20.04.2023

Nowy Napis Co Tydzień #199 / Księga tajemnic

Nikt nie wiedział, nawet nie podejrzewał, że fantastyczna opowieść składająca się dziś z ośmiu tomów wydanych w dziesięciu woluminach – i niedokończona – rozrośnie się do aż takich rozmiarów. Wręcz przeciwnie. Kiedy w 2011 roku Feliks W. Kres (właściwe nazwisko Witold Chmielecki) oznajmił publicznie, że łamie pióro, jego czytelnicy mieli wszelkie powody wierzyć, że ich autor dotrzyma słowa. Kres miał wówczas w dorobku kilkanaście opowiadań, trzytomowy cykl Piekło i szpada oraz pięć pierwszych tomów swego opus magnum, czyli Księgi Całości. Ale że poparł słowo czynem (zwrócił wydawcy pobrane zaliczki), wydawało się pewnym, że przejdzie do fandomowej legendy, a jego nieukończone – lecz mimo to bardzo cenione dzieło – będzie się wspominać z łezką w oku jako świadectwo czasów z roku na rok coraz bardziej minionych.

Zagadkowy koniec kariery, zagadkowy powrót

Tę nagłą rezygnację z kontynuowania obiecującej kariery (do 2011 roku powieści Kresa miały po kilka wydań) należy uznać za pierwszą tajemnicę z jego osobistej „księgi zagadek”. W kręgu pop-literatury fantastycznej „bycie pisarzem” to przecież więcej niż tylko publikowanie opowiadań i powieści i, jeśli się uda, zarabianie piórem na życie. To także, a może nawet przede wszystkim, uczestnictwo w fandomowej kulturze, rok rozpisany na spotkania z czytelnikami i konwenty czyli – krótko mówiąc – styl życia, z którego trudno zrezygnować. Pisarz (lub pisarka) to godność i zaszczyt, pisarz jest Kimś (przez wielkie „K”) w fandomie – obfitym w twórców jednego dziełka wątpliwej jakości, a jednak potrafiących uczestniczyć w nim latami, rozpoznawalnych, szanowanych, zapraszanych do paneli, wygłaszających prelekcje. Decyzja musiała więc być dla Kresa trudna, nawet jeśli nie brakowało mu do pierwszego – a jednak poszedł pod prąd tak konsekwentnie, że nie dał się skusić nawet wznowieniami.

Minęła niemal dekada i oto w 2020 roku huknęła wieść: „Kres wraca!”. Księga całości zostanie wznowiona jednocześnie przez dwóch wydawców: w wersji kolekcjonerskiej przez fanowskie „Stalker Books”, a w wersji przeznaczonej do szerokiego rozpowszechnienia przez Fabrykę Słów! I nie tylko wznowiona, lecz także kontynuowana, bo autor zobowiązał się do doprowadzenia jej do końca. Całość miała się zamknąć w dziewięciu lub dziesięciu tomach, co oznaczało cztery lub pięć nowych. To z kolei oznaczało, że do tej pory Księgę całości znaliśmy mniej więcej w połowie, a więc wiedzieliśmy o niej tyle, co nic. Owszem, dobry autor potrafi zaskoczyć czytelnika ostatnim zdaniem i krótkiego opowiadania, i grubej sagi, ale powiedzmy sobie szczerze, że im więcej planowanej sagi jeszcze nie znaliśmy, tym większe było prawdopodobieństwo zaskoczeń. Na tym polegała pierwsza zagadka.

Druga dotyczyła pisarskiego kalibru nowych książek. Łatwiej jest też rzucić karierę, niż do niej wrócić. A Kres wrócił. Pojawiły się nowe tomy, każdy przynoszący nowe zaskoczenia. Nie ma ich niestety dziesięciu i zapewne nigdy nie będzie – ale o tym na końcu.

Kolejna, trzecia tajemnica należy do innej kategorii, jest nie okołotekstowa, lecz ukryta w samej treści cyklu. Ujawnia swe istnienie stopniowo, w trakcie lektury „starych” (wznawianych) tomów Księgi całości i zwłaszcza tomów nowych.

W czym rzecz? By odpowiedzieć na to pytanie trzeba zrozumieć sytuację fantastyki polskiej i fantastyki w Polsce na przełomie XX i XXI wieku. Otóż w 1983 roku, wraz z debiutem, czyli mając w dorobku zaledwie jedno opowiadanie, jego dziewiętnastoletni autor obwołany został objawieniem polskiej literatury fantasy. Co nie dziwi, bo z fantasy pisanej przez autorów polskich istniał wówczas jedynie Wiedźmin (w postaci kilku opowiadań), a z importowanej znano Władcę Pierścieni Tolkiena oraz fragmenty cyklu Roberta E. Howarda o muskularnym barbarzyńcy Conanie wraz z produkcjami conanopodobnymi. Mag („Fantastyka” 1983, nr 11–12) miał tytuł jednoznacznie odsyłający do literatury fantasy, w Magu magowie walczyli magicznymi broniami w wojnie Dobra ze Złem – i czytelnikom tylko to wystarczyło do rozproszenia wątpliwości „z jaką fantastyką mamy do czynienia”.

Z dzisiejszego punktu widzenia nie widać już, że Kres jak równy z równym walczył o przewodnictwo na polu literackiej fantasy z samym Andrzejem Sapkowskim. Wiedźmin, pierwszy zbiór opowiadań Sapkowskiego, tandetnie wydany w 1990 roku przez dość przypadkowe wydawnictwo Reporter, przeszedł bez echa; Prawo sępów Kresa w 1991 roku wydało związane z fandomem wydawnictwo „Almapress”, co prawda równie tandetnie, ale miało ono większe szanse na dotarcie do fanowskiego odbiorcy. W 1992 roku Kres wydał Króla Bezmiarów, który stał się drugim tomem Księgi całości, w 1993 – Strażniczkę istnień, tom pierwszy trylogii Piekło i szpada, a w 1994 roku – zbiór opowiadań Serce gór. W 1995 roku ukazała się Północna granica, która stała się pierwszym tomem Księgi całości. Tymczasem do 1995 roku Sapkowski miał w dorobku książkowym cztery tomy opowiadań i dwa tomy wiedźmińskiej sagi. Kres eksperymentował z dwoma literackimi światami, Sapkowski poprzestał na jednym. Kres szukał światotwórczej konsekwencji, przeredagowywał opowiadania do nowych wydań i włączał je w powieści, Sapkowski światotwórstwo programowo lekceważył. Doprawdy, gdyby nie to, że Kres zdał się na łaskę i – częściej – niełaskę przypadkowych wydawców, podczas gdy nad Sapkowskim od 1993 roku czuwała wysoce profesjonalna „Supernowa” śp. Mirosława Kowalskiego (weterana podziemnej „Nowej”); gdyby nie to, że Kres zdecydował się zamilknąć; gdyby wreszcie nie mistrzowska autopromocja Sapkowskiego i sukces opartej na jego twórczości gry, pole polskiej pop-fantastyki literackiej wyglądałoby zupełnie inaczej.

Vox populi uznał więc Kresa za mistrza fantasy – i vox populi miał pełne prawo do tej opinii. Nawet dziś, gdy wiedząc znacznie więcej niż przed trzydziestu laty, sięgnie się po stare wydania, po Prawo sępówSerce gór, ich zgodność z tym, co uważa się za kanoniczne dla fantasy – z jej archetekstem wyobrażonym – wręcz bije w oczy. Jest tam wszechobecna magia i magiczne przedmioty, jest magiczny, by użyć ulubionego określenia Sapkowskiego „Never Never Land”, są czarodzieje i czarodziejki źli i dobrzy wraz z książętami i księżniczkami doskonale do świata pasującymi, i jest wreszcie konstytuujący fantasy konflikt Dobra i Zła. Król bezmiarów odbiega wprawdzie od reguł konwencji przez wprowadzenie motywu pirackiego, ale umieszczenie w fabule Latającego Holendra można traktować jako, znów typowe dla fantasy, wykorzystanie znanej legendy czy nawet potocznie rozumianego „mitu”. Dopisany po drugim tom pierwszy Księgi całości, wspomniana już Północna granica, jeszcze lepiej pasuje do schematu z jej pograniczem pogrążonym w wojnie jeźdźców, łuczników i kuszników, z wiszącą nad fragmentem świata „dobrych” ludzi magiczną mocą, wojująca z inną magiczną mocą, płodzącą potwory. Co prawda już ta powieść wprowadza elementy nieoczywiste (między ludźmi i jednym ze skonfliktowanych ze sobą dwóch plemion potworów istnieje możliwość porozumienia i ta możliwość realizuje się fabularnie – a to trochę jakby szlachetni tolkienowscy Ludzie Zachodu negocjowali z monstrualnymi Uruk-hai, rzecz niewyobrażalna), ale to jednak za mało, by wzbudzić wśród czytelników podejrzenia, to tylko prowokuje komplementy za „oryginalność”. Czytelnik wie, czego się spodziewać, jest z góry pewien, że od mistrza fantasy dostanie fantasy, czyta więc według swych oczekiwań. „Gdy twoim jedynym narzędziem jest młotek, wszystko zaczyna ci przypominać gwoździe” – ta konstatacja Abrahama Maslowa z The Psychology of Science. A Reconnaissance z 1966 roku pasuje jak ulał do lektury „ufnej” czy też „naiwnej”, a tak fani czytają dzieła swych mistrzów.

Potrzeba było niemal dziesięciu lat przerwy (między 2011 a 2020 rokiem), podczas których pole polskiej pop-fantastyki wzbogaciły przekłady większości dzieł kanonicznej (i nie tak znowu kanonicznej) fantasy oraz nowego odczytania Księgi całości, wznowień starych i nowych tomów, by rozpoznać naturę trzeciej zagadki. Otóż świat stworzony przez Kresa odbiega od kanonicznego świata fantasy i to bynajmniej nie w drobiazgach.

Fantasy, nie fantasy?

Akcja Księgi… dzieje się na kontynencie o nazwie Szerer, opanowanym, gdy go poznajemy, przez cesarstwo Armektu. I sam Armekt, i wszystkie terytoria zależne, są zdumiewająco pozbawione bóstw, religii czy jakiegokolwiek sacrum, grającego tak wielką rolę w fantasy lubującej się w kreacji światów quasi-średniowiecznych o wielkiej roli pierwiastka duchowego, nadnaturalnego. Armektańscy żołnierze mają wprawdzie patronkę, nazywaną „boginią wojny”, ale Arilora pozbawiona jest cech bóstwa, nie ma swojego kultu, nie ma świątyń i kapłanów, jest personifikacją etosu rycerskiego w sensie, jakim nadała temu terminowi Maria Ossowska. W innych krainach – poprzez kolejne tomy buntujących się i zrzucających łagodne, chciałoby się powiedzieć: oświecone, humanitarne władztwo Armektu – nie pojawia się żadna religia, nie pojawia się nawet kult bohaterów, weteranów i wielkich władców z dawnych legend (a i dawnych legend jest jak na lekarstwo).

W Szererze nie ma religii i kultów, lecz istnieje nauka i szacunek dla nauki. W Armekcie wędrowni bakałarze uczą wiejskie dzieci pisać i czytać; drogą – jak wolno przypuszczać - osmozy kulturowej powszechna umiejętność czytania rozpowszechnia się na cały świat. Wprawdzie groźny pirat, mąż władczyni wyspiarskiego księstwa Agarów, ma z nim problemy, ale nie ma już problemów z umiejętnościami matematycznymi, którymi dzieli się ze wszystkimi wspomnianymi w książkach kapitanami żaglowców: wytycza kursy, prowadzi locję, biegle rysuje mapy. Na szczególnie wysokim poziomie postawione są nauki medyczne: gdy do portu dobija piracki statek pełen rannych marynarzy, ofiary lokuje się w domach mieszczan i solidnym budynku mogącym pełnić funkcję lazaretu. Ranni zyskują fachową opiekę i pomoc, a jednemu z nich amputuje się nawet nogę „w pachwinie”, ratując mu tym życie. Dość to, trzeba przyznać, dalekie od „domów uzdrowień” papieża fantasy J.R.R. Tolkiena, od jego leczenia rannych ziołami i elfimi zaklęciami, i od reguły „ręce króla mają moc uzdrawiania”.

Tajemnica czwarta wiąże się z trzecią tak, jak świat przestawiony wiąże się z bohaterami w tym świecie działającymi. I tu też, trzeba to wyraźnie podkreślić, Kres przełamuje wyobrażony archetekst fantasy i robi to, można mieć wrażenie, z pełną premedytacją. O ile w klasycznej fantasy, prezentującej uproszczony feudalny model społeczeństwa, każdy gra przeznaczoną mu z urodzenia rolę, o tyle w Szererze istnieje zapewne ograniczony, ale możliwy i wykorzystany fabularnie ruch pionowy. Każdy żołnierz może zostać oficerem, jeśli spełni warunki, w tym… zda egzamin (musi umieć czytać i pisać, a także znać języki, których na tym kontynencie istnieje kilka). Pirat może zostać admirałem floty nie drogą podboju, lecz dzięki użyciu głowy. Ale Kres jest znacznie bardziej wyrafinowany: gdzie w kanonicznej fantasy znajdziemy rozbójnika i mistrza miecza, który staje się przykładnym farmerem, ojcem rodziny i… wyrzeka się powrotu do dawnego malowniczego życia w imię miłości do żony i dzieci? Gdzie w fantasy znajdziemy mędrca (o mędrcach za chwilę) rezygnującego z przywilejów mędrców, w tym długiego życia, bo mu się znudziło, a poza tym pragnie odnaleźć syna?

Czytelnik współczesny, uwrażliwiony na problematykę genderową, czytając Księgę całości przeciera oczy ze zdumienia. Kobiety rządzą trzema podstawowymi krainami Szereru, a tylko jedna z nich włada z przywileju urodzenia (jest córką cesarza). Dwie pozostałe to niewolnica-praczka, bohaterka niewyobrażalnego skandalu (poślubiła najbogatszego arystokratę w Szererze), która po śmierci męża sięga orężnie po koronę królestwa Dartanu, a sukces zawdzięcza wsparciu wieśniaków i drobnego mieszczaństwa, oraz dama bardzo wątpliwej konduity – będąca szpiegiem tajnej policji, która mądrością i silną wolą tworzy maleńkie, ale jedyne niezależne od Armektu, bajecznie bogate wyspiarskie księstewko Agarów. Kobieta jest słynnym dowódcą jazdy. Kobieta znana jako „Łowczyni” jest bohaterką i legendą tajemniczego górskiego Grombelardu. Doprawdy momentami ma się podczas lektury wrażenie, że w Księdze całości mężczyźni są pionkami na szachownicy, którymi partie – jedną za drugą – rozgrywają kobiety.

