarytańską. Podczas spotkania przy studni w Sychem Jezus mówi do Samarytanki: „Każdy, kto pije tę wodę, znowu pragnąć będzie; kto jednak napije się wody, którą ja mu dam, nigdy nie uczuje pragnienia” (J 4,13). Na kanwie tego spotkania Karol Wojtyła osadza swój poemat zatytułowany Pieśń o blasku wody. W tytule zbioru esejów Chlewińskiego symboliczne znaczenie ‒ z całym swoim zakresem poznawczym ‒ ma zarówno „studnia” z zawartą w sobie „wodą”, jak i „spotkanie”.

Wnikając w semantykę „spotkania”, oczywiście przychodzi na myśl między innymi filozofia dialogu, zwana też filozofią spotkania. Kłaniają się filozofowie: Gadamer, Buber, Levinas. Spotkanie z sześciorgiem twórców generuje egzystencjalne tematy, często o charakterze aksjologicznym. Wchodzimy na rozległe obszary poszukiwania sensu życia, jak i śmierci.

Poprzez twórczość Brunona Schulza, pierwszego spotkanego, Chlewiński spotyka się z wielką tradycją żydowską. Z podziwu godnym znawstwem tropi wątki kabalistyczne w jego prozie. Kabała wybrzmiewa tutaj jako głęboki, mistyczno-filozoficzny nurt judaizmu. Nawiasem mówiąc, niestety jest ona współcześnie często postrzegana dość frywolnie. Spłyca się jej sens. Wystarczy przywołać chociażby, skądinąd sympatyczne, teksty piosenek Ireny Jarockiej. W Kabale z siedmiu kart słyszymy: „Postawię ci kabałę z siedmiu kart / byś z losem był za pan brat”, a w Kocha się raz piosenkarka wyznaje: „Wierzę w gwiazdy, kabały i sny”. Dlaczego kabała jest w liczbie mnogiej? Może dlatego, aby znaczyła tyle, co zabobony, czary-mary. Ale zostawmy płytki świat tekściarski estrady i wróćmy na salony wielkiej literatury. Chlewiński w swojej literaturoznawczej egzegezie pokazuje Schulza jako gorliwego wyznawcę kultu słowa, u którego słowo jest kluczem do zagadki wszechświata. I w Sklepach cynamonowych, i w Sanatorium pod Klepsydrą mamy wielką metafizykę. Niemal każdym słowem pisarz – mag z Drohobycza – głosi triumf trwania nad przemijaniem.

Następne spotkanie to stanięcie twarzą w twarz z Gombrowiczem, przyglądanie się temu, jaką postawę autor Zbrodni z premedytacją przyjmuje wobec przemijania. A jaka to postawa, mówi tytuł eseju: Witold Gombrowicz ucieka przed śmiercią – sposób, właściwie cała strategia, a nawet filozofia, niestety daremnej ucieczki literackiego, a zarazem biograficznego Gombrowicza przed kostuchą, Chlewiński kreśli pomysłowo, z talentem wytrawnego hermeneuty. To moim zdaniem najlepszy, nie negując pozostałych, esej w recenzowanym zbiorze.

Kolejne spotkanie ma miejsce w przedsionku piekła – z Tadeuszem Różewiczem jako podglądaczem śmierci, który w wierszu Przenikanie stwierdza: „śmierć / przenika przez życie / jak światło / przez pajęczynę”. To, co żyje, musi umrzeć. Autor eseju pokazuje, że bohaterowie Różewicza są pozbawieni horyzontu eschatologicznego. Egzystują chwilowo, tymczasowo. Widać, że Chlewiński jest wytrawnym konsumentem, a właściwie smakoszem literatury, mającym niezwykle wrażliwe kubki smakowe. W taki oto kulinarny sposób podsumowuje refleksje o poezji autora Niepokoju, zarazem dając porady nam, czytelnikom:

Różewiczowski owoc poznania życia i śmierci jest sycący, choć dyskusyjna pozostaje jego wartość odżywcza; odkrywa przed nami nowe smaki, ale nie wyciśniemy z niego ani kropli ambrozji; odpowiednio przyprawiony nadaje się na przetwory, ale musimy liczyć się z tym, że w każdej postaci zachowa swą cierpkość i gorycz.

Czwarte spotkanie ma tytuł Na niebie cygański wóz i jest usytuowane na leśnych ścieżkach. Po wprawdzie znakomitym, ale przemożnie smutnym, śmiertelnym Różewiczu zanurzamy się w afirmatywną, wdzięczną, pełną pięknej prostoty poezję Bronisławy Wajs, czyli Papuszy. „Papusza” w języku cygańskim znaczy „lalka”. Cygańska poetka nie z lektur przędzie osnowę swej poezji, lecz bezpośrednio z włókien natury. Chlewiński zwraca naszą uwagę na to, że zapisana poezja cygańska to zjawisko bez precedensu. Cała wcześniejsza twórczość poetycka polskich Cyganów była przekazywana wyłącznie ustnie, gdyż nie mają oni własnego pisma, i była anonimowa.

Spotkanie piąte – z duchami przodków – nosi tytuł Zwiedzanie grobowca. Dotyczy poezji Jarosława Marka Rymkiewicza, przede wszystkim zbioru Moje dzieło pośmiertne. A w nim tropów biblijnych, odniesień mitologicznych, filozoficznych, muzycznych i oczywiście tradycji literackiej. Chlewiński postrzega autora Animuli jako czołowego przedstawiciela neoklasycyzmu. Sytuuje go, poprzez barokowe koncepty, wobec księdza Józefa Baki ‒ i jakże obrazowo przedstawia na tle asekuracyjnej i lękliwej współczesności:

Jarosław Marek Rymkiewicz jest odważny. Podczas gdy cała ogólnoświatowa wycieczka porusza się dziś oznakowanym szlakiem, upstrzonym reklamami „siły dwóch serc” i wskrzeszającej mocy balonika energetyzującego, w kierunku ubezpieczonej przyszłości, on samowolnie, na własną rękę, bez przewodnika oddala się od grupy, błądzi po zakamarkach przeszłości, zagląda pod płyty nagrobne, by śmierci spojrzeć w twarz i zadać jej, niczym współczesny mistrz Polikarp, kilka zasadniczych pytań.

Spotkanie szóste – podejrzane, zasłyszane – mające tytuł Słuch prawie absolutny, jest wejściem na teren twórczości prozatorskiej Wojciecha Kudyby, a zwłaszcza zbioru opowiadań I co dalej? Chlewiński zachwyca się u tego autora epickim wyczuciem kolokwialnego rytmu mowy codziennej. Stwierdza, że realistyczne opowiadania Kudyby są jak mikrofon rejestrujący głosy ludzi.

Każde z sześciu spotkań zapada w pamięć czytelnika. To wyraziste spotkania. Autor książki poszukuje związków między twórczością sześciorga autorów, chociaż każdy z esejów stanowi autonomiczny tekst. Owo poszukiwanie za wszelką cenę powiązań uważam za niekonieczne. Patrząc na same nazwiska, widać, że spotykanych twórców więcej dzieli niż łączy. I przecież sam Chlewiński we wstępie pisze: „Każdy z nich jest osobny, oddzielny, miejscami osobliwy”. W zakończeniu eseju o twórczości Kudyby autor znowu wraca do szukania koligacji. Stwierdza, że właśnie w Kudybie, jako jedynym żyjącym, można umieścić prawie wszystkich pięcioro prezentowanych twórców:

Słyszymy więc wyraźnie w prozie Kudyby akcent Schulza i Gombrowicza, dobiega z oddali echo głosu Papuszy i całkiem nieodległy jeszcze głos Jarosława Marka Rymkiewicza. I może tylko znanego z twórczości Tadeusza Różewicza śmiertelnego pokąsania przez wojnę tu brakuje… Nie czynimy wszak z tego braku autorowi wymówki – przeciwnie, życzymy jemu i sobie, by tak pozostało na zawsze. Amen.

No cóż, często szukamy efektownego zakończenia wypowiedzi, czy to pisanej, czy mówionej. Tomasz Chlewiński w swojej książce pisze o literaturze pomysłowo, ciekawie i trafnie. Z wyjątkiem przywołanej powyżej – przedobrzonej – puenty. Jednak nie oceniam go po tym, jak kończy. Byłoby to niemiarodajne i krzywdzące. Spotkanie przy studni jest naprawdę wartościowe i ożywcze. Chlewiński, czytam z noty o autorze, jest fanem twórczości Arvo Pärta, Krzysztofa Kieślowskiego i Jima Jarmuscha. Są to niewątpliwie twórcy wyraziści, oryginalni, zdystansowani wobec modnych, populistycznych nurtów twórczych. Nie dziwi więc mnie, że eseista wybrał sześcioro takich, a nie innych autorów do spotkań.

Sposób pisania Chlewińskiego przypomina literaturoznawcze narracje takich eseistów i krytyków literatury, jak Jan Błoński, Andrzej Kijowski czy Tomasz Burek. Zamieszczone w książce szkice literackie powstawały na przestrzeni ponad dwóch dekad. Najodleglejsze w czasie są te o Gombrowiczu i Różewiczu. A mimo że później napisano dużo o twórczości tych autorów, rozpoznania Chlewińskiego nie trącą myszką. Dużym atutem jest własny styl eseisty i jego duża wiedza. Ja po lekturze mam odczucie, jakbym się też spotkał w spiżarni pełnej literackich smaków. I nie przeszkadzało mi to, że zapach śmierci – roznoszący się z półki z Gombrowiczem, Różewiczem i Rymkiewiczem – górował nad zapachem cynamonu z opowiadań Schulza.

 

Tomasz Chlewiński, Spotkanie przy studni. Szkice literackie, Kraków 2023.

Bordowa okładka z małą grafiką na środku wokół której zawija się tytuł. Grafika na okładce: Bruno Schulz, Czytanie księgi I

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Jerzy Sikora, Smakowanie literatury, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2024, nr 253

Przypisy

    Powiązane artykuły

    02.05.2024

    Nowy Napis Co Tydzień #252 / Jeszcze tu jesteś II (fragmenty)

    Wtorek, 8.12

    Chodnik przed blokiem

    KTOŚ
    Dzień dobry, pani Kosińska! Oj będzie padało dzisiaj.

    ONA
    (milczy)

    KTOŚ do siebie
    Raz by odpowiedziała.

    Wtorek, 8.25

    Sklep spożywczy Szymek

    KTOŚ2
    Coś jeszcze?
    Złoty dziewięćdziesiąt.
    Chwileczkę!
    Reszta.

    Wtorek, 8.52

    Autobus linii 168

    KTOŚ3
    Jak kupię pomidory w puszce, to się zrobi pomidorową.

    KTOŚ4
    Ale to brudne, mokre, się wylało czy ktoś nasikał

    KTOŚ5
    Nienawidzę go. Nienawidzę go.
    Nienawidzę go. Ja pierdolę.
    Nienawidzę go.

    KTOŚ6
    Oj, mogłem parasol zabrać, bo to lunie zaraz.
    Żebym się tylko nie zaziębił przed wyjazdem.

    KTOŚ7
    Dzień dobry, pani Kosińska!
    Nie poznaje mnie pani?
    Hania Michałkiewicz, Mój Bartek z Radkiem na dodatkowy angielski chodził w drugiej klasie. No! Pani mieszka tu na osiedlu?

    ONA
    Tak, przepraszam, muszę...

    KTOŚ7
    Wysiada pani? Ja też. Jezu, widzi pani, co się dzieje? A pani bez parasolki. Może odprowadzę, w którą stronę pani idzie?

    ONA
    Tam.

    KTOŚ7
    Ja też.

    ONA
    To znaczy w tamtą.

    KTOŚ7
    A... No to... do zobaczenia! Może mogłybyśmy...?
    ...
    Aha. Krowa.

    Wtorek, 9.33

    Kwiaciarnia Dalia

    KTOŚ9
    Dla pani?

    KTOŚ9
    Dla pani...?

    ONA
    Tamten bukiet.

    KTOŚ9
    Bez przybrania?

    ONA
    Bez.

    KTOŚ9
    Trzydzieści pięć.

    Wtorek 09.52

    Chodnik przed wystawą sklepu snowboardowego

    ONA
    (milczy)

    Wtorek, 10.30

    Skate park

    KTOŚ11
    Nosz...!

    KTOŚ12
    Ślisko

    KTOŚ10
    Dawaj! Ollie

    KTOŚ12
    Gleba

    KTOŚ10
    Kurwa

    KTOŚ11
    Dobra, ja spierdalam.

    KTOŚ12
    Idę, ziomciu.

    KTOŚ10
    Nara.
    Chcesz pojeździć, stara?

    ONA
    Nie.

    KTOŚ10
    A pani tu codziennie przychodzi.

    ONA
    Tak.

    KTOŚ10
    A po co?

    ONA
    A tak.

    KTOŚ10
    A ja już panią widziałem kiedyś.
    Tylko nie wiem gdzie.

    Wtorek 11.59

    Tył szkoły, małe schodki z daszkiem przy kanciapie woźnego

    ONA
    (Myślenie)
    Nie ma nikogo. A może dyrekcja zabroniła. Papierosów, niedopałków dużo.
    Gdzie oni są.
    Dlaczego tu jest pusto.
    Byliście tutaj. Zawsze tu byliście. W ciągu dnia, wieczorem, w nocy. Siedzieć! Popalać! Rozmawiać! Całować się! Pilnować!

    Czemu was wtedy nie było.

    Dzwonek szkolny na przerwę. Zaczynają wychodzić uczniowie. Ona odchodzi.

    Wtorek, 12.50

    Bar mleczny Kaktus

    KTOŚ22
    Ja przepraszam, czy pani będzie jadła jeszcze? Jak pani nie zje całe, to ja bym mógł to wziąć potem?

    KTOŚ26
    Pyzy z mięsem, grochowa, kisiel!

    KTOŚ20
    Zapłaciłeś ten rachunek za ten?

    KTOŚ21
    Nie jeszcze.

    KTOŚ20
    Ale zapłacisz?

    KTOŚ22
    Ja przepraszam, czy pani będzie jadła jeszcze? Jak pani nie zje całe, to ja bym mógł to wziąć potem?

    KTOŚ26
    Szczawiowa!

    KTOŚ23
    Jest tam sól?

    KTOŚ24
    Nie.

    KTOŚ23
    Ma pani sól, przepraszam?

    KTOŚ26
    Ryż z jabłkiem! Zrazy!

    KTOŚ23
    Ma pani sól tam? Mogę? Halo?
    Wezmę, pożyczę, dzięki.

    ONA
    (milczy)

    Wtorek 14.45

    Ławka na skwerze. Deszcz pada

    ONA
    Deszcz pada.
    Deszcz pada.
    Można krzyczeć.

    Niemyślenie

    Flower Blossom Saga
    Level 867
    Blow the big buds.
    Not bad
    Ups!
    Try again?
    Flower Blossom Saga
    Level 867
    Exellent!
    Exellent!
    Perfect!
    You got a bloomy star!
    Wow!
    You got a golden rose!
    You WON!
    Next.

    Wtorek 15.30

    Kościół pw. św. Antoniego

    KTOŚ27 ojcze nasz któryś jest w niebie święć się imię twoje przyjdź królestwo twoje bądź wola twoja jako w niebie tak i na ziemi chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj i odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym winowajcom i nie wódź nas na pokuszenie ale zbaw nas ode złego amen KTOŚ28 ojcze nasz któryś jest w niebie święć się imię twoje przyjdź królestwo twoje bądź wola twoja jako w niebie tak i na ziemi chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj i odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym winowajcom i nie wódź nas na pokuszenie ale zbaw nas ode złego amen KTOŚ29 ojcze nasz któryś jest w niebie święć się imię twoje przyjdź królestwo twoje bądź wola twoja jako w niebie tak i na ziemi chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj i odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym winowajcom i nie wódź nas na pokuszenie ale zbaw nas ode złego amen KTOŚ30 ojcze nasz któryś jest w niebie święć się imię twoje przyjdź królestwo twoje bądź wola twoja jako w niebie tak i na ziemi chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj i odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym winowajcom i nie wódź nas na pokuszenie ale zbaw nas ode złego amen KTOŚ31 ojcze nasz któryś jest w niebie święć się imię twoje przyjdź królestwo twoje bądź wola twoja jako w niebie tak i na ziemi chleba naszego powszedniego ONA daj nam dzisiaj i odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym (milczy) winowajcom i nie wódź nas na pokuszenie ale zbaw nas ode złego amen KTOŚ32 ojcze nasz któryś jest w niebie święć się imię twoje przyjdź królestwo twoje bądź wola twoja jako w niebie tak i na ziemi chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj i odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym winowajcom i nie wódź nas na pokuszenie ale zbaw nas ode złego amen

    Wtorek 15.34

    Zakrystia

    ONA
    Czy zastałam proboszcza Daneckiego?

    KTOŚ37
    A w jakiej sprawie?

    ONA
    O coś spytać chciałam.

    KTOŚ37
    Ale w jakiej sprawie?

    ONA
    Prywatnej.

    KTOŚ37
    Ja muszę wiedzieć.

    ONA
    Ktoś mi umarł.

    KTOŚ37
    To w biurze parafialnym.

    ONA
    Już był pogrzeb.

    KTOŚ37
    Nie rozumiem.

    ONA
    Chciałabym porozmawiać...

    KTOŚ37
    Księdza proboszcza nie ma.

    ONA
    Kiedy będzie?

    KTOŚ37
    Wyjechał.

    ONA
    Kiedy wróci?

    KTOŚ37
    Proszę dzwonić najlepiej.

    ONA
    Nikt nie odbiera.

    KTOŚ37
    To za tydzień przyjść.

    Wtorek 16.42

    Cmentarz komunalny

    ONA
    (milczy)

    ONA
    (milczy)

    ONA
    (milczy)

    ONA
    Deszcz pada.
    Pójdę już.
    Dobrze?

    Wtorek 17.15

    Autobus linii 168

    KTOŚ39
    Dużo, tak, tak, no

    KTOŚ40
    zapięcie się zepsuło suwak

    ONA
    (milczy)

    KTOŚ41
    Ale mogłaby się pani przesunąć!
    Jak barany stoją, nie myślą, a człowiek ech.

    KTOŚ40
    Weź, yyy, czekaj... Potrzymaj mi...
    Albo nie. Czekaj.

    KTOŚ42
    Czy on skręca za rondem?

    KTOŚ43
    Prosto jedzie.

    KTOŚ42
    Prosto jedzie. Aha, dobra. To zjebałam.
    Kurde. Dziękuję.

    Wtorek 17.55

    Chodnik przed blokiem

    KTOŚ45
    Dzień dobry...

    KTOŚ46
    Dzień dobry, proszę pani...

    ONA
    Dzień dobry.

    Wtorek 17.59

    Winda

    ONA
    (wzdycha ciężko, nerwowo)

    Wtorek 18.03

    Przedpokój mieszkania na piątym piętrze

    ONA
    (Stoi chwilę z ręką na klamce. Wchodzi.)

    Myślenie

    Tego dnia.
    Rano tego dnia wstaliśmy. Wstaliśmy. Ja wcześniej, on... Imię. Radek później. Na pewno wypiłam kawę, bo zawsze piłam kawę. Nie pamiętam, ale być może on, Radek, stanął w drzwiach kuchni i powiedział cześć mamuśka. Tak mogło być, bo często tak mówił, tak. Ale nie jestem pewna. Cześć, mamuśka. Mamuśka, cześć. Cześć mamuśka.

    Jak był mały miał takie getry

    w żółwie

    Powiedział tak...? Humory mieliśmy chyba takie se. Jak to rano. Co było na śniadanie? Było śniadanie przed szkołą? Jajecznica, płatki z mlekiem, kanapka z szynką, co jedliśmy, może... może w koszu jeszcze są opakowania...
    Na dole głębiej...
    Czasem jemy śniadanie, czasem nie. Talerze potem stały na blacie kilka dni. Jakieś na nich resztki. Pamiętam przyklejony skrawek szynki, tak, tak, czyli jedliśmy śniadanie tego dnia razem. To dobrze. Nie, to nie ma znaczenia. Nie, to dobrze. Potem, co potem, a dlaczego się nad tym zastanawiasz, wspominasz,

    Kakao pił, potem było Radio Dzieciom,
    a jak skończył pięć lat, to mógł jeszcze potem
    się pobawić piętnaście minut

    Muszę coś robić, o czymś myśleć normalnym, a to jest w miarę normalne, nie, to jest najbardziej normalne ze wszystkiego na świecie, bo po tym dniu już nic nie było normalne, te ostatnie godziny tego dnia są piękne, wspaniałe, muszę je pielęgnować,
    szkoda, że tak mało pamiętam.

    Poszłam do pracy. Tego dnia był Krzysiek czy Ania na kasie? Nie pamiętam. On... imię... Radek, Radek w szkole... Był w szkole... Zadzwonił po lekcjach, albo ja zadzwoniłam i

    On czy ja zadzwoniłam?
    On.
    Nie, ja.
    Ja zwykle dzwonię.
    Ale wtedy chyba Radek.
    W końcu sobie to przypomnę.

    pamiętam, że go zapytałam jak sprawdzian z gegry, ale nie pamiętam co mi odpowiedział, czy mu dobrze poszło czy źle, no nie pamiętam,

     

    nic

     

    a to przecież było ważne, to był sprawdzian z całego semestru, wieczorem on się tak denerwował, zbił kubek, gdyby mu nie poszło, musiałby poprawiać w wakacje, tyle się uczył, w ogóle się nie uczył, czy się uczył, nie wiem, co tam robił w tym pokoju,

    zbił kubek, rzucił nim o ścianę
    resztka herbaty rozpryskała się
    jest jeszcze
    widać
    ślad po nim
    tutaj
    kropelka
    on to zrobił to jest jego jest tutaj zapisany
    jest tutaj

    nie wiem przecież, ale mówił, że się uczył. Komputer był włączony. No zawsze był. Ale czy się uczył? Jak mu poszedł ten sprawdzian? A może by zadzwonić do szkoły i zapytać.

    Na pewno przez to?

    Tak, jutro z samego rana zadzwonię.

    Ten kubek?

    Boże, mam nadzieję, że mu dobrze poszło, bo to był ważny sprawdzian, z całego semestru.

    Cześć mamuśka

    Radek powiedział jak zadzwoniłam, no i spytałam o ten sprawdzian, a on potem powiedział, że idzie pojeździć, czy ja byłam zła? Chyba nie, uczył się cały tydzień, to znaczy nie wiem, czy się uczył, w pokoju siedział, może nie uczył się, tylko... nie wiem. Byłam zła, że nie wracał do domu?

    Teraz nie zadzwonię, bo nikogo w szkole nie ma przecież.

    Nie wiem. No ale zgodziłam się, chociaż co ja właściwie już mam do gadania, miałam... Pamiętam, że ja z pracy od razu wróciłam do domu, tylko po farbę weszłam do Rossmanna, żeby wieczorem ufarbować włosy, on, Radek, mi czasami pomaga z tyłu nakładać.

    Pomagał.

    I obiad mieliśmy z dzień przed, ale nie pamiętam co,

    ja nic

    nie

     

    pamiętam

    bo przecież ani ja ani on tego nie zjedliśmy już.
    Od tego dnia ja jem tylko papier, karton, watę, siano, piasek, popiół, to mi smakuje.
    Co dalej, co dalej było, no.
    Obejrzałam Teleexpress,
    na pewno, bo zawsze oglądam,
    oglądałam. Zadzwoniłam do Marka, chciałam zapytać, czemu do Radka nie
    dzwoni, że Radek nie pyta już nawet o tatę, ale nie odebrał.
    Skąd miałam wiedzieć, że zobaczę Marka już tego samego dnia wieczorem, no skąd.

    Może gdybyśmy byli ze sobą

    Co dalej. Dalej. No dalej,
    musi coś być,
    co robiłam,
    herbatę może?
    Z łyżeczką cukru?
    Mogło tak być.
    Chyba gołąb znowu siedział na parapecie, ten sam, sraluch. Mi się wtedy wydawało, że sraluchy, Marek i mało kasy to są moje problemy, i że za dużo nauki ma Radek. Że tak mi źle przez to wszystko.

    Jak był malutki, mówił łołąb. Łołąby som tsy, gruuuu gruuuu.

    Kto tyle dzieciom zadaje do domu? Przecież on też przez to nie mógł... Nie. Co dalej, no co, no przypomnij sobie! Masz jeszcze jakieś dwie godziny normalności! Dlaczego nie pamiętasz, jak spędzałaś ten ostatni wieczór w życiu? Jak możesz nie pamiętać co robiłaś? Same wspaniałe rzeczy! Zamiatałaś? Pisałaś z Gochą na Messengerze? Nic nie pamiętasz! Idź spać już lepiej. Zgaś to światło. Ścisz telefon. Wypierdalaj.

    Na zdjęciu w telefonie mój syn na snowboardowej desce wypala mi czarną dziurę w gardle

    Cześć mamuśka
    Mamuśka cześć

    Jutro zadzwonię do szkoły
    o ten sprawdzian.

    Musi mu być zimno teraz.

    Tabletka, wrzątek do termoforu, siku, tabletka, drzwi czy zamknięte, siku, poduszki dwie, spać.