Jest wreszcie tajemnica piąta, dla fantasy podstawowa: magia. Jak wspomniałem, w Prawie sępów z 1991 roku i Sercu gór z 1994 roku jest ona obecna w obfitości, lecz choć Kres wykorzystywał stare opowiadania w kolejnych tomach Księgi całości, czynił to w sposób szczególny. Mianowicie: obierał materiał wyjściowy z całej magii, do jej ostatniego okruszka. Pozbawił jej całość cyklu i nie pozostawił wątpliwości, że w Szererze magii NIE MA; bohaterowie im bardziej świadomi i lepiej wykształceni, tym chętniej z magii kpią, a wiarę w nią wyśmiewają. Nie jest magiczną wisząca nad Szererem Szerń, o której nie wiadomo nawet, czy jest osobą, przedmiotem czy siłą; jej działanie można porównać do działania homeostatu: likwiduje ona każde odchylenie od swej równowagi, czyniąc to w sposób nieprzewidywalny, metodą prób i błędów, bezmyślnie. Magiczne Przedmioty z wczesnych opowiadań Kresa przechodzą metamorfozę w Porzucone Przedmioty pochodzące z Bezimiennego Obszaru, który najbardziej przypomina… strefy lądowania kosmicznych obcych ze słynnej powieści SF Arkadego i Borysa Strugackich Piknik na skraju drogi. Czarodzieje zmieniają się w Mędrców-Przyjętych, zły czarownik Moldorn z Prawa sępów staje się… genialnym (oraz lekkomyślnym i amoralnym) matematykiem, Przyjęci uprawiają nie magię, lecz poważną naukę, jedną z dwóch: historię lub matematykę. Lubią oni także filozofować i gdybać, jeden z nich dokonuje na przykład eksperymentu myślowego, opisując przeraźliwie dystopijny świat, w którym istnieją religie, a ludzie zabijają w wojnach o fikcje. Ten sam Przyjęty wysuwa hipotezę, że życie mogło narodzić się i wpełznąć na ląd z otaczającego Szerer ogromnego oceanu – Bezmiaru. Podaję to jako ciekawostkę: mieszkańcy Szereru stoją u progu sformułowania teorii ewolucji. Jak na fantasy, nieźle.

Czego się nie dowiemy

W takim razie… jeśli „Księga całości” Feliksa W. Kresa nie jest fantasy, to czym jest?

W 1991 roku znakomity pisarz, felietonista i krytyk – wyspecjalizowany w pop-fantastyce – Maciej Parowski, napisał felieton Wiedźmin Geralt jako podróżnik w czasie . Tekst, w którym próbował wpisać słynnego wiedźmina w fantastykę NAUKOWĄ, trudno traktować ze śmiertelną powagą, ale tkwiło w nim ziarnko powagi, choć byłby on lepiej krytycznie zakotwiczony w twórczości Sapkowskiego, gdyby Geralta uczynić nie podróżnikiem w czasie, lecz raczej bohaterem „postapo”. W 2022 roku wybitny twórca klasycznej fantastyki naukowej – krytyk o wielkiej wrażliwości i intuicji – Marek Oramus napisał o Kresie:

Spytałem go kiedyś czym jest Szerń, jak działa, dlaczego tak? Myślał nad tym i nie miał gotowych koncepcji. Nie wiem, jak w końcu rozwiązał ten problem, najprościej byłoby obciążyć odpowiedzialnością obcą rasę kosmiczną, która to zainstalowała w okresie swej świetności technologicznej, po czym wymarła albo wywędrowałaPatrz http://www.galgut.eu/kres/ [dostęp: 7.03.2023].[1].

Oczywiście, jak z Parowskim i Wiedźminem, tu też możliwe są lepsze wyjaśnienia. Eksperyment na skalę kosmiczną, owszem, ale dlaczego Szereru nie mieliby zasiedlić rozbitkowie z kosmicznej katastrofy, których społeczność ulega powolnej degeneracji? Wyjaśniałoby to i nowoczesną strukturę społeczną, i istnienie reliktów nauki, i obecność w fabule wymarłej rasy potężnych Shergardów, po których pozostały tylko ruiny monumentalnych konstrukcji, dowodzących posiadania umiejętności niedostępnych dla współczesnych. A może nad Szererem toczy się wojna kosmicznych potęg, której jego ludzcy mieszkańcy są nieświadomymi jej świadkami i swego rodzaju „stratami ubocznymi”, co by wyjaśniało konflikt Szerni z Alerem. Czy sam Kres nie zostawił tropu prowadzącego w stronę klasycznej science fiction, nazywając i kontynent, i rozciągające się nad nim „coś” nazwami tak podobnymi do nazwy Szernów, ciemiężców ludzi z Trylogii księżycowej Jerzego Żuławskiego (1903–1911)?

A może rozważanie, czy Księga całości jest fantasy, czy może raczej science fiction, nie ma sensu? Może jest równie poznawczo płodne jak rozważanie, ile diabłów zatańczy na ostrzu igły? Może warto przywołać raz jeszcze sentencję o człowieku z młotkiem, dla którego wszystko jest gwoździem? Takim człowiekiem jest przecież i czytelnik, czytający „po konwencji”, i jest nim autor, stawiający sobie za cel napisanie fantasy, SF czy w ogóle czegokolwiek według recepty, pod strychulec.

Młotkiem można dokonać wiele, ale nie zbuduje się nim, mówiąc nieco metaforycznie, domu. Do tego trzeba mieć – i umieć się nimi posługiwać – mnóstwo innych narzędzi, bo i deskę warto przeheblować i postawić ceglany mur. Dobry rzemieślnik, by nie powiedzieć artysta, nie ogranicza swego warsztatu, wręcz przeciwnie: stara się go rozbudować. Wszystko wydaje się wskazywać, że Kres był takim właśnie rzemieślnikiem-artystą, że swój pisarski dom budował z satysfakcją i nadzieją, że czytelnik każdym odczytaniem urządzi go dla siebie… więcej niż tylko młotkiem.

Tak czy inaczej, wymienionych zagadek już nie rozwiążemy. Księga całości po tylu przygodach pozostanie, o ironio, niedokończona. Nie doczytamy jej, nie dowiemy się już niczego nowego.

 

Witold Chmielecki zmarł 14 października 2022 roku w wieku pięćdziesięciu sześciu lat.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Krzysztof Sokołowski, Księga tajemnic, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2023, nr 199

Przypisy

    Powiązane artykuły

    16.03.2023

    Nowy Napis Co Tydzień #194 / Frankenstein nasz powszedni

    Potwór stworzony przez Wiktora Frankensteina wymknął się nie tylko naukowcowi, ale także Mary Shelley, która powołała go do życia na kartach swojej powieści. Zamiast dokonać obiecanego samospalenia gdzieś na biegunie polarnym, przybiegł do Jamesa Whale’a i wskoczył do jego filmu z 1931 roku. Od tamtej pory żyje (albo umiera raz po raz, aby wciąż powstawać) w naszych umysłach. O ile Mary Shelley kazała czytelnikom go sobie wyobrażać, o tyle James Whale ucharakteryzował Borisa Karloffa w sposób, który zdominował naszą wyobraźnię. Od teraz, gdy mówimy „Frankenstein”, widzimy toporną głowę z wielkim czołem, podkrążonymi i zapadniętymi oczyma oraz obowiązkowo śrubami sterczącymi z szyi. Jednak Frankenstein Whale’a, nie ma wiele wspólnego z potworem (tym literackim) wykreowanym przez Mary Shelley w 1816 roku. Do kogo należy zatem Frankenstein? Jean-Jacques Lecercle, francuski profesor zajmujący się literaturą angielską, odpowie w tym sporze, że trochę do Shelley, trochę do Whale’a, ale przede wszystkim do nas. Nie powinno nas to dziwić, skoro Frankenstein – tak literacki, jaki i filmowy – składa się z wielu pozszywanych ze sobą elementów.

    Frankenstein

    Faust, Mefistofeles i stwór

    Przyznaję, że lubię od czasu do czasu przeczytać książkę przedstawiciela świata akademickiego, który nurza się w śmietniku kultury masowej. Gdy przeczytałem, że Umberto Eco zaczytywał się w komiksowej serii Dylan Dog, od razu poczułem się lepiej. Można zatem poświęcać blask swych oczu nie tylko dla starożytnych traktatów, ale również pstrokatych problemów. Jean-Jacques Lecercle czyta i ogląda Frankensteina, sprawnie balansując pomiędzy dwoma światami, tak tym uczonym, jak i tym stworzonym dla naszej podniety. Co jest takiego – pyta Lecercle – w obydwu Frankensteinach, że pomijając już różnice obydwu dzieł, wciąż absorbują nasze wyobrażenia? Coś bardzo istotnego, niezwykle ważnego, skoro trwamy przy leciwym już potworze. Jeśli jednak poprosilibyśmy o argumentację tej fascynacji monstrum, trudno byłoby znaleźć jasne słowa. Intuicyjne odczuwamy, że w tej postaci jest „coś”, ale sens zdaje się leżeć w krainie nieuświadomienia. Lecercle podpowiada: to mit. Frankenstein zawiera w sobie dwa podstawowe mity. Pierwszy to mit o stworzeniu (choć jest to stworzenie na opak), drugi zaś to mit o buncie, gdy stworzenie rzuca wyzwanie twórcy. Jean-Jacques Lecercle nie poprzestaje na tej odpowiedzi. Odwołując się do pisarzy filozoficznych z epoki oświecenia, zerkając czasem na Marksa, posiłkując się Freudem, a przede wszystkim swoją znajomością literatury wiktoriańskiej, uświadamia, jak bardzo powieść Mary Shelly jest szkatułkowa, zaś film Jamesa Whale’a przypomina kinematograficzną matrioszkę.

    Odpowiadając dlaczego Frankensteina można potraktować jako mit, Jean-Jacques Lecercle argumentuje:

    Na pierwsze z pytań można dać trzy odpowiedzi: jest to powtórka mitu Fausta; jest to nowoczesna wersja mitu Prometeusza; jest to mit oryginalny, jeden z naszych nowoczesnych mitów, należących do kategorii mitów o stworzeniu.

    Wiktor Frankenstein rzeczywiście przypomina doktora Fausta. Obydwu łączy pasja wiedzy, ale także i pycha. Wiedza, której przecież pragnął, jest zakazana. Potwór natomiast ma w sobie coś z Mefistofelesa. Przede wszystkim potęgę – jest znacznie silniejszy, szybszy, zwinniejszy i odporny na głód oraz warunki atmosferyczne niż człowiek. Jedocześnie Wiktor Frankenstein jest także Prometeuszem i to „nowoczesnym”, co podkreśla sama Shelly w pełnym tytule swego dzieła. Ten współczesny Prometeusz ponosi karę za wykradzenie tajemnic bogom. W tym przypadku jest to ogień życia, życiodajna iskra. Ścigający Wiktora potwór byłby zatem sępem, który nie może doczekać się wnętrzności naukowca… Zarysowane tutaj myślenie literaturą Jeana-Jacquesa Lecercle’a powinno zachęcić czytelnika literatury klasycznej. Autor świetnie wskazuje nici łączące różne tytuły, a także błyskotliwie i śmiało dokonuje własnej interpretacji. Podobnie rzecz ma się z echem głównych dzieł filozofów oświecenia. Frankenstein jest wszakże dzieckiem swoich czasów, z wpisanymi weń pytaniami o tabula rasa i szczęśliwego dzikusa żyjącego poza społeczeństwem.

    Pozszywać czas

    Jean-Jacques Lecercle jest jednak w swojej książce zbyt skromny. Zasugerował w tytule, że zajmować się będzie jedynie mitem i filozofią. Choć wywiązuje się z tego, to zapomniał wspomnieć o jeszcze jednym aspekcie. Jest nim historia. Autor z iście detektywistyczną werwą rozszyfrowuje okruchy odwołań poczynionych przez Mary Shelley, wskazując, jak Frankenstein jest odpowiedzią na to, czego doświadczali państwo Shelly. Jednocześnie nie da się zrozumieć Frankensteina bez historii rodzinnej autorki. W jej biografii przecież rzeczywiście znajdował się potwór.

    Monstrum z powieści Shelly jakby celowo ustawia się ponad czasem. Zaciera ślady i myli wnikliwego czytelnika. Akcja powieści rozgrywa się przecież na znacznym obszarze – od Genewy, Ingolstadt po Sankt Petersburg i biegun północny. A czas? Datowanie listów, na których opiera się Frankenstein, wskazuje nieokreślony rok „17…”. Powieść Mary Shelly miała pierwsze wydanie w 1818 roku, zatem uporczywie wskazywany i zamazywany jednocześnie „17…”, to czas nie teraźniejszy, ale wciąż bliski, nieodległy. Gdy w rozdziale dziewiętnastym Wiktor Frankenstein zatrzymuje się w Oksfordzie, narrator czynni ciekawą uwagę:

    Gdy wjechaliśmy do tego miasta, nasze myśli wypełniło wspomnienie wydarzeń, które się w nim dokonały przed ponad półtora wiekiem. To w nim Karol I zgromadził swoje siły. To miasto pozostało mu wierne, kiedy cały naród porzucił jego sprawę i przeszedł pod sztandar parlamentu i wolności.

    Lecercle rozpoczyna swoje śledztwo: skoro wiemy, że Karol I schronił się w czasie wojny domowej w Oksfordzie w 1642 roku to „półtora wieku” od tej daty daje nam rok 1792. Potwór stworzony przez Wiktora Frankensteina czyta także Cierpienia młodego Wertera, a one zostały wydane po raz pierwszy w 1774 roku. Mało tego: w rozdziale dziesiątym Wiktor recytuje dwie strofy wiersza napisanego w 1816 roku przez męża Mary, Percy’ego Bysshe’a Shelley’ego. Wszystko wskazuje zatem, że akcja powieści dzieje się w okresie rewolucji francuskiej oraz w epoce napoleońskiej. Byłyby to więc ramy chronologiczne lat 1792 do 1815. Tyle zdradzają „twarde daty” wyrażone wprost w powieści. Innych wskazówek dostarczają wydarzenia opisane przez autorkę, które mogą być twórczym przetworzeniem tego, co się rzeczywiście wydarzyło. Lecercle pisze:

     

    Na koniec zauważę, że ten proces personifikacji w rzeczywistości dokonał się już w ówczesnym dyskursie politycznym (w pamfletach i karykaturach). Główną rolę gra w nim przecież potwór – Bonaparte, który z początku uosabia rewolucję, by następnie stać się Bonym, poczwarą, wilkołakiem, którym straszy się dzieci, kiedy nie chcą iść spać. Zresztą ta postać świetnie się nadaje na taką przemianę. Jej kariera jest na obraz i podobieństwo świata na opak zrodzonego przez rewolucję: nikomu nieznany korsykański drobnomieszczanin został cesarzem. Stworzony przez Dyrektoriat, szybko uświadomił swoim stwórcom, że byli tylko uczniami czarnoksiężnika. To, co nazwane bywa jego epopeją, jest niczym więcej niż długą ucieczką do przodu, która dobiegła końca na ściętych lodem bezkresach Rosji i w Moskwie spustoszonej przez ogień (dokładnie tak jak potwór złoży się w ognistej ofierze pośród lodów bieguna północnego).

    Za potworem czai się ktoś jeszcze

    Dociekania chronologiczne idą w parze z interpretacją, jakiej dokonuje Jean-Jacques Lecercle: potwór Frankensteina to potworność rewolucji francuskiej. W powieściowym monstrum zawiera się zachwyt, rozczarowanie, aż wreszcie odraza angielskich intelektualistów.

    Zachwyt, bowiem monstrum Frankensteina jest rzeczywiście kreacją nowego człowieka. W dodatku kreacją z idei. Potwór uczy się mówić i czytać, zgodnie z poglądami Johna Locke’a o „czystej karcie” , jest wychowywany z dala od społeczeństwa, podobnie jak Emil Rousseau. Jeśli wczytamy się dobrze we Frankensteina, to ujrzymy stworzoną istotę, która jest lepsza od swojego stworzyciela. Monstrum jest szybsze, wyższe, nie żywi się mięsem i nie zna zła, dopóki nie spotka społeczeństwa. I wreszcie rozczarowanie i odraza, ponieważ ten „nowy człowiek” nie chce się podporządkować, chce żyć po swojemu (potwór pragnie małżonki dla siebie), a żeby dopiąć swego nie cofnie się przed żadnym okrucieństwem.

    Za potworem rewolucji czai się jeszcze jeden potwór. Jest nim ojciec Mary Shelly, William Godwin, angielski pisarz, człowiek skrajnej lewicy, który całym sercem był za krwawą rewolucją. Tworząc postać potwora, Mary Shelly dokonywała też rozrachunku z własną historią. Czy nie jest to interpretacja nazbyt Freudowska? I tak, i nie. Rzeczywiście duch Freuda unosi się gęsto nad rozważaniami Lecercle’a, ale jednocześnie autor dokonuje niesamowitej analizy biografii rodzinnej Mary Shelly (fascynujące wyjaśnienie wagi imienia William!), wskazując twarde dowody.

    Frankenstein jest nasz

    Nie odbiegliśmy za bardzo od naszej fascynacji Frankensteinem? Wręcz przeciwnie, właśnie teraz dotykamy jego istoty, czyli martwej, ale ożywionej tkanki, grubych szwów właśnie. Dwa fragmenty z książki Frankenstein. Mit i filozofia pozwolą ujrzeć myśl Jeana-Jacques’a Lecercle’a w pełnym świetle:

    Potwór jest więc istotą sprzeczną, a opowieść, po której się szamocze, to po prostu długi oksymoron: opowiada historię żywego trupa – żywej istoty spreparowanej za pomocą martwych tkanek, czyli będącej takim samym undead jak wampiry z „Drakuli”.

    Tym więc, co we Frankensteinie poddam analizie, nie są marzenia, w których mnożą się dziwaczne istoty, dla marzyciela – dla podglądacza – będące źródłem rozkoszy, lecz pojedynczy, nieświadomy fantazmat, możliwy do dostrzeżenia wyłącznie w śladach pracy tekstualnej, które zostawia. Nie jakaś treść czy pełnia, lecz raczej pustka, szczerba, grupa śladów – praca, a nie przedstawienie.

    Na czym zatem polega trwająca, ponad stuletnia (dla wersji książkowej) i niemal stuletnia (dla wersji filmowej) fascynacja potworem Frankensteina? Dostrzeżemy w tej postaci swoisty nadmiar. To bunt stworzenia wobec stworzyciela – jako taki może być sprzeciwem zarówno wobec Boga, jak i wobec każdego autorytetu nad nami. To ostrzeżenie przed dehumanizacją naszych wzajemnych relacji międzyludzkich. To ostrzeżenie historii i nauki przed wprowadzaniem w czyn idei mających zbawić ludzi przez ludzi. To wreszcie zwiastun nowoczesności z jej masowością i zacierającym granice synkretyzmem… Listę można ciągnąć niemal w nieskończoność. Można pozszywać (dosłownie) Frankensteina ze wszystkiego, z przeróżnych elementów, ale nigdy nie będzie to skończony projekt. Frankenstein – wieczny work in progres, ciągle tworzące się i w związku z tym niedokończone dzieło. Wieczny szkic. Co nas w nim pociąga? Sprzeczność potwora. Z im większej liczby elementów jest pozszywany, im więcej teorii w nim widzimy, tym bardziej dostrzegamy odbicie nas samych. Te ściegi, te szwy, te niepasujące do siebie elementy, to właśnie my.

    Na koniec jedna uwaga. Frankenstein. Mit i filozofia został wydany po raz pierwszy w 1988 roku. Autor dokonał wnikliwej analizy dostępnych wówczas filmów grozy nawiązujących do potwora stworzonego przez Shelley i Whale’a. Nie jest moim zamiarem uaktualniać tutaj filmografii. Mam jednak doświadczenie współczesnego ojca, które idealnie tutaj pasuje. Frankenstein – ten od Whale’a – nie stał się zamknięta historią, przeciwnie: postać tę można zobaczyć, jak radzi sobie w filmach dla znacznie młodszego widza. Frankenweenie czy Hotel Transylwania (gdzie nazywany jest pieszczotliwie Frankeem) dały tej postaci kolejne życie, a ono okazało się, jak zawsze, nieoczywiste.

     

    Jean-Jacques Lecercle, Frankenstein. Mit i filozofia, tłum. Piotr Herbich, Evviva L’arte, Warszawa 2022.

    okładka ksiązki

     

    Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
    Źródło tekstu: Marcin Cielecki, Frankenstein nasz powszedni, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2023, nr 194

    Przypisy

      Powiązane artykuły

      17.11.2022

      Nowy Napis Co Tydzień #178 / Pomrok świetlak

      Chyba żadna książka nie jest tak krytycznie czytana jak ta, która została wydana zaraz po otrzymaniu przez jej autora Literackiej Nagrody Nike. Towarzyszą jej pytania pokroju: „Czy utrzymał wysoką formę?”, „Jury Nike się pomyliło?”, „Autor jednej książki?”. W przypadku Radka Raka oczekiwania były bardzo duże, bowiem jego Baśń o wężowym sercu, albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli otrzymała nie tylko szereg znakomitych nagród literackich, ale – co najważniejsze – olbrzymie uznanie czytelników. Pisarz zachwycił odczytaniem mrocznej historii Polski w sposób, który stał się nie tylko bliski czytelnikom, ale także był impulsem dla powstania wielu książek dotyczących rozliczenia z pańszczyźnianym grzechem. Wystarczyło zatem wybrać nieco pokrewną postać z szeregu naszych niejednoznacznych bohaterów narodowych i napisać kolejną porywającą książkę. Utrzymałby wówczas jedność tematyczną, spójność artystyczną i miałby duże szanse na potwierdzenie słuszności zebranych laurów. Tak zresztą robią pisarze, nie jest to tajemnicą. Radek Rak wybrał jednak zupełnie inną drogę, podkreślając suwerenność twórcy i niesłabnącą moc literatury: napisał taką książkę, jaką sam chciał. W wywiadach Rak podkreślał, że wywodzi się z literackiego getta, jakim jest gatunek fantasy. Na przekór wszystkim, wcale nie porzuca fandomu, a przeciwnie, wchodzi wraz z nim na salony. Gdyby zapytać, o czym jest Agla. Alef, zwięzłą odpowiedź znajdziemy na stronie pięćdziesiątej siódmej:

      Resztę dnia usiłowała spędzić na nauce, ale myśli rozpierzchły się niczym stado wróbli. Odpuściła więc i sięgnęła po książkę, w której była podróż, pościg i przedwieczna świątynia pośrodku dżungli. Do kuchni wróciła pod wieczór, kiedy już zmierzchało.

      Czekając na własne przeobrażenie

      Podróż, pościg i przedwieczna świątynia to fundamentalne punkty niejednej książki fantasy, jednak Radek Rak rozpisuje je na swój sposób. Jeśli podróż, to nie tylko do odległych krain, ale bardziej w głąb swojej głównej bohaterki, zaś przedwieczna świątynia to nie pokryte kurzem grobowce, ale wczytywanie się w wielką księgę natury. Pisarz traktuje fantasy jako główny szkielet swojej powieści, do którego może swobodnie dokładać kolejne literackie gatunki. Znajdziemy w Agli zarówno horror, jak i baśń, mini traktaty mądrościowe, elementy kryminału czy powieści szpiegowskiej. Rozpiętość gatunków potrzebuje jednego bohatera, który potrafiłby to wszystko scalić. Jest nim Sofja Kluk, nastoletnia córka zaginionego na tajemniczej ekspedycji doktora Jana Krzysztofa. Uparta, pokonująca swoich przeciwników słowną ripostą nastolatka. Gdy wpada w kłopoty, atakuje pierwsza, licząc na zaskoczenie i bezradność oponentów. Te charakterystyczne „ataki wyprzedzające” Sofji. pokazują być może najwłaściwiej jej rys psychologiczny. To nie tylko chaos emocji młodej dziewczyny z dominującą nutą gniewu, co również strach. Sofja Kluk się boi. Przebywa na uniwersytecie w mieszkaniu ojca, czekając w zawieszeniu na jego powrót. Wieści jednak nie nadchodzą, a Sofja żyje między młodymi studentami a nobliwą kadrą uniwersytecką, nigdzie nie przynależąc. Stan zawieszenia przerywają wreszcie upragnione wieści od ojca. Nie są one jednak tchnące spokojem: wyprawa się przedłuża, w imieniu ojca pisze ktoś inny, w dodatku edukacją Sofji ma teraz pokierować przyjaciel Jana Krzysztofa, sam profesor Kir Bojan. W tle wyczuwalne jest napięcie dotyczące finansów na uniwersytecie. Dopóki doktor Kluk, będąc na ekspedycji, nie pobiera pensji, dopóty można łożyć na wykształcenie Sofji. Coś trzeba też zrobić z mieszkaniem służbowym Kluka, w którym Sofja pomieszkuje. Profesor Kir Bojan wybiera iście salomonowe wyjście, decydując się, aby posłać dziewczynę na nauki do czarodziejki Mai Ułudy. Maja mieszka poza uniwersytetem, zatem Sofja zniknie na moment z oczu tym, których kłuje obecność nastolatki znającej zbyt dobrze świat kadry nauczycielskiej. Jeśli w trakcie nauk pod okiem czarodziejki wykaże się inteligencją, przyszłość Sofji jest zabezpieczona. W przeciwnym razie czeka ją inny los. Na mieszkanie ojca czekają już niecierpliwie inni, zaś pieniędzy za nieobecność Jana Krzysztofa Kluka uniwersytet nie chce już więcej wypłacać. Nawet jeśli Sofja nie wszystko z tego rozumie, to czytelnik łapie w lot: czas przeobrazić się w poczwarkę oczekującej swego imago.

      Świat Raka

      Jeśli powyższe, bardzo oszczędne naszkicowanie fabuły wywołuje czytelnicze ziewnięcie wraz z towarzyszącym mu machnięciem ręki „e, to wszystko już było”, to spieszę uspokoić, że dopiero teraz się wszystko zaczyna.

      – No więc przejdźmy do sztuk. – Czarodziejka odchrząknęła. – Nie wiem, jakie masz wyobrażenie na temat magii i uczenia się jej. Nie wiem, jakie książki czytałaś i czy przypadkiem nie jedne z tych, w których uczeń czarnoksiężnika przez lata służy jako sprzątacz, czyściciel wychodka i pucybut wielkiego maga, w nadziei, że zdobędzie w ten sposób niezwykłe przymioty ducha i pozbędzie się młodzieńczej pychy. To wszystko bzdury, Sofjo. Nie daj się na to złapać. Myślę, że ci wszyscy wielcy czarodzieje, którzy poniżają swych terminatorów i latami traktują ich jak niewolników, nie ucząc niczego albo prawie niczego, albo leczą w ten sposób kompleksy swego skoliotycznego ducha, albo sami nie potrafią zgoła nic. W taki sposób wychować mogą tylko kolejną wewnętrznie pogruchotaną osobę, która nauczy się tego, czego się nauczy, nie dzięki swemu mistrzowi, lecz pomimo niego. Tym sposobem mistrzowie wysokiej gnozy zbyt często tworzą ze swych podopiecznych wielkich magów będących małymi ludźmi. A to nie jest dobre połącznie, Sofjo.

      Po tym fragmencie wszystko powinno być jasne. Agla. Alef jak najbardziej jest powieścią fantasy, ze standardowymi punktami, jak uczeń czarnoksiężnika, co „trochę” sprowokował problemy nie z tego świata, które będą się za nim ciągnąć. Nie zabraknie także walki z potworami ani fascynującego bestiarium, które może odrażające jest zewnętrznie, ale po bliższym poznaniu okazuje się, że prawdziwymi potworami są jednak ludzie. Mając w pamięci te oraz wiele innych standardowych punktów powieści fantasy, należy zapytać, czy Radek Rak pisze coś nowego, czy jednak tworzy bezpieczną książkę? Pisarz doskonale zna konwencję fantasy i niejednokrotnie czytelnik odnajdzie subtelne nawiązania do Ursuli K. Le Guin, Howarda Lovecrafta czy Isaaca Asimova. Rak ustawia je jednak na swój własny sposób, a czyni to z iście alchemicznym wyrafinowaniem, biorąc znane motywy i zamieniając w coś zgoła odmiennego. Nawiązania między powieściami innych autorów są czytelne, jak choćby w tym dynamicznym dialogu:

      – Dwa ostrza… – wyszeptała trwożliwie Sofja. – Jedno na ludzi…

      – Oba są na ludzi – ucięła krótko Naama. – I żadne nie jest srebrne. Srebro nie nadaje się do kucia broni. Przyjemnie jest czytać książki, ale nie ma w nich prawdy.

      – Jesteś katem!

      – Mówię przecież.