    Zasypiasz.
    Budzisz się.
    Zasypiasz.
    Budzisz się.
    Zasypiasz.
    Budzisz się.
    Zasypiasz.
    Budzisz się.
    Zasypiasz.
    Budzisz się.
    Nie śpisz.
    Nie śpisz.
    Nie śpisz.
    A może śpisz jednak.

    Nie, nie śpisz.

    Nie śpisz.

    Nie śpisz.

    Środa.

    Środa, 6.38

    Mieszkanie, kuchnia, kawa w kubku

    Myślenie

    Dzwonić, nie dzwonić.
    Do siódmej piętnaście poczekać, sekretariat chyba otwierają z pierwszą lekcją.

    Niewietrzone.
    Taki zapach to chyba też cząsteczki. Z powietrzem wymieszane. On tu nadal jest!

    Mogłam...

    Niemyślenie

    Flower Blossom Saga
    Level 868
    Blow the big buds.

    Nice!
    Good job!
    Excellent!
    Excellent!
    Good job!
    Nice!

    Myślenie

    mogłam

    Niemyślenie

    Not bad!
    Good job!
    Not bad!
    Excellent!
    Not bad!
    Not bad!
    Ups...

    Try again?

    Środa, 7.14

    Mieszkanie, kuchnia

    Dzwonienie

    Halo, dzień dobry... Dzień dobry, ja dzwonię w takiej sprawie. Chciałabym wiedzieć, co syn dostał ze sprawdzianu z geografii. Tak. Z panią bodajże Leszczak. Leszczuk, tak. Radek Kosiński. Ósma D. Tak, ja wiem. Jego matką. Tak, proszę pani. Przecież. Ja. To. Wiem. Chciałabym znać ocenę. To proszę poszukać. Nie szkodzi, ja poczekam. Tak? Aha. Rozumiem. Nie. Nie, dziękuję. Do widzenia.

    Siedzenie

    Dzwonienie

    Cześć, to ja. Nic się nie stało. Wiem, że jest siódma rano. Co Radek dostał z geografii ze sprawdzianu? Miał tego dnia. Może ci napisał? Tak, dobrze się czuję, po prostu chciałabym wiedzieć. Marek... Nieważne. Okej, nie wiesz. Będę dbać. Cześć.

    Siedzenie

    Środa, 7.27

    Klatka obok, trzecie piętro, mieszkanie 18

    KTOŚ47
    Tak?

    ONA
    Mogłabym porozmawiać z synem?

    KTOŚ47
    Tak rano? A pani to kto w ogóle?

    ONA
    Magda Kosińska, jestem mamą Radka.

    KTOŚ47
    Radka...? Tego...

    ONA
    Tego, co się powiesił.

    KTOŚ47
    Michał chodź tu! Michał!
    Zaraz przyjdzie.
    Michał! Michał! Zaraz przyjdzie, Michał no!

    KTOŚ46
    Co... O. Dzień dobry.

    ONA
    Cześć. Czy możesz się dowiedzieć, co Radek dostał z geografii?

    KTOŚ46
    Z geografii?

    ONA
    Tego dnia mieliście sprawdzian. Możesz jakoś się dowiedzieć? A może wiesz?

    KTOŚ46
    Nie, pani nie mówiła nam jego oceny.

    ONA
    A dowiesz się?

    KTOŚ46
    Dobra.

    ONA
    Dziękuję.

    KTOŚ46
    Proszę pani... Ja nie wiedziałem, że on... Znaczy nikt nie wiedział.

    ONA
    Dowiedz się o tą ocenę. Do widzenia.

    KTOŚ46
    Do widzenia...

    KTOŚ47
    Moje kondolencje. Ja sobie nie wyobrażam, co pani musi czuć teraz. Gdyby pani cokolwiek potrzebowała, to ja jestem.
    Do widzenia.
    Michał, nie stój tak.
    Chodź, śniadanie dokończ.
    Do widzenia.

    Środa 7.50

    Chodnik przed blokiem

    KTOŚ
    Ale wieje dzisiaj!

    ONA
    (milczy)

    Środa 7.56

    Sklep spożywczy Szymek

    KTOŚ2
    Dla pani?

    ONA
    Może wódkę.

    KTOŚ2
    Jaką?

    ONA
    Nie wiem.

    KTOŚ2
    Ja pani nie powiem.

    ONA
    Tamtą.

    KTOŚ2
    Trzydzieści pięć złotych.
    Kartą?
    Potwierdzenie?
    Dziękuję.

    Środa 8.22

    Autobus linii 168

    KTOŚ4
    nie zrobiła, tylko kupiła

    KTOŚ5
    to deal with something. Radzić sobie z czymś.
    To steal. Ukraść. Stolen. Ukradziony. The book was stolen...

    KTOŚ6
    boli mnie brzuch boli mnie brzuch
    boli mnie brzuch boli mnie brzuch

    KTOŚ7
    Zadzwonię do ciebie jak dojadę, okej?
    Teraz nie mam ręki.

    KTOŚ8
    Mamo

    KTOŚ9
    Boże, ale mi się nie chce znowu, codziennie to samo.

    ONA
    Synku?

    KTOŚ7
    Słucham?

    ONA
    Przepraszam. Przepraszam.

    Myślenie

    Włosy Radka ułożyły się bardzo ładnie jak leżał w trumnie.
    Ten chłopak ma takie same.
    Mam obcięty pierwszy kosmyk w kopercie.
    Nie lubił myć włosów jak był malutki. Płakał i uciekał. Rzadko mu myliśmy przez to.
    Potem nosił długie, wyglądał jak dziewczyna. Wszyscy się mylili.
    Potem sam sobie obciął.
    Był zły chyba.
    Na te włosy.
    Na to, że go mylili.
    Dziesięć miał lat jak obciął.
    Miałabym teraz te włosy, gdyby ich nie wyrzucił.
    Wyrzucił je przez okno, wariat.
    Rozwiał je wiatr, jak puch, jak pył, rozsypały się po świecie.
    Nie można ich pozbierać już.
    To było tak dawno.

    KTOŚ7
    Pani płacze?

    ONA
    Nie.

    KTOŚ7
    Mogę jakoś pomóc?

    ONA
    To było tak dawno...

    Środa 09.09

    Chodnik przed wystawą sklepu snowboardowego

    ONA
    (milczy)

    KTOŚ10
    Mogłaś mu kupić tą deskę.

    KTOŚ11
    Tak o nią prosił. Błagał. Nawet klęknął na kolana. I prosił. Tyle razy. Mamuśka,
    no proszę...
    A ty nic.

    KTOŚ10
    Było cię stać.

    KTOŚ12
    Zasłużył.

    KTOŚ11
    Byłby szczęśliwszy.

    KTOŚ10
    Teraz by żył.

    Środa 09.27

    Skate park

    KTOŚ10
    Tick flip!

    KTOŚ11
    Ollie!

    KTOŚ12
    Zjebałeś!

    KTOŚ10
    Dawaj.

    ONA
    Znaliście Radka?

    KTOŚ12
    Co?

    ONA
    Chcecie wódkę?

    KTOŚ11
    Nie.

    ONA
    Znaliście Radka?

    KTOŚ10
    Radka?

    KTOŚ11
    Wrzoda.

    KTOŚ12
    No, znaliśmy.

    ONA
    Wrzoda?

    KTOŚ10
    No... tak mówili na niego, nie.

    ONA
    Wrzód?!

    KTOŚ10
    Nie. Wrzodo.

    ONA
    Dlaczego?
    Dlaczego? Mówili na niego tak.
    Powiedzcie, proszę.

    KTOŚ12
    Ja nie wiem.

    ONA
    Proszę.

    KTOŚ10
    No miał pryszcze chyba, czy coś, nie?

    KTOŚ11
    Ale to nie my.

    KTOŚ10
    On był okej. Naprawdę.

    ONA
    Wrzodo...

    KTOŚ10
    Proszę pani... To... ten... mega głupio, że on umarł.

    KTOŚ12
    No.

    ONA
    No.

    Środa 10.55

    Tylne wejście do budynku szkoły

    Myślenie i niemyślenie

    Schody są cztery, zmurszały, stary beton, poręcz jedna, zielona, metalowa, podwójna z łuszczącą się farbą, która zostaje pod dłonią, niedopałki papierosów wszędzie dlaczego nikogo tu nie było viceroje, lmy, rothmansy, westy, pallmalle, winstony, cienkie vogi. Radek też na pewno palił, czasami było czuć. Wszyscy w jego wieku tego próbują.
    Kurwa kurwa co za głupie miejsce na wieszanie się!
    Wszystko widać, każdy może przeszkodzić, z okien bloku tam widać, z budynku szkoły, z boiska i z ulicy nawet. Wystarczy, że ktoś podbiegnie, ludzi pełno tędy chodzi i co chwila na papierosa ktoś. Pajęczyna jest pod tym daszkiem wielka. Ciekawe, czy Radek ją widział.

    Próbuje się wspiąć po barierce, żeby zobaczyć coś z wyższej pozycji.

    Widział, na pewno, musiał widzieć. Może gdyby był na niej pająk, to by go to powstrzymało.

    Nie uratowali go.
    Widzieli go, no na pewno, na sto procent przecież.
    I nikt nie podszedł!
    Tylko patrzyli!
    Radek!
    Radek!
    Wrzodo!

    KTOŚ15
    Niech pani stąd idzie.

    ONA
    A dlaczego?

    KTOŚ15
    Zaraz wyjdą uczniowie.

    ONA
    Ale ja się pytam dlaczego?

    KTOŚ15
    Tutaj nie wolno pić.

    ONA
    Ale naprawdę, no. Dlaczego? No powiedz. Dlaczego.

    KTOŚ15
    Wiem, kim pani jest.

    ONA
    O! O, ho, ho! Jaki mądry!

    KTOŚ15
    Proszę odejść, nic tu już nie ma.

    ONA
    A ty myślisz, że ja nie wiem, że nic tu już nie ma? Ja właśnie dlatego tutaj przyszłam, że tu już nic nie ma! Dlatego jestem tu ja! Tutaj, na tych schodkach sobie siedzę!

    KTOŚ15
    Proszę pani...

    ONA
    A ty mi powiedz lepiej, gdzie ty byłeś, jak cię nie było, co? Jak się wieszał
    Wrzodo? Znasz Wrzoda? To mój syn! Syn mój, Wrzodo! Wiedziałeś to?!

    Środa 12.31

    Kościół pw. św. Antoniego

    KTOŚ27 ojcze nasz któryś jest w niebie święć się imię twoje przyjdź królestwo twoje bądź wola twoja jako w niebie tak i na ziemi chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj i odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym winowajcom i nie wódź nas na pokuszenie ale zbaw nas ode złego amen KTOŚ28 ojcze nasz któryś jest w niebie święć się imię twoje przyjdź królestwo twoje bądź w niebie tak i na ziemi chleba ONA A weźcie się pierdolcie po prostu z tą bądź naszego powszedniego daj nam wola coś tam, coś tam, jakbyście nie wiedzieli i odpuść nam nasze winy jak to jest że pan bóg was w ciula robi. Panie boże, ja ci tylko naprawdę, że jako i my odpuszczamy powiem, że kto daje i odbiera, ten się naszym winowajcom i nie wódź nas na w piekle poniewiera. O! I tak. Do widzenia. pokuszenie ale zbaw nas ode złego amen KTOŚ29 ojcze nasz któryś jest w niebie święć się imię twoje przyjdź królestwo twoje bądź wola twoja jako w niebie tak i na ziemi chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj i odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym winowajcom i nie wódź nas na pokuszenie ale zbaw nas ode złego amen KTOŚ30 ojcze nasz któryś jest w niebie święć się imię twoje przyjdź królestwo twoje bądź wola twoja jako w niebie tak i na ziemi chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj i odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym winowajcom i nie wódź nas na pokuszenie ale zbaw nas ode złego amen

    Środa 12.37

    Zakrystia

    ONA
    Ja do księdza Daneckiego.

    KTOŚ37
    Ale w jakiej sprawie?

    ONA
    Proszę mnie wpuścić.

    KTOŚ37
    Proboszcza nie ma...

    ONA
    Proszę księdza!

    KTOŚ37
    Niech się pani uciszy!

    ONA
    Marian Danecki! Ksiądz Marian Danecki! Chodź tu!

    KTOŚ37
    Pani jest pod wpływem alkoholu...

    KSIĄDZ
    Co to za hałasy?

    KTOŚ37
    Pani tu zakłóca wszystko...

    ONA
    A ty tu jesteś! Tu się chowasz! Marian Danecki! A ja mam do księdza sprawę, Marianie Danecki.

    KSIĄDZ
    Słucham.

    ONA
    Pytanie takie mam. I dlatego jestem sobie dzisiaj pod wpływem alkoholu.

    KSIĄDZ
    No niech pani mówi, no.

    ONA
    Czy może ksiądz proboszcz się dobierał do mojego synka Wrzoda?

    KTOŚ37
    Jezus Maria!

    ONA
    Nie Jezus Maria, tylko proste pytanie. Ja tu do pana przychodzę codziennie, tak, codziennie, bo mój synek, Radek mój, on się, proszę księdza, powiesił i ja mam takie podejrzenie, że coś tutaj jakoś było takiego. Nie? Że się ksiądz do niego dobierał seksualnie, molestował, nie? Nie?

    KSIĄDZ
    Proszę, niech pani wejdzie do środka.

    ONA
    Ależ ja wejdę do środka, bardzo chętnie, proszę bardzo.

    KSIĄDZ
    Niech pani usiądzie. Wody?

    ONA
    Nie.

    KSIĄDZ
    Wiem, kim pani jest, znam pani sytuację.

    ONA
    Brawo, no moją sytuację zna ksiądz.

    KSIĄDZ
    Pani Kosińska, rozumiem. Czuje pani wielki ból. Nie mam nic wspólnego z tą tragedią, proszę mi wierzyć. Jest pani w rozpaczy, próbuje znaleźć odpowiedź, dlaczego Radek zrobił taką potworną rzecz, ale...

    ONA
    Zrobił potworną rzecz? Zrobił potworną rzecz!

    KSIĄDZ
    Pani Magdaleno, musi pani ufać Bogu.
    Ja wiem, ja wiem! Do pani to teraz nie trafia, bo do pani nic jeszcze nie trafia.
    Ale...

    ONA
    A skąd ty wiesz, że to nie przez ciebie? Bo ja nie wiem.

    KSIĄDZ
    Radek miał piętnaście lat. To bardzo trudny wiek. Wielu młodych ludzi przestaje wierzyć, wyraża gniew przeciwko Bogu...

    ONA
    Robiliście, jak to się nazywa, złe rzeczy?

    KSIĄDZ
    Pani Magdo...

    ONA
    Ja to muszę wiedzieć.

    KSIĄDZ
    Pani przeżywa straszny ból.

    ONA
    Robiłeś mu coś?

    KSIĄDZ
    Powinna pani teraz wrócić do domu, położyć się.

    ONA
    Odpowiedz.

    KSIĄDZ
    Powiedziałem wszystko, proszę, żeby pani wyszła.
    Siostro Adelo!

    ONA
    Musisz mi coś powiedzieć. Musisz!

    KSIĄDZ
    Siostro, proszę pomóc pani Magdalenie w drodze do bramy.

    ONA
    Powiedz mi!

    KTOŚ37
    Tak, księże proboszczu.

    ONA
    To przez ciebie on się zabił? Powiedz mi!

    KSIĄDZ
    Niech pani będzie dzielna. Bóg pomoże.

    Środa, 13.47

    Cmentarz komunalny

    Myślenie

    Zawsze się bałam, Radek. Każda matka się boi, że jej dziecko umrze.
    Ale bać się, a myśleć, to dwie różne sprawy.
    Bo mi to by do głowy nie przyszło, że ty się powiesisz.
    Nawet listu nie zostawiłeś.
    Dlaczego to zrobiłeś.
    Nic nie powiedziałeś.
    Pryszcze, koledzy, dziewczyny, ksiądz, deska, długie włosy, komputer, sprawdzian, wódka, rozwód,
    ja.
    Nic nie mówiłeś.
    Dlaczego to zrobiłeś.
    Nawet listu nie napisałeś.
    Cześć mamuśka do telefonu.
    Chciałeś mieć wakacje bez poprawek.
    Kupić chciałeś deskę.
    Koszulkę miałeś Fuck’em all.
    Szynka była przyklejona do talerzyka, zostawiłam, bo na niej był ślad twoich zębów.
    Za ucho włosy zakładałeś, znowu długie.
    Nie chodziłeś w tłustych włosach, jak ci wszyscy twoi koledzy.
    I pachniałeś ładnie.
    Inaczej niż inni.
    Nawet nie napisałeś dwóch zdań, dlaczego.
    Próbowałam wejść na twój komputer, ale nie znam haseł.
    Co oni ci tam pisali.
    Czy ktoś wiedział w ogóle, jaki ty jesteś wspaniały i dobry i wrażliwy?
    A ja co ci zrobiłam?
    To przeze mnie wszystko?
    Dlaczego?
    Co za matka pozwala, by jej dziecko się zabiło.
    Mogłam coś zrobić.
    Mogłam wiedzieć, Radek.
    Zapytać, powiedziałbyś mi, nie?
    Inaczej cię pytać niż pytałam. Inaczej rozmawiać z tobą.
    Kupić ci tę deskę, nie rozwodzić się z ojcem, zdrowiej ci gotować, chwalić cię, kochać mocniej.
    Inaczej. Nie wiem jak. Ale mogłam.
    Czemu ja nic nie wiem.
    Zniknęło mi wszystko i nie zacznę od nowa.
    Powiedz, Radek, czemu my wszyscy cierpimy po cichu? Ty, ja, tata.
    Mogłeś napisać chociaż dwa słowa.
    No daj mi coś.
    To moja wina.
    To moja wina, Radeczku.
    Tylko co ja mam teraz zrobić, mam się też powiesić?
    Dlaczego właściwie matki samobójców żyją dalej?

    Potrzeba metafory aż rozsadza skronie

    Potrzeba metafory aż rozsadza skronie. Dosadność, doraźność, prawdziwość tego zdarzenia, wykraczająca poza język i rozumowe pojmowanie, sprawia, że tak bardzo, bardzo mocno potrzebuję teraz oddalić się na moment, dwa, spojrzeć z dystansem, ponazywać, skategoryzować, ponadawać sensy i znaczenia bytom, szarym strefom, doszyć do tych łez, oddechów, dudnienia krwi w głowie i bólu w splotach nerwowych całą intelektualną fastrygę, uciec w porównania, pozwolić na krótkie chociaż zastanowienie, na jedną małą próbę ogarnięcia rozumem tego, że Radek, syn Magdy, która jest mną, ale nie jest na ten moment mną, powiesił się na tyłach szkoły w środę wieczorem dwa tygodnie temu i teraz leży zakopany dwa metry pod ziemią, a ja ciągle czuję w piersiach to mrowienie, gdy napływało do nich mleko i ciągle pamiętam, jak te piersi ssał, a potem jego gorąca stopa na chłodnej pościeli, jego piękne ciało, piękny umysł, piękne serce, jego głos, cześć mamuśka, ślad zębów na szynce, zdjęcia w telefonie, dentysta na wczoraj rano w kalendarzu, jego niezwykle długie, podkręcone rzęsy, jak zakrywał przede mną ekran komputera, jaki był mały kiedyś i nie sięgał do klamek, a potem już sięgał i za każdym razem gdy sięgał, wrzeszczał „urosłeeeem!” jak wrzeszczał na mnie i Marka „wy nic nie rozumiecie”, a my się z niego po cichu potem w pokoju chichraliśmy, że zaczęło się, że teraz da nam popalić, a nagle jego martwe, żółto-szare, suche i zimne ciało leży w trumnie, bo tak chciał, a ja jestem jego mamą, i nic nie wiem, a może już nie jestem, bo go nie ma, byłam kiedyś mamą, to było miliardy lat temu, a teraz jestem tylko pamięcią, a może tylko strachem przed śmiercią. I bardzo potrzebuję metafory –

    jak          ryba          bez           wody

    jakby          wyrwali          mi          serce

    jak          wgłębieni          w          poduszce          które          wciąż          tam          jest

    jak          upchnięcie          wszystkiego          w          jednej          ostatniej          sekundzie          przed

    – ale chodzę tak i chodzę, ciągle w kółko i nie znalazłam jeszcze ani jednej, poza tą wódką.

    Środowe popołudnie

    Całe miasto wszerz i wzdłuż

    proszę pani Radek mówił że go pani nie słucha

    tak proszę pani mówił że się przez panią zabije

    wysyłała go pani przymusem do kościoła i kazała się spowiadać

    gdyby mąż cię nie zostawił gdyby był więcej w domu

    nie wiesz nawet co dostał z tej geografii

    co z ciebie za matka

    to przez ciebie Magda

    nie rozmawiałaś z nim

    miałaś za mało czasu

    mogłaś przestać pracować

    mogłaś za nim wtedy pójść

    mogłaś się domyślić

    mogłaś go słuchać

    dawać mu więcej

    mogłaś go bardziej kochać

    dlaczego ty nic nie wiesz

    nie znałaś go

    a to twój jedyny syn

    gdybyś miała więcej dzieci

    nie wyobrażam sobie co ty teraz czujesz

    jesteś w takim miejscu w którym nikt nigdy nie chce się znaleźć

    i zostaniesz tu na zawsze

    wiesz to trochę tak jakbyś już nie była człowiekiem

    kim jest matka bez dziecka

    nie ma na to słowa

    dziecko bez matki to sierota

    żona bez męża to wdowa

    a ty Magda kim jesteś

    jesteś nikim Magda

    już cię nie ma

    przez ciebie

    mogłaś

    mogłaś

    mogłaś

    nic nie zrobiłaś

    nic nie ma

    po co ty żyjesz jeszcze Magda

    wódka i co

    co chcesz udowodnić

    szukasz czegoś

    nie ma tu nic dla ciebie

    co będziesz robić w tym pustym mieszkaniu

    po co ci to

    Magda weź już skończ

    Jeszcze tu jesteś. Ostatnia sekunda tuż przed

    Jest godzina dziewiętnasta osiem, wiatr wieje od morza. Rosnące za murem topole rzucają długie cienie na boisko. Dwa gołębie siedzą na balustradzie ogrodzenia. Trzeci zerwał się właśnie do lotu, rozpościera skrzydła, rzuca cień na dwa pozostałe. Na środkowym schodku dogasa niedopałek papierosa. Żar tli się niemrawo, w górę unosi się wąska strużka dymu. Po metalowej, zielonej poręczy spaceruje pająk krzyżak. Jego pajęczyna, misternie upięta pod daszkiem, drży na wietrze, mieniąc się i połyskując. Z okna budynku po drugiej stronie ulicy ktoś krzyczy: „weź dwaaa!”. W powietrzu czuć spaliny przejeżdżających nieopodal aut, rozgrzany piasek i zbierającą się z nadejściem wieczoru wilgoć. Na środkowym palcu lewej dłoni swędzi niewielkie skaleczenie. Pasek jest z ekoskóry, przetarty przy sprzączce, z second handu. Stalowe mocowanie lampy ugina się pod ciężarem. Stopy ześlizgują się z barierki, strącając pająka na ziemię. Pająk upada na grzbiet, nieruchomieje.

    Po chwili macha wszystkimi odnóżami i z wysiłkiem gramoli się do pionu, ale nikogo to nie interesuje, bo koniec już był.

     

    Fragment dramatu pochodzi z Kwartalnika Kulturalnego „Nowy Napis. Liryka, Epika, Dramat”, nr 21 (2024).

    Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
    Źródło tekstu: Malina Prześluga, Jeszcze tu jesteś II (fragmenty), „Nowy Napis Co Tydzień”, 2024, nr 252

    Przypisy

      Powiązane artykuły

      02.05.2024

      Nowy Napis Co Tydzień #252 / Ojcze Mój (fragmenty)

      Osoby: Mama, Pan Norbert, Łukasz, Kasia

      1.

      Łukasz gra w piłkę z matką broniącą bramki, oboje przebrani w stroje piłkarskie, z boku łóżko, w którym leży Pan Norbert.

      ŁUKASZ
      Podanie ze środkowej strefy boiska, przyjęcie, mija obrońcę, strzał i gooool!!!
      Maradona!

      MAMA
      Pięknie, synku. Mocno potrafisz kopać na bramkę. Brawo!

      ŁUKASZ
      Strzelać na bramkę, tak się mówi, mamo…

      MAMA
      Strzelać w bramkę, dobrze. Biegnij po piłkę i kop!

      Piskliwy głos gdzieś z oddali:
      Hahaha! Kop w bramkę, Maradona. Tylko nie w bramkarza.

      ŁUKASZ
      Jest mi zimno, możemy iść do domu?

      MAMA
      Tak szybko? Naciągnij czapkę bardziej na uszy. Pogramy jeszcze. Kop!

      ŁUKASZ
      Dośrodkowanie w pole karne, zwód, szansa i goool! Maradona! Bramkarz był bez szans!

      Piskliwy głos gdzieś z oddali:
      Z matką gra w piłkę! Hahaha, ma matkę z fiutem!

      ŁUKASZ
      Idziemy, mam kartkówkę, muszę się uczyć.

      MATKA
      Chodźmy, najgorszy ten wiatr. Niby jest ciepło, a zimnem podwiewa.

      2.