      Poza puszczaniem oka do czytelnika Radek Rak przedstawia swój świat. A ten jest znany i nieznany zarazem. Przypomina rzeczywistość z przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku, któremu towarzyszyło zachłyśnięcie techniką. Pociągi mkną po polach, czarne automobile wyprzedzają dorożki, medyczne operacje wykonuje się ze znieczuleniem, opium daje chwile wytchnienia zamożnej arystokracji, a fabryczne kominy dymią. Jednocześnie w tym świecie technika idzie w parze z magią, również tą mroczną, dotyczącą ożywiania zmarłych, a gobliny, golemy, gargulce i dżiny są istotami naturalnymi dla tego świata. Rzeczywistość podporządkowana jest ostrym podziałom na stany społeczne, co oznacza, że dobrobyt jednych jest uzależniony od stopnia zubożenia większości. Nic dziwnego, że w społeczeństwie wrze i wystarczy iskra, by wybuchła czerwona rewolucja. Na szczęście hierarchii społecznej pilnuje tajemniczy, niepokazujący się od lat Car oraz jego wierny i brutalny Urząd Bezpieczeństwa. Nadto czytelnik wędruje z bohaterami przez ulicę Krokodyli i sklepy bławatne, przez co odkrywa miasto trochę przypominające wyśnioną Pragę, trochę zupełnie realny Kraków (Bracka, Wawel, leżący u podnóża Kazimierz), albo magiczny Drohobycz. Wszelkie dociekania na temat świata przedstawionego i jego lustrzanych odbić lub alternatywnych wersji do znanej nam historii powszechnej należy odłożyć z jednego zasadniczego powodu: Radek Rak nie daje żadnych wyjaśnień. Przyznaję, że w trakcie lektury początkowo gubiłem się, szukałem jakiś punktów orientacyjnych w tej rzeczywistości. Gdzie góra, a gdzie dół? Czy to alternatywna wersja 1905 roku? Czy Rekonstrukcja, na którą narzekają drobni przedsiębiorcy, to po prostu dobrze nam znana prywatyzacja? Świat wykreowany przez Radka Raka to swoiste połączenie życia ludzi i owadów, flory i fauny. Zupełnie jakby nie istniała granica dla nie-ludzkiego życia. Motyle, pająki, ćmy są nieustannym przedmiotem rozmów. Mało tego: raki poruszają się w cylindrach i frakach po ulicach i nie wzbudzają przesadnego zainteresowania. Czyżby nastąpiła jakaś kosmiczna koniunkcja planet, uwolniony został gen mutacji, rzucony wszechczar? Aż wreszcie odpuściłem te sowie zagadki i dałem się prowadzić autorowi Agli tak, jak on tego chce. I przestałem się dziwić, że w tym świecie raki uwodzą młode kobiety i zawierają małżeństwa aprobowane przez społeczeństwo. Podobnie jak pozostali bohaterowie zacząłem lękać się zgoblinienia, które przytrafić się może każdemu, kto jest niedożywiony, przepracowany i niewsypany. Wtedy człowiek zaczyna żyć pod brzemieniem Klątwy, a w jego głowie jest tylko jedna myśl, aby służyć i wykonywać rozkazy. Dałem się prowadzić, czytałem i nie chciałem przestać.

      Traktat ukryty w imionach

      Agla. Alef ma wyrazistych bohaterów, którzy krążą wokół Sofji Kluk niczym ćmy wokół płomienia świecy. Nauczycielka magii Maja Ułuda, krwawi mistrzowie małodobrzy, przyjaciel Harun – każdy z nich popycha główną bohaterkę do czekającej ją przemiany. Tylko w co miałaby się ostatecznie przemienić Sofja? Bohaterka, nieświadoma czekających ją jeszcze przygód, odpowiada: „Pewnie ćmą. Może pomrokiem świetlakiem albo którymś z zasmutków. Taką ćmą, co żyje w ukryciu, jest brązowa i taka mała, że prawie jej nie ma”.

      Akcja rozwija się szybko, dialogi skrzą się od humoru, tajemnica goni tajemnicę, a czytelnik zdaje sobie sprawę, że marzenia Sofji o byciu prawie niewidzialną, nijak się mają do rzeczywistości, którą przygotował dla niej Radek Rak.

      Zdawać by się mogło, że Agla to błyskotliwie napisana książka o wkraczaniu w dorosłość. Przemawia za tym postać bohaterki nastolatki, jak i kolejne etapy jednania w sobie ciała i duszy. Wszystko jest pierwsze: miłość, strata, śmierć. Z pewnością można tak odczytać powieść Raka. Ale ma ona czytelnikowi do zaoferowania znacznie więcej. W istocie jest to traktat o odnajdywaniu siebie, nieustannym i ciągłym stawaniu się każdego dnia. Warto zwrócić uwagę na tropy, które wprost podsuwa czytelnikowi autor. Tytułowe słowo „agla” może być skrótem od hebrajskiego zawołania: „Aieth Gadol Leolam Adonai”, czyli „Pan jest wielki na wiek wieków”. Tę sentencję powtarza po wielokroć Harun, który marzy o tym, aby zostać (cokolwiek specyficznym) rabinem. „Bóg jest jeden”, stwierdza raz po raz Harun, i zdanie to z czasem staje się swoistą ramą, ujęciem w słowa niepowtarzalności życia z jego radościami i smutkami. Wobec przygód i rodzących się z nich pytań Sofja często otrzymuje właśnie taką odpowiedź – Bóg jest jeden – tylko co z nią zrobić, skoro tyle samo wyjaśnia, ile ukrywa?

      Człowiek prawdy nie dostrzega i dostrzec nie może. Ledwo nabierze powietrza, by coś powiedzieć, a już skłamał, bo taka jest jego natura. Kota nikt nie wini, że dręczy mysz, a rzeki, że wylewa. To i po co winić człowieka, że kłamie

      dzieli się swoja mądrością Harun.

      Alef to również pierwsza litera hebrajskiego alfabetu, przez co większość czytelników może odbierać to słowo jako zwykłą informację, iż mają do czynienia z tomem pierwszym. Jest tu jednak coś jeszcze. Alberto Manguel w swoim eseju Pożegnanie z biblioteką. Elegia z dziesięciorgiem napomknień zauważa:

      Z dwudziestu sześciu liter Bóg wybrał bet, pierwszą literę słowa „błogosławiony”, i to z jej pomocą został stworzony świat. Komentatorzy zauważają, że jedyną literą, która nie zwróciła się do Boga, była litera alef – Bóg w nagrodę za okazaną pokorę przyznał jej później pierwsze miejsce w alfabecie. Na tym starożytnym mniemaniu opiera się metafora Boga jako pisarza i świata jako księgi, księgi, którą staramy się odczytać, ale i w której sami jesteśmy zapisaniA. Manguel, Pożegnanie z biblioteką. Elegia z dziesięciorgiem napomknień, Okoniny 2022, s. 118.[1].

      Litera alef ma jeszcze znaczenie w opowieści o golemie, bezkształtnej masie, która może pod ręką człowieka stać się człekokształtną i ożywioną gliną. To „małe dzieło stworzenia” dokonuje się przez wypisanie na czole golema hebrajskiego słowa „emet”, czyli „prawda”. Przywrócenie golema do martwej materii dokonuje się przez starcie właśnie litery alef, co powoduje, że pozostałe litery układają się w słowo „met”, czyli po hebrajsku „martwy”.

      Imię głównej bohaterki Radek Rak konsekwentnie pisze jako Sofja, nie zaś Zofia. To znów prowadzi do kolejnego skojarzenia, jakim jest twórczość prawosławnego myśliciela Sergiusza Bułgakowa. Wedle niego, Bóg – stwarzając świat – dokonał tego ex nihilo, z niczego. Kreacja polegała na sięgnięciu w głąb Boga, do Jego Mądrości (Sofia właśnie). W konsekwencji możemy dostrzec Boga w świecie (który jest liniami papilarnymi Stwórcy), albo idąc jeszcze dalej, można stwierdzić, że między Stwórcą a stworzeniem nie ma ziejącej przepaści, a raczej współzależność, wzajemne zadzierzgnięcie, nieporzucona więź.

      Co wyniknie z tych zagadek Radka Raka skrzętnie ukrytych pod błyskotliwymi dialogami, ciętym humorem, czułością pisania o przyrodzie? Wszystko jest tu możliwe, to dopiero tom pierwszy. Starałem się niczego w tej recenzji nie zdradzić, rozwiązania wynikające z fabuły pozostają wszak wciąż otwarte. Dostrzegam w Agli jeden (ale przecież nie jedyny) silny nurt, który bardzo mnie interesuje: życie złudne, śmierć pozorna, obumarcie na przeczekanie, z martwych powstanie naprawdę. Z niecierpliwością czekam na to, co będzie dalej.

      Radek Rak, Agla. Alef, Powergraph, Warszawa 2022.

      Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
      Źródło tekstu: Marcin Cielecki, Pomrok świetlak, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2022, nr 178

      Przypisy

        Powiązane artykuły

        13.10.2022

        Nowy Napis Co Tydzień #173 / Podróż od Shire do Númenórë

        Tuż po wakacjach rozpoczęła się kolejna rewolucja w nurcie kultury masowej XXI wieku. Szóstą falę owej rewolucji (pierwszą zapoczątkował Peter Jackson i przełomowa w zakresie podejścia do filmowej epiki, efektów specjalnych i literatury ekranizacja Władcy Pierścieni) zapowiadał rozbudowany trailer internetowego serialu platformy Amazon Władca Pierścieni: Pierścienie Władzy, który ma stać się najdroższą produkcją w dziejach światowej kinematografii. To już trzeci renesans J.R.R. Tolkiena i jego sześcioczęściowej (niesłusznie, za sprawą marketingowego zabiegu wydawcy, nazywanej trylogią) homeryckiej opowieści o losach mitycznej krainy Śródziemia.

        środek książki

        Wydany w latach 1954–1955 Władca Pierścieni stał się sensacją i ulubioną lekturą w kręgach brytyjskiej i anglosaskiej kontrkultury dopiero o dekadę później. Wtedy właśnie Tolkien zostaje uznany za mistrza i odnowiciela nurtu literackiego fantasy. Drugi renesans związany jest ze wspomnianymi adaptacjami Jacksona z lat 2001–2003. Na fali ich sukcesu powstała po latach ekranizacja Hobbita (przez wielu widzów i krytyków uznana za nieudaną) oraz – co nas bardziej interesuje – opublikowane zostały reedycje krytyczne i nieznane dotąd utwory w opracowaniu Christophera Tolkiena, syna pisarza i profesora literatury angielskiej. Legenda o Sigurdzie i Gudrun, Opowieść o Kullervo, wreszcie Beowulf pozwoliły poznać inspiracje, warsztat oraz niezwykłą wiedzę lingwistyczną i znajomość kultur północnego średniowiecza, jakimi dysponował autor. Domknięciem tego naukowo-literackiego dorobku (przynajmniej dla polskiego czytelnika) jest wydanie Spuścizny Gondolinu z początku tego roku.

        środek książki

        Najistotniejszy jest tutaj trzeci renesans twórczości znakomitego epika. Narastający od połowy drugiej dekady naszego wieku, zawiera między innymi premierę biograficznego filmu (obejmującego dzieciństwo, studia i udział w pierwszej wojnie światowej) Tolkien (2019) i – z punktu widzenia publikacji, którą omawiamy – znacznie ważniejszy pięcioodcinkowy cykl poszukiwaniu Hobbita, który o kilka lat wyprzedza brytyjskie wydanie pracy Johna Gartha J.R.R. Tolkien i jego światy (2020). Ten dokument nakręcony dla telewizji Arte może stać się punktem wyjścia i bardzo atrakcyjnym wizualnym uzupełnieniem dla książki dziennikarza z Hampshire, autora – znanej również w Polsce i bardzo dobrze przyjętej – biografii Tolkien i pierwsza wojna światowa. W filmowym dokumencie komentatorem i przewodnikiem jest John Howe, tolkienowski ilustrator, ale również twórca storyboardów dla Petera Jacksona. Niektóre z wędrówek Howe’a korespondują doskonale z opisami Gartha. Najpierw odwiedza Nową Zelandię (miejsca filmowych planów), następnie Oxford, gdzie poznaje legendy inspirujące powstanie tolkienowskiego uniwersum i lasy Bretanii, w których wsłuchuje się w opowieści o Merlinie. W Kornwalii dyskutuje z historykami o koincydencjach między cyklem arturiańskim a drużyną Froda, w Niemczech poznaje legendarne eposy o Nibelungach, zaś kończy na Islandii, której eddy poetyckie i nordyckie mity fascynowały autora Władcy Pierścieni. Ten niezwykle interesujący i rzetelnie wyprodukowany (standardami edukacyjnych dokumentów Arte prześciga nawet BBC) cykl polecam właśnie jako wprowadzenie do albumowej rozprawy Johna Gartha.

        Użyłem przymiotnika „albumowy”, aby – zanim pochłonie nas fantastyczna podróż w głąb wykreowanych krain – zwrócić uwagę na edytorski walor książki, stający się powoli niezbędnym elementem w publikacjach popularnonaukowych. Wyposażona w solidny aparat badawczy książka Gartha, choć zdaje się ilustrowaną historią lub właśnie nieomal albumem, zawiera bibliografię, rozbudowane i rzetelne przypisy, indeks. Mimo tych cech, które kierują naszą uwagę ku obszarowi publikacji naukowych „starszego rytu” (pozbawionych najczęściej warstwy ilustracyjnej), Tolkien i jego światy kuszą (lecz bynajmniej nie mamią) czytelnika setką znakomitych fotografii współczesnych i archiwalnych, reprodukcjami dawnych kodeksów, szkicami sytuacyjnymi, grafikami z wielu epok. Oraz – nader przystępnym dyskursem. Ten nowoczesny standard poligraficzny, z czytelnymi, rozbudowanymi wstawkami na aplach, dość dużą ilością „światła”, układ ilustracji naprzemiennie zajmujących część szpalty lub całokolumnowy (jak w leksykonach lub podręcznikach) zaanektowany na obszar książki naukowej, przypomina – również wydaną w 2022 roku w formie podobnego nieomal albumu – Tkaninę z Bayeux. Opowieść wysnutą Davida Musgrove’a i Michaela Lewisa. Ten układ rozbudowanych „wtrąceń”, różnokolorowych (mam tu na myśli typografię) dygresji tematycznych, które przypominają osobne hasła w leksykonie, nie jest przy tym drukarskim fajerwerkiem, ale służy dwóm celom: przejrzystości przekazu i uatrakcyjnieniu szaty graficznej.

        środek książki

        Tom autorstwa Gartha to również, jeśli chcielibyśmy zakwalifikować go gatunkowo, rodzaj atlasu – miejsc, po części, wyimaginowanych czy wyśnionych. To także przewodnik geograficzny po obszarach dzikiej i nieokiełznanej natury (rozdziały Morze i brzeg, U podnóża góry, Ziemia opleciona drzewami), lecz również historii (Rzemiosło i przemysł, Strażnice i warownie), archeologii (Ślady pradawnej przeszłości), literatury średniowiecznej i mitów. Nie odbierając czytelnikowi intelektualnej zabawy w podróż śladami miejsc i bohaterów, postaram się pokazać na przykładzie jednego rozdziału, jak skonstruowany został świat tolkienowski i jak badacz go dekonstruuje, wykorzystując zarazem chwyty nowoczesnej poligrafii, które czynią przekaz badawczy wizualnie bardziej atrakcyjnym. Zatraćmy się zatem wśród zielonych wzgórz Z Anglii do Shire’u. Dla nieznających prozy i geografii Tolkienowskiego świata zachętą może być artystyczne zdjęcie poprzedzające rozdział – każda z części opatrzona zostaje tym fotograficznym wstępem. Tu jest nim poranny (uchwycony w „złotej godzinie”) widok z Malvern Hill na Worchestershire skąpane w oranżowych mgłach. Cienie i geometria drzew oraz pól mogą wywołać skojarzenia z dokonaniami polskich artystów fotografików z lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Zdjęcie – sądząc po charakterystycznej kolorystyce – zostało wykonane na taśmie Kodaka (być może nawet polaroidem). Ten nostalgiczny klimat wprowadza nas w arkadyjski mit wioski hobbitów (podobnie cudowny i nierzeczywisty jak proza polskiego nurtu wiejskiego czy filmografia Jana Jakuba Kolskiego). To trwanie ułudy i mitu sielskiej Arkadii Tu – przy okazji – drobna dygresja: arkadyjskość Hobbitonu została przez Tolkiena celowo uwypuklona, by unaocznić czytelnikom Władcy Pierścieni wielką przemianę, która nastąpi wraz z powrotem niziołków z otchłani Mordoru. Arkadyjskie domknięcie cyklu w Powrocie Króla, które spopularyzował Peter Jackson, odbiega od wizji pisarskiej. U Tolkiena, gdy Frodo i Sam dotknięci i naznaczeni podróżą do Góry Przeznaczenia, Shire nie przypomina wyśnionego Edenu, lecz bliżej mu do orwellowskiej dystopii.[1] ukazuje nam zresztą John Garth, gdy w rozdziale o pierwszej wojnie światowej (pokoleniowe doświadczenie dla autora Simarillionu i jego kolegów z literackiego koła Inklingów) przywołuje propagandowy plakat, ukazujący pagórkowaty krajobraz z malutkimi chatkami, figurą żołnierza i napisem „Your country’s call”. Analizy krytyczne Hobbita (wydanego w 1937 roku) oraz przede wszystkim Władcy Pierścieni wskazują, jak obie wojny światowe znalazły swe odbicie w epickim fantasy.

        środek książki

        Sielski, bukoliczny krajobraz angielskiej wsi odkrywa Tolkien bardzo wcześnie, gdy jako kilkulatek zostaje przywieziony przez rodziców z Południowej Afryki. Ta podróż i nagłe zauroczenie nowym, spokojnym zakątkiem pozwoliło pisarzowi na opanowanie w sposób mistrzowski zabiegu gwałtownej zmiany toku opowieści, zwrotów akcji – bohaterowie nieomal w jednej scenie narażeni na śmiertelne niebezpieczeństwo znajdują ratunek w zielonym, otoczonym przez przyjazną naturę azylu. To zauroczenie tak opisuje, opatrując szczegółowymi mapami West Midlans oraz archiwalnymi zdjęciami z epoki, Garth:

        Zadziwiające, jak często w jego opowieściach poszukiwacze przygód niespodziewanie docierają do miejsca odpoczynku, które jest zarazem niezwykłe i przyjazne. Miejscem takim jest Beorna, a także Lothlorien, Gondolin, Rivendell czy dom Toma Bombadila. Niektórzy z podróżników przemierzają morze, za którym rozpościera się „odległy zielony kraj”, do czego inspiracją było pierwsze spotkanie Tolkiena z Anglią.

        Matka dwóch braci Tolkienów, Mabel, wynajmuje domek w Sarehole, kilka mil od przemysłowego Birmingham. Ten groźny i mroczny świat współczesnego miasta odstręczał przyszłego pisarza. Tu zatem (w dzieciństwie i spokojnym Sarehole) szukać możemy opozycji azylu Shire oraz drążonej korupcją i przepaścią między biedą a bogactwem kupieckiej metropolii Esgaroth z „Hobbita” –

        Tolkien wyznał kiedyś, że „inspiracją dla hobbitów byli mieszkańcy wsi i ich dzieci”. Kolegował się z miejscowymi chłopcami i był „zafascynowany ich dialektem i wścibskim [pawky] zachowaniem. […] Był Bagginsem pośród Gamgeech.

        W międzywojniu Sarehole zostało zaanektowane przez przedmieścia przemysłowe Birmingham, a płynąca nieopodal rzeczka i maleńkie pagórki stały się składami towarów; pogodny krajobraz dzieciństwa zaczął przekształcać się w literacką wizję. Scenograficznych powinowactw dla domków („norek”) Hobbitów możemy również dopatrywać się na reprodukowanej w książce fotografii islandzkich domków z darni.

        środek książki

        Atlas Gartha to nie tylko tolkienowska geografia: od walijskiego pogranicza, które fascynowało przyszłego pisarza mityczną nieomal dzikością zarówno krajobrazów, jak i po części ludzi, po Oxford, gdzie studiował; zdjęcie największej tamtejszej ciastkarni również odnajdziemy w albumie – zaś nazwisko Boffinów na kartach pierwszej części Władcy…. To również etymologia i pierwowzory postaci. Osobne, oddzielone na apli hasło dotyczy „Sama i innych studiów z natury”. Pierwowzorem ojca Sama był „dziwaczny staruszek, który roznosił plotki, przepowiadał pogodę na podstawie ludowej mądrości i tak dalej” w Lamorna Cove w Kornwalii, gdzie w 1931 roku Tolkien spędzał wakacje. W Sarehole był także „Czarny Ogr” – farmer, który kiedyś pogonił Ronalda za podbieranie pieczarek. Upamiętniony został we wzmiance o młodzieńczych eskapadach Froda na ziemie farmera Maggota.To zaledwie jeden rozdział i kilkanaście stron, bogato „upakowanych” ikonografią i analizą tolkienowskich inspiracji. Jak już pisałem, a powtórzyłby to z pewnością copywriter agencji reklamowej: „nie odbierając nieziemskiego smaku”, zachęcam do lektury przewodnika Johna Gartha. Wcześniejsza znajomość literackiego Śródziemia jak najbardziej wskazana. Wracając jednak na chwilę do nieszczęsnych (bądź szczęsnych) copywriterów – Garth zakończył całość niezwykłą ciekawostką – „Gdy Tolkien opisał Pagórek w Hobbitonie, stworzył coś, co jest obecnie ikoną, wręcz archetypicznym obrazem”. Otóż według badacza ten wizerunek był dobrze znany już przed rokiem 1937 (data publikacji Hobbita). To krajobraz Farington Folly wraz z charakterystyczną wieżą, namalowany przez jej właściciela lorda Bernesa. W 1936 roku kompania Shell umieściła go na swoich ciężarówkach, łącząc w jedno benzynę i wizerunek sielskiej, angielskiej prowincji. Oryginalną reklamę z napisem „To visit Britain’s Landmarks You can be sure of Shell” możemy oczywiście podziwiać na jednej ze stron książki. Dodam jeszcze, że rozrastające się niczym ośmiornica Birmingham, które posłużyło pisarzowi jako inspiracja dla kilku groźnych dla małego hobbita metropolii, możemy ujrzeć (doskonale odtworzone i zachowane) w sekwencjach serialu Peaky Blinders (lata dwudzieste i trzydzieste ubiegłego wieku), a szczęśliwy posiadacz oryginalnej reklamy Shella z domostwem Bilba Bagginsa mógłby po jej sprzedaży spokojnie zamieszkać na pół roku w zachodnim Londynie.

        Na J.R.R. Tolkiena i jego światy patrzymy z przyjemnością, a przywołując powiedzenie Zygmunta Kałużyńskiego – odnoszące się wprawdzie do komiksów i powieści graficznych – oglądając tekst Gartha, czytamy zawarte w nim obrazy.

         

        John Garth, J.R.R. Tolkien i jego światy. Miejsca, z których wyrosło Śródziemie, Wydawnictwo Arkady, Warszawa 2022.

        okładka książki

         

        Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
        Źródło tekstu: Paweł Chmielewski, Podróż od Shire do Númenórë, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2022, nr 173

        Przypisy

          Powiązane artykuły

          29.09.2022

          Nowy Napis Co Tydzień #171 / Żółtodziób tworzy własny świat fantasy  

          Rzadkie to zjawisko na naszym ryneczku komiksowym, ale zawsze godne podziwu – nieznany nikomu śmiałek rozpoczyna autorską historię obrazkową obmyśloną na kilkadziesiąt tomów. Rysuje ją w dość zawrotnym – jak na nasze warunki – tempie jednego albumu rocznie. Czy Krzysztofowi Łuczyńskiemu uda się stworzyć uniwersum transmedialne dorównujące sławą Wiedźminowi? A może mamy do czynienia z niezobowiązującą zabawą, podjętą dla zabicia czasu?

          Łuczyński jest jeszcze młodym absolwentem wydziału grafiki i animacji Polsko-Japońskiej Akademii Technik Komputerowych (PJATK) w Warszawie. Do tej pory pracował jako animator-freelancer oraz dostawca zewnętrznych materiałów marketingowych dla prasy. W dobie pandemii ukazał się pierwszy tom jego Iskier noszący podtytuł Ambicja, co samo w sobie obrazuje nastawienie twórcy do swojego dzieła. Celem Łuczyńskiego jest stworzenie utworu, który w warunkach francuskich, a nawet japońskich, byłby czymś normalnym – awanturniczą opowieścią płaszcza i szpady, usadowioną w fantastycznonaukowej konwencji, w odległej galaktyce. Wszelkie skojarzenia – od Gwiezdnych Wojen po komiksy inspirujące Hollywood – są tu zasadne. Biorąc jednak pod uwagę mizerne możliwości naszego rynku, można mówić o niesamowitej brawurze młodego twórcy i o jego dużej pewności siebie, której ze wszech miar należy kibicować.

          Jak sam Krzysztof Łuczyński przyznał mi się, gdy czyniłem przygotowania do pisania niniejszej recenzji:

          Dostałem się do tego świata dosyć prozaicznie. Zrobiłem pierwszy tom i rozesłałem po wydawnictwach. Odezwał się Timof Comics. Korespondowaliśmy mailowo w trakcie procesu wydawniczego, ale osobiście poznałem swojego wydawcę praktycznie na premierze swego komiksu w zeszłym roku. Pisania uczyłem się, dekonstruując historie, które mnie poruszały albo nudziły. Zawsze próbowałem wydobyć z nich to, dlaczego mi się spodobały, a dlaczego nie. I dochodziłem do własnych wniosków, ucząc się na błędach i sukcesach innych pisarzy. Wybrałem komiks, bo to język, w którym najbardziej naturalnie przychodzi mi mówienie o emocjach. To medium, które jest trudne „w obsłudze”, ale, moim zdaniem, pozwala na tworzenie najbardziej poruszających fikcyjnych światów i zapadających w pamięć postaci. Poza tym mogę dzięki niemu stworzyć w pojedynkę dzieło o takim rozmachu, który w każdym innym medium wizualnym potrzebowałby sztabu ludzi i ogromnych pieniędzy. Konstrukcja fabuły opiera się na tajemnicy, którą zamierzam stopniowo odkrywać. Są to świat i historia, które tworzyłem kilkanaście lat. Będzie to wielowątkowa opowieść o odrodzeniu, odkupieniu i zemście, ubrana w formę mitologicznej opowieści fantasty o walce dobra ze złem.

          I oto są: Iskry, nasz polski wszechświat fantastyczny, który ma wielkie szanse przerodzić się w dobrze prosperujący pop-przemysł, wizytówkę Polski, pozwalającą przemycać do światowego show-biznesu naszą wrażliwość i stosunek do świata, ukierunkowanie na ponadczasowe wartości. Czy te nadzieje już się ziściły?

          Po lekturze pierwszych dwóch tomów – każda ma około sześćdziesięciu stron i kosztuje prawie pięćdziesiąt złotych – można z czystym sumieniem powiedzieć, że nie jest najgorzej. Mamy do czynienia z rozbudowaną, wielowątkową epopeją o intergalaktycznej wojnie i pokoju, w której zarówno wszelkie odcienie okrucieństwa, jak i heroizmu zostały przedstawione w zajmujący sposób. Łuczyński jako komiksowy żółtodziób dość sprawnie operuje przestrzennością kadru, potrafi też budować dramatyzm wojennej zawieruchy i ma pomysł na zagospodarowanie politycznej intrygi, jaka toczy się między wymyślonymi rasami. Jednocześnie daje się w jego komiksie odczuć rozgardiasz motywów, który komplikuje przejrzystość odbioru – zwłaszcza w momentach, kiedy autor posiłkuje się pojęciami charakterystycznymi dla swego świata, które następnie pozostawione są same sobie i nie wiadomo, co właściwie znaczą. Może wypadałoby przy okazji kolejnych rozdziałów stworzyć bestiariusz lub słowniczek, skoro znalazło się miejsce na mapę przedstawiającą uwarunkowania kosmopolityczne komiksowych plemion?

          Choć fabuła dopiero się rozkręca, na główną kwestię już teraz wyrasta temat heroizmu oraz problem koniecznej anihilacji wroga (jak u Nolana: „albo umrzesz jako bohater, albo dożyjesz dnia, w którym ujrzysz w sobie łotra”). Widzę w projekcie Krzysztofa Łuczyńskiego ogromny potencjał i doskonale rozumiem, dlaczego swój pomysł przelał właśnie na strony komiksowe, a nie przedstawił wytwórniom filmowym w formie scenariusza. Nasz rynek popkulturowy, a zwłaszcza kinematograficzny, z oporem przyjmuje pomysły na polskie science fiction, bo rzadko mogą się równać z produkcjami HBO. Nie chodzi nawet o pieniądze – ten problem to, rzekłbym, błahostka. Wystarczy je znaleźć. Problemem jest świadomość samych producentów, temperujących autorów scenariuszy i nie tyle ograniczających ich fantazję, ile w ogóle nierozumiejących istoty fantastyki. Dlatego nie dziwię się, że Łuczyński chciał mieć pełnię kontroli nad swoim światem.