      ŁUKASZ
      Chcę dobrze zacząć dzień. Każdy dzień trzeba dobrze zacząć, żeby życie dobrze skończyć. Ojcze, spraw proszę, niech tak się stanie, błagam spraw, gdziekolwiek jesteś. Wczoraj, przed zaśnięciem, myślałem sobie, tak lekko, o życiu szczęśliwym. Że na przykład sąsiadka, owdowiała matka, dajmy na to, trojga dzieci, z czego jedno z porażeniem mózgowym, ale wszyscy są czyści i doprani, myślałem, że ta dzielna kobieta przychodzi do nas z prośbą. Ciebie tam, ojcze, nie ma, ale jest moja żona, Ania, i mówi jej: jak tylko mąż wróci, to coś wymyśli. Weźmie makitę, biedna kobieta nie wie nawet, co to, ale brzmi dobrze, jak panaceum na jej bolączkę, weźmie, mówi Ania, i przyjdzie przywiercić uchwyt do ściany, żeby dziecku łatwiej zsiadało się z wózka na toaletę. Takie obrazy, ojcze mój, przychodzą same, nie wymyślam ich, same się myślą. Biję chama w ryj, trafiam cwaniaka ripostą, strzelam bramkę, o, to jest dopiero cudowne uczucie, w ostatnich sekundach meczu, rzucają się na mnie jak szaleni, ledwo oddycham. Rano, jeśli dobrze zacząć, można być każdym, stworzyć się na nowo, prawda?

      PAN NORBERT
      A kim ty jesteś?

      ŁUKASZ
      Pana osobistym opiekunem, panie Norbercie! Do usług.

      PAN NORBERT
      Nie znam cię, pomyliłeś pokoje. Dlaczego nie przyszedł dziś Krzysiu? Czy wyściepo to wzięli całą moją górniczą emeryturę, żeby mi tu byle kto przyłaził? ChcęKrzysia, a pan idź w cholerę!

      ŁUKASZ
      Co my to tacy źli jesteśmy, że tam jest fuj w pieluszce? Zaradzimy zaraz. Umyjemypupę. Krzysiu pomoże panu Norbertowi. Byłemu górnikowi. Albo taksówkarzowi.Albo dygnitarzowi czy cinkciarzowi. Byłemu ojcu. Wszystko nam jedno przecież.

      PAN NORBERT
      To jednak tyś to jest, Krzysiu? Czemu od razu nie mówisz, kruca fuks! ZawołajZosię, niech z tej kuchni już wychodzi, bo wszystkim stygnie, a po co jeść zimne,jak było zagrzane. Zośka, no ile można czekać!

      ŁUKASZ
      Zły pan na żonę, a tak się stara. Jako pana osobisty opiekun odnotowałem, żew wakacje 1983 roku pani Zofia pozwoliła sobie na dość śmiały wobec pana gest.Nie byłem co prawda naocznym świadkiem tego incydentu, bom wtedy smaczniespał w łóżeczku, ale doniesiono mi, że napędzona promilami chuć skłoniła ją, by,niech pan sam sięgnie pamięcią, ha, ha, wsadzić panu obklejony ciastem paluchdo rozwartej gęby aż po knykieć! Ale było śmiechu, a jak wesele, to i śmiech powinien być, pamięta pan? Tylko moja mama to niezbyt żartobliwie przyjęła, aleona taka bardziej płaczka, kompletnie bez poczucia humoru.

      PAN NORBERT
      Zośka, do stołu siadaj, jest wigilia, wystygłe pierogi smakują jak guma arabska.Krzysiu, powiedz matce. Wy mnie wszyscy do grobu zapędzicie, jak umrę, tozobaczycie.

      ŁUKASZ
      Nie tak łatwo umrzeć, choćby się chciało. Ja, powiem panu, chciałbym umieraćco rano. Ale pracuję nad dobrym nastawieniem, staję się pielęgniarzem i tutajprzychodzę. Fuj z gaci wytrzepać, pultu pultu z brody zetrzeć.

      PAN NORBERT
      Łżesz jak pies, nie jesteś pielęgniarzem.

      ŁUKASZ
      Proszę się uspokoić. Ciii, cichutko, już dobrze. Nie da się tak przez całe życie przejść. Jestem tu po to, żeby wymierzyć panu karę. Ale nie wyprzedzajmy faktów – skrucha, spowiedź i dopiero wtedy kara, nie wszystko naraz.

      PAN NORBERT
      Pomoooocy! Krzysiu, ratuj!!!

      3.

      ŁUKASZ
      Dramatem istoty ludzkiej jest pustka, którą trzeba wypełnić. O ileż łatwiej byłoby się urodzić już wypełnionym, jak pies wiedzieć, kiedy gryźć, jak ptak bez wahania ulatywać do ciepłych krajów i niechybnie wracać na czas. Szukam natchnienia, by uwierzyć w kapitalizm, imperializm, socjalizm, katolicyzm, humanizm, monoteizm, politeizm, wszystko mi jedno. Uwierzyć i pokochać, tak jak wąż kocha ciepły od słońca kamień. Zapomnieć i już tak trwać. Drąży mnie pustka, która zagłusza samą siebie papką słów, kolażem obrazów, prawdziwych, wmówionych, spędzonych jak wyrodne płody. Cierpię. Wciąż jednak wierzę, ojcze mój, że się nie poddam. Deficyty i hipertrofie. Afonia, apraksja, agnozja, ataksja, afemia. Alzheimer. Jestem Łukaszkiem z internetu, ale mogę być Czerwonym Smokiem. Tak mi dopomóż.

      PAN NORBERT
      Ziemniaki zleżałe, miały być gotowane na miejscu, tak mi dyrektor osobiście obiecywał, a czuć przecież, że z jakiejś zewnętrznej kantyny dowiezione. Proszę się za mną wstawić, życzę sobie i żądam. Odmawiam zjedzenia czegoś tak podłej jakości!

      ŁUKASZ
      Spróbuję. Hmm, myśli pan? Jak dla mnie to raczej z giełdy, przenawożone. Lepiej byłoby brać od lokalnych rolników. Może i ciut droższe, ale za smacznego ziemniaka warto zapłacić.

      PAN NORBERT
      Prawda. Oszczędzają na nas, albo lepiej – nie chcą, żeby cokolwiek trzymało nas przy życiu.

      ŁUKASZ
      Moja mama tak zawsze mawiała, jedzenie to wielka przyjemność, jedna z największych ludzkich radości. Rosół z wielkimi okami, równiusieńkimi kawałkami marchewki i pachnącym mięsem, tak niby niedbale pietruchą oprószony.

      PAN NORBERT
      O, tak! Jak kompot, to zawsze dwie truskawki na dnie szklanki. Schabowy kruchutki, bo w mleku i cebuli wymoczony.

      ŁUKASZ
      Faworki, pączki, uszka, krokiety – pamięta pan?

      PAN NORBERT
      Kim pan jest? Nie podoba mi się ton tej rozmowy. Nie do mnie tak! Nie z takimijak pan mi przyszło kiedyś.

      ŁUKASZ
      Panie Norbercie. Pan by chciał się tego „kiedyś” pozbyć. Często nad tym rozmyślałem. Po co nam „kiedyś”, jeśli mamy „teraz” i „potem”? Wie pan, gdziesiadywałem do tych rozmyślań? W fotelu, tym z zielonym obiciem. Ładny mebel,choć politura na podłokietniku pękła, bo za mocno pan śrubę dokręcił przyskładaniu. Trudno było wtedy o nowe rzeczy, czekać trzeba było, nie miał namkto tego wychodzić bez znajomości.

      PAN NORBERT
      Takie czasy, Krzysiu. Było jak było, ale teraz gorzej, nie ma co gadać nawet.

      ŁUKASZ
      Deficyt mebli, deficyt ojców, wszędzie deficyt.

      PAN NORBERT
      Proszę wyjść, mam ochotę na drzemkę.

      ŁUKASZ
      Rozmawiamy przecież, panie Norbercie. O starych czasach, domowej kuchni, tęsknotach. Dla mnie to ważniejsze, niż może się panu wydawać.

      PAN NORBERT
      Mówię, że muszę odpocząć! Chcę się położyć, natychmiast. Słyszysz, chamie?

      ŁUKASZ
      Dobrze, już dobrze, aniołku ty mój. Połóż się na boczku i ani mru-mru. Przyniosę kocyk, utulę, bajkę do uszka wyszeptam.

      PAN NORBERT
      Co ty sobie w ogóle wyobrażasz?

      ŁUKASZ
      Wszystko! Czego dusza zapragnie, czego tylko zapragniesz, kochany, możeszbyć ze mnie dumny. Nic we mnie nie ma, we mnie jest nic. Słyszę głos, którycały czas mówi. Opowiada mi o mnie samym, komentując każdy, ale to każdynajmniejszy gest. Nie daje chwili wytchnienia, rozumie pan, cokolwiek bym robił, jestem wyszydzany. Tutaj piszą się barwne scenariusze, bo o to pan pytał. Wszystkie złe, wszystkie przeciw mnie.

      PAN NORBERT
      Nie chcę tego dalej słuchać, odczep się, ty, ty… wariacie!

      ŁUKASZ
      Przykro mi, postanowiłem inaczej. Jak pan widzi, dobrze się trzymam, nie liczyłbym na rychły powrót Krzysia. Śpij, kochany, a ja opowiem bajkę. Wiedziećjednak musisz, że nie będzie to opowieść z brudnego palca wyssana, a opartana faktach, okrutnych, jak baśnie braci Grimm.

      PAN NORBERT
      Wariat! Rany boskie, czystej wody wariat! Tak się boję, Krzysiu…

      ŁUKASZ
      Dawno, dawno temu, był sobie pan. Kochany, kochający nawet, dobrego serca,rzekłbyś. Jego pani rada była, za męża go mając, więc tuż po ślubie, jak dobry Bóg, ojciec nas wszystkich, przykazał, poczęli potomka. Łukasz mu było, po ewangeliście, patronie Hiszpani, introligatorów, rzeźbiarzy, malarzy i notariuszy. Mniejsza o to. Dziecię było pachnące, różowe i pulchne, z natury zupełnie niekłopotliwe. I jak to w bajce, rodzicie nie posiadali się ze szczęścia, taką latorośl spłodziwszy. Lecz co to się stało, ojej, ojej. Nie upłynął jeszcze rok tej sielanki, gdy pan, o którym mówię, ten przykładny ojciec i dumna głowa rodziny zniknął!

      PAN NORBERT
      Jak to?

      ŁUKASZ
      Mógł pomrzeć. Mógł być ojcem nieznanym. Mógł odejść z domu, ale w odwiedzinywracać. A ten zniknął, lecz tylko po to, by znów się pojawić, w innej opowieści! Da pan wiarę, panie Norbercie? Posłucha pan dalej?

      4.

      Pan Norbert chodzi powoli po scenie.

      PAN NORBERT
      To jest krzesło. Na krześle się siedzi, nie leży. To jest łóżko, w nim się leży. Eto kreslo, eto krovat. Obiad się gotuje na gazie, ale gaz się podpala, bo inaczej można się otruć albo doprowadzić do wybuchu. Tędy do wyjścia, tamtędy do ubikacji…

      5.

      PAN NORBERT
      Jesteś już?

      ŁUKASZ
      Jestem.

      PAN NORBERT
      A byłeś tam?

      ŁUKASZ
      Tak.

      PAN NORBERT
      I zrobiłeś to tam z nimi, jak ci kazałem?

      ŁUKASZ
      Zrobiłem.

      PAN NORBERT
      Wtedy jak tam z nimi byłeś, też trzeba było.

      ŁUKASZ
      Nie wiedziałem.

      PAN NORBERT
      Matka ci nie powiedziała?

      6.

      PAN NORBERT
      Choruję na niepamięć. Nie wiem, kiedy się to zaczęło, ale czuję, że wnet się skończy. Nie umiem o tym ładnie powiedzieć, ale umiem jeszcze ładnie myśleć. Czasem. Niedługo umrę, a nie pamiętam, czy miałem dobre życie, czy moje życie warte było przeżycia. I w tych krótkich olśnieniach, kiedy przypominam sobie, że nic nie pamiętam, zostaje mi tylko zwierzęca agresja, drapię i kopię, biję na oślep, jakbym przebudził się w jaskini pełnej demonów. Nie dawali sobie ze mną w domu rady. Prawdopodobnie ktoś się starał, może nawet nie od razu się poddali. Ale wtedy miałem więcej siły fizycznej, więc tak sobie ładnie myślę, że mieli prawo.

      ŁUKASZ
      Nie chciałbym, żeby pan się bał. Przejdziemy przez to razem, wzajemnie się wspierając. Pana kara jest jedyną drogą do ocalenia. Trzymamy w ręku szesnastowieczną mapę, pełną białych plam. Czyż nie byłoby wspaniale ruszyć w taką ekspedycję? Nigdy nie czułem się tak spokojny, jakby w końcu każda z komórek trafiła na swoje miejsce w układance z miliardów puzzli. Muszę też się panu dokładnie przyjrzeć, kreska po kresce dorysujemy naszą mapę.

      PAN NORBERT
      Każdego dnia marzę, żeby wrócić do domu. Tutaj ciągle zmieniają mi pokoje, dasz wiarę, Krzysiu? Co ranek budzę się w innym miejscu, pełnym obcych zapachów. Nie umiem znaleźć okularów, nie wiem, jak trafić do ubikacji.

      ŁUKASZ
      Odwiedzimy i dom.

      PAN NORBERT
      Czegoś się na mnie uparł? Dlaczego zostałem z tobą zupełnie sam? Mówisz i mówisz, nic z tego nie rozumiem. Jestem starym, schorowanym człowiekiem. Żądam wyjaśnień!

      ŁUKASZ
      Mam jedno pana zdjęcie, jesteście razem z mamą nad rzeką. Kolory są nierealistyczne, dziwnie przesłodzone, pewnie popełniono błąd przy wywoływaniu kliszy. Oczy masz ciemnoniebieskie jak nurt wody w tle. Byłem ciekaw, jak wyglądają naprawdę, tak po ludzku ciekaw…

      PAN NORBERT
      Musiałeś mnie z kimś pomylić. Zaszła tutaj jakaś fatalna pomyłka. Krzysiu to wytłumaczy, idź po niego, ewentualnie po pana dyrektora.

      ŁUKASZ
      Wszystko w porządku, złotko moje kochane. Gapo jedna, głuptasku życiowy, ty mój lisku chytrusku milszej norki szukający, niesforny rozpylaczu nasienia, tatusieńku Krzysieńka…

      PAN NORBERT
      Za dużo mówisz, zbyt piskliwym głosem. Jakby ktoś wrzucił butelkę w tryby potężnej maszyny. Przestań sprawiać mi ból!

      ŁUKASZ
      Och, do tego dopiero przejdziemy, pozwoli pan. Zgoda, potrzebujemy ciszy, jest w świecie wojna, więc doceńmy, że tak sobie tu we dwóch spokojnie możemy pobyć. Bez wspomnień, bez nadziei na piękną przyszłość, słodkie tu i teraz. Nie dane nam było więcej, więc cieszmy się z tego, co mamy. Spędzimy tak i dzień, i noc, i znowu dzień i noc, jak nam się zachce, takie bycie razem tylko nas zbliży. W dzień na wesoło, wie pan, jakieś zabawy, może deser, w nocy, z zaufaniem, gdyby któremuś zebrało się na płacz.

      PAN NORBERT
      Bywało, że brałem nocne kursy, żeby więcej pieniędzy do domu przynieść, bo mi to Zofia między wierszami wypominała, że mnie wzięła z długiem alimentacyjnym na karku, więc na to nie było, na tamto nie było. Za komuny, proszę ja ciebie, taksówkarz to był panisko, jak mi się ktoś z twarzy nie podobał, to brałem z postoju kogoś innego, ładniejszego, he, he, he!

      ŁUKASZ
      Naprawdę? No nie, ale cwaniak! Świetne, doprawdy. Pan spojrzy tutaj, mam zdjęcie. Pan się przyjrzy, bierzemy czy wysiadka?

      PAN NORBERT
      Dobrze, już dobrze, nie mam do pana siły, niech no tylko znajdę okulary, fatalnie widzę, jakbym tylko przez dziurkę od klucza patrzył. O, przecież to Krzysio, zdjęcie z przedszkola, tak ładnie siedzi i bawi się klocuszkami. Chwileczkę, skąd pan to ma? Jak pan to dostał? Porwałeś mi dziecko? Nie daruję ci, draniu, jeśli go skrzywdziłeś!

      ŁUKASZ
      Był czas, żebym i skrzywdził. I pana też. Czcij ojca swego. A może nie będzieszmiał synów cudzych przede mną? Było nas dwóch, jest nas dwóch, pan ma dwóch synów, panie Norbercie, pierworodnego i cudzorodnego. Choć na tym zdjęciu jesteśmy z Krzysiem podobni jak dwie krople spermy. Siedzę na przedszkolnym dywaniku jak pan fotograf przykazał. Ten mały chuderlak nie czuje jeszcze nadchodzącej katastrofy. Ta narasta w postaci ojców gromadzących się w sali. Jest Dzień Ojca, czcijmy ojców swych. Jak tylko ich zobaczyłem, pierwszy raz w życiu zrozumiałem, że nie mam ojca. Nie opiekuje się mną mężczyzna z wąsem i bokobrodami, może zaczeską, pachnący ostro potem, z niedoczyszczonym smarem samochodowym pod paznokciami. I każde dziecko podbiegło do swojego, a ja zostałem sam, czując, jak płoną mi policzki i oczy wzbierają łzami. Wszystko mogło się jednak jeszcze dobrze skończyć, przecież pan mógł się spóźnić, rozchorować, być w delegacji, coś z tych rzeczy. Ale nie! Wtedy na scenę wkracza mama! Postanawia zaoszczędzić mi wstydu i robi za tatę, a co! Na spektaklu siedzi wśród ojców, potem są zabawy i układamy klocki na czas, oczywiście bez szans, bo ojcowie są bieglejsi technicznie, i na koniec, bach, jeszcze jedno zdjęcie, z obejmującą mnie czule ojcomatką, babochłopem, a w tle, kurwa, na kotarze napis: „Wszystkiego najlepszego dla naszych kochanych tatusiów!”. I o to pana oskarżam, o ten konkretny dzień, kiedy koledzy pytali, czy mam mamę z chujem, czy ojca z cyckami.

      PAN NORBERT
      No nie, nie może być, ja ci współczuję, że tak wyszło, ale musiałeś mnie pomylić,bo widzisz, ja nigdy nie miałem synów. Nic takiego sobie nie przypominam. Wiem za to na pewno, że też nie miałem ojca. Bolszewicy Polskę najechali głodni i gdzie tylko jakąś chałupę wypatrzyli, to już dawaj plądrować. Jak pożarli, to do gwałtów się wzięli i moją siostrę, Marię, na podwórko za włosy wyciągnęli. Ojciec porwał nóż i tego, co po niej skakał, przebił, następnego w kolejce przebił, ale trzeci już ojca zastrzelił. Mówię ci, nie miałem ojca, a na ludzi wyszedłem. Nie miałem go ani dnia, bo matka ledwo w ciąży miesiąc była. Pogrobowiec na mnie wołali, a trzeba było żyć, żyć jak człowiek.

      7.

      ŁUKASZ
      Słońce wyszło, pal licho tę wojnę, ciepło się ubierzemy i dawaj na spacer. Sąchrupki kukurydziane, jest piciu i dwie czyste pieluszki, gdyby się fuj przydarzyło. A pamięta pan ten park za blokiem?

      PAN NORBERT
      Nie pamiętam, ani tych kasztanowców nie pamiętam, ani tych alejek w różnokolorowe liście. Nie pamiętam tego wieczoru, kiedy siedzieliśmy z twoją matkąna ławce, żadnych łez, żadnego trzymania twarzy w dłoniach. Nie było.

      ŁUKASZ
      Nie pora na smutki, niech się pan trzyma wózka i nie wychyla. Jazda, nic tylkochichot aż do omdlenia policzków. Jesteśmy razem, świeci słoneczko, park żółci się jesienią. Zabawa i głupie żarty, takie, co przystoją tylko szczęśliwym rodzicom z dziećmi. Rozumie pan, na co dzień poważny, powściągliwy facet, gdzieś tam za biurkiem w urzędzie siedzi, ale jak tylko jest z synkiem, to inny człowiek, podskakuje, prycha, stroi miny, totalny wariat!

      PAN NORBERT
      Nie popychaj, Krzysiu, tak mocno, bo wózek przewrócisz, spodnie na kolanachpodziurawisz albo kolano rozbijesz!

      ŁUKASZ
      O, słusznie, przeżyjmy to, wypadek, nieszczęście, zachwianie prozą życia. Teraz.Ja i tak nie lubię się wygłupiać. Nawet jak widzę innych ludzi, którzy dobrze się bawią, to jestem zły. Niech się bawią, w porządku, ale po co na widoku publicznym? Muszą tak? Nie wszyscy potrafią się otworzyć, przestać kontrolować, dać emocjom płynąć bez scenariusza. Czy od razu trzeba ich poniżać dzikimi wrzaskami? A zatem dość śmiechu, czas na jakiś mały dramacik.

      PAN NORBERT
      Co znowu?

      ŁUKASZ
      Dramacik, który tylko tata potrafi okiełznać. Mama płacze, płacze, płacze. Tatama inne spojrzenie, atawistyczną siłę przetrwania, która w trudnych momentach udziela się synowi. To tylko tata potrafi.

      PAN NORBERT
      Ledwo cię widzę, stań przede mną.

      ŁUKASZ
      Hmm, pomyślmy. Mam! Stanąłem na widły, co za gapa. Ostre, najostrzejszecałej wsi. Zęby przebiły mi stopę na wylot. But przybiera krwią. Mama, wiadomo, płacze. Ja leżę, sparaliżowany, bo ból przeszywa mnie aż do szpiku kości, to ten najstraszliwszy z możliwych bóli. Wyję! Co pan robi?

      PAN NORBERT
      Chwytam za sztyl, ciągnę pod odpowiednim kątem, oswobadzam stopę z wideł.

      ŁUKASZ
      Co jeszcze?

      PAN NORBERT
      Ściągam but i skarpetę, dezynfekuję ranę, obwijam bandażem...

      ŁUKASZ
      Mało!

      PAN NORBERT
      Organizuję transport, wzywam karetkę, proszę kogoś o pomoc.

      ŁUKASZ
      I?

      PAN NORBERT
      Głaskam cię po głowie, zagarniam kosmyki włosów na jedną stronę, żebyśmymogli spojrzeć sobie w oczy. Mówię, że to zwykłe skaleczenie, ale być może jutro nie będziesz mógł grać w piłkę. Dodaję, że w zamian, żeby ci się w domu nie nudziło, wezmę sobie dzień urlopu i pogramy w planszówki albo wypożyczę jakiś film na wideo, może Rocky’ego albo Rambo. Przytulam mamę i mówię, patrz, jakiego masz dzielnego syna, stało się, co się stało, a on to znosi jak mężczyzna.

      ŁUKASZ
      Dość… Wystarczy. O to pana oskarżam, o ten nieukojony ból.

      8.

      PAN NORBERT
      Dobrze, że jeszcze myślę ładnie. Mówić, nie mówię, ale nigdy nie mówiłem. Jestem dzieckiem z leja po bombie, z lat 50., głównie we mnie strach i podejrzliwość. Ojca zabili bolszewicy, matka poszła za nim, bo nie mogła żyć z tym, co siostra najpierw ze sobą, a potem sobie zrobiła. Moja pierwsza żona nie była złym człowiekiem. Łukasz oczekuje skruchy i przyznania się do grzechu. Ale ja nawet nie umiałbym ubrać tego w słowa. Jeszcze tylko trochę o tym czasem myślę w dziwnych przypływach pamięci, ale wolałbym już nie, niech się to wszystko skończy, bo na końcu czeka na mnie święty spokój. Jego matka potrzebowała męża opoki, twardego jak skała, ale skała ze szlachetnych emocji zastygła. Potrzebowała MĘŻCZYZNY. Nigdy za takiego się nie miałem, więc odszedłem. To prawda, zostawiłem ich oboje z dnia na dzień jak parszywy tchórz. Nie wiem, co powiedzieć. Jeśli jest Bóg i niedługo przed nim stanę, to powiem po prostu, że i tak bym nie sprostał. Wcale nie skłamię, przecież to byłoby komiczne na Sądzie Ostatecznym. Nie umiałbym być dobrym mężem i ojcem Łukasza. Nie dałbym mu tego wszystkiego, co myśli, że mu zabrałem. Nie wtedy. Lepszy żaden niż taki. Tego jestem pewien. Potem też zawiodłem. Krzysiu był tu raz, może dwa… Czekam na święty spokój.

      9.

      ŁUKASZ
      Budzimy się, panie Norbercie! Halo, tato Krzysia! Nie prześpimy wojny, ona wnet się nie skończy, trwa od pierwszego poczęcia. Teraz weźmiemy sobie leki na deficyt istnienia.

      PAN NORBERT
      Dobrze, że choć spać można, to już tak jakby nie żyć.

      ŁUKASZ
      Desnoran.

      PAN NORBERT
      Na chrapanie.

      ŁUKASZ
      Dezaftan.

      PAN NORBERT
      Na afty.

      ŁUKASZ
      Brawo, dalej! Desmoxan.

      PAN NORBERT
      Na palenie.

      ŁUKASZ
      Dewkurwian.

      PAN NORBERT
      Na święty spokój.