          Trudno przy tym nie zauważyć przeobrażeń w przemyśle rozrywkowym. Dzisiaj to sami aktorzy, zarabiający miliony w amerykańskich produkcjach, realizują swoje idee poprzez komiks, często traktując go jako storyboard podczas rozmów z producentami filmowymi. Po co łopatologicznie tłumaczyć producentowi fundamenty świata, którego tamten nie rozumie, skoro można mu go po prostu pokazać? Za przykład takiego podejścia niech posłuży nam amerykańskie wydawnictwo Legendary Comics, które nie tak dawno temu rozpoczęło na Kickstarterze zbiórkę na sfinansowanie publikacji powieści graficznej współtworzonej przez światowej sławy aktora Oscara Issaca, odtwórcę głównej roli w serialu Moon Knight. Komiks, zatytułowany Head Wound: Sparrow, zapowiadany jest przez Legendary Comics jako posępny kryminał o detektywie po przejściach, wplątanym w spiralę niepojętych zdarzeń. Historie obrazkowe być może tracą przez takie inicjatywy swoją autonomię, ale jednocześnie stają się ważnym elementem marketingowym. W tym sensie Krzysztof Łuczyński, zaczynający od komiksu, to trzeźwo myślący twórca, który rozumie, jak piąć się w górę w środowisku kreatywnym.

          Właśnie dlatego patrzę na Iskry jako produkt swoich czasów. Złośliwcy dostrzegą w tych albumach wiele „kopii kopii” rozwiązań fabularnych zapożyczonych z ukochanych przez Łuczyńskiego dzieł kultury masowej. Sam wielokrotnie miałem poczucie, że przechadzam się po popkulturowym muzeum. Uwagę przykuł zwłaszcza pewien kadr z drugiego tomu, bezpośrednio nawiązujący do przerażającego anime „JIN-RŌ: Brygada wilków”, o jednostce specjalnej zaprowadzającej porządek w alternatywnej Japonii lat sześćdziesiątych. Takich zapożyczeń jest tu dużo. Mimo to umiejętności autora utwierdzają mnie w przekonaniu, że jeszcze pokaże, na co go stać, a do swego pomysłu będzie podchodzić jak do rośliny, którą trzeba troskliwie podlewać i pozwalać jej rosnąć tak, jak ona chce. Tacy narwańcy, rzucający się z motyką na słońce, dzisiaj tworzą naszą świadomość kulturową, przynajmniej naszych młodszych generacji. Trzeba ich wspierać w realizacji marzeń.

           

          Krzysztof Łuczyński (scenariusz i rysunki), Iskry: Ambicje, Iskry: Serce z kamienia, Warszawa: Timof Comics, 2021–2022.

          okładka komiksu

          Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
          Źródło tekstu: Michał Chudoliński, Żółtodziób tworzy własny świat fantasy  , „Nowy Napis Co Tydzień”, 2022, nr 171

          Przypisy

            Powiązane artykuły

            18.08.2022

            Nowy Napis Co Tydzień #165 / Czas na wyprawę!

            Drodzy Czytelnicy i Czytelniczki!

            Natchnięci wakacyjnymi wojażami oraz zbliżającą się premierą Rodu smoka – serialu osadzonego w uniwersum Gry o tron, chcemy Was zabrać w podróż po światach polskiej fantastyki. Pierwszy etap wyprawy pod hasłem Traktat o fantastyce polskiej poprowadzi Krzysztof Sokołowski. Następnie dowództwo przejmie Paweł Chmielewski, który omawia w swojej recenzji Społeczny świat fandomu polskiego Łukasza Kaszkowiaka. Ostateczna bitwa rozegra się między Patrykiem Kosendą a Łukaszem Kucharczykiem w rozmowie o książce, którą autor sam określa, jako parodię heroic fantasy. Strudzonych wędrowców zachęcamy do odpoczynku przy nowych wierszach Michała Mytnika oraz zachęcamy do obejrzenia wywiadu z poetą na temat jego tomu Hoodshit (griptape). A skoro już o spotkaniach z poetami mowa, to zapraszamy serdecznie 24 sierpnia na spotkanie z nominowanymi do Nagrody Literackiej GDYNIA w kategorii poezja – jednym z nich jest nasz redakcyjny kolega Patryk Kosenda. 

            W dziale recenzji Błażej Szymankiewicz pisze o biografii Davida Fostera Wallace’a pióra D.T. Maxa Każda historia miłosna jest historią o duchach. Michał Chudoliński ocenia komiks Incel Jana Mazura. Natomiast Marcin Cielecki przygląda się finałowemu tomowi trylogii Anny Kańtoch Jesień zapomnianych. Zaś w cyklu „Polecajki” Zuzanna Sala rekomenduje tom Ilony Witkowskiej Gdzie są moje dzieci.

            Publikujemy również szkic Dariusza Kuleszy z 13. Numeru kwartalnika „Nowy Napis. Liryka. Epika. Dramat”, w którym autor, analizując przejawy spełnionej epopeiczności Kamienia na kamieniu, wskazuje dlaczego Wiesław Myśliwski to najwybitniejszy polski prozaik przełomu XX i XXI wieku.

            Ufamy, że tygodnik spełni Państwa oczekiwania oraz rozbudzi apetyt czytelniczy!

            Redakcja NNCT!

            Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
            Źródło tekstu: Redakcja NNCT, Czas na wyprawę!, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2022, nr 165

            Przypisy

              Powiązane artykuły

              16.06.2022

              Nowy Napis Co Tydzień #156 / Waylangarr

              Kiedy zbliżałem się do horyzontu zdarzeń, myślałem, że to mój koniec. Potężna wiązka światła zepchnęła statek z kursu, rozcinając go wzdłuż kadłuba. Kątem oka dostrzegłem dryfujących w przestrzeni pasażerów drugiego w dziejach ludzkości turystycznego lotu na Księżyc. I ja dryfowałem z nimi.

              Spodziewałem się, że będę zamarzać wśród odłamków skał, jednak inżynierowie zrobili wszystko, by kombinezon utrzymywał ciepło. Był szczelny. Beztroscy turyści nie mieli jednak żadnych szans na przeżycie. Unosili się jak kukły, z szeroko otwartymi oczami. Choć byłem daleko od nich, czułem wypełniającą przestrzeń śmierć. Zapominając o nieprzyjaznym obiekcie i lewitujących ciałach, wpatrywałem się w ciemny punkt otoczony tańczącymi światełkami. Dla badacza – niesamowicie pociągający, dla astronauty – cholernie niebezpieczny.

              Nikt już nie wierzył w bogów, a ja nagle odczułem potrzebę modlitwy. Zapomniane regułki zastąpiłem słowami dyktowanymi przez serce.

              – Boże, pomóż mi to przeżyć… – szeptałem, licząc na cud.

              Nic to jednak nie dało.

              Czułem, że dziura mnie wciąga. Oczekiwałem, że moje miażdżone pod wpływem grawitacji członki zaczną się kurczyć lub ciało ulegnie spaghetttizacji. Czy taka śmierć będzie męcząca? – zdążyłem spytać siebie w myślach, zanim most Einsteina-Rosena otworzył się. Nie minęła nawet sekunda, zanim znalazłem się gdzie indziej.

               

              Obudziłem się, półleżąc, zanurzony po pas w płytkiej wodzie. Niebo nade mną miało fioletowy odcień. Szyba osłaniająca twarz zaparowywała z każdym wydechem. Usiadłem i zdjąłem hełm, by lepiej przyjrzeć się otoczeniu. Byłem niemal pewny, że moja modlitwa została wysłuchana i doświadczyłem cudu. Wątpliwości wzbudzały jedynie kolor nieba i nieziemski mróz – lodowate powietrze kłuło w płuca i natychmiast pożałowałem, że pozbyłem się ochrony głowy. Za moimi plecami szumiał wysoki wodospad. Na powierzchni wody unosiły się kryształki lodu oraz opary przypominające ciekły azot. Wstałem i wyszedłem z basenu pod wodospadem, który dalej przechodził w rwący potok. Oczy łzawiły od zimna, a kropelki zamarzały na policzkach, dotkliwie szczypiąc skórę. Już chciałem z powrotem założyć hełm, kiedy na kamienistym dnie dostrzegłem błysk. W pierwszej chwili pomyślałem, że to złoto, które na Ziemi było wtedy najbardziej luksusowym dobrem, gdyż wyeksploatowana do jądra matczyna planeta nie obdarowywała już nikogo i niczym. Przykucnąłem, by przyjrzeć się temu z bliska. Mieniące się drobinki pływały między skałami. Zanurzyłem sztywne palce, próbując złapać choć jeden złoty płatek.

              Nagle usłyszałem dziwny dźwięk przypominający głębokie ziewnięcie. Nadstawiając uszu, rozglądałem się dookoła, lecz niczego nie dostrzegłem. Ciarki przeszły mi po plecach, kiedy ponownie rozległ się przyprawiający o dreszcze odgłos. Uniosłem głowę i zobaczyłem go.

              Czarny jak smoła wieloryb leżał na boku wzdłuż klifu. Jedna z płetw leniwie kołysała się przy skalnej półce. Stwór patrzył na mnie bez wyrazu, wręcz znudzony. Po chwili ociężale przekręcił się i znikł mi z oczu. Wciąż pochylony, zastygłem w bezruchu. Kiedy moje ciało przestało drżeć, wyprostowałem sylwetkę. Straciłem równowagę, a gdy próbowałem ją złapać, poślizgnąłem się na oblodzonej skale i upadłem na twarz, uderzając skronią w leżący na dnie ostry kamień. Dotkliwy ból rozlał się po mojej głowie. Z trudem wstrzymywałem oddech, lodowata woda wdzierała się do płuc. Próbowałem wstać, krztusząc się, ale potok niespodziewanie przyspieszył i jakby nie podlegając prawom fizyki porwał mnie ze sobą.

              Na chwilę przestałem cokolwiek czuć. Rzeka niosła mnie z prądem między skałami, zawijała wśród grubych drzew, a złote drobiny płynęły obok. Zrozumiałem, że walka z żywiołem nie ma sensu. Gdzieś między świerkiem a cisem spokojnie obróciłem się na plecy i poddałem się. Boże – szepnąłem w myślach, unoszony przez rzekę jak topielec.

              Pamiętam, że niebo miało wtedy szaro-fioletowy kolor.

              *

              – Tam jest! – krzyknął bąblogłowy, wskazując palcem bezwładnie dryfującego po rzece mężczyznę.

              Jedna z niewielkich istot weszła do wody, z trudem przeszła na drugą stronę i naciągnęła sieć.

              – Zawijaj! – rozkazał Najwyższy, widząc, że ciało wpadło w pułapkę.

              – Ciężki! – jęknął Najmniejszy, kucając przy mężczyźnie. – I przystojny – dodał, odsłoniwszy jego twarz po tym, jak oparł mu głowę o wysoki kamień. – Spodoba się jej. – Zachichotał.

              Zanim wyciągnęli nieprzytomnego astronautę na brzeg, jeden z bąblogłowych szklanym naczyniem nabrał wody z rzeki.

              – Tyle chyba wystarczy – powiedział ze skupieniem wpatrzony w połyskujące złotem cienkie dno szklanej bańki.

              Przywódca ekipy bąblogłowych przytaknął i kazał założyć człowiekowi na głowę naczynie, które w mgnieniu oka brzegami przyssało się do linii włosów. Loki falowały w wypełnionej wodą bańce, a złote drobinki mieniły się między nimi jak brokat w śnieżnej kuli.

              Mali ludzie zarzucili dużego człowieka na sanie i zaciągnęli go po zamarzniętej ziemi na pagórek, z którego widać było rozświetloną ogniskami osadę.

               

              Nim nastał wieczór, zatrzymali się przed domem Najstarszej. Mieszkańcy wioski zerkali przez cienkie szczeliny, z których wydobywało się żółte światło i podniecone szepty. Najstarsza nie ukrywała radości na widok astronauty. Podobnie jak wielu innych mieszkańców nie mogła zmrużyć oka, oczekując powrotu zwiadowców. Kazała jak najszybciej położyć rozbitka na posłaniu, po czym wymownym gestem odesłała wszystkich. Usiadła obok nieprzytomnego gościa, nieśmiało gładząc jego czerwone od mrozu policzki.

              – Może to właśnie na ciebie czekaliśmy.

              Próbowała dostrzec podobieństwo między przybyszem a portretem człowieka wyrytym w glinianej tabliczce nad posłaniem. Wydawało jej się, że to ten sam. Obaj mieli średniej długości włosy, duży, ale zgrabny nos i wąskie usta. Tylko jego zamknięte oczy pozostawały tajemnicą. Uśmiechnęła się pełna nadziei, po czym włożyła futrzaną płachtę i wyszła na siarczysty mróz.

              Późnym popołudniem Najstarsza, bijąc w drewniany pal usytuowany w centrum osady, zwołała miejscowych. Przybyło dwadzieścioro osób, najwięcej w wieku dziecięcym. Kiedy szmery ucichły, chłopiec o kruczoczarnych włosach wystąpił i zwrócił się do zainteresowanych w ich języku.

              – Złapaliśmy kolejnego Ziemianina. Podobnie jak pozostałych przyniosła go do nas Rzeka, Która Płynie w Drugą Stronę. Czas ruszyć na drugą pielgrzymkę.

              Nikt nie wątpił w słuszność tych słów. Najstarsza z troską przyglądała się sąsiadom. Większość miała łyse czaszki. Drżącą dłonią pogładziła swój akwariowy hełm. Ten nowy człowiek, wierzyła, był dla nich błogosławieństwem zesłanym w ostatniej chwili.

               

              Natan obudził się z bólem skroni. Zakrzepła krew skleiła powieki. Kiedy próbował rozchylić palcami lewe oko, wyrwał kilka rzęs. Gdy przypominał sobie minione wydarzenia, przerażony, że zamarznie na śmierć, usiadł gwałtownie, przez co zakręciło mu się w głowie. Kiedy otępienie minęło, ze zdumieniem rozejrzał się po izbie. Na środku tliło się małe ognisko, po drugiej stronie stał drewniany stół, a na nim różne naczynia, prawdopodobnie gliniane, oraz dwie tabliczki z wyrytymi nań znakami przypominającymi pismo obrazkowe. Natan podniósł się z posłania i podszedł do jedynej w ścianie szczeliny. Ujrzał bąblogłowych z gasnącymi pochodniami w dłoniach, rozchodzących się do swoich małych domów ustawionych w kręgu wokół głównego paleniska.

              – Dobry świt!

              Natan odskoczył od ściany i obrócił się w kierunku, z którego dobiegał głos. Zobaczył młodą dziewczynę, która po chwili ciszy nieśmiało zbliżyła się do niego.

              – Witaj na naszej planecie. Jestem Najstarsza.

              Kiedy się ukłoniła, Natan ujrzał przezroczystą bańkę przyssaną wzdłuż linii krótkich, falujących w wodzie włosów, wśród których błyszczały małe, złote rybki.

              – Co to? – zapytał ochryple. Zdjął rękawicę i chciał pogładzić się po potylicy. Z przerażeniem odkrył, że nie może. Pod palcami wyczuł szklaną bańkę.

              Najstarsza zaśmiała się.

              – Wszystko się dowiesz. – Dziewczyna zrzuciła z siebie grube futro, pod którym nosiła warstwową suknię, wypłowiałą i podniszczoną. – Cecile powie. Ja nie znam dobrze wasz język – powiedziała, po czym usiadła na posłaniu, ramionami obejmując podkurczone nogi. – Ale to południe – dodała, poklepując miejsce obok siebie.

              Tępy ból spowodowany uderzeniem o kamień dawał się Natanowi we znaki. Dym z ogniska pachniał tak słodko, wręcz usypiająco…

               

              Kiedy Natan ponownie otworzył oczy, zobaczył dziewczynę stojącą przy stole.

              – Pić – szepnął ochryple.

              Najstarsza lekko wzdrygnęła się na te słowa, ale wciąż zamyślona skubała szare liście. Po chwili wypełnionej szelestem zalała zioła gorącą wodą i podała je Natanowi.

              – Dziś na północ – oznajmiła, gładząc go po akwarium. – Twoje rybki grube.

              Natan nie był pewny, czy dobrze zrozumiał sens jej słów, ale czuł, że bańka na jego głowie stała się cięższa.

              – Pani. – Do izby wszedł chłopiec o kruczoczarnych włosach, również pływających w bańce. Rzucił pogardliwe spojrzenie w stronę delektującego się naparem gościa. Jego oczy przepełnione były gniewem, a wzrok przyprawiał o gęsią skórkę. Z tego powodu Natan w myślach nazwał chłopca Bestią.

              Najstarsza i Bestia wymienili kilka zdań w języku, którego Natan nie znał.

              – Chodź! – krzyknęła Najstarsza,wyraźnie ustaliwszy coś z chłopcem.

              Do pomieszczenia weszła wysoka kobieta. Mimo że nieco się zmieniła, Natan rozpoznał ją w pierwszej chwili.

              – Berge?! – Wstał gwałtownie, wylewając przy tym napar na poduszki.

              – Tak, to ja – potwierdziła. – Mam nadzieję, że mnie szukaliście.

               

              Natan bardzo dobrze znał twarz Cecile Berge. Media rozpisywały się na jej temat miesiącami. Nagłówki informowały o pierwszej kobiecie w kosmosie, a później o jej zaginięciu w pobliżu czarnej dziury, która pojawiła się znikąd. NASA i naukowcy z całego świata próbowali rozwikłać zagadkę pojawiającej się ot tak osobliwości, która pochłonęła statek Berge i jej trzech partnerów podczas pierwszej w historii załogowej misji na Marsa. Setki teleskopów przeszukiwało Drogę Mleczną, ale ślad po Cecile, jej kolegach oraz po czarnej dziurze zaginął.

              Cecile znacząco schudła od tego czasu. Kombinezon wydawał się o dwa rozmiary za duży, kobieta miała zapadnięte policzki i szare worki pod oczami. Nie było śladu po gęstych, kasztanowych włosach. Nad jej czaszką, w wypełnionym wodą hełmie przypominającym bąbel, pływały pojedyncze kępki włosów oraz tłuściutkie rybki.

              – Cecile Berge – szepnął mężczyzna. Obłęd w jego oczach przybierał na sile. Chciał rwać włosy z głowy, ale nawet tego nie mógł zrobić. Niesamowicie zlękniony patrzył na twarze zebranych, oczekując wyjaśnień.

              – Spokojnie. – Najstarsza podeszła do niego, kładąc mu dłoń na ramieniu.

              – Co się tu dzieje?! Gdzie ja jestem? – Chciał krzyczeć, ale gardło paliło go od środka, pozwalając na wydobycie jedynie świszczących dźwięków.

              – Po drodze powiemy. – Zdecydowała Najstarsza.

              Natan, patrząc dziewczynie w oczy, uwierzył w tę obietnicę. Przeniósł wzrok na stojącą w kącie Cecile. Była spokojna.

               

              Dzień był szary i pochmurny, a może zapadał już zmierzch. Natan stracił poczucie czasu. Delikatne płatki śniegu wirowały na wietrze. Ich ruch był nieznaczny, ledwo widoczny, ale Natan zauważył w nim coś osobliwego.

              – Cecile? – Chwycił kobietę za rękaw. – Czy śnieg pada w drugą stronę? – Zdawał sobie sprawę, że jego pytanie brzmi głupio.

              Cecile skrzywiła wargi w sztucznym uśmiechu i kiwnęła głową.

              – Dobrze widzisz – powiedziała.

              Natan puścił jej rękaw, zdjął rękawiczkę i wyprostował rękę. Gdy był małym chłopcem, lubił patrzeć na topniejące na skórze, spadające z nieba śnieżne płatki. Śnieg na Ziemi padał tak rzadko. W tym miejscu biały puch mroził wnętrze jego dłoni, a ten, dla którego ciepła skóra nie stanowiła przeszkody, unosił się ku niebu. Mężczyzna spojrzał w górę, gdzie ujrzał kłębiące się obłoki, a potem w dół, gdzie unosząca się warstwa śniegu powoli odsłaniała brunatną ziemię. Nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył. A przecież przeżył to na własnej skórze.

              – Waylangarr! – Obserwacje przerwała dziewczynka, która na wyciągniętych rączkach wręczyła mu małą rzeźbę w kształcie wieloryba. – Waylangarr! Waylangarr! – krzyczała słodkim głosem, po czym w podskokach wróciła na swoje miejsce przed jednym z domków. Była taka drobna. Akwarium na jej głowie musiało niesamowicie jej ciążyć.

              Natan przyjrzał się czarnej jak smoła figurce. Był pewny, że już poznał Waylangarra.

               

              Bestia wystąpił na środek placu. Dopiero wtedy, gdy szmery i szepty ucichły, Najstarsza stanęła obok chłopca i przemówiła do zebranych.

              – Wyznawcy Waylangarra, skazańcy czasu, poddani Wielkiego Chłodu – zaczęła pompatycznie, co nie pasowało ani do jej wieku, ani do delikatnej urody. – Wyruszamy na drugą pielgrzymkę do wielkiego Waylangarra. Połowa z nas musi zostać, by w razie niepowodzenia mogła przekazać wiedzę następnym. Jeśli nam się uda, wrócimy po was. Niech czas odwróci swój bieg!

              – Niech czas odwróci bieg! – podniósł się donośny krzyk. 

              Natan nie rozumiał, co mówili i krzyczeli, ale Cecile przetłumaczyła mu wszystko.

              – Ja chyba śnię – szepnął mężczyzna, pochyliwszy się w stronę Cecile, by tylko ona mogła go usłyszeć.

              – A to dopiero początek – powiedziała kobieta, po czym ze spuszczoną głową ruszyła za Najstarszą w stronę Ściany Luster piętrzącej się na północnym krańcu osady.

              Natan chciał ją zatrzymać, ale ostatecznie, równie pokornie i cierpliwie, choć bańka ciążyła mu coraz bardziej, zrobił to, co inni, licząc, że wyjaśnienia otrzyma po drodze.

               

              Ściana Luster znajdowała się dwa kilometry od wioski bąblogłowych. Garstka pielgrzymów, licząca dziesięcioro mieszkańców planety i dwóch ziemskich przybyszów, dotarła tam krótko przed porankiem. Najstarsza nieśmiało podeszła do gładkiej ściany. Jej ciało drżało, lecz nie od mrozu, a ze strachu. W końcu zobaczyła swoje odbicie.

              – Gorzko płacimy za twoje zabawy, Waylangarze.

              Rybki w jej akwarium były coraz grubsze, plątały się w coraz krótszych włosach. Najstarsza uśmiechnęła się do własnego odbicia niepewna, czy była rozbawiona, czy smutna.

              Największy z bąblogłowych o posturze dwudziestolatka minął ją i z niepokojem przyglądał się przywódczyni. Widząc to, Najstarsza głośnym krzykiem ponagliła pielgrzymów. Wzrokiem szukała Natana, co nie było trudne, gdyż Ziemianin był najwyższy i mogła dostrzec go z każdej odległości. Szedł na samym końcu, krok w krok z Cecile. Dziewczyna ze złością zarzuciła futrzany kaptur na głowę i szczelnie owinęła szyję lisią kitą.

              – Jesteś niespokojna – zauważył Bestia, który niczym cień podążał za Najstarszą.

              W odpowiedzi spiorunowała go spojrzeniem. Poczekała, aż Największy przeciśnie się przez szczelinę, po czym zdecydowanie zwróciła się do Bestii.

               – Pilnuj ich, żeby nie było jak z poprzednimi!

              Ostatni raz spojrzała na swoje odbicie, po czym weszła do tunelu.

               

              Pielgrzymi kroczyli w ciemności rozświetlanej przez małe punkty pulsujące światłem, bezładnie rozsypane po zamarzniętych ścianach. Sufit zwężał się tuż nad głową Natana. Cecile była jeszcze wyższa, dlatego co jakiś czas uderzała bańką o sklepienie.

              – Uważaj! – warknął rozeźlony Bestia. – Jak zbijesz, umrzesz.

              Cecile wiedziała, że to zwykłe zastraszanie. Miała pewność, że bąbel jest wytrzymały. Nieraz, po kryjomu, waliła głową w mur. I nic się nie stało.

              Natan, depcząc Cecile po piętach, przyglądał się hipnotyzującym ścianom. Fosforyzujące punkciki, biegające po chropowatej powierzchni, skaczące nad głowami, przypominały mu wymarłe już ziemskie świetliki. Kiedy robaczki zatrzymały się, wyglądały jak gwiazdy na ciemnym niebie.

              – Zasłońcie usta, to trucizna – nakazał Bestia, widząc, że przybysze z Ziemi nic nie wiedzą o tej krainie.

              Cecile i Natan zgodnie z poleceniem zakryli nozdrza i usta. Astronauta zastanawiał się, dokąd i po co idą. Nadal nie miał okazji, by w spokoju porozmawiać z Cecile. Przez chwilę wpatrywał się w bańkę na głowie Berge i dostrzegł przerażającą rzecz: jedna z rybek zjadała naskórek. Natan gwałtownie zatrzymał się. Bestia, który szedł za nim, wpadł na niego, uderzając czołem w pas oplatający biodra astronauty. Chłopiec spiorunował obcego spojrzeniem i bez słowa pokazał palcem przed siebie. Bąblogłowi stanęli i w milczeniu przyglądali się tej scenie. W ciemności rozświetlanej przez nibyświetliki i bańki Natan doskonale mógł zobaczyć rybki plączące się w ich włosach, zjadające je jak spaghetti, pulchniejące z przejedzenia. Dwoje bąblogłowych miało już na skórze wilgotne rany, a ich rybki były najgrubsze. One nas jedzą! – zrozumiał. Cecile uśmiechnęła się, pewna, że już nie musi tego wyjaśniać.

              Najstarsza przerwała napięcie, ruszając dalej. Kilkanaście minut później pielgrzymi wyszli z lodowego tunelu. Najpierw Największy ciągnący sanie, za nim Najstarsza, dwóch łysych, mała ruda, chudzielec, Cecile, Natan i Bestia. Przed nimi rozciągał się las wysokich słupów skalnych spowity szarą mgłą, a na ich płaskich szczytach migotały płomienie.

               

              Jeszcze przed wyprawą Natan spokojnie akceptował fakt, że szybko nie otrzyma wyjaśnień. Nauczony posłuszeństwa i ślepego wykonywania rozkazów przemilczał niechęć mieszkańców planety do rozmów na temat celu pielgrzymki. Po pewnym czasie jednak skończyła mu się cierpliwość.

              – Nie pójdę tam, dopóki nie wyjaśnicie mi, co tu się dzieje!

              – Nic nie rozumiesz – wycedził Bestia przez zaciśnięte zęby, po czym odwrócił się do niego plecami z głową zadartą w kierunku skalnych słupów. – Nie chcesz ich spotkać.

              Cecile wbiła wzrok w ziemię. Natan stał sztywny jak te słupy, które przerażały go i ciekawiły zarazem. Po chwili wahania chwycił dłoń koleżanki, stłumił gniew, uciszył pytające myśli i ruszył po twardej ziemi za orszakiem zjadanych od głowy dzieci.

              Pielgrzymi zanurzyli się w gęstej mgle, która u nasady spowijała skalne słupy. Najstarsza ostrożnie stawiała każdy krok, nasłuchując przy tym, jakby się bała, że coś zaraz wskoczy jej na plecy. Wszyscy czuli ten opadający z góry niepokój.

              – Zgasić pochodnie i nakryć głowy! – rozkazała Najstarsza, po czym łańcuch światła niesionego przez pielgrzymów zgasł, a rybki z akwariów zostały ukryte pod ciężkimi kapturami.

              Dziewczyna chwyciła Bestię za dłoń, a on z niechęcią chwycił kolejną osobę. Natan szedł na końcu. Za nim był tylko Największy,który do barków przywiązał lekkie sanie, by tarciem o glebę nie zdradzać ichobecności.

              Gęstniejąca ciemność ograniczała widoczność. Natan słyszał przed sobą niespokojny oddech Cecile. W takich warunkach zapomniał o piętrzących się pytaniach. Czuł się jak w pułapce i jedynym jego życzeniem było teraz bezpieczne przejście przez mroczne słupowisko.

              Najstarsza nagle zatrzymała się. Pielgrzymi niemal powpadali na siebie, zaskoczeni jej zachowaniem. Coś dostrzegła. Po chwili dostrzegli to również inni. Ciężka mgła spływała po słupach jak eter po ściankach naczynia, zachowywała się jak świadoma istota, oplatając bąblogłowym nogi. Cecile mocniej ścisnęła dłoń Ziemianina.