      ŁUKASZ
      Tak, awansował pan do finału! Podnosimy poprzeczkę. Lek na lęk. Proszę, na odpowiedź ma pan resztę mojego życia.

      PAN NORBERT
      Wsparcie, zaufanie, przyjaźń. Miłość!

      ŁUKASZ
      I oto cuda nowoczesnej medycyny przemówiły, zagłuszając alzheimera! Lek na niepewność, bezradność, brak definicji, wahania nastrojów, a może i zagrożenie gejostwem?

      PAN NORBERT
      Sen. Tam znajdziesz, Łukaszku, odpowiedzi. We śnie przemawia do mnie Bóg. W miarę jak mówi, domyślam się, że to jednak szatan, a może jakieś inne, niewymyślone jeszcze bóstwo. Wymyśla go zatem mój umęczony chorobą mózg. I tak mi rzecze: weźmiesz syna swego pierworodnego, przypadkiem narodzonego z nasienia twego, gdzieś hen daleko. Ja, rozumiesz, trochę się tych słów boję, ale też czuję, że mus to mus, ktoś znacznie ode mnie potężniejszy tak postanowił, to co ja będę, taki Norbert, się sprzeciwiał. Idziemy, niby to taka wycieczka, niby kondukt pogrzebowy. Czuję napięcie, ale i ulgę, że sam Bóg-nie-Bóg się do mnie zwrócił i wiem, jak postąpić. Tatuś, pyta synek, mały bajtel, tatuś, daleko jeszcze, bo nie podoba mi się tu, jest ciemno i zimno, może byśmy wrócili do domu, do mamy, zjedli kolację, poczytali bajki przed spaniem. We mnie wszystko się trzęsie, bo wyczuwam kres podróży. Docieramy na miejsce, tam wszystko gotowe, jakbym już wcześniej wszystko przygotował. Tatuś, a po co ten łańcuch przypięty do drzewa, pyta synek. Stoję bez ruchu, wszystko zamiera, twoja matka płacze na ławce w parku, twarz chowa w dłoniach i płacze, płacze, płacze, to zawodzenie doprowadza mnie do szału, więc chwytam dziecko i zapinam w łańcuch, jak psa porzuconego w lesie. Późnojesienny park znika, a wokół rozbrzmiewa potężny głos tej wymyślonej przez mój zwyrodniały mózg boskiej istoty. Abrahamie, Abrahamie, nie czyń dziecku krzywdy i nie porzucaj go hen daleko, tam gdzieś w tej nicości. Wracajcie do domu na wieczorynkę, tak mi mówi. Słyszę ten głos dalej, ale przestaję go rozumieć i słuchać. Zostawiam dziecko zakute w kajdany i biegnę przed siebie, czasem w dół, czasem w górę, spadam, podnoszę się, czuję, jak pieką mnie rozharatane dłonie. Ale nie wracam, nigdy już nie wracam.

      ŁUKASZ
      Panie Norbercie, serduszko, czy to warto mi opowiadać? Takie głodne kawałki? A kiedy się to panu śniło, jeśli mogę spytać? Zeszłej nocy, podczas popołudniowej drzemki czy ze trzydzieści lat temu? Przyznaję – sen jak horror, ale wykorzystując farmakologiczną jasność pańskiego umysłu, wolałbym porozmawiać o faktach. Faktach faktach, a nie faktach dyrdymałkach.

      PAN NORBERT
      Nie wierzysz mi?

      ŁUKASZ
      Pan sobie pochlebia, za słabo się znamy, żebym mógł panu nie wierzyć.

      PAN NORBERT
      Twoja matka urządziła w sądzie taki cyrk, że dostałem zakaz odwiedzin. Zanosiła się płaczem. Potem pojechałem za robotą na Śląsk, jeszcze nie miałem auta ani telefonu. Musiałem zacząć wszystko od nowa, bo z twoją matką nie umiałem żyć. Ani ona ze mną. Nigdy nie mówiła, czego ode mnie oczekuje, ale wiedziałem, że wszystko robię nieporadnie. Próbowałem grać według nieistniejącego scenariusza i czułem do siebie coraz większą pogardę.

      ŁUKASZ
      Pan pamięta, jak jeden jedyny raz się minęliśmy na ulicy? Już najwyraźniej było po kryzysie, bo sylwetka wyprostowana i krok prężny. Zima była, więc barani kożuch, pod rękę z tą wysztafirowaną Zośką, za drugą rękę z pucułowatym Krzysiem. Matka dojrzała was z daleka, choć byliśmy w centrum miasta, i mówi: patrz, Łukasz, a to jest twój tatuś, chcesz zobaczyć z bliska? Poczułem przerażenie, ale sztywno mnie za rękę trzymała i jak się mijaliśmy, to spojrzałem panu prosto w oczy. Pan jednak odwrócił wzrok, jak od ropiejącej rany albo nowotworowej narośli na skórze. I przez ułamek sekundy poczułem się najgorszym dzieckiem na świecie, jakbym zrobił coś niewiarygodnie złego. I o to uczucie, które dalej mi towarzyszy, również pana oskarżam. Poniżył mnie pan na całe życie.

      PAN NORBERT
      Łżesz jak pies, wszystko to zmyślone. Gdyby tu był Krzyś… Nie pozwoliłby na tę udrękę. To przez tę jego… Związał się z niewłaściwą kobietą, osiedlową latawicą, i to ona go namawiała, żeby mnie tu wywieźć jak na śmietnik.

      ŁUKASZ
      Zasłużył pan sobie. Kto to odkręca kurki, a nie podpala gazu! Cały blok byłby pan wysadził. Istnieje rachunek win i kar.

      PAN NORBERT
      Jestem chory! Mój mózg mnie oszukuje, niby robię wszystko po staremu, a okazuje się, że jestem zagrożeniem dla najbliższych. Teraz jeszcze ty się nade mną znęcasz, wstydu nie masz!

      ŁUKASZ
      Na to się pracuje całe życie. Uprawiał pan jogging? Rozwiązywał krzyżówki i uczył się języków obcych? Wiódł satysfakcjonujące życie towarzyskie, unikając przy tym używek? Nie! Łatwiej było iść na życiową bylejakość…

      PAN NORBERT
      Nigdy nie miałem dla siebie czasu. Na dwa etaty ciągnąłem, żebyś miał alimenty na czas, niewdzięczniku! Nie dbałem o siebie, nie dbałem ani o swoje ciało, ani ducha. Patrz, jak przez ciebie skończyłem – leżę w obsranym prześcieradle w szponach psychopaty.

      10.

      ŁUKASZ
      Ojcze mój, nie mogłem już dłużej czekać. Miałem nadzieję, że kiedy umrą i ojciec, i matka, uwolnię się. Ale to tylko kolejna teza, która wypełnia pustkę. Setki i tysiące takich, przemykających mi przez głowę jak strzępy śmieci na wysypisku. Śmierć zamyka formę, zabija oczekiwania, ale nie daje wolności. Panie Norbercie, czysta pielucha i świeżutka piguła!

      PAN NORBERT
      Wiesz, ostatnio czuję, że mi lepiej po lekach. Więcej ulgi dają niż kiedyś. Wybacz, ja tak ciągle o sobie, jak to stary człowiek, świat bym ci opowiedział, radził, a to w was, młodych, cała siła. Powiedz, rodzinę masz? Narzeczoną, a może już żonę?

      ŁUKASZ
      Tak, próbuję być mężem mojej żony i ojcem pasierbicy.

      PAN NORBERT
      Pięknie! Ile córeczka ma lat?

      ŁUKASZ
      Około nastu. Może jedenaście, może osiemnaście. Dawno jej nie widziałem, bo przebywam od dawna poza domem. Mam sprawy do załatwienia, ale wrócę do niej jak najszybciej.

      PAN NORBERT
      A jak pan żonę zapoznał? Przepraszam, że pytam, ale takie historie są dla starca romantycznym powrotem do szczęśliwych czasów młodości.

      ŁUKASZ
      Nic nie szkodzi, panie Norbercie. To wspaniałe, kiedy dwóch mężczyzn w różnym wieku i z różnym bagażem doświadczeń może tak sobie razem posiedzieć, powspominać i snuć refleksje. Gdyby było inaczej, byłaby to niepowetowana strata dla nas obu. O nieodwracalnych, niewybaczalnych skutkach. Jak poznałem Anię? Była moją terapeutką uzależnień.

      PAN NORBERT
      Ach, kobiety! To dopiero uzależnienie, ha!

      ŁUKASZ
      Na terapię trafiłem jako heroinista, ale przecież nie o tym sobie gawędzimy. Miałem dwadzieścia osiem lat, lecz nigdy nie zbudowałem żadnej relacji z kobietą, poza matką.

      PAN NORBERT
      Ho, ho, ho, zatwardziały stary kawaler, nie dał się żadnej usidlić!

      ŁUKASZ
      Pan mnie źle zrozumiał. Żadnej: ani psychicznej, ani cielesnej. Matka bardzo chciała, żebym w końcu znalazł sobie dziewczynę, bo już huczało w sąsiedztwie, że bez ojca się pedał wychował. Raz nawet, jak rzekomo miałem iść na randkę, kwiatki kupiła, bo nie była pewna, czy wiem, że tak należy. Moje wyobrażenie o męskości ograniczało się do rzucania wulgaryzmami, obcesowego zachowania i dawania w pysk każdemu, kto nie okazywał mi szacunku. Wielu dziewczętom to imponowało, ale kiedyś ojciec odwrócił głowę na mój widok i zostawił przekonanie o własnej nicniewartości. Więc spoglądałem tylko w stronę niedostępnych kobiet, a gardziłem tymi, które chciały mnie, bo skoro mnie chciały, to nie mogły mieć absolutnie żadnych zalet. Były z biedy, brzydoty i głupoty ulepione. Nadąża pan?

      PAN NORBERT
      Tak! Bardzo trudny temat, mój chłopcze. Brunetki, blondynki, ja wszystkie was dziewczynki!

      ŁUKASZ
      Wtedy ta moja pustka wypełniła się mieszanką fizycznego pożądania, lśniącymi ciałami z kolorowych gazet i bezradnością. Nienawidziłem kobiet i ich nieprzewidywalności. Kiedy padał deszcz, nie rozkładałem nad nimi parasola, żeby nie wyjść na patriarchalnego prostaka. Kiedy przepuszczałem je w drzwiach, widziałem kpiące uśmieszki na bladych wargach feministek. Byłem prowincjuszem o dobrym sercu, wybrednym intelektualistą, poczciwym przyszłym tatusiem, pasjonatem, realistą, nihilistą, narodowcem i lewakiem. Wszyscy oni wzajemnie się we mnie kotłowali. Każdy tym głośniej krzyczał, im słabszy rzucał cień.

      PAN NORBERT
      Jeśli cię dobrze rozumiem, nie miałeś śmiałości do kobiet? A to mało kto ma. Za moich czasów szło się na zakrapianą prywatkę i sami się ludzie do siebie zaczynali kleić bez skrępowania. A jak już to ciało było blisko drugiego ciała, gdzieś na fotelu, w zadymionym kącie, to zostawało się parą. Kiedyś życie było prostsze. Teraz za dużo wszyscy analizują, ech.

      ŁUKASZ
      Brzydziłem się i pragnąłem ich jednocześnie. Jedyną kobietą, którą znałem, była matka, ale jej nigdy nie adorował żaden mężczyzna. Przestała być kobietą i przepoczwarzyła się w obojnaka, grubego i bezkształtnego strażnika mojego przyszłego szczęścia. Aktorki w telewizji z kolei przypominały byty z nie tego świata. Wydepilowane, wykremowane, z pornograficzną nieskazitelnością ciał. Nie było we mnie męskości. To pana wina.

      11.

      KASIA
      Usiądziesz tu bliżej. Zimno mi.

      ŁUKASZ
      Mogę.

      KASIA
      Możesz??? A nie chcesz? Ja cię nigdy chyba nie zrozumiem.

      ŁUKASZ
      Gdy siedzę blisko, czuję zapach twojego ciała. Ostry zapach potu przebijającyprzez podebrane matce perfumy.

      KASIA
      Naprawdę uważam, że jesteś miłym, wartościowym chłopakiem, ale nie umiem przebić się przez ten introwertyzm.

      ŁUKASZ
      Pod nosem masz lekki meszek. Brzydzę się. Wąsy powinni mieć tylko mężczyźni. Jeśli już go masz, powinnaś coś z tym zrobić.

      KASIA
      Ciągle milczysz. Chciałabym wiedzieć, co myślisz.

      ŁUKASZ
      Z daleka jesteś piękna. Zazdroszczą mi, że się ze mną umawiasz. Ale kiedyśwszedłem po tobie do toalety i zrozumiałem, że twoje ciało również wydala. To obrzydliwe. Wydalać powinni tylko mężczyźni.

      KASIA
      To jak, możesz mnie chociaż przytulić?

      ŁUKASZ
      Chciałbym się z tobą kochać, ale twoje ciało jednocześnie mnie pociąga i odpycha. Nie jestem pewien, czy jesteś dla mnie kurwą czy matką moich nienarodzonych dzieci.

      KASIA
      Łukasz, jeśli mamy się spotykać, to musisz się otworzyć. Chcę się przy tobie czućjak dziewczyna. Jak kobieta. Powiedz coś w końcu.

      ŁUKASZ
      Nie poradzę sobie z kobiecością, bo nie ma we mnie męskości.

      12.

      MAMA
      Tam, gdzie poszłam, nie używa się imion, więc z trudem je sobie przypominam, wybaczcie. Niechętnie przywołuję też jakiekolwiek wspomnienia z tego świata, niech już to wszystko rozmyje się w niepamięci. Zawsze czułam, że syn zrobi coś złego, ale przez wszystkie te lata zamykałam oczy, dziękując Bogu, że to jeszcze nie był ten dzień. Coś się w nim tliło i pożar był tylko kwestią czasu. Tam, skąd przychodzę, nie istnieje pojęcie czasu, ale wiem, że za chwilę coś się wydarzy. Jak wtedy, gdy rano zawoziłam go do szkoły, gdy zamykał się w pokoju, gdy znikał na całe wieczory, a potem miesiące. Tak żyłam, innego życia nie znam. Odkąd odeszłam, coraz bardziej brakuje mi słów, by ponazywać swój los. Zostałam tylko smugą emocji i doznań zmysłowych wyrytych w polu magnetycznym wszechświata. Lepki smak gorzkiej śliny po przepłakanej nocy, wbite w dłoń paznokcie zaciśniętych pięści po utracie pracy. Albo zimne plamy potu podczas rozpraw sądowych. I krzyk, potworny krzyk niemocy. Kto zawinił? Chciałam być dla syna obojgiem rodziców, żeby szedł przez życie lekko, lżej niż ja. Miał zawsze całą moją uwagę, najmodniejsze ubranie, zajęcia dodatkowe, które tak ciężko mi było opłacić. Miał miłość, spodnie marki Levis, kurs jazdy konnej i hiszpańskiego... Ale nigdy nie wygrał walki o samego siebie, chociaż tam, gdzie byłam, nie umiałam tego pojąć. Dużo łatwiej mi teraz, dużo łatwiej... Mój syn urodził się tchórzem, ale nie ma w tym nic niezwykłego, bo cały gatunek homo sapiens jest tchórzliwy. To jakiś niepojęty zamęt okoliczności doprowadził do tego, że ta niepozorna człekokształtna małpa opanowała świat. Mój syn urodził się tchórzem i nigdy nie zmusił się do odwagi, żeby to tchórzostwo przezwyciężyć. Gdyby przekopać jego DNA i uzupełnić parę słabych ogniw genami zwierząt – choćby lwa czy orła – to dziś syn byłby dobry i szczęśliwy. Ta jego najczulsza struna wreszcie schowałaby się gdzieś głębiej pod skórą. Tak. Jego ojcu natomiast przeszczepiłabym geny łabędzi. W ogóle jako gatunek homo sapiens powinien skrzyżować się z ptakami, to takie fantastyczne zwierzęta! Łabędzie są monogamiczne i poświęcają się w pełni odchowaniu potomstwa. Co po wszystkich zaletach ojca mojego syna, jeśli porzucał każdą kolejną rodzinę, gdy tylko spodobała mu się nowa kobieta? Tam, dokąd wracam, nie znają smutku, bo twierdzą, że każda historia może potoczyć się jeszcze raz. Wracam!

      13.

      ŁUKASZ
      Muszę już pana opuścić, panie Norbercie. Zażył pan wszystkie lekarstwa, buteleczka jest pusta.

      PAN NORBERT
      Zostań jeszcze, Łukasz. Gdzie się spieszysz? Nie chciałbym zostać sam.

      ŁUKASZ
      Przyjechał Krzysiu. To znaczy jedzie. Zaraz tu będzie.

      PAN NORBERT
      A ty gdzie się wybierasz, mój drogi?

      ŁUKASZ
      Na wojnę, pamięta pan? Trwa, chyba nigdy się nie skończy. Kto wie, może jeszcze wygram.

      PAN NORBERT
      Nie odpuszczaj, synku, nigdy! Walcz!

      ŁUKASZ
      Dobrze, jadę.

      PAN NORBERT
      Łukasz?

      ŁUKASZ
      Tak?

      PAN NORBERT
      Nie wróć zbyt późno.

      ŁUKASZ
      Dobrze.

      PAN NORBERT
      I ubierz się ciepło.

      ŁUKASZ
      Dobrze.

      PAN NORBERT
      Uważaj na siebie.

      ŁUKASZ
      Będę.

      PAN NORBERT
      Synku?

      ŁUKASZ
      Tak?

      PAN NORBERT
      Nic, jedź już.

      14.

      MAMA
      Synku, jesteśmy tu pierwszy raz, bo uznałam, że już właściwa pora. W tym grobieleży twój tatuś.

      ŁUKASZ
      Dlaczego zmarł, mamo?

      MAMA
      Zachorował na bardzo ciężką chorobę i nie udało mu się wyzdrowieć. Lekarze powiedzieli, że to choroba o podłożu genetycznym i nie ma na nią lekarstwa.

      ŁUKASZ
      Czy on mnie kiedyś widział?

      MAMA
      Tak, zmarł, jak miałeś dwa latka. Był bardzo dobrym ojcem. Dopóki miał siłę, poświęcał ci każdą wolną chwilę.

      ŁUKASZ
      Czyli nosił mnie na rękach? Głaskał?

      MAMA
      Oczywiście, głuptasku.

      ŁUKASZ
      Mamo, czy ja zrobiłem coś złego i dlatego tata umarł?

      MAMA
      Ależ skąd! Jak ci to w ogóle mogło przyjść do głowy.

      ŁUKASZ
      Czyli miałem po prostu ogromnego pecha?

      MAMA
      Tak, myślę, że można to tak określić.

      ŁUKASZ
      Mamo?

      MAMA
      Tak, kochanie?

      ŁUKASZ
      Pójdziesz dziś pograć ze mną w piłkę?

      MAMA
      Pewnie, tylko musisz się dobrze ubrać, bo wieje zimny wiatr.

       

      Fragment dramatu pochodzi z Kwartalnika Kulturalnego „Nowy Napis. Liryka, Epika, Dramat”, nr 21 (2024).

      Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
      Źródło tekstu: Grzegorz Górny, Ojcze Mój (fragmenty), „Nowy Napis Co Tydzień”, 2024, nr 252

      Przypisy

        Powiązane artykuły

        25.04.2024

        Nowy Napis Co Tydzień #251 / „Przepaść nas nie przecina. Przepaść nas otacza”. Medytacje filologiczno-filozoficzne na marginesie wiersza Akrobata Wisławy Szymborskiej

        1.

        Czy pomyłka zecerska może zrodzić wiersz? Owszem, tak było w przypadku Akrobaty Wisławy Szymborskiej, który ukazał się pierwotnie na łamach „Życia Literackiego” w 1965 roku (nr 33), następnie zaś wszedł do tomu Sto pociech (1967). I choć błąd korektorski nie pojawił się w utworze samej autorki, to stał się istotną inspiracją do myślenia w kategoriach symploki nie tyle jako tropu, ile pewnej filozofii mimesis biorącej swój początek z pism Platona. Jednak zanim przejdziemy do szczegółowego wyjaśnienia tej kwestii, wypada zacytować słowa samej Szymborskiej. Tak o genezie Akrobaty mówiła jego twórczyni:

        korektorskiego spójnik został umieszczony dwukrotnie, raz na końcu, raz na początku następnego wiersza. Zauważyłam, że to powtórzenie daje efekt jak gdyby huśtania. I wtedy przyszło mi na myśl, żeby napisać wiersz o wysiłku i zarazem lekkości ewolucji akrobatycznych i że właśnie owo balansowanie spójników będzie niejako odpowiednikiem huśtania na trapeziePowrót do źródeł. Rozmowa z Wisławą Szymborską [w:] K. Nastulanka, Sami o sobie. Rozmowy z pisarzami i uczonymi, Warszawa 1975, s. 303–304.[1].

        Owo „balansowanie spójników” tudzież ich ironiczne podwojenie kieruje naszą uwagę w stronę rozróżnienia tego, co rzeczywiście zostało napisane, i tego, co się niejako samo napisało. Duplikat spójnika to „wizerunek, [który] istnieje, ale też jakoś nie istnieje”W. Stróżewski, Wykłady o Platonie: ontologia, Kraków 1992, s. 184.[2]. Do tej refleksji ontologicznej przyjdzie jeszcze powrócić. Teraz jednak przypomnijmy, że Szymborska lubuje się w takich ironicznych spójnikach, w różnego rodzaju podwojonych partykułach wzmacniających. To właśnie dzięki różnym „ale”, „a jednak”, „pomimo”, „gdyby” – jak wskazuje Wojciech Ligęza – „Umysł ściga się tu z wiecznie umykającą tajemnicą, z autoironicznym wdziękiem przymierza wyobraźnię do nieobecnych wyjaśnień”W. Ligęza, Wstęp [w:] W. Szymborska, Wybór poezji, wstęp i oprac. W. Ligęza, Wrocław 2018, s. CXC.[3]. Owo „Albo jeszcze mniej”W. Szymborska, Akrobata [w:] tejże, Wiersze wszystkie, oprac. i posł. W. Ligęza, Kraków 2023, s. 303. Dalej wiersze poetki cytuję z tego wydania. Oznaczam je skrótem WW, po nim wskazuję stronę. Wyrożnienia moje – I.S.[4] z Akrobaty – jak się za chwilę okaże – stanowi zatem wierszowe sedno, odpowiednik kluczowego dla Szymborskiej stwierdzenia: „No tak, ale…”S. Barańczak, Nie ma pytań pilniejszych od pytań naiwnych, tłum. J. Kozak, „Gazeta Wyborcza” 1996, nr 239, s. 16.[5]. Znamienne, że charakterystyczny dla autorki motyw braku w utworze o locie pomiędzy trapezami wyraża właśnie „poezja gramatyki”W. Ligęza, Wstęp…, s. CXCIII.[6]. To gry syntaktyczne zmieniają się w gry gramatyczne. Akrobata „spiskuje” „przeciw takiemu jakim jest; czy wiesz, czy widzisz, / jak chytrze się przez dawny kształt przewleka i” (WW 303–304). Pozostawienie spójnika „i” na końcu wersu (jeden z ulubionych zabiegów Szymborskiej!) kieruje nas ku refleksji nad samą gramatyką właśnie, a jednocześnie nad filozofią pisania nowoczesnego wiersza przerzutniowego. Aby poznać jego istotę, należy bliżej przyjrzeć się całości utworu:

        Z trapezu na
        trapez, w ciszy po
        po nagle zmilkłym werblu, przez
        przez zaskoczone powietrze, szybszy niż
        niż ciężar ciała, które znów
        znów nie zdążyło spaść.

        Sam. Albo jeszcze mniej niż sam,
        mniej, bo ułomny, bo mu brak
        brak skrzydeł, brak mu bardzo,
        brak, który go zmusza
        do wstydliwych przefrunięć na nieupierzonej
        już tylko nagiej uwadze.

        Mozolnie lekko,
        z cierpliwą zwinnością,
        w wyrachowanym natchnieniu. Czy widzisz,
        jak on się czai do lotu, czy wiesz,
        jak on spiskuje od głowy do stóp
        przeciw takiemu jakim jest; czy wiesz, czy widzisz,
        jak chytrze się przez dawny kształt przewleka i
        żeby pochwycić w garść rozkołysany świat
        nowo zrodzone z siebie wyciąga ramiona –

        piękniejsze ponad wszystko w jednej tej
        w tej jednej, która zresztą już minęła, chwili.

        (WW 303–304)

        Jako wiersz autotematyczny Akrobata bazuje na mnożeniu wątpliwości, mówieniu w trybie warunkowym, więc w jakimś stopniu stanowi wykład poetyki immanentnej w miniaturzeWięcej na jej temat zob. W. Ligęza, Wstęp…, s. CXC[7]. Należy do tych utworów Szymborskiej, w których autorka odnosi się do Fausta Goethego. Podobnie jak w Nic dwa razy (WW 162–163), tak i tu wpleciona została parafraza zawołania o chwili, która winna trwać, skoro jest taka piękna. Oczywiście – jak to często bywa w tej twórczości – przełamana ironią, bo chwila już minęła („nowo zrodzone z siebie wyciąga ramiona – // piękniejsze ponad wszystko w jednej tej / w tej jednej, która zresztą już minęła, chwili”). Ale jaka to chwila? Z pewnością nie tylko moment akrobatycznej ewolucji, zawieszenia praw fizyki czy też może praw biologii. Czy brak tu zatem spełnionego marzenia o locie, które notabene nie zdążyło się spełnić, skoro minęło, zanim marzący zdołał je ukonkretnić? Poniekąd tak. Tyle można wywnioskować choćby z pobieżnego oglądu świata przedstawionego tej opowiastki, owego szkicu paraboli, z którego to gatunku – bo tak chyba trzeba powiedzieć – słynie Szymborska. Ale zostawmy oczywistości i wróćmy do tego, jak jeszcze może być rozumiany Akrobata. Jak już zostało powiedziane, to wiersz autotematyczny, ściślej zaś o pisaniu w wersach, o „akrobatycznym” przerzucaniu słów z jednego wersu do drugiego, a więc o grze arbitralnej pauzy „(Z trapezu na / trapez, w ciszy po / po nagle zmilkłym werblu, przez”). „Akrobatą” byłby zatem poeta posługujący się przerzutnią, operujący wciąż pomiędzy dwoma „trapezami” wersów, w owej „ciszy po / po […]”. Arbitralna pauza stwarza „brak, który go zmusza / do wstydliwych przefrunięć na nieupierzonej / już tylko nagiej uwadze”. Ów brak, pisanie w jakimś sensie stopklatkowe, powraca zresztą u Szymborskiej także w innych utworach. W tomie Wszelki wypadek (1972) poezję definiuje ona między innymi jako „urwany szept” (Autotomia, WW 345). Wierszowanie to sztuki podziału, coś, co tracimy, aby zachować ciało. Skądinąd w kodzie Autotomii czytamy: „Przepaść nas nie przecina. / Przepaść nas otacza” (WW 345). Nas, czyli także wiersz, który niewiele może wobec takiej przepaści, skoro „Tu ciężkie serce, tam non omnis moriar / trzy tylko słówka jak trzy piórka wzlotu” (WW 345). W Akrobacie mowa z kolei o ciele, „które znów / znów nie zdążyło spaść” (WW 303). Przestrzeń „znów – znów” to ów świat „w stanie korekty”W. Ligęza, O poezji Wisławy Szymborskiej. Świat w stanie korekty, Kraków 2001, s. 309.[8], który nazwać można „rzeczywistością przesuniętą”, powstającą przy zabawie w kalkowanie zdjęć, kiedy to kalka nieco się przesunieG. Jankowicz, Rzeczywistość przesunięta [w:] M. Blecher, Rozświetlona jama. Dziennik sanatoryjny, tłum. J. Kornaś-Warwas, Wrocław 2018, s. 91.[9]. Właśnie wówczas mamy do czynienia z „poetycką ingerencją w obowiązujący porządek rzeczy”, a więc z „korektą formy i sensu świata realnego oraz utrwalonego w postaci tekstów”W. Ligęza, O poezji Wisławy Szymborskiej…, s. 309.[10].

        2.

        Owa korekta wiąże się z mimetycznością, a skoro polega na ironicznym podwojeniu, to nazwać możemy ją symploką. W znaczeniu wąskim zabieg Szymborskiej w Akrobacie (zwłaszcza w pierwszej strofoidzie) nie jest oczywiście klasyczną symploką, a więc „splotem” (greckie συμπλοκή, symplok) anafory i epifory, ponieważ takie same człony nie zaczynają tu wersów, identyczne zaś ich nie kończą. Natomiast symploka jako nawiązanie do kompozycji anaforyczno-epiforycznej tu rzecz jasna występuje. W ogóle myślenie w kategoriach „splotu” różnych stylów, ich wypróbowywania w ironicznym zderzeniu jest przecież cechą charakterystyczną dykcji Szymborskiej. W tym sensie Akrobata pełni nie tylko ważną funkcję metaliteracką w obrębie tomu Sto pociech, niejako dopełniającą słynną Radość pisania, lecz także staje się jednym z ważniejszych utworów całego cyklu wierszy o takiej tematyce. Jeśli jako ilustrację poniższego fragmentu, w którym Andrzej Zawadzki objaśnia znaczenie symploki w kontekście Platońskiej mimesis, podstawimy wiersz Akrobata, to nie będziemy w dużym błędzie:

        To, co do prawdy podobne, nie jest prawdą samą, nie istnieje więc prawdziwie, a więc nie istnieje w ogóle, skoro istnienie pełne, autentycznie przysługuje jedynie temu, co prawdziwe. Jakiś jednak osobliwy stopień „bytowości” podobieństwu przysługuje – jego paradoksalną istotę, modus existendi, stanowi właśnie bycie obrazem, podobieństwem, które, chociaż jest niebytem, jakoś istnieje. […]. [J]eśli zdefiniuje się podobieństwo (eoikos) i podobiznę (eikon) jako przeciwieństwo prawdy, to […] opozycja „dobrego”, podobnego, a więc prawdziwego obrazu i złudnego, nieprawdziwego wyglądu (eikon–fantazma) – i tym samym „dobrej” oraz „złej” mimesis – zostaje radykalnie podważona […]A. Zawadzki, „Symploke” jako figura Platońskiej mimesis, „Wielogłos” 2007, nr 1, s. 66.[11].

        Mowa była o wierszowej ilustracji tych rozważań, więc pora przypomnieć pierwszą strofoidę Akrobaty. W niej tożsamość wygłosu i nagłosu, jakby podobieństwa (eoikos) i podobizny (eikon), wzmocniona zresztą arbitralną pauzą, daje na poziomie graficznym wrażenie swoistej schodkowości wersu. Ta schodkowość po odpowiednim wyszczególnieniu najważniejszych elementów prezentowałoby się mniej więcej tak:

        Z trapezu na
        trapez, w ciszy po
        po nagle zmilkłym werblu, przez
        przez zaskoczone powietrze, szybszy niż
        niż ciężar ciała, które znów
        znów nie zdążyło spaść.

        (WW 303)

        To zwielokrotnienie zecerskiej pomyłki, której odkrycie w jednym z utworów dało Szymborskiej asumpt do napisania Akrobaty, ta miniaturowa „kompozycja łańcuchowa” pełni funkcję ironiczno-ambiwalentną. Śmieszne jest pisanie w wersach – zdaje się mówić podmiot – ale jeszcze zabawniej byłoby próbować oddać ruch akrobaty bez tej graficznej konwencji, opisać, lecz wcale nie pokazać. Podwojone cząstki z pierwszej strofoidy („na – na”, „po – po”, „przez – przez”, „niż – niż”, „znów – znów”) w strofoidzie drugiej znajdują swój strukturalny odpowiednik w parach „sam – sam”, „brak – brak”. Jest on podwójny, bo Szymborska rozważa w wierszu podwójność, bada możliwości symploki. Pierwszy wers drugiej części zamyka się w klamrze wyznaczonej słowem „sam” („Sam. Albo jeszcze mniej niż sam”). Klamra ta jest szczególna, ponieważ tożsamość nagłosu i wygłosu została tutaj przeciwstawiona nietożsamości składniowej dwóch części tego wersu, a więc – idąc tropem interpretacji Platońskiej symploki – braku pełnej mimetyczności. Pierwsza z nich kończy się kropką po jednym słowie („Sam.”), druga składa się z dopowiedzenia, przerwanego zresztą przerzutnią („Albo jeszcze mniej niż sam, / mniej […]”). To działanie na rytmach pełni nie tylko funkcję retoryczną, pozwala nie tylko na powtórzenie znanej konstatacji: Szymborska jest poetką zawieszenia głosu, zyskuje bowiem ono na znaczeniu w wierszu, który całym sobą wyraża dynamikę owego zawieszania. Wers, w którym mowa o samotności akrobaty, dzieli się, bo tylko kropka po słowie „sam” może na poziomie graficznym wyrazić ową samotność. Grafia działa tutaj niejako podprogowo, wspomaga lekturą wizualną, a inicjalne „Sam” staje się czymś na kształt paradoksalnego imienia własnegoPor. J. Derrida, Szibbolet dla Paula Celana, tłum. A. Dziadek, Bytom 2000, s. 19.[12]. Można tu nawet doszukiwać się odmiany gry retorycznej lusus de nemine, a więc gry w „nikogo”, znanej tak z Odysei, jak i z Dziadów części IVM. Sokołowski, Nikt tylko Mickiewicz, Gdańsk 2008, s. 51; I. Staroń, Fuga i rap. O poezji Krzysztofa Koehlera z lat 1986–1998, Kraków 2023, s. 195.[13]. Ten kto mówi bowiem o sobie: „jestem Nikim”, w pokrętny sposób nie tyle neguje własną wartość, ile właśnie nadaje sobie nowe miano. Tak nieopatrznie zrozumiał przebiegłego Odyseusza Polifem, z kolei w IV części Dziadów słowa: „Nikomu nie pokażę drogi”, oznaczają przecież, „nie pokażę drogi tobie, Pustelniku”M. Sokołowski, Nikt tylko Mickiewicz…, s. 45. Ksiądz mówi do Pustelnika: „Dróg śmierci pokazywać nie chciałbym nikomu”. Zob. A. Mickiewicz, Dziady, cz. IV [w:] tegoż, Dziady. Poema, red. W. Kruszewski, Warszawa 2022, s. 41, w. 38.[14].

        Pauza po słowie „sam” w pierwszym wersie drugiej strofoidy jest na tyle mocna, że nie sposób jej przeoczyć, a jednocześnie ustanawia pauzę o wiele słabszą niż ta, na której „akrobatyka” tego utworu bazuje, a więc słabszą niż pauza przerzutniowa, dodatkowo „podbijająca” znaczenie antykadencją. Akrobata okazuje się nie zasługiwać nawet na samotność, Szymborska wyłącza go z tego toposu, sięga bowiem po składnię, która na początku wersu obywa się bez przerzutni. Zdanie chwilowo wygrywa z syntaksą wersyfikacyjną. Gdyby wers kończył się po słowie „sam”, to ileż dodatkowych znaczeń moglibyśmy w nim odnaleźć. W tym krótkim wypowiedzeniu mieściłby się i patos, i etos. I topika artysty, który wznosi się ponad tłum i pospolitość, choć płaci za to wysoką cenę niezrozumienia, cenę może zbawienną, bo i tak ujmowano tę kwestię. Ale ironiczna Szymborska rezygnuje z banału. Bada sensy w nim ukryte na poziomie mikrologicznych działań wierszowych. A więc dzieli, bo i wiersz jest o dzieleniu. Dzieli więc Szymborska pierwszy wers drugiej strofoidy, aby można było odnaleźć w nim dalekie echo podwojeń z pierwszej strofoidy. Podział ma jednak charakter nie tylko językowy. W istocie ma tutaj miejsce rozbrat z pewną epistemologią. Akrobata nie jest tylko „sam”. On się okazuje: „Albo jeszcze mniej niż sam, / mniej, bo ułomny, bo mu brak / brak skrzydeł” (WW 303). Celowo nie zmieniam formy w cytowaniu, ponieważ formuła „Albo jeszcze mniej” wydaje się szczególnie ważna. Jej dopełnienie znajdujemy w trzeciej strofoidzie. Powstaje tu nawet coś na kształt definicji tworzenia wiersza, czyli „przewlekania i” przez „dawny kształt” podmiotu, jak „chytrze się przez dawny kształt przewleka i /żeby pochwycić w garść rozkołysany świat”, WW 303–304). Metaforyka przewlekania, czy też szerzej metaforyka związana ze sferą przerabiania części własnej garderoby, przeszywania, odwracania tkaniny na drugą stronę, należy oczywiście do topiki tekstu jako tkaniny właśnie. Ale u Szymborskiej – jak zwykle zresztą – nie mamy prostego powtórzenia dawnej tradycji. Tekstowe u niej się tka, lecz zmagać się z tkaniną to przecież także zmagać się z nicością, ze śmiertelnością tego, jak w słynnej Radości pisania, otwierającej tom Sto pociech, z którego pochodzi także Akrobata. To metaliterackie otwarcie nie pozostaje wszakże bez znaczenia dla interpretacji wszystkich wierszy z tej książki poetyckiej. Właśnie „Zemsta ręki śmiertelnej” (WW 260) powraca w wersach Akrobaty, zwłaszcza zaś w obrazie „przewlekania i”, bardzo przecież somatycznym. Jakimś analogonem owego przewlekania jest chyba nicowanie z tomu Wszelki wypadek (1972), w którym, w utworze bez tytułu czytamy: „Nicość przenicowała się także i dla mnie” (WW 354). Również Akrobata to wiersz o samostwarzaniu, a zarazem o „samo(nie)wyjaśnialności”Mickiewicz czyli wszystko. Z Jarosławem Markiem Rymkiewiczem rozmawia Adam Poprawa, Warszawa 1994, s. 108.[15] tego, co staje się panliterackieG. Halkiewicz-Sojak, Poezja Krasińskiego – martwy czy godny nowego odczytania fragment romantycznego paradygmatu [w:] Zygmunt Krasiński. Pytania o twórczość, red. B. Kuczera-Chachulska, M. Prussak, E. Szczeglacka, Warszawa 2005, s. 18.[16]. Jego bohater nie może już siebie pomyśleć inaczej niż „w wyrachowanym natchnieniu” (WW 303), w jakimś stylu, w konwencji jakiegoś piękna. Jakie to piękno – tego się z wiersza Szymborskiej nie dowiemy, bo chwila epifanii szybko mija, na tyle szybko, że trzeba nad nią podwójnie niejako zawiesić głos, oddzielając od strofoidy dwa końcowe wersy:

        nowo zrodzone z siebie wyciąga ramiona –

        piękniejsze ponad wszystko w jednej tej
        w tej jednej, która zresztą już minęła, chwili.

        (WW 304)

        Momentu Fausta nawet nikt nie zdążył zauważyć, choć był tak piękny, to zmieścił się cały w edytorskiej bieli, nad którą przeskoczyli i akrobata, i wiersz. A jednak Szymborska niczego tutaj nie neguje. Owszem, sprawdza. I to właśnie owa próba okazuje się ostateczną weryfikacją. Może wiersz mógłby się zakończyć inaczej, może tak by się stało przy innym akrobacie, który nie wierzyłby tak mocno w natchnienie. Przecież wraz z jego kołysaniem kołysze się świat i te ramiona akrobaty naprawdę są „piękniejsze ponad wszystko w jednej tej / w tej jednej”, nawet jeśli po wtrąceniu okazuje się, że piękno tej chwili było jakże nietrwałe. Zauważmy, że Szymborska wykorzystuje tutaj efekt polegający na imitacji błędu zecerskiego, tak zwanego lustra: „w jednej tej / w tej jednej”. Antykadencja wzmacnia wygłosowe „tej”, a tym samym wymusza lekturę aktywnąPor. R. Barthes, S/Z, tłum. M.P. Markowski, M. Gołębiewska, Warszawa 1999, s. 11.[17]. Wzmocnienie nieokreśloności „tej”, którą Szymborska wygrywa za pomocą przerzutni, podaje w wątpliwość niejako całą strofoidę, sprowadzając ją do czegoś na kształt „wyliczeni[a] odnoszące[go] się do nieistniejących już lub właśnie zanikających desygnatów”K. Szalewska, Poetyka zaniku. Projekt lektury, „Białostockie Studia Literaturoznawcze” 2014, nr 5, s. 233–234.[18]. Więcej nawet – taki okazuje się cały wiersz. Przypomnijmy, że akrobata to ktoś „mniej, bo ułomny, bo mu brak” (WW 303), a w takiej „poetyce zaniku”K. Szalewska, Poetyka zaniku…[19] to „»tempo« stylistyczne ewokuje tempo fabularne”T. Stępień, Z czego zrobiony był „Bal w Operze” (kabaretowe konteksty poematu Juliana Tuwima) [w:] Skamander, t. 3: Studia o poezji Juliana Tuwima, red. I. Opacki, Katowice 1982, s. 147[20]. Ciągłe retardacje, wtrącenia, powtórzenia, paradoksalne podwojenia, nieustanny „ruch metafor”W. Panas, „Regiony czystej poezji”. O koncepcji języka w prozie Brunona Schulza, „Roczniki Humanistyczne” 1974, t. XXII, z. 1, s. 159.[21] sprawiają, że Akrobatę można czytać jako wiersz o działaniu antymetaboli. Za lawinowym przyrostem wątpliwości kryje się jednak w istocie jeszcze jedna gra – gra w modernistycznego (nowoczesnego) Mickiewicza.

        3.

        W trzeciej strofoidzie, w pytaniach zadawanych czytelnikowi, w ich specyficznym rytmie opierającym się na ironicznym podwojeniu („Czy widzisz, jak on się czai do lotu, czy wiesz, / jak on spiskuje od głowy do stóp / przeciw takiemu, jakim jest; czy wiesz, czy widzisz”; WW 303), kryje się być może jakieś odległe echo chocholego tańca, jego ironiczno-ambiwalentnego znaczeniaA. Muchowicz, „Taniec Chochoła”, czyli „ambiwalencja misterium i szopki”, „Sztuka i Filozofia” 1994, nr 9, s. 229.[22]. Pytania te mają wreszcie funkcję retardacyjną, opóźniają jakby nadejście obrazu lotu akrobaty, ale tworzą też wrażenie świata w toku ciągłej korekty. Nie można w nim spytać tylko raz, ale podobne pytania należy zadawać na wiele sposobów, krążąc z jednej strony wokół „właściwego słowa”W. Pater, Styl, tłum. M. Szuster, „Literatura na Świecie” 2009, nr 9/10, s. 124.[23], z drugiej zaś wyzyskując charakterystyczny dla nowoczesnej poezji motyw „brakującego słowa”R. Nycz, Język modernizmu. Prolegomena historycznoliterackie, Wrocław 2002, s. 57; G. Steiner, Po wieży Babel. Problemy języka i przekładu,tłum. O. i W. Kubińscy, Kraków 2001, s. 123; P. Valéry, Leonardo i filozofowie [w:] tegoż, Estetyka słowa. Szkice, wyb. A. Frybesowa, wstęp M. Żurowski, tłum. D. Eska, A. Frybesowa, Warszawa 1971, s. 89.[24]. I właśnie wobec braku pojawia się tradycja, odległa, ale jednak wyraźna, bo jeśli mowa o refleksji metapoetyckiej oraz ironicznym locie, to nie sposób nie odnieść ich do Wielkiej Improwizacji. Słowa „Sam. Albo jeszcze mniej niż sam” brzmią zresztą jak odległa parafraza pierwszych wersów wielkiego monologu. Być „Albo jeszcze mniej” to coś znacznie gorszego niż być „jeszcze mniej”. Gorszego, jeśli weźmie się pod uwagę składnię. Co to bowiem za zdanie, które rozpoczyna się od dopowiedzenia, które w dodatku mówi o niezbyt przyjemnej alternatywie? W dodatku akrobacie „brak / brak skrzydeł” (WW 303). Skrzydła są dwa, dwa także „braki”, jakby raz wypowiedziane nie mogło objąć całości tego dramatu. Jest sam, jest po trosze poetą, jeśli wziąć pod uwagę aspekt metaliteracki, i brak mu skrzydeł. Konrad był samotny, ale miał „tych skrzydeł dwoje”A. Mickiewicz, Dziady, oprac. M. Cieśla-Korytowska, Kraków 2022, s. 248, w. 95.[25]. One – jak zapewniał –

        Wystarczą: – od zachodu na wschód je rozszerzę,
        Lewym o przeszłość, prawym o przyszłość uderzę.
        I dojdę po promieniach uczucia – do Ciebie!
                      I zajrzę w uczucia Twoje,
          O Ty! o którym mówią, że czujesz na niebie!A. Mickiewicz, Dziady…, w. 96–100.[26]

        Zwróćmy uwagę, że w tym fragmencie Wielkiej Improwizacji kwestia graficznego ukształtowania tekstu odgrywa daleko większą rolę niż w niewielkim objętościowo – w porównaniu z całością monologu Konrada – wierszu Szymborskiej. Oczywiście grafia w wierszu numerycznym ma inną funkcję niż w wierszu wolnym, inna też była konwencja lektury sygnałów graficznego podziału w czasach Mickiewicza. Aby jednak uwypuklić pewne środki zastosowane przez autorkę Wołania do Yeti, warto niewspółmierność tego porównania odsunąć na plan dalszy. Co zatem mogłoby na poziomie graficznym zainteresować współczesnego widzoczytelnikaZob. T. Nyczek, Widzoczytelnik w krainie niby książki [w:] Współczesna polska sztuka książki / Contemporary Polish Book Art, red. A. Słowikowska, H. Kocańda-Kołodziejczyk, Warszawa 1998, s. 13 i nast.[27] we fragmencie Improwizacji? Kiedy Konrad mówi o rozpościeraniu skrzydeł, czyni to wersach maksymalnie „rozpostartych”, trzynastozgłoskowych. Kiedy w apostrofie wspomina zaś o tym, że zajrzy w uczucia Stwórcy, czyni to w wyśrodkowanym względem całej strofy ośmiozgłoskowcu. Wcięcia po obu stronach naturalnie skupiają uwagę, stają się nie tylko znakiem odpowiedniej emfazy dla recytatora, lecz także samego patrzenia w uczucia. To właśnie przez biel edytorską można zajrzeć tam, gdzie nie można, wypełnić ją myślami (lub zgłoskami, aby od ośmiu doliczyć znów do trzynastu, czyli do najdłuższego wersu w linijce tego fragmentu) o locie do Boga oraz o przyszłej walce z nim o duszę narodu.

        Wróćmy jednak do braku skrzydeł. Akrobata Szymborskiej też improwizuje, ale niewiele pozostało mu z demiurga stwarzającego słowem taką rzeczywistość, której rekwizyty pozwoliłyby mu dotrzeć do Boga i stoczyć z nim poetycki pojedynek na czucie i na słowa właśnie. Konrad zapowiada „aż tu moje skrzydło sięga”. Jednak zamknięty w celi, duchem wydaje się daleko, lecz na tyle blisko, że jego poezja – bo i takie były tu interpretacje – nie przechodzi przez mury klasztoruZob. R. Przybylski, Słowo i milczenie Bohatera Polaków. Studium o „Dziadach”, Warszawa 1993, s. 184.[28]. Nie oznacza to jednak – jak pamiętamy – że w Dziadach metafizyka ludzkiego słowa nie przekracza żadnych murów i niebiosa są dla niej zamknięte. Przeciwnie. Ale pycha Konrada zostaje ukarana. Coś z tej ironicznej interpretacji Mickiewiczowskiej sceny zostaje u Szymborskiej, bo jej poeta także nigdzie nie wzlatuje, a przynajmniej nie wzlatuje daleko. Czytamy zatem: „brak, który go zmusza / do wstydliwych przefrunięć na nieupierzonej / już tylko nagiej uwadze” (WW 303). Akrobatyka wymaga skupienia, ale skupienia wymaga także wiersz, zwłaszcza wiersz współczesny, któremu z licznych dawnych środków wyrazu pozostała częstokroć już tylko „naga uwaga”. Podróż „Z trapezu na / trapez, w ciszy po” jest podróżą nostalgiczną, jest pracą żałoby po dawnej formie w dobie, kiedy: „Wszystko staje się niepewnością, wyrywkowym układem, z przemiennością i z przeciwstawieniem, rywalizując z rytmem całościowym, którym byłby wiersz milczący, złożony z miejsc pustych”S. Mallarmé, Kryzys wiersza, tłum. E.D. Żółkiewska [w:] tegoż, Wybór poezji, red. A. Ważyk, Warszawa 1980, s. 84.[29]. Te puste miejsca to u Szymborskiej wiersz „w ciszy po / po zmilkłym werblu”. Jeśli zatem klasycyzm, to przegrany i wątpiący, ale otwierający na nowe możliwości uprawiania poezji jako formy poznawczej nieufności. Symploka jako niepełne echo staje się w tym znaczeniu działalnością egzystencjalną, a wzór akrobaty wzorem dobrego życia, czyli ruchu wielu estetyk podejrzliwych wobec zastanego schematu.

         
        Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
        Źródło tekstu: Ireneusz Staroń, „Przepaść nas nie przecina. Przepaść nas otacza”. Medytacje filologiczno-filozoficzne na marginesie wiersza Akrobata Wisławy Szymborskiej, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2024, nr 251

        Przypisy

          Powiązane artykuły

          18.04.2024

          Nowy Napis Co Tydzień #250 / Pośród Cieni. Poezja Kamila Hyszki

          W 2022 roku na łamach magazynu internetowego „Helikopter” (nr 11) ukazało się siedem utworów Kamila Hyszki. Powstały – zgodnie z datami pod tytułami – w 2021 roku i na początku roku 2022. Znaleźć w nich można zapach pigw, wakacje w Bejrucie, córę Damaszku, której włosy uszyto z piasku, ruiny antycznej świątyni, gdzie mieszkają chrząszcze, przyziemne życie, żuka gnojarza, poszukiwaczy złotego runa, w moździerzu ziarnka gwiazd, usypywanie mandali, piasek z butów, zmyślne neologizmy: „niedoczekajkę pospolitą”, „zbędnisia stepowego”, „prosicielka natrętnika zwyczajnego” – szereg zgrabnych metafor, swobodną grę słowami, jakąś podskórnie wyczuwaną egzotykę, bliskość z naturą. Czy kolejne wiersze Hyszki rozjaśniają nam jego portret i drogę twórczą, którą podąża?

          Prolegomena – wejście w cień

          I tak, i nie, od tekstów, które ukazały się bowiem w „Helikopterze”, te obecnie omawiane, powstałe w drugiej połowie 2022 roku, publikowane w „Nowym Napisie” różnią się znacznie. Ich autor zwraca mniejszą uwagę na otoczenie, elementy przyrody, brakuje tu motywów podróżniczych. Podmiot nie jest jedynie uważnym, ciekawym obserwatorem świata, czułym na wszelkie jego przejawy i odmiany. Przekaz staje się bardziej osobisty, intymny, przedstawione zostają relacje rodzinne podmiotu, niekiedy bierze on czynny udział w sytuacji lirycznej, zwracając się bezpośrednio do domowników. Hyszka idzie w stronę prozaizacji poezji, tekstowej hybrydyZob. G. Grochowski, Tekstowe hybrydy. Literackość i jej pogranicza, Toruń 2014.[1] . To utwory liryczne zbliżające się formą i sposobem prowadzenia narracji do prozy, granicy tej jednak nieprzekraczająceNa temat mglistości genologicznej prozy poetyckiej, liryki prozą, poematu prozą, zacierania się granic między wierszem i prozą zob. na przykład A. Kluba, Poemat prozą. Rozważania genologiczne, „Pamiętnik Literacki” 2010, z. 2 (101), s. 5–29.[2]. Poeta rozluźnia nieco klasyczne rygory metryki, oszczędniej dzieli swoje wiersze na strofy, stosuje nieregularną liczbę sylab w wersach, używa przerzutni nadających wewnętrzną rytmikę powtórzeń, w zwartych tekstach umieszcza zdania pozbawione (poza nazwami własnymi) dużych liter. I wielkich złudzeń. Świat w nich przedstawiony jest miejscem smutnym w swojej ponurej dosłowności. Świadczą o tym obrazy i motywy jak wielopiętrowy bunkier z wiersza Poeta, dębowe pudełka-trumny, ceremonia pogrzebu, padający deszcz (Miłość i Śmierć); industrialna fabryka z neonowym napisem na stalowej bramie, kominy, tory, „którymi nic już nie pojedzie” (Fabryka). To świat przygasania ideałów i ludzi, którzy przychodzą i odchodzą „z pokolenia na pokolenie: martwy ciąg niemiłości. gdy / spadają gwiazdy” (Pokolenia). Głównymi tematami tej poezji są właśnie przemijanie i śmierć, a raczej to, co po niej zostaje – dojmujące uczucie straty oraz trudnej do opisania metatekstowej pustki („wskrzesza ją na krótką chwilę, / na wtorek tego jednego zdania” – Śmierć matki). Z ponurej treści wyłania się surowa forma. Dla przykładu: licznie występujące w tekstach Hyszki przerzutnie przestają być jedynie metodą akcentowania określonych części wersu, a stają się dodatkowo wyrazem niepewności, niepokojuZob. A.S. Mastalski, Przerzutnia i wersyfikacja (na marginesie prac Giorgia Agambena i Adama Kulawika), „Forum Poetyki” 2021, nr 25, s. 37.[3]: „oni byli / martwi” (Miłość i Śmierć); „a jednak można się skaleczyć / w listopadzie” (Pokolenia).

          Wiersze Hyszki składają się z krótkich, jakby przerywanych, pozbawionych barokowo-wybujałej lirycznej ornamentyki, wspomnień i refleksji zarazem – stanowią coś na kształt wyrwanych z notatnika diarystycznych zapisków, coś na kształt raptularza. To utwory, które z pozoru w przyziemnej, ale dalekiej od banalności, namacalnej, bolesnej, odważnej, intymnej i może dlatego takiej surowej treści i formie skrywają przemyślany, spajający je koncept, wzbogacony o filozoficzne oraz psychologiczne odniesienia.

          Cienie

          W pierwszym chronologicznie wierszu Śmierć matki swoją wypowiedź podmiot zaczyna od przytoczenia słów ojca, który od lat codziennie powtarza, że matka podmiotu umrze na drugi dzień („jutro twoja matka umrze”). Okazuje się, że słowa te, wypowiedziane po raz pierwszy pięć lat temu, w któryś (niesprecyzowany) wtorek, mają siłę sprawczą – na drugi dzień w środę matka umiera. W kilku wersach Hyszka przedstawia rodzinny dramat: matka umarła, ojciec postradał zmysły. Ale utwór ten ma też, a może przede wszystkim metatekstowy wymiar: „wskrzesza ją na krótką chwilę, / na wtorek tego jednego zdania”. Zdanie więc potrafi metaforycznie przyczynić się do śmierci, ale może jednocześnie wskrzeszać. Ujawnia w ten sposób swój performatywny charakter – ustanawia rzeczywistość pozajęzykową dzięki temu, że pojawia się w świadomości tych, którzy pozostają pod jego wpływem.

          W kolejnym wierszu (Fabryka) również pojawiają się zmarła matka i ojciec, który zwariował. Tym razem podmiot skupia się na zmienności oraz przemijaniu ludzkich zatrudnień, które symbolizuje zamknięta fabryka – niegdysiejsze miejsce pracy jego ojca. Każda z trzech strof wiersza zaczyna się od nadających rytm całości słów: „kiedy zamknęli fabrykę”. W utworze przeważa duszny, industrialny, ale i nieco melancholijny klimat, sam zaś wiersz kończy się ironiczną puentą: „niby to samo, a jednak trzeba / mówić dzień dobry. nie to co przechodzić z cynicznym / uśmiechem pod neonowym napisem stalowej bramy”.

          Przemijalność, a bardziej nawet względność czasu to temat wiersza Poeta. Jest on po trosze lirycznym odpowiednikiem charakteru. Przypomnijmy, że charakter to gatunek literacki w formie krótkiego tekstu prozą, skupiony na jednym bohaterze, opisujący go za pomocą zdarzeń, które stają się elementami jego charakterystyki. W tym wypadku bohaterem jest sąsiad podmiotu lirycznego, mieszkający na trzecim piętrze „wielopiętrowego bunkra”, przedstawiony na zasadzie ironicznego kontrastu – zetknięcia osiedlowej, „reklamówkowej” codzienności z poetycko-filozoficznym byciem w świecie: „gdy naciąga skarpety myśli o / Heideggerze. […] uwikłany w język nie wychodzi z długów. rzeczy / nazywa po imieniu choć najczęściej rymuje milczenie”. Przywołanie niemieckiego filozofa okazuje się nieprzypadkowe. Człowiek nieustannie przekracza zarówno siebie, jak i napotykane wewnątrz świata byty: „był już sprzedawcą, kelnerem, / bywalcem. przeżył śmierć Boga i wiele kobiet, które nigdy nie / mówiły dzień dobry”. Najogólniej autor Bycia i czasu ujmował świat jako zaprojektowaną przez człowieka siatkę odniesień, która łączy rzeczy i nadaje im sensZob. W. Rymkiewicz, Martin Heidegger: „Bycie i czas”, „Przegląd Filozoficzny” 1998, nr 3 (27), s. 238.[4]. Tak też i czas w rozumieniu Heideggera nie jawi się jako metaforyczna rzeka, lecz jako ustanowiony przez czasowość porządek, włączony w układ odniesieńZob. K. Michalski, Heidegger: filozof i czas, „Teksty” 1974, nr 6 (18), s. 67–68.[5]. Wróćmy jednak do poety-sąsiada, który: „śledzi kocie wędrówki gwiazd czekając aż / rozpuści się aspiryna”. Czas kosmiczny zostaje zestawiony z czasem ziemskich zwyczajności. Nieco zastanawiająca jest druga, krótsza, trzywersowa strofa wiersza, w której Hyszka nadal podkreśla względność czasu („z tym czasem to śmieszna sprawa”), ale już nie tylko w duchu heideggerowskim. Czy bowiem rzeka Dunaj, której krople bohater poeta odlicza w filiżance, to nie przypadkiem odniesienie do heraklitejskiej idei czasu-rzeki?Być może mowa tu o innym Dunaju, może nawet trunku o tej nazwie (są takie), nie zmienia to jednak faktu jego nadrzędnej i niezmiennej „płynności”.[6] Wers ostatni: „Dunaj przepływa po raz drugi” zdaje się tylko to potwierdzać: czas płynie jak rzeka (do której nie można wejść dwa razy, tak samo), ale jednocześnie czas ma też charakter cykliczny.

          Relacyjność (zależności, układy odniesień) unaocznia się w języku poetyckim, pełnym figur retorycznych, metafor, hiperbol, antytez, paradoksów semantycznych. Liryka staje się dla Hyszki środkiem wyrazu odpowiednim także do opisu wymykających się logice „dziennej” doświadczeń onirycznych. Miłość i Śmierć, czyli tytuł kolejnego, najbardziej chyba zagadkowego wiersza z omawianych przywodzi na myśl greckich Erosa i Tanatosa. Według psychoanalizy Freuda to popędy życia i śmierci, dwie główne siły sterujące motywacjami człowiekaZob. S. Freud, Kultura jako źródło cierpień, tłum. J. Prokopiuk, Warszawa 2013.[7]. Ów trop psychoanalityczny oraz niejasna, groteskowa, wymykająca się logice sytuacja liryczna, istny strumień świadomości i znaczeń – mogą wskazywać, że mamy do czynienia z enigmatycznym zapisem snu, onirycznym wspomnieniem podmiotu, który opowiada o zmarłych bliskich (rytmiczny, powtarzany trzy razy zwrot „oni byli martwi”), w tym przede wszystkim o swojej matce. Skrawki odczuć nakładają się na siebie, tworząc mozaikę, której tematem przewodnim wydaje się pogrzeb. Wskazują na to słowa „z prochu powstała ale się nie obróciła” będące parafrazą starotestamentowej sentencji „Prochem jesteś i w proch się obrócisz…” (Rdz 3,19), wypowiadanej w Środę Popielcową oraz podczas ceremonii pogrzebowych. Co znamienne, dwa razy podmiot podkreśla, że „dzisiaj jest wtorek”, a matka podmiotu ma umrzeć właśnie w środę. Wypowiadana sentencja zyskuje dodatkowe znaczenie – w bezpośredni sposób nawiązuje do wcześniej omawianego wiersza Śmierć matki. Fragment: „oni byli / martwi, schowani głęboko, głęboko w dębowych pudełkach a / potem jeszcze raz głęboko w ziemi”, wskazuje na zmarłych, schowanych w dębowych trumnach w ziemi, czyli prawdopodobnie mowa o cmentarzu. W sennej wizji pojawia się też figura chłopca – piękny blondyn – prawdopodobnie dziecięca wersja samego podmiotu (alter ego poety z czasów najmłodszych?), o którym pisze on w trzeciej osobie. Krzyżują się w tej przestrzeni stosunków międzyludzkich relacje (śniącego) Ja-Dziecka z (wyśnionym) Rodzicem i (śniącego) Ja-Dorosłego z (wyśnionym) Dzieckiem. Teoretycznych podstaw społecznych schematów relacyjnych, zwanych transakcjami, dostarcza analiza transakcyjna Erica Berne’aWięcej na ten temat zob. E. Berne, W co grają ludzie. Psychologia stosunków międzyludzkich, tłum. P. Izdebski, Warszawa 2004.[8]. W eksplikacji tego tekstu pomóc może także psychoanaliza w interpretacji Ericha Fromma:

          Głęboka tęsknota do pozostania małym dzieckiem zostaje zazwyczaj stłumiona (staje się nieświadoma), ponieważ jest ona nie do pogodzenia z ideałami dorosłego życia, którymi dziecko nasiąka w […] społeczeństwieZob. E. Fromm, Rewizja psychoanalizy, tłum. R. Saciuk, Warszawa 2006, s. 40.[9].

          Tęsknotę tę potęguje poczucie straty i świadomość nieodwracalnego, które na chwilę rozmywa się w sennej wizji. Być może też wielce istotna w omawianym wierszu figura chłopca-blondyna to oniryczna inkarnacja archetypicznego, jungowskiego „cienia”Metaforyka „cienia” posiada szeroki potencjał interpretacyjny. Bogactwo semantyczne tej figury od wieków ogniskuje się jednak przede wszystkim wokół śmierci, zmarłych (zob. „cieniów siedlisko” w Odysei Homera), ulotności ludzkiego życia (zob. na przykład A. Kalbarczyk, Cień jako biblijna metafora znikomości ludzkiego życia, „Poznańskie Studia Teologiczne” 2004, t. 16), przemijalności, nietrwałości, braku światła. Z kolei w koncepcji struktury osobowości Carla Gustava Junga „cień” to nazwa jednego z archetypów, istotny składnik nieświadomości, sensu largo ciemna strona osobowości (zob. C.G. Jung, Aion. Przyczynki do symboliki Jaźni, tłum. R. Reszke, Warszawa 1997; A. Warmiński, Koncepcja „cienia” w psychologii analitycznej C.G. Junga, „Rocznik Naukowo-Dydaktyczny” 1997). Każde z zaprezentowanych tu znaczeń wpisuje się w ogólną charakterystykę publikowanej w „Nowym Napisie” poezji Hyszki, stąd zastosowanie tej metafory w mojej interpretacji.[10]. Czemu „kładzie się na stole”, jest „nagi i piękny”, „pachnie korą dębu” (paralela do dębowych trumien), pod paznokciami ma cmentarną ziemię, dotyka wargi podmiotu? Z każdą kolejną lekturą tego wiersza mnożą się znaki zapytania. Ostatecznie stół, cmentarz, pogrzeb zostają zastąpione lasem, w którym gubi się przerażony podmiot. Wersy końcowe („matko, dzisiaj jest wtorek, dopiero jutro umrzesz i tak od / wielu, wielu lat. oni byli martwi. ja byłem w nim”) mogą wskazywać, że opowiadany przez podmiot koszmar śni mu się od wielu lat, las zaś jest metaforą samotności, zagubienia, z którego bohater już się nigdy nie otrząśnie, nigdy już z tego lasu nie wyjdzie.

          O przemijaniu, ale i zachowywaniu przy tym ciągłości („z pokolenia na pokolenie”) pewnych uczuć lub ich braku, o śmierci i zapomnieniu („martwy ciąg niemiłości. gdy / spadają gwiazdy, nie potrafię myśleć o tobie”) opowiada utwór Pokolenia. Ale czy niemożność myślenia o osobie oznacza, że się jej nie kocha? Bo chociaż w potłuczonym szkle podmiot nie znajduje twarzy kogoś, do kogo wypowiedź kieruje, to jednocześnie przyznaje, że „można się skaleczyć / w listopadzie”. Czemu akurat w listopadzie? Ze względu na święto zmarłych? Czy listopad jest miesiącem, w którym podmiot przypomina sobie o kimś, o kim nie myśli, „gdy spadają gwiazdy”? Wszystko to pozostaje niejasne. Najważniejszy staje się ogólny sens wypowiedzi: powszechna niemiłość – tutaj prawdopodobnie w znaczeniu braku czułości, braku empatii, być może wynikających z częściowego braku międzypokoleniowego zrozumienia.

          Matka czytała moje wiersze – ostatni z prezentowanych w „Nowym Napisie” utworów Hyszki, chronologicznie najnowszy, opatrzony datą 30 września 2022 roku, dopełnia ich pesymistyczny, fatalistyczny, posępny charakter. Podmiot ujawnia, że pisze teksty smutne, pełne żalu (w tym przypadku można domniemywać, że wiersz prawdopodobnie zawiera elementy autobiograficzne), chociaż matka podmiotu chciała, aby pisał teksty weselsze. Zastosowany w pierwszym wersie czas przeszły („mówiła”) wskazywać może, że matki podmiotu już nie ma, pozostaje w sferze wspomnień. Relacja „ja – matka” pojawiała się już w poprzednich utworach. Z kolei wątki metatekstowe domykają całość analizowanych tutaj wierszy Hyszki. Ten krótki, dwustrofowy utwór przepełniony jest gorzko-ironicznym nastrojem, warto przytoczyć go w całości:

          matka zawsze mówiła: twoje wiersze są smutne i pełne są
          żalu. jakbym coś zrobiła źle. potem dodawała: napisz coś
          kiedyś radosnego o słońcu i kwiatach, i wiośnie.

          piszę więc matko radośnie
          o słońcu
          o kwiatach
          o wiośnie

          Druga zwrotka nabiera dodatkowego odcienia w zestawieniu ze strofą pierwszą. Ostatecznie podmiot nie potrafi spełnić prośby matki, nie potrafi pisać prawdziwie radośnie, a jedyne na co go stać, to kolejny „smutny i pełen żalu” wiersz zabarwić dosadną ironią, której symbolem może być celowo sielankowo, nieco kiczowato brzmiący rym: „radośnie – o wiośnie”. Utwór uwypukla nadrzędny problem poetycki Hyszki.

          Synteza

          Kontrast zaprezentowanych, najnowszych wierszy względem wcześniejszych (chociażby publikowanych we wspomnianym „Helikopterze”) uwidacznia pogłębiający się posępny, fatalistyczny, nihilistyczny, a przy tym nieco ironiczny wymiar tej poezji. Kwestie egzystencjalne, tematy nadrzędne: przemijanie, śmierć, miłość i przeciwstawiona jej niemiłość, przedstawione na tle zanikających relacji rodzinnych determinują formę tych lirycznych wypowiedzi. Przez kolejne słowa, wersy, strofy sączy się bardzo osobiste poczucie straty i żalu, wychodzi na wierzch schowana pod płaszczem surowej konwencji wrażliwość kształtująca się w człowieku od lat najwcześniejszych, bo dotycząca relacji rodzinnych: dziecko–rodzic. W jednym tylko przypadku są to relacje sąsiedzkie (Poeta). Ale nawet w tym tekście podmiot w swoim opisie „przekracza” drzwi mieszkania sąsiada-poety, wspominając o aspirynie i skarpetkach. Wszystkie te wiersze zdają się skrawkami jednej opowieści, niemal dziennikowymi (opatrzonymi datami), lirycznymi zapisami doświadczenia pozornej codzienności jednego i tego samego podmiotu.

          Wobec tego czym jest poezja Hyszki zaprezentowana w „Nowym Napisie”? To przede wszystkim dojmujące studium ludzkiej psychiki, świadectwo zagubienia jednostki w świecie przemijania wszystkiego i wszechobecnego panowania bezwzględnego czasu, który względność zachowuje jedynie w słowie.

          Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
          Źródło tekstu: Kamil Pilichiewicz, Pośród Cieni. Poezja Kamila Hyszki, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2024, nr 250

          Przypisy

            Powiązane artykuły

            11.04.2024

            Zapraszamy na pokaz filmów

            Serdecznie zapraszamy Państwa na pokazy filmów Jan Polkowski. Moje miejsce na Ziemi. Tymowa oraz Wojciech Wencel. moje miejsce na Ziemi. Matarnia w reżyserii Iwony Meus i Marka Gajczaka.

            Pokazy odbędą się 16 kwietnia o godzinie 18:30 w Kinie Paradox (ul. Krupnicza 38, Kraków). Wstęp wolny, ilość miejsc ograniczona.

            Pomysłodawcą cyklu filmowego Moje miejsce na Ziemi jest dyrektor Instytutu Literatury dr hab. Józef Maria Ruszar. Poprzednie filmy z cyklu dostępne są na naszym portalu (linki na dole strony).

            plakat

            Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
            Źródło tekstu: Redakcja NNCT, Zapraszamy na pokaz filmów, Czytelnia, nowynapis.eu, 2024

            Przypisy

              Powiązane artykuły

              11.04.2024

              Nowy Napis Co Tydzień #249 / „Po co kraść powietrze, / jeśli trwonię ręce…”. O nowych wierszach Agnieszki Tarnowskiej

              1.

              Agnieszka Tarnowska zadebiutowała na scenie literackiej w 2021 roku tomem, który wkrótce nominowany został do Nagrody Poetyckiej „Orfeusz” (2022). Debiut ten okazał się pewnym zaskoczeniem nie ze względu na umiejętności literackie autorki – rozwijała je już od wielu lat – ale raczej z powodu tematyki, wokół której koncentrują się wiersze. Tom Uliczanka, bo o nim mowa, jest poświęcony lirycznej opowieści o świecie, który istnieje wokół nas, choć często nie chcemy go zauważyć, o świecie, od którego nader często odwracamy głowę. Poetka rozpisała na wiersze dwa lata ze swojego życia, w trakcie których, jak sama mówi, „czyniła posługę”Wywiad z Agnieszką Tarnowską przeprowadził Ireneusz Staroń. Zob. Poetycki reportaż z ulicy, „Nowy Napis Co Tydzień” 2023, nr 194, online: https://nowynapis.eu/tygodnik/nr-194/artykul/poetycki-reportaz-z-ulicy [dostęp: 1.04.2023].[1] na ulicach swojego miasta, pomagając bezdomnym. Rozdawała pożywienie oraz leki, oczyszczała rany, opatrywała okaleczenia. Wspierała czynem i słowem, dopuszczała do siebie ból, smutek i tragedie ludzi ulicy, a może raczej, jak sama o nich mówi, swoich przyjaciół.

              Słowo „uliczanka” oznacza język, żargon środowiskowy, jakim posługują się osoby w kryzysie bezdomności. A tom pod tym tytułem zbiera i upamiętnia historie głodnych, chorych czy uzależnionych, ale także notuje doświadczenia, emocje towarzyszące młodej kobiecie, która dobrowolnie zrezygnowała ze znacznej części swojego prywatnego życia dla działania na rzecz ludzkiej godności. Wiersze z debiutanckiego zbioru noszą znamiona afirmacji aktywizmu społecznego i poetyki codzienności propagowanych niegdyś – jak pamiętamy – chociażby przez grupę literacką Skamander. Choć mowa tu o codzienności dość nietypowej, bo misyjnej, dzięki której można zobaczyć Chrystusa w drugim człowieku. Poezja stała się świadectwem nie tylko doświadczeń tworzącej ją osoby, ale przede wszystkim stanu, w którym znaleźli się przyjaciele autorki. Uliczanka nie jest spowiedzią, nie jest sentymentalną opowiastką ani też apelem o wsparcie czy brak obojętności wobec otaczającego nas nieszczęścia, jest poetyckim diariuszem, kryptodziennikiem intymnym.

              Jeśli jednak mówimy o poetyckim kryptodzienniku, pojawia się zagadnienie, które należałoby rozważyć – zarówno w kontekście debiutanckiego tomu, jak i minicyklu, który został przedstawiony czytelnikom w niniejszym numerze kwartalnika – mianowicie status podmiotu lirycznego. Tarnowska w przytoczonym już wywiadzie podkreślała, że nie uprawia poezji maski, a jej liryka bierze się z doświadczenia, z tego, czym „w danej chwili żyje”I. Staroń, Poetycki reportaż z ulicy…[2]. Można zatem założyć, że jej wiersze są w pewnym stopniu autobiograficzne, a więc cechy autorki stają się wspólne z cechami podmiotu. Z pomocą w zdefiniowaniu statusu osoby mówiącej w lirykach Tarnowskiej przychodzi sylleptyczna koncepcja podmiotowości. Ryszard Nycz pisze o niej:

              „Ja” sylleptyczne – mówiąc najprościej – to „ja”, które musi być rozumiane na dwa odmienne sposoby równocześnie: a mianowicie jako prawdziwe i jako zmyślone, jako empiryczne i jako tekstowe, jako autentyczne i jako fikcyjnopowieściowe. Najbardziej znamiennym sygnałem odmienności tej grupy tekstów jest zapewne tożsamość nazwiska autora i protagonisty czy narratora utworu, powodująca w konsekwencji, rzec można, śmiałe wkroczenie autora do tekstu w roli bohatera odtąd już nie całkiem fikcyjnej historiiR. Nycz, Tropy „ja”: koncepcje podmiotowości w literaturze ostatniego stulecia, „Teksty Drugie” 1994, nr 2, s. 22.[3].

              Wydaje się zatem, że Tarnowska silnie zakorzeniając swoje liryki w doświadczeniu życiowym, podejmuje się „pisania sobą”Termin, który Ryszard Nycz zaczerpnął od Witolda Gombrowicza. R. Nycz, Tropy „ja”: koncepcje podmiotowości w literaturze ostatniego stulecia…, s. 24.[4] w wymiarze egzystencjalnym, „ukazując nie tyle głębokie, co wielostronne powiązanie sztuki z porządkiem (i nieporządkiem) życia”R. Nycz, Tropy „ja”: koncepcje podmiotowości w literaturze ostatniego stulecia…[5]. Posługując się zatem terminem podmiotu, będziemy mówili o „ja” autobiograficznym i fikcyjnym – stworzonym w języku – i zarazem autentycznym w przeżyciach.

              2.

              Najnowsze liryki łodzianki wprowadzają, mówiąc tytułem jednego z wierszy, do tego, co było potem, po zakończeniu posługi wśród bezdomnych. Mówiąca postanowiła zatem, że następuje koniec uliczanki, ale nie jest to równoznaczne z brakiem możliwości mentalnej podróży do przeszłości. Zamknięcie pewnego etapu wiąże się zarówno z poczuciem zagubienia, jak i z poszukiwaniem nowej drogi. „Koniec uliczanki” oznacza przede wszystkim wielowymiarową pustkę. Poczucie zamknięcia w życiowej próżni jest immanentne, trwa pomimo świadomości, że dalsza działalność społeczna mogłaby doprowadzić do tragedii. „Ulica mnie wypluwa” (podkr. N.Ch., wszystkie cytaty w tym akapicie z wiersza koniec uliczanki) – pisze Tarnowska beznamiętnie pośród martwej ciszy, która nagle zapanuje wokół na poły autobiograficznej bohaterki, bo „W pustym życiu brak nieodebranych połączeń”. Odeszli ludzie, którym nie poświęcało się uwagi, relacje interpersonalne zmieniły się diametralnie, przestały przystawać do rzeczywistości. Mówiąca nie poznaje własnych przestrzeni, są niby znajome, ale stały się jakby mniej gościnne, jawią się puste i martwe („W domu martwo”, „Chcę zamieszkać w cudzym”). Kosmetyczne zmiany nie pozwolą poczuć się w nich znów jak u siebie („Biję z siebie bilon. Jutro sprawdzę kurs”). Zaangażowanie w działalność społeczną skutecznie zweryfikowało codzienne kontakty, jednak nie dajmy się zwieść pozorom, to właśnie odcięcie się od ulicy i jej mieszkańców wywołuje w podmiocie największy żal. Niesienie pomocy humanitarnej, dzięki któremu – zdaje się – człowiek może wzrastać duchowo, okazało się niszczycielską siłą, wysysającą życiowe soki, pozostawiło „Wydmuszkę z Agnieszki”. Choć z zewnątrz zachowuje ona pozory, w istocie jest zbyt krucha, by zmierzyć się z codziennością i „Pęka przy pierwszym kontakcie”.

              Tarnowska kreśli otaczającą ją rzeczywistość w słowach oszczędnych, ale w swojej prostocie pojemnych znaczeniowo, w słowach, w których myśli nawarstwiają się. Zdania uwydatniają swoje znaczenie tak, jak powstaje fotograficzna multiekspozycja. Aby ją uzyskać, naświetla się jedną klatkę kliszy wielokrotnie, zmieniając kadr aparatu. Tak wersy Tarnowskiej nabierają znaczeń wielokrotnie naświetlane. Z poetyckiej fotografii, na której uchwycono myśl, a właściwie kilka myśli, można ściągać pojedyncze warstwy, by wyraźniej dostrzec to, co znajduje się u jej genezy. Doskonałym przykładem zastosowania multiekspozycji jest wskazanie przez mówiącą elementu poetyckiej scenografii mieszkania w wierszu koniec uliczanki. Zdjęcie chomika na lodówce wywołuje wspomnienie zwierzęcia, o którym pisze: „Wabił się Żul, jest mi go żal”, stwierdzając „był, już go nie ma, na imię miał XY”. Drugie naświetlenie wprowadzi w konfuzję, dlaczego brak domowego pupila oznajmia się w sposób chłodny, beznamiętny, brzmiący niczym informacje w wieczornym wydaniu wiadomości, skoro (przyzna to każdy opiekun domowych zwierząt) powinien poruszyć smutne struny pamięci emocjonalnej. Poszerzając perspektywę o wcześniejszy wers („W domu martwo”), dostrzegalny jest dom bez wyrazu, ale także dom dotknięty doświadczeniem śmierci. Aż wyłania się kolejna ekspozycja – pozornie banalne stwierdzenie uwydatnia, w jaki sposób odbierana bywa śmierć stałych bywalców bram, murków i chodników przez tłumy przechodniów – wzbudza żal szybko zastępowany zmianą tematu („Wabił się Żul, jest mi go żal, / łapię zasięg, żeby zmienić temat”). Fragment ten jest interesujący nie tylko ze względu na swoją wielowymiarowość obrazową. Tarnowska już w pierwszych wersach minicyklu sięga po groteskę, zestawia ze sobą żula i chomika, człowieka i zwierzę, i mimo skrajnej odmienności tych bohaterów, zgodnie z definicją słownikową wyrazu „żal” podmiot odczuwa wobec nich to samo. Nadto słowa „żul” i „żal” są sobie fonetycznie bliskie, zmiana jednej samogłoski czyni znaczącą różnicę w odbiorze. Więcej, niezwykle rzadko słowa te występują wspólnie. Ten cokolwiek okrutny komizm w swoim przejaskrawieniu może w pewnym stopniu oswajać kwestie bezdomności i zwracać uwagę na problemy społeczne, jakimi są ignorancja i brak empatii.

              Multiekspozycje powracają w kolejnych wierszach poetki, z tym że „kadry” staną się bardziej rozbudowane, by pozostać przy fotograficznej metaforyce. W utworze co było potem podmiot powie: „Telefon milczy. Siedzę w oknie. / Szklano mi, ale przejrzyście. / Chodnik dwa piętra niżej”, i znów pozostawi czytelników z zadaniem odsłaniania warstw przedstawionego obrazu. Na pierwszym planie jawi się samotnie siedząca bohaterka zapatrzona w okno. Z okna jednak widać ulicę, jej wspomnienie i słowo „chodnik” już tylko niewyraźnie majaczą gdzieś po drugiej stronie szyby. Ale najistotniejsze emocje i uczucia bohaterki Tarnowskiej zawarte są w przysłówkach „szklano” oraz „przejrzyście”. Podmiot widzi wyraźnie, choć ogranicza go okienna szyba albo szklane od zmęczenia, a może wzruszenia oczy.

              Autorka kreuje atmosferę nie tyle smutku, ile zawieszenia w przestrzeni, samotności i apatii, które z nagła przerywa niczym niesygnalizowaną decyzją bohaterki: „Jadę w skały”. Szybki zwrot akcji przenosi czytelnika do zupełnie innego krajobrazu, to nie mieszkanie milczące i naznaczone śmiercią, lecz sfera przyrody. Wspinająca się po skałach to metaforyczny obraz człowieka zmierzającego po wyboistych drogach ziemskiego padołu, krętych i usianych niebezpieczeństwami. Jednocześnie metafora ta rozszerza się o skojarzenia związane z postacią Dobrego Pasterza. Podmiot wiersza jest świadomy czuwającej opatrzności, nie odczuwa lęku:

              Trawa dwa pięter niżej,
              ale nie boję się wypiąć z ringu i to mnie bawi.
              Upadek jest żartem.

              Biblijną wiarę niekoniecznie wystawia się tutaj na próbę, choć z pewnością sprawdza się „linę” i „połączenie”. Wiersz kończy fraza:

              Prawie przypadkiem
              spadam kilka metrów. Ktoś
              z drugiego końca liny, wciąż mnie wyłapuje.

              Sytuacja uwydatnia niejednoznaczny nastrój bohaterki poszukującej mocnych wrażeń, a zarazem obecność czuwającego stróża. Poetycka opowieść o wyjeździe w góry mogłaby uchodzić za rodzaj bajki z morałem, ale w przypadku łódzkiej poetki możemy mówić raczej o przypowieści. Z religijnej paraboli wyłania się jednak jeszcze jeden kontekst – to obraz lamentującego Boga, który dostrzega samotność swojego dziecka, a nawet rodzaj zdesperowania, bo „wypięcie się z ringu” oznaczałoby nic innego jak śmierć lub trwałe kalectwo. Bohaterka doprowadza scenę do absurdu, by była warta Bożej rozpaczy:

              Doczekałam się dnia, gdy zamiast mnie,
              to Bóg lamentuje.
              Nagram go i puszczę jako dzwonek.

              Ostatecznie lamentu jednak nie słyszymy, a Stwórca pozostaje w ukryciu. Tarnowska kreśli wizję groteskowego świata, wykorzystując żart językowy:

              Gdy wychodzę ponad korony drzew,
              liczę złote klony. W zasięgu wzroku jest ich sześć,
              trzy ostańce, nogi dwie.

              Strofa wprowadza element humoru, żart z wewnętrznego rymu „korony – klony”, ale także nastrój radości, lekkiej euforii wzbudzonej wysokością, skłaniającej do beztroskiej wyliczanki. Atmosfera ta szybko zostaje zastąpiona poważną refleksją:

              Po co kraść powietrze,
              jeśli trwonię ręce
              na wycieczki w skały?

              Tarnowska jednym pytaniem przywraca w wierszu ton lekko moralizatorski, wprowadza temat służby, jaką człowiek powinien pełnić, jakby korzystanie z rąk dla zabawy, wspinaczki dającej radość, nie przynosiło żadnego pożytku. Pomimo tego jednak, jak zostało powiedziane, „z drugiego końca liny” wciąż dochodzi sygnał.

              Tytułem kukułka, nazwą urokliwego, lecz bezwzględnego ptaka, który podrzuca swoje jaja do gniazd innych ptaków, jednocześnie wyrzucając z nich jedno z jaj właściciela siedliska, został opatrzony wiersz o równie surowej wymowie. Natura nie zna stagnacji, to ciągła cyrkulacja: od wiosny do zimy, od narodzin do śmierci. Czas mógłby powiedzieć jak w wierszu Tarnowskiej: „Z twojego domu wykradam dziecięce gesty”, „Zostawiam te siwe, odruchy geriatryczne”. Czas niczym kukułka wyrzuca to, co znane, dobre i kochane, a podkłada nowe, niechciane i nieoczekiwane. Nie wydaje się jednak, by Tarnowska bohaterem wiersza uczyniła bezpośrednio Chronosa. Przypomnijmy, że w utworze koniec uliczanki „wydmuszka z Agnieszki” została wypuszczona w poszukiwaniu pracy. Wiersz kukułka może stanowić obraz nowej sytuacji, w której znalazła się bohaterka. Zdaje się, że przypadła jej posługa wśród osób starszych oraz poczucie, że swoją obecnością tylko potwierdza ich niedołężność:

              Żona zwija się w zmarszczkach.
              Mniejsza od paznokcia,
              ginie w pościeli.

              W I Liście do Koryntian czytamy: „Czuwajcie, trwajcie w wierze, bądźcie mężni i umacniajcie się. Niech wszystko u was dzieje się w miłości” (1Kor 16, 13)Tłum. Biblia Poznańska.[6]. W wymiarze biblijnym miłość stanowi początek i koniec, to z miłości Chrystus oddał życie za grzeszników. Bohaterka minicyklu podejmuje różne próby miłości, nie chce jej porzucić, bo ona jest drogą i celem. Dość jej „obcych domów”, ale miłość prowadzi do jednego domu, Domu Pańskiego. Obraz strąconego dachu („Przechodząc strącam dach”) podkreśla gotowość otwarcia się na to, co zasłaniał – na niebo. Natomiast w innych wierszach jest ono zupełnie nieprzeniknione, „gęste / jak odwrócona filiżanka” (przedświt) lub przykryte dłońmi, osłaniające swoją tajemnicę (park na Zdrowiu).

              W poezji Agnieszki Tarnowskiej ufność w Bożą opatrzność przedstawia się niezwykle subtelnie, ale nie bez filozoficznej refleksji. Stwórca w lirykach jawi się w sposób antynomiczny, jest równocześnie bliski i daleki, codzienny i wszechwieczny, rozpoznawalny i niezgłębiony, a głos wołającej nie może przebić się przez drogocenny firmament. W wierszu przedświt, wyraźniej niż w innych utworach, przeważają tony modlitewne:

              Strzelam w porcelanę. W zwartej substancji
              nie sposób żłobić rys. Drogie Jedno,
              dopuść w Twoje kręgi
              mój przygodny byt, odpuść

              Bohaterka równie szybko, jak podjęła się szturmowania nieprzeniknionego nieba, porzuca swoje starania ze świadomością, że sama jest jedynie tymczasowym bytem, który nie może istnieć per se. Warto jednak podkreślić, że modląca się nie żyje w strachu przed Ojcem. Kiedy w Ewangelii Jezus w Nazarecie naucza o niebie zamkniętym przez trzy lata i sześć miesięcy, to symbolicznie mówi nie o głodzie ciała, a głodzie duszy spragnionej miłości Dobrego Pasterza, potrzebującej eucharystycznego chleba. Bohaterka wiersza zamknięta pod ziemskim nieboskłonem pragnie Bożej bliskości, dlatego zdaje się transponować słowa modlitwy Ojcze Nasz. Zwraca się do Stworzyciela z czułością: „Drogie Jedno, / dopuść w Twoje kręgi”, co nawiązuje pewnie do prośby „przyjdź Królestwo Twoje”. Zawiesza jednak głos po słowie „odpuść”: co miałby odpuścić? „Nasze winy”? Formuła nie wybrzmiewa, wiersz kończy się zwrotem: „A, nieważne”, jakby do bohaterki nagle dotarło, że nie nadszedł jeszcze czas.

              Motyw nieba wraca ponownie w utworze park na Zdrowiu. Tytuł sugeruje, że mówiąca znajduje się w największym kompleksie parkowym w Łodzi, ale to jedyny pewnik, bohaterkę zajmuje bowiem przede wszystkim metafizyczna struktura rzeczywistości. Niebo przykryte jest dłońmi, nie sposób orzec czyimi. Czy to Bóg ukrywa się przed wścibskimi spojrzeniami ludzi? A może bohaterka sama je zakryła? Tarnowska pozwala jej jednak spojrzeć przez szczeliny, a ona niejako oddziela się od swojego ciała, jakby jej świadomość w fizyczny sposób przeciekała przez palce, wędrowała, kierowała się ku nieznanemu lub spoglądała na samą siebie z dystansu. To przepływanie staje się symbolem niewykorzystania pełni możliwości: „Przez szczelinę w palcach przepływam ku / siatkom panelowym (historie ich montażu, / jak bajki o Kasjopei)”. Czytelnik wkracza w intymne sfery uczuć bohaterki, obserwuje zarówno jej stronę cielesną, jak i duchową. Złudna miłość między duchem a ciałem zmienia się w przyjaźń, która nadal pozostaje jedynie iluzoryczna: „To romans w możności, lecz nie sposób dojść do aktu”, „To przyjaźń w możności. / Z każdym słowem jesteśmy sobie mniej”. Wyczuwalna okazuje się dysharmonia między bytem spirytualnym a materialnym, który „recytuje nazwy żywic”.

              Tarnowska w wierszu sięga również po metaforykę oczu – zwierciadła duszy. W tym wypadku mowa o oknie, ale niejako z „wenecką szybą”, którą jednak jej bohaterka (a może któraś z jej wersji?) pragnie „rozmontować”:

              Jeśli oczy są oknem, mogłabym
              wyjąć uszczelki, rozmontować skrzydło, połamać ramę.
              Wołam o śrubokręt. Głuchniesz. To przyjaźń w możności.
              Z każdym słowem jesteśmy sobie mniej.

              Związek ducha i rozumu traci na intensywności, ale czy przyjaźń pomiędzy nimi staje się czymś gorszym? Przeciwnie, tak się wydaje, przynajmniej pozornie. Bo trzeba zwrócić uwagę, że zarówno wierszowy „romans w możności”, jak i „przyjaźń w możności” cechuje jedynie pewna doza prawdopodobieństwa. Obie sytuacje okazują się szansą na wzajemną sympatię i szacunek.

              Zarówno Agnieszka Tarnowska, jak i jej bohaterka są istotami poszukującymi. Autorka poszukuje języka do tworzenia poetyckich zdarzeń poprzez zabawę, nagromadzanie sensów, operuje groteską. Mówiąca dąży do zdefiniowania siebie: była apostołką, kim jest teraz? Każdy z przedstawionych wierszy staje się poszukiwaniem: nieba, kontaktu z Bogiem, harmonii wewnętrznej. W utworze pieprzyk poszerzenie możliwości poznawczych ma umożliwić język. „Granice języka. Więcej. Granice poznania” – powie bohaterka, nawiązując do słów Ludwiga Wittgensteina: „Granice mojego języka wyznaczają granice mojego świata”. To wysoce patetyczne i filozoficzne otwarcie wiersza szybko zostaje przełamane banałem:

              Co mówić o mnie? Nie lubię awokado,
              mam alergię na fluor, a na plecach okrągłe znamię, które,
              będąc dzieckiem,
              pomyliłam z owadem

              Czytelnik nie pozostaje z tym truizmem zbyt długo, staje się on jedynie punktem wyjścia: „(dziś nadal uciekam, rośnie absurd przyczyn)”. Niemniej to, przed czym bohaterka ucieka, nie jest najistotniejsze: ważny okazuje się sam irracjonalny lęk, który jest powodem ucieczki. W następnych wersach czytamy:

              Co mówić o mnie? Zawiesić mowę
              i patrzeć na kolejne sceny,
              których sens zgubiłam

              W tym kontekście filozoficzne otwarcie wiersza staje się frazesem. Obserwowanie również daje możliwości poznawcze, nawet kiedy sama mówiąca zgubiła sens zdarzeń.

              Uliczanka skończyła się, bohaterka zakończyła posługę wśród bezdomnych, ale przecież nie chce „marnować rąk”, a z drugiej strony nie sposób zostać na zawsze „wydmuszką z Agnieszki” wypuszczaną z „martwego domu”. Wiersze łódzkiej poetki przedstawione w minicyklu przypominają do pewnego stopnia detoks, podczas którego usuwa się to, co trujące. Pozwalają także stanąć na nogi przed kolejną podróżą. Mocnym fundamentem okazuje się wiara, trochę ukryta w tej twórczości jak niebo zasłonięte dłońmi – można ją dostrzec przez szpary między palcami, czytając między wersami. Znamienne dla wierszy jest przeplatanie się sacrumprofanum, wzniosłości i groteski, filozofii i banału. To zabieg celowy, z jednej strony eksponujący poetycką zabawę, z drugiej skłaniający do głębszej refleksji, do mocniejszego wgryzienia się w wersy, odkrywania warstw sensów. Nowe wiersze Agnieszki Tarnowskiej cechuje też częściowa temporalność: proces poszukiwania czy nawet odnajdywanie „ja” postępuje w widocznym tempie, nawet jeśli czasem zamiast kroku w przód robi się dwa w tył.

              3.

              W wierszach autorki Uliczanki wyraźnie dostrzegalny jest kontrast pomiędzy tym, co słuszne i potrzebne, ale wyniszczające, a tym, co wprawdzie nie krzywdzi, ale równocześnie nic nie zmienia. Wybór jednej z dróg wzmaga tęsknotę za drugą. Najbardziej dotkliwe okazuje się poczucie marnowania potencjału, który można byłoby spożytkować, niosąc komuś pomoc:

              Po co kraść powietrze,
              jeśli trwonię ręce
              na wycieczki w skały?

              (co było potem)

              Pytanie o sens poświęcenia dla czynienia dobra nieustannie powraca. Walka o siebie, o przeżycie swojego czasu nie tylko w służbie innym zdaje się bardzo dotkliwa:

              Wbrew powszechnym lamentom,
              łatwiej potłuc pracę niż
              z wszelkich prób miłości wyskoczyć
              głową w dół. Za dużo mi
              Obcych domów.

              (kukułka)

              Bohaterka stale znajduje się gdzieś pośrodku („w możności”), pomiędzy ulicą a mieszkaniem na piętrze, wisi na linie między niebem i ziemią, budzi się na granicy dnia i nocy, balansuje między jawą a snem. Delikatne przeistaczanie się nocy w poranek zaburza krzyk (przedświt), a w wierszu park na Zdrowiu ulotny duch zahacza „o pręty” i zmuszony jest dryfować „ku własnemu ciału”. Zamknięty pod piękną, ale nieprzeniknioną materią próbuje się przedostać poza widoczną skończoność ku zakrytej dali lub wieczności („bajki o Kasjopei”).

              U Tarnowskiej doznania stanowią fundament wierszy, więc nie powinny tracić ostrości. Charakterystyczne jest tu dążenie do esencjonowania wrażeń w najkrótszych i skromnych, choć pełnych metaforycznego przekazu wyrażeniach: „Telefon milczy”, „Siedzę w oknie”, „Jadę w skały”, „W skałach pada” (co było potem). One wszystkie sytuują bohaterkę w świecie, ale nie przyćmiewają najistotniejszego – przemyśleń: ktoś nad nią czuwa, ona zaś poszukuje sensu swojej egzystencji, by zasłużyć na upajanie się pięknem świata. Nadto Tarnowska porzuca regularność, bawi się językiem, poszukuje możliwie najbardziej syntetycznych środków wyrazu. Wkracza w nowy etap i towarzyszy jej poezja, która jak jej twórczyni poszukuje nowych dróg rozwoju.

              Brak w tej poezji koloru, liryki przyswajają nastrój mówiącej, a jest on raczej „przejrzysty”, „szklany” lub przybiera odcienie szarości jak „siwe, odruchy geriatryczne” (kukułka) lub gęste niebo przed świtem u progu zimy. Tylko w jednym wierszu pojawiają się „złote klony”, które jednak wciąż nie napawają optymizmem, bo jeśli są złote, to znaczy, że już za chwilę rozpocznie się zima, liście obumrą, drzewa spowije sen zimowy, a świat wciąż będzie pogrążony w szarości. Barwy nie upiększają świata poezji Tarnowskiej, ale przejrzystości pozwalają je widzieć wyraźniej.

               

              Szkic ukazał się w 20. numerze kwartalnika „Nowy Napis", dostępnym do kupienia na stronie sklepu.

               
              Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
              Źródło tekstu: Natalia Charysz, „Po co kraść powietrze, / jeśli trwonię ręce…”. O nowych wierszach Agnieszki Tarnowskiej, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2024, nr 249

              Przypisy

                Powiązane artykuły

                28.03.2024

                Nowy Napis Co Tydzień #247 / Alleluja!

                Erazm Stefanowski

                *** 

                za Twą świętą
                do mnie cierpliwość
                że Ci na krzyżu
                ręce nie opadły
                że oczy masz podkrążone
                jak wdowie grosze
                że nie jesteś relikwią
                ani legendą
                z brodą długą jak u Piotra
                że choć niezamierzony
                skryłeś się w mym sercu
                a nie w małym palcu

                 

                dziękuję

                Szanowni Państwo, Drodzy Czytelnicy,

                Z okazji świąt Zmartwychwstania Pańskiego, składamy Wam najserdeczniejsze życzenia. Radujcie się i z ufnością patrzcie w przyszłość. Niech Pan zsyła Wam łaski i wnosi szczęście do Waszego życia.

                Wesołego Alleluja!

                Redakcja NNcT

                Obraz Jana Matejki

                Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
                Źródło tekstu: Redakcja NNCT, Alleluja!, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2024, nr 247

                Przypisy

                  13.03.2024

                  Wiersze dla nikogo. O zbiorze poetyckim „Wiersze dla koleżanek” Rafała Gawina

                  Zacznijmy od wiersza, samego w sobie. Zanurzmy się w jego świat. Bez przygotowania i bez ostrzeżenia. I bez hamulców. Poznajmy go w całym jego jestestwie.

                   

                  PO MATURZE ZOSTAŁY NAM TYLKO KREMÓWKI

                  Zrezygnowałem z erotyków na rzecz twardej
                  pornografii. Polak potrafi. Rym wkrada się niepostrzeżenie
                  i batoguje siedzenie. Defilada zmysłów początku. Dlaczego
                  piszesz? – pytałem w obłędzie i znajdowałem jedynie gęsty
                  labirynt smaków i zapachów: tyle znaczy głaskanie
                  tajemnicy pod włos. Defilada zmysłów końca.
                  Uproszczenia przychodzą same, ale odrzucałem
                  połączenia. Pamięć skakała z okna, które otwierał
                  życzliwy wirus. Człowiek-guma by się poświęcił,
                  ja wolałem wspinać się po ścianie. Lej na mur!
                  – padała komenda. Sufit nie był szklany. Czekać na rozstrzelanie,
                  gdy broń jest biała. Cali na biało walczą o przestrzeń
                  w coraz dłuższym cieniu. Defilada zmysłów równowagi.
                  Mam plan i karetę z czterech dam. Związek to stół
                  z powyłamywanymi nogami. Każda nosi imię
                  i brzemię. Aportuję niczym serce, kotlet z psa
                  i brzemię. Aportuj niczym wyję. Koszty
                  zmielonego z butą, wieczne wycie. Koszty
                  uzyskania przychodu i zamiast loda – lodu. Sam seks
                  – jak mawiał awangardzista, bawiąc się krzywym
                  siusiakiem. Czy to już jest oszczędność? Komu jeszcze
                  muszę ukraść, by uzyskać uznanie? Zmieniłem majtki
                  jak zdanie. Zmieliłem majtki jak zdanie. Jedna
                  litera mnie definiuje w głębokim podważaniu. Taka
                  ranga ringu, w którym pozdrawiasz się ręką, męką
                  pańską w okrzyku: ja też! Wolałbym nie! Olałbym
                  tak, ale nie wiem, czy to lubisz, czy jesteś gotowa na pomoc
                  dla powodzian. Chciałbym wszystkiego, ale wszystko
                  rozpuszcza się jak pigułka gwałtu i tekst
                  traci przytomność. Podpisałem deklaracje wiary,
                  gdy przetanaliśmy się ciałem, a w środku
                  nie było niczego oprócz psychotropów i drobnoustrojów.
                  Nie trawimy polityki, dlatego wylewa się z nas
                  inna lawa. Taki niewybuch, przedwcześnie i miękki
                  jak sen o potędze ulubionej prawicy. W wiecznej
                  nerwicy, by na czas wyłączyć historię.

                   

                  W potoku słów, które pojawiają się w myśli czytelnika przy zetknięciu z owym wierszem Rafała Gawina, na pierwszy plan wybija się jedno: bełkot. Choć, rzecz jasna, każdy odbiorca może mieć swoje zdanie i wybrać dowolny wyraz zbierający w soczewce przekaz tego wiersza. Trudno jednak nie przyznać, że kontakt z tym utworem literackim napawa zdziwieniem i zniechęceniem. Czego w nim szukać? Co analizować? Jak i po co dekonstruować ten chaotyczny, płaski i chwilami niepotrzebnie wulgarny potok myśli?

                  Ktoś mógłby postawić kontrargument – ale przecież ów powyżej zarysowany konstrukt nie jest przypadkiem. Można go odczytać jako gorzkie solilokwium jednostki zagubionej w świecie postmodernizmu. Jako niejasną ni to pochwałę owej epoki postmodernistycznej, ni to skowyt bólu wyrażający dramat człowieka rozpaczliwie poszukującego sensu w świecie bezsensu. Można odczytać powyższe wersy jako zapis monologu wewnętrznego – groteskową trawestację, na przykład Ulissesa Joyce’a, kroczącego ulicami swych myśli. A może parafrazę Kundery, toczącego refleksje na temat nieznośnej lekkości bytu w wyjałowionym i zdewaluowanym świecie. Można by się zastanawiać, czy struktura utworu – bez podziału na strofy, przypominająca nieułożony epos – nie jest aby puszczeniem oka w stronę Pana Tadeusza lub Odysei, czyli opowieści o podróżach czy też zamierzchłych, wielkich, zacnych czasach. Tymczasem tu otrzymujemy opowieść o czasach niskich, podłych, szarych. Opowieść, w której ekwiwalentem aksjologicznej nędzy człowieka współczesnego stają się najprostsze rekwizyty – psychotropy, pigułka gwałtu. A wszystko to stanowi defiladę zmysłów, które są przytłumione: teraźniejszością, miastem, brakiem nadziei. Ktoś mógłby istotnie budować wokół tego wiersza refleksję, wedle której zawiera się w nim przemyślana i głęboka psychologiczno-filozoficzna myśl. No i rzecz jasna „krzywy siusiak”.

                  Cały powyższy akapit stanowi oczywiście rodzaj ironii wycelowanej w tego typu poezję. Poezję opartą na (prostym przecież) zabiegu spontanicznego zapisu myśli i wrażeń. Rzeczą wtórną jest w tym przypadku to, czy ten zapis jest rzeczywiście rozmyślnie spontaniczny, czy też jest to chwila udawana i zaplanowana. Obie te możliwości nijak nie sprawiają, że taki tekst zyskuje na poetyckiej jakości czy intelektualnej wartości. Przypomina setki i tysiące wierszy powstających na świecie w dobie postmodernizmu, postpostmodernizmu i wszelkich innych „izmów”. W kontekście polskim przede wszystkim styl taki kojarzy się z epoką lat dziewięćdziesiątych i dominacją „brulionu”. Jednak o ile twórcy tamtego pokolenia rzeczywiście stanowili ciekawe zjawisko społeczno-kulturowe, stając się odbiciem ówczesnej specyficznej i unikatowej transformacji politycznej w III RP, o tyle taki styl realizowany obecnie jawi się jako płaski i jałowy. Wtórny – jak nawracająca, przebrzmiała nuta. A z pewnością nie dźwięk, który mógłby rozbrzmieć gdziekolwiek, poruszyć tłumy, w mocny sposób komentować rzeczywistość. Może kiedyś, w czasach triumfów Roberta Tekielego i wszystkich wokół niego. Wtedy na scenę poetycką w Polsce mógł wchodzić duch Franka O’Hary, dziś to tylko marny, spirytualistyczny seans. Słynny wiersz Zbigniewa Sajnoga Flupy z pizdy mógł być bulwersującym wydarzeniem w polskiej poezji w 1991 roku, ale nie dziś. Nie w dobie wszędobylskiej wulgarności, dyktatu mediów społecznościowych, serwisów streamingowych, influencerów…

                  I znów – ktoś mógłby rzec: ale zaraz, zaraz! Czy Gawinowi nie chodzi właśnie o to? O pokazanie, jak poezja się zdewaluowała? Jak ten styl okazał się do tego stopnia wyjałowiony, że tekst powstały ze zbitki wulgarno-codziennych elementów nie ma już żadnej siły rażenia. A może to przemyślna ironia, nie tyle imitująca po raz setny w dziejach Charlesa Bukowskiego, co uderzająca w kryzys języka i oryginalności! Po pierwsze – nie sądzę, bo patrząc na całość utworów zawartych w Wierszach dla koleżanek, trudno nie odnieść wrażenia, że brzytwa Ockhama działa znakomicie i mówi czytelnikowi jasno: to jest po prostu styl i język autora. Po drugie, nawet gdybyśmy założyli, że celem poety była taka niezwykle pokrętna gra z konwencją, to wniosek jest taki, że gra ta niestety zakończyła się porażką. Bo cóż to za ironia, do której trzeba się natrętnie dokopywać?

                  Wiersze dla siebie samego

                  Rafał Gawin urodził się 22 kwietnia 1984 roku w Łodzi. Jest polskim poetą, krytykiem literackim, korektorem oraz redaktorem Kwartalnika Artystyczno-Literackiego „Arterie” i serwisu Poezja Polska. Jego kariera literacka jest związana z niejedną publikacją poetycką i szeregiem artykułów publikowanych w rozlicznych pismach.

                  W roku 2007 Gawin został nominowany do nagrody głównej i zdobył nagrodę publiczności w Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim imienia Jacka Bierezina. W latach 2006 i 2007 otrzymał drugą nagrodę w Turnieju Jednego Wiersza o Czekan Jacka Bierezina, a w 2009 roku zdobył pierwszą nagrodę w tym samym konkursie. Ponadto został laureatem głównej nagrody V Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego imienia Tadeusza Sułkowskiego.

                  Gawin jest autorem arkusza poetyckiego Przymiarki wydanego w 2009 roku oraz dwujęzycznej książki poetyckiej WYCIECZKI OSOBISTE / CODE OF CHANGE z 2011 roku, przetłumaczonej na język angielski przez Marka Kaźmierskiego. Jego prace były publikowane w różnych czasopismach i mediach, między innymi w „Gazecie Wyborczej”, „Odrze”, „Opcjach”, „Kresach”, „Frazie”, „Red.”, „Portrecie”, „Wyspie”, „Arteriach”, „Wakacie”, „Cegle”, „sZAFie”, a także w rozlicznych antologiach.

                  Są to więc dokonania liczne, wskazujące na wielką aktywność. Skąd tedy tak porażający kształt utworów zawartych w Wierszach dla koleżanek? Skąd brak świeżości, skąd metafory oparte na błahych wtrętach dotyczących prozy życia czy seksu? Czy to brak poetyckiej wyobraźni, czy może świadomy wybór polegający na wychodzeniu naprzeciw? Tylko naprzeciw czemu, w jaki sposób i dlaczego właśnie w taki? Zetknięcie z poezją zawartą w tym tomiku prowokuje czytelnika do zadania pytania o to, czy taki język i styl mogą dziś w ogóle do kogokolwiek przemawiać. Czy mogą przynieść jakąś wartość, prawdę, jakość. Odpowiedź wydaje się jasna – nie mogą. Papieskie kremówki pomieszane z kotletem z psa i genitalnymi leksemami to strategia jałowa, banalna, by nie rzec – prostacka. I nie o podejście autora do religii, Polski czy moralności tu chodzi. Bo, będąc uczciwym, zetknięcie z przedstawionym tu wierszem, z jego składnią, budowanym weń klimatem – odrzuca, niszczy jakiekolwiek zaciekawienie myślą autora. Delikatnie mówiąc, nie zachęca do poznawania innych przejawów jego poetyckiej wizji. To wiersze pisane przez siebie dla siebie. Wiersze proste i niezawierające w sobie ciekawszych obserwacji.

                  Bez nadziei

                  A może wyżej sformułowana opinia jest niesprawiedliwa, bo powstała tylko na podstawie jednego utworu? Nie. To utwór wybrany jako przykład, idealnie oddający ogólny klimat wierszy Gawina. Wierszy, w których przebija się brud, brak nadziei, obraz świata pełnego kulturowych schematów, zawsze negowanych. Nie jest to przy tym obraz, który zawierałby w sobie oryginalną myśl, który byłby komentowany w nowatorski sposób. To świat przede wszystkim męczący: zarówno autora, jak i czytelnika.

                  Przywołajmy jeszcze jeden przykład. Jak czytamy w utworze Proza pełna pokarmu:

                   

                  4.

                  Jeśli seks, to w warunkach laboratoryjnych, żeby żaden hotel nie skrzypiał podłogą ani żaden hostel nie straszył korytarzem, który ukrywa łazienki. Jeśli seks, to w warunkach laboratoryjnych, żeby czystość ciał kryła ślad wewnętrznej rywalizacji dwóch nieświadomych swoich braków pustek.


                  5.

                  Jeśli związek, to po trupach, które, wyciągnięte z szaf, same się zaczną
                  bezcześcić.

                  6.

                  Jeśli wiersz, to na gorąco, w tym chorobliwym pędzie, kiedy już wiesz, że nie
                  dogonisz królika, ani nawet nie ugryziesz go w ucho, ale i tak rozpędzisz się
                  i skaczesz w najbliższą i najlepszą drogę bez wyjścia.

                  Przeżycia wewnętrzne, egzystencjalny ból, cierpienie związane z tworzeniem, ten chorobliwy pęd życia i świata. I natrętne etapowanie seksem, seksem, seksem… I tak w kółko w tych wierszach. Manieryczne wyrażanie znudzenia i zmęczenia rzeczywistością połączone z wulgarno-seksualną, pozornie intelektualną metaforyką.

                  Czy nie można pisać wierszy o seksie? Czy powinno się pisać tylko wiersze purytańskie? Czy nie wolno porównywać związku do trupów w szafach, wskazując negatywne strony relacji? Wszystko wolno, wszystko można. Sęk w tym, że można to czynić w sposób artystycznie ciekawy i estetyczny, a można to czynić w sposób podobny do tego, jaki w swych filmach prezentuje Patryk Vega – w których wulgarność i dosadność wylewają się z ekranu, a autor uporczywie stara się wmawiać odbiorcy, że tak wygląda rzeczywistość.

                  I nawet gdybyśmy przyjęli, że mówimy tu przecież o rzeczywistości lęgnącej się wyłącznie w jaźni podmiotu lirycznego, to przecież tę rzeczywistość też trzeba umieć intrygująco pokazać. Natomiast w tych wierszach nic nie intryguje, nic nie zaciekawia. Odbiorca ma wrażenie, że czytał podobnego rodzaju próby sto razy. Że wiersze te równie dobrze mogłyby być napisane przez maszynę odtwarzającą styl Jacka Podsiadły czy Marcina Świetlickiego.

                  W utworze Podmiot liryczny szuka miłości w kołchozie wędrownym Gawin pisze:

                  Po dwóch masturbacjach jestem sobą.
                  Po trzech mogę stracić zapał
                  i skończyć tutaj. Za długo widziałem się
                  z najnowszą poezją polską.

                  Trudno się nie zgodzić. Patrząc na różne utwory z tego zbioru, można odnieść wrażenie, że przed nadmiernym kontaktem z najnowszą poezją polską warto zapoznać się z treścią ulotki dołączonej do opakowania lub skonsultować się z lekarzem lub farmaceutą.

                  A może jednak nie? Może potok masturbacji i męskich narządów płciowych składa się na celowy zabieg, który wulgarnie, acz intelektualnie komentuje stan polskiej kultury? Nie. A jeżeli takie było zamierzenie, to tego zwyczajnie nie widać. Toteż w finale recenzji podkreślam to raz jeszcze. W tej poezji po prostu nie widać nic ponad wulgarność, miałkość, pozę, zapatrzenie w samego siebie. Tym samym Wiersze dla koleżanek to ostatecznie wiersze dla nikogo.

                   

                  Rafał Gawin, Wiersze dla koleżanek, Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, 2023.

                  Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
                  Źródło tekstu: Maciej Woźniak, Wiersze dla nikogo. O zbiorze poetyckim „Wiersze dla koleżanek” Rafała Gawina, Czytelnia, nowynapis.eu, 2024

                  Przypisy

                    Powiązane artykuły

                    13.03.2024

                    Złote czasy. Rewolucja kulturalna w nowelach Wang Xiaobo

                    Złote czasy to zbiór trzech na poły autobiograficznych nowel napisanych przez Wang Xiaobo (1952–1997) na kilka lat przed jego przedwczesną śmiercią. Złote czasy; Trzydzieści lat, wiek dojrzałości oraz Lata płyną jak wodaukazują łącznie trzy dekady z życia młodego, chińskiego intelektualisty, który został wciągnięty w wir historii.

                    Książka ta nie jest jednak lamentem ani skargą, lecz pełną życia, humoru i erotyzmu opowieścią o ludziach, którzy od niepamiętnych czasów są w stanie przetrwać nawet w najmniej sprzyjających warunkach. Proza życia miesza się tutaj z poezją istnienia, miłości i tęsknoty do tego, co nieuchwytne, a piękne. Jak po latach napisała w przedmowie do tego zbioru Li Yinhe wdowa po Wang Xiaobo oraz jedna z jego najwierniejszych czytelniczek:

                    W chińskiej literaturze istnieje wiele słów, które usypiają, które wprawiają w zażenowanie, które są wulgarne i obsceniczne, a słowa Xiaobo przypominają lekki wietrzyk przynoszący ludziom radość, czystość i mądrość. […] Xiaobo stworzył dla nas groteskowy i różnobarwny świat, tak odległy od rzeczywistości, a równocześnie tak mocno związany ze światem, w którym żyjemy. Podobny nie formą, a duchemW. Xiaobo, Złote czasy, tłum. K. Sarek, Warszawa 2021, s.5–6. Spośród licznych książek tego autora na język polski została przetłumaczona także Miłość w czasach rewolucji, tłum. K. Sarek, Warszawa 2019.[1].

                    Złote czasy… czyli jakie czasy?

                    Tytułowa nowela Złote czasy to napisana w pierwszej osobie historia syna intelektualistów zesłanego na wieś celem „reedukacji” (w okresie rewolucji kulturalnej masowo podejmowano tego typu środki wobec wykształconej i potencjalnie skażonej ideologicznie rzeszy intelektualistów). Mierzący prawie metr dziewięćdziesiąt Wang Er jest bystrym i buntowniczym chłopakiem, który dostrzega absurd otaczającej go rzeczywistości i nigdy nie chyli przed nią czoła. Niestety, czasy jego młodości to przede wszystkim okres głodu i niewolniczej pracy, w którym musi znosić nękanie psychiczne i fizyczne. Lokalni rolnicy traktują przybyłych z miasta intelektualistów jak chłopców do bicia, a zezwalający na wszystko komendant brygady posiada niemal absolutną władzę i nierzadko z tego przywileju korzysta:

                    Wiosną naczelnik brygady powiedział, że to ja postrzeliłem jego sukę w lewe oko, przez co ta stale odwracała głowę, tak jakby tańczyła w balecie. Od tamtej pory miałem u niego przerąbane.

                    Swojej niewinności mogłem dowieść jedynie przy trzech przesłankach:

                    1. Naczelnik nie ma żadnej suki.

                    2. Suka od urodzenia jest ślepa na lewe oko.

                    3. Nie mam rąk, więc nie mogę strzelać.

                    Żadna z nich jednak nie zachodziła. Naczelnik miał brązową sukę, suka faktycznie oślepła na lewe oko po strzale, a ja nie dość, że miałem czym trzymać broń, to na dodatek byłem doskonałym strzelcem. […] Dlatego wiosną sadziłem ryż i sterczałem na polu jak złamany w połowie słup elektryczny, a jesienią pasałem bydło, bez szans na gorące posiłkiW. Xiaobo, Złote czasy…, s. 10–11.[2].

                    Mimo upokorzeń czas zesłania staje się dla Wang Era także czasem miłości oraz inicjacji seksualnej. Jego spotkanie z piękną pracowniczką medyczną Chen Qingyang motywuje go do ucieczki z obozu. Zakochani uciekinierzy ostatecznie wpadają w ręce komendanta, ale to właśnie dzięki temu wydarzeniu Wang Er zostaje zmuszony do spisywania swoich „wyznań”, które później staną się fundamentem jego warsztatu literackiego.

                    Wydawało mi się, że moje wyznanie miało największą wartość literacką, ponieważ pisałem je zamknięty w hotelu, nie mając nic innego do roboty, niczym zawodowy pisarz. Przyszło mi nawet do głowy, że w Chinach znów rządzi cesarz, a komendant został mianowany lokalnym gubernatorem. Mógł kazać mnie wytrzebić młotkiem, a z Chen Qingyang zrobić sobie konkubinę. […] Streszczając, było to tak: komendant żywił do mnie osobistą urazę, która miała dwa aspekty. Po pierwsze, powiedziałem komisji z Pekinu, że pobito mnie do nieprzytomności, przez co komendant stracił twarz; po drugie, walczyliśmy o tę samą kobietę i dlatego nieustannie mnie prześladowałW. Xiaobo, Złote czasy…, s. 40–41.[3].

                    Komisja nie daje wiary słowom Wang Era ‒ i tak rozpoczyna się jego kariera pisania coraz dłuższych i coraz bardziej pikantnych wyznań, których „górze” nigdy nie jest dość.

                    W każdym razie musicie się do czegoś przyznać, do czego konkretnie – możecie ustalić między sobą. Nie wypuścimy was, jeśli do niczego się nie przyznacie. Przedyskutowaliśmy sprawę i doszliśmy do wniosku, że wybieramy relacje intymne. Chen Qingyang stwierdziła, że nie boi się wyznać tego, co robiliśmy. W ten sposób zacząłem jak pisarz pisać wyznania winW. Xiaobo, Złote czasy…, s. 46.[4].

                    Po cieszących się niezwykłą popularnością „wyznaniach win” przychodzi pora na przymusowy udział kochanków w poniżających, mizoginistycznych „wiecach walki”, podczas których publicznie piętnuje się ich „występek”. Otóż wbrew pozorom ateistyczne społeczeństwo komunistycznych Chin cechowała wówczas skrajna pruderia (o czym prawdopodobnie nie wiedzieli ówcześni, zachodnioeuropejscy neofici maoizmu).

                    Po wielu latach, już na wolności, kochankowie spotykają się ponownie. Z ich miłości i młodości pozostały im jedynie wspomnienia – wspomnienia „złotych czasów”:

                    Po umocnieniu naszej wielkiej przyjaźni w hotelowym pokoju rozmawialiśmy o najróżniejszych rzeczach. Dyskutowaliśmy o wszystkim, co mogliśmy byli zrobić za dawnych czasów, o wyznaniach i nawet o moim małym mnichu, który gdy tylko usłyszał, że o nim mowa, ożywił się i zaczął podrygiwać. Dlatego podsumowałem, że w tamtych czasach chcieli nas wytrzebić, ale im się nie udało. Nadal byłem twardy jak dawniejW. Xiaobo, Złote czasy…, s. 74.[5].

                    Walka o własne ja

                    Nowele Trzydzieści lat, wiek dojrzałościLata płyną jak woda dotykają problemu miejsca jednostki w społeczeństwie oraz jej prawa do życia i bycia właśnie sobą. W Trzydziestu latach, wieku dojrzałości Wang Er jest już trzydziestolatkiem, który znalazł pracę na jednej z pekińskich uczelni i marzy o wyjeździe naukowym zagranicę.

                    Tego lipcowego poranka w osiemdziesiątym trzecim byłem już dobrym człowiekiem, dobrym nauczycielem, dobrym obywatelem i dobrym mężem. Fakty mówią same za siebie – społeczeństwo jest tyglem, w którym każdy może wyszlachetnieć, nawet Wang ErW. Xiaobo, Złote czasy…, s. 78.[6].

                    Mimo iż lata najsilniejszej indoktrynacji już minęły, na co dzień bohater spotyka się z cichym przymusem dostosowania się do panujących standardów. Nawet jego zdrowe poczucie humoru jest przez przełożonych uważane za zbędne i nieprofesjonalne. Z czasem egzystencja w sztucznie monolitycznym społeczeństwie, to jest kolektywie, który „musi” posiadać ideologiczną jedność, tożsame poglądy i jedyną słuszną moralność, staje się dla niego torturą:

                    Chodząc tak w tę i z powrotem po laboratorium, nagle poczułem, że życie nie ma sensu. Przypomina tybetańską torturę, polegającą na tym, że owija się człowieka w mokrą krowią skórę i zostawia na pełnym słońcu. Skóra twardnieje, kurczy się i wyciska z głowy gałki oczne. Takie jest życie – z każdym dniem się starzejesz, a krowia skóra z każdym dniem robi się ciaśniejsza. Moją skórą był codzienny rytm – do pracy, z pracy, jedzenie, sranie, nawet seks był jednym z elementów rutyny, wszystko robiłem w ustalonym czasie. Leżąc tak owinięty skórą, miałem tylko maleńkie marzenia – zagraniczny staż i adiunktura. Kiedy nadzieja umiera, rodzi się histeria. Co za pierdolone bzdury!W. Xiaobo, Złote czasy…, s. 97.[7]

                    Dochodząc do tego fragmentu, czytelnik może mieć poczucie, że tytułowe „złote czasy” nie są określeniem sarkastycznym, ale wspomnieniem okresu, w którym Wang Er – a może także sam Wang Xiaobo – co prawda mocno dostawał po głowie, ale mógł odpłacić się napastnikowi pięknym za nadobne i pozostać w harmonii z samym sobą. Tymczasem wkroczywszy w świat uniwersyteckiej biurokracji i reżimu pozorów, jego nonkonformizm został wystawiony na ciężką próbę.

                    Zarysowany wcześniej problem szczerości wobec samego siebie i nieszczerości otoczenia zaostrza się w noweli Lata płyną jak woda. Pozbawiony złudzeń, czterdziestoletni Wang Er stwierdza:

                    Lata płyną jak woda, w okamgnieniu osiągnąłem wiek braku wątpliwości. Czułem się przybity, ponieważ nic nie szło tak, jak chciałem. Co więcej, miałem wrażenie, że wszyscy wokół udają i są fałszywiW. Xiaobo, Złote czasy…, s. 255.[8].

                    Z biegiem lat, po nierównej walce z zastaną rzeczywistością, Wang Erowi udaje się obronić już tylko szczerość wobec samego siebie (i wobec czytelnika). Dla swoich pobratymców wkłada na co dzień maskę podobną do tych, które sami noszą:

                    I takie jest moje życie – mam czterdzieści lat, a dalej muszę odgrywać komedię. Tak jak mój mały mnich, wciśnięty w średni rozmiar, nie mogę podnieść głowy. […] Dawna odwaga zniknęła, podobnie jak one. W końcu życie jest krótkie, a ja, tak jak inni, musiałem jakoś sobie poradzićW. Xiaobo, Złote czasy…, s. 260.[9].

                    Cytat ten silnie kontrastuje z przywołanym wyżej, a odnoszącym się do doświadczeń z obozu reedukacyjnego: „Nadal byłem twardy jak dawniej”. Złote czasy minęły.

                    Pomimo tej surowej samokrytyki Wang Xiaobo pozostaje w oczach czytelników pisarzem nieustraszonym oraz artystą, który nigdy nie popłynął z prądem. Co więcej, w odróżnieniu od większości swoich rodzimych kolegów po fachu, utalentowany prozaik, poeta i eseista nigdy nie uciekał od rzeczywistości ani od nierozerwalnie z nią połączonych wydarzeń historycznych (nawet tych najbardziej traumatycznych). Nigdy nie próbował też ukrywać czy łagodzić krytyki wymierzonej w absurdalność zgotowanego mu losu i nigdy nie porzucił swoich racjonalno-liberalnych ideałów.

                    Czytelnicy kochają go zresztą nie tylko za szczerość i odwagę, lecz także za niczym nieskrępowany humor oraz wybujały erotyzm, dzięki którym lektura jego książek mija zawsze znacznie szybciej, niż by się tego chciało. Proza Wang Xiaobo jest także przepełniona mnóstwem zabawnych i ożywiających tekst dialektyzmów – co znalazło odzwierciedlenie w przepełnionym zarówno poetyckością, jak i ekspresyjnymi kolokwializmami przekładzie dr Katarzyny Sarek.

                    Mimo śmierci w stosunkowo młodym wieku, Wang Xiaobo zdążył zapisać się w historii literatury Państwa Środka jako wielki pisarz, któremu udało się pozostać skromnym człowiekiem. Jak pisał:

                    Moim zdaniem rosnące wiosną źdźbło trawy nie ma żadnego celu, podobnie jak rozpalony ogier biegnący z wiatrem. Trawa chce rosnąć, a koń dosiąść klaczy i nie robią tego na pokaz, to jest właśnie czyste istnienie. Chciałem iść przez życie z taką szczerością jak trawa i ogier, nie odgrywać przed oczami innych tchórzliwego spektaklu. Uważałem, że grając dla innych, ludzie tracą siebieW. Xiaobo, Złote czasy…, s. 110.[10].

                    Wang Xiaobo, Złote czasy, tłum. Katarzyna Sarek, PIW: Warszawa, 2021.

                    Czarna okłada ze złotym kształtem przypominajacym człowieka
                    Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
                    Źródło tekstu: Adrian Skoczyński, Złote czasy. Rewolucja kulturalna w nowelach Wang Xiaobo, Czytelnia, nowynapis.eu, 2024

                    Przypisy

                      Powiązane artykuły

                      Loading...