              – Nie patrzeć do góry! – Najstarsza szepnęła, ale w tej ciszy usłyszał ją nawet Największy, który szedł na końcu.

              Na Ziemi czasem mówiło się, że mózg nie przyswaja słowa nie. Mała bąblogłowa spojrzała. Przestrzeń między skalnymi wieżami wypełnił jej krzyk. Żywa mgła pobudzona wrzaskiem zadrżała, poruszając się chaotycznie niczym cząsteczki gazu w zamkniętym naczyniu.

              – Trzymać się i biegiem!

              Natan poczuł szarpnięcie. Nie miał pojęcia, przed czym konkretnie uciekają. Kątem oka dostrzegł cienie sunące po ścianach skalnych wież. Wydawało mu się, że przypominają ludzi o nienaturalnie długich, chudych kończynach. Istoty te poruszały się jak pająki, ale było w ich ruchach jeszcze coś dziwnego

              Mimo że dzieci nie biegły szybko, nie mieli czasu na wnikliwe obserwacje. Natanowi odechciało się ich jeszcze bardziej, kiedy jedna z istot znienacka spadła na Największego, który chcąc się ratować, zrzucił sanie z barków. Istota została przygwożdżona do ziemi, ale kolejnych nie udało się powstrzymać.

              – Nie zatrzymywać się!

              Natan i Cecile, usłyszawszy zrozpaczony krzyk Największego, z ciężkimi sercami posłuchali rozkazu. Stado istot, które teraz obserwowali z daleka, na skraju tego ponurego miejsca, rozszarpywało na strzępy ciało bąblogłowego i rozrzucało ekwipunek przyczepiony do sań. Głośny chlupot odbił się echem, kiedy stwory z nieludzką siłą uderzyły głową z akwarium o glebę. Jednak nie było niezniszczalne. Coś błysnęło w ciemności, kiedy jedna z istot uniosła ściśniętą w kościstych palcach rybkę.

              Chociaż o potworach ze Słupowiska krążyły legendy, bąblogłowi po raz pierwszy widzieli je tak wyraźnie. Istoty te miały ludzką posturę, głowy owinięte bandażami i czarne, puste oczodoły, w których jednak można było dostrzec życie. Chrupnęło, kiedy stwór wbił spiczaste zęby w ciało złotej ryby. Chwilę później przerażeni bąblogłowi usłyszeli dźwięk przypominający ziewnięcie, a ponure stworzenia zamarły ze strachu.

              – Waylangarr – rzekła Najstarsza, rozglądając się po niebie. – Waylangarr pomści naszego przyjaciela!

              Jeszcze przez chwilę stali w milczeniu, wyrównując oddechy, ciszą oddając cześć zmarłemu. Czekając na wielkiego Waylangarra.

              – Nie możemy tu zostać! – stwierdził Bestia. – Nie możemy widzieć Waylangarra nad zwłokami. To świętokradztwo!

              Najstarsza westchnęła. Jesteśmy tak blisko – pomyślała. Kolejne jęknięcie rozniosło się echem po skalnym labiryncie.

              – Masz rację. Biegiem!

               

              Uciekli przez tunel w lodowej ścianie po drugiej stronie Słupowiska. W uszach wciąż szumiało wycie wieloryba przeplatające się z dźwiękiem łamanych kości.

              – Po co w ogóle tamtędy szliśmy? – zapytał zdyszany Natan. Bańka ciążyła mu jeszcze bardziej. Bałby się spojrzeć w lustro, podobnie jak Najstarsza.

              Złote rybki zajadały stres wywołany napaścią umarlaków. Mężczyzna z czułością i bólem w sercu spojrzał na Cecile. W jej bańce nie falował już ani jeden włos. Kwestia godzin lub dni, kiedy zaczną dobierać się jej do skóry.

              – Niech ktoś mi to wszystko wyjaśni! – wrzasnął, ponownie tracąc cierpliwość.

              – Dobrze – powiedziała Najstarsza. – Wszystko opowiemy. 

               

              Bestia zaproponował, by w ramach odpoczynku usiedli na kamieniach rozrzuconych wzdłuż górskiej drogi prowadzącej na szczyt.

              – Nie mamy dużo czasu. – Chłopiec niechętnie zwrócił się do Cecile pewny, że jako Ziemianka mieszkająca tu od tygodni jako jedyna potrafi odpowiednio przekazać historię swojemu rodakowi.

              – Jesteśmy na planecie, na której czas płynie w drugą stronę i grozi jej Wielki Chłód – zaczęła. – Gdy czas zatoczy swój bieg, jej mieszkańcy wymrą. Są tylko dwa miejsca, które nie podlegają prawom odwróconego czasu, czyli Góra Waylangarra oraz Rzeka, Która Płynie w Drugą Stronę. Bąblogłowi wierzą, że skoro Waylangarr potrafi przynieść tu Ziemian, potrafi też zabrać ich samych na ciepłą Ziemię. Według legendy przybysz z Ziemi jest jedyną szansą na przetrwanie w Kosmosie. Wierzą, że to ty. – Cecile parsknęła. – Trzech z moich partnerów również udało się na pielgrzymkę, ale nikt nie wrócił. Jak się domyślasz, na Ziemi też ich nie ma.

              Natan słuchał tej opowieści ze zmarszczonymi brwiami. To wszystko, według niego, pozbawione było sensu.

              – Kim jest ten cały Waylangarr? A rybki? Skąd te rybki i bańki na głowie? – zapytał.

              – Nie obrażaj Waylangarra! – wtrącił Bestia, ale Najstarsza uciszyła go.

              – Wierzą – kontynuowała Cecile – że Waylangarr jest wszechmocnym bogiem. Rybki na naszych głowach chronią przed działaniem płynącego w drugą stronę czasu i innych właściwości tej krainy.

              Cecile nerwowo zawiesiła głos, co umknęło bąblogłowym, ale Natanowi dało do myślenia. Oboje wiedzieli o czymś, o czym bąblogłowi nie mogli mieć pojęcia.

              Natan w końcu zrozumiał, dlaczego większość mieszkańców wioski to dzieci. Oni przeżyli już swoje życie, od trumny po kołyskę.

              – Byłam w jednej z wiosek, gdzie nie wierzy się w moc baniek – opowiadała Cecile. – Widziałam wstających z grobów starców, wskakujące do łon matek niemowlęta. Wszystko wyglądało jak puszczony od tyłu film.

              – Czy to jest w ogóle możliwe?

              – Jest możliwe – odparła Cecile, patrząc Natanowi prosto w oczy, jakby chciała z nich wyczytać, czy rozumie, co Cecile próbuje mu przekazać. Natan zamrugał porozumiewawczo.

              – Jak zdobyli bańki? Kto był pierwszy? – dopytywał, by zgasić czujność bąblogłowych.

              Cecile roześmiała się.

              – To tak, jakbyś spytał, czy pierwsze było jajko, czy kura.

              W tym momencie Natan nie potrzebował wiedzieć więcej. Pomyślał, że zwariował, że może mu się śni, albo nie przeżył katastrofy i dostał drugie życie gdzieś indziej.Przypomniał sobie unoszące się do nieba śnieżne płatki i zmarszczył brwi. Niechętnie postanowił, że skoro Waylangarr go tu przyniósł, to Waylangarr odniesie go na Ziemię.

               

              Ciemny las porastał zbocze góry. Pielgrzymi wspinali się po stromej drodze. Sprzęt ułatwiający wspinaczkę przepadł razem z Największym, trzymali się więc przydrożnych drzew, jednak i to nie zawsze chroniło przed upadkiem. Niektórzy obijali się plecami o obumarłe od mrozu przydrożne pnie.

              – Chodźmy przez laszaproponował Natan.

              Najstarsza przytaknęła i jako pierwsza zniknęła w ciemności.

              Tik tak. Tik tak.

              Pielgrzymi usłyszeli miarowe stukanie dobiegające z koron drzew. Natan zatrzymał się i próbował zlokalizować źródło dźwięku.

              – Ptaki – szepnął Bestia, wskazując palcem ukryte między łysymi gałęziami stado pierzastych stworzeń. Podobnie do Waylangarra, były czarne jak smoła, z matowymi dziobami, a czubki ich łebków wieńczyły złote płatki.

              – Uderzają tak równo… Jak metronom – stwierdził Natan, przypomniawszy sobie instrument zdobiący biurko żony.

              Bąblogłowi nie znali tego słowa.

              – Jak czas – wyjaśniła Cecile.

              Ptaki dziobały w rytm, las gęstniał i ciemniał, mimo że gałęzi nie porastały liście, mimo że Najstarsza uważnie prowadziła ich wzdłuż lodowego jęzora. W słabym blasku jednego z księżyców Natan zauważył, że woda w akwarium przyjaciółki mętnieje od krwi.

              Musieli się spieszyć.

               

              – Co się stało z tymi, których zjadły rybki? – Natan nie chciał powiedzieć tego na głos w obecności Cecile, ale pragnął wiedzieć.

              – Nie dożyli niemowlęctwa – odpowiedział Bestia, jakby to była oczywistość.

              – Ciszej! – Najstarsza w bezruchu nasłuchiwała.

              Coś zaszeleściło między drzewami, a potem wydało z siebie długie ziewnięcie. Natan już rozpoznawał ten dźwięk. Pielgrzymi wpatrywali się w miejsce, z którego dobiegał boski odgłos. Ptaki przyspieszyły tempo gry, rybki w akwariach wiły się jak szalone. Nagle Natan poczuł niemiłe ukłucie w głowę. Cecile zemdlała.

              – Waylangarr! – ktoś krzyknął.

              Natan podskoczył w stronę nieprzytomnej kobiety, zatrzymując się na kruchym pniu. Przykucnął, trzymając się wiszącej nad głową Cecile gałęzi. Berge miała zamknięte oczy, a jej oddech zsynchronizował się z ptasim rytmem.

              – Waylangarr… – szeptali bąblogłowi ze wzrokiem wbitym w ziemię.

              – Nie ma czasu – pomyślał Natan.

              W leśnej gęstwinie dostrzegł go. Czarny jak smoła wieloryb w lesie. Ten sam, który leniwie przeciągał się na szczycie góry. Ten sam, który ukarał umarlaków za morderstwo. Powiększona, żywa wersja figurki, którą Natan dostał od małej dziewczynki.

              – Stój! – Ziemianin bez zastanowienia krzyknął w stronę Waylangarra.

              Wieloryb nie słyszał lub nie chciał słyszeć. Leniwie unosił się nad leśnym poszyciem między drzewami, które wyginały się przed nim, robiąc miejsce majestatycznemu bóstwu. Ptaki dziobały coraz szybciej i głośniej, aż huczało. Pielgrzymi zatykali uszy.

              Natan chciał dogonić wieloryba, lecz kiedy zrobił krok, ponownie poczuł bolesne ukłucie. Nie mógł tego zobaczyć, ale był pewny, że wodę w jego bańce zabarwiła czerwona kropla.

              – Nie ma czasu! – Zacisnął pięści.

              Nie ma czasu – Usłyszał w swojej głowie, lecz ten głos z pewnością nie należał do niego.

              Waylangarrznikł im z oczu, a ptaki dziobały w rytm, tik tak, tak samo jak przedtem.

               

              – Cecile! Cecile! – Mężczyzna próbował ocucić kobietę.

              Bestia stanął nad parą Ziemian, przyglądając się im z pogardą.

              – Twoja rodaczka nie będzie nam już potrzebna. Zaraz ją zjedzą.

              Natan wstał oburzony, wciąż trzymając się gałęzi. Ukłucie za ukłuciem sprawiało, że zakręciło mu się w głowie.

              – Wszystko dobrze? – Najstarsza z troską patrzyła na bańkę Natana.

              – Musimy iść! – stanowczo oznajmił Bestia. – To dziwne, ale twój czas też się kończy.

              Bąblogłowi stali wyraźnie zniecierpliwieni.

              – Nie mogę jej tak zostawić! – Natan wskazał Cecile.

              – Jej już z nami nie ma.

              Bańka Cecile przybrała krwistoczerwony odcień. Rybki pęczniały jak gąbki, wypełniając prawie całą przestrzeń. Ptaki uderzały w korę coraz wolniej i ciszej, a dla Natana czas jakby zwolnił. W końcu złowieszcze dziobanie ucichło.

              Szklana bańka pękła, tłuste ryby z chlupotem wypadły na glebę. Przez chwilę wiły się, walcząc o przeżycie. Z góry dobiegło pojedyncze uderzenie w drzewo. Łuski pierwszej rybki przywarły do siebie, tworząc gładki, smolisty pancerz.

              Tik tak! Tik tak!

              Następna i następna, aż wszystkie przeobraziły się w sztywne figurki, identyczne jak ta, którą Natan nosił w kieszeni.

               

              Cecile leżała oparta o zimny pień, jej skóra powoli stygła. Bestia powiedział coś do Małej Rudej w języku tubylców. Dziewczynka pozbierała leżące obok kobiety figurki.

              Natan poczuł kolejne ukłucie. Z bólem w klatce piersiowej ostatni raz spojrzał na Cecile. Nie miał już czasu, by ją pochować.

               

              Pielgrzymi pokonywali las z ciężkimi bańkami, w których woda zabarwiona była czerwienią. Rybki wysysały z nich krew, energię i życie. Natan nie patrzył przed siebie, ale w niebo poprzecinane gałęziami, na których teraz spały ptaki. Dzioby ukryły w piórach, złote plamki zdobiące ich łebki błyszczały w bladym świetle.

              – Nić! – Bestia zauważył sznurek przywiązany do drzewa.

              Najstarsza podeszła i przyjrzała się temu. Bąblogłowi spojrzeli po sobie z niesmakiem.

              – Byli tu – powiedział Bestia, jednak Natan nie rozumiał, o czym mówi.

              – Kto taki? – zapytał.

              – Ziemianie. Byli nieposłuszni. Uciekli, a nić prawdopodobnie miała zaprowadzić ich z powrotem.

              Najstarsza drżącymi palcami rozwiązała supeł, zwinęła sznurek w kłębek i wsunęła go do kieszeni.

              Bąblogłowi padali z nóg. Mała Ruda umarła tuż przed wyjściem z lasu. Nikt się nie zatrzymał, by jej pomóc, bo też nie znali na to sposobu. Wszyscy z trwogą obserwowali bańkę przyssaną do głowy Natana. W końcu dotarli na skraj lasu. Drzewa rosły tu rzadko, ostre światło słońca raziło w przyzwyczajone do półmroku oczy. Gdy wzrok oswoił się z jasnością, pielgrzymi zobaczyli schody wyryte w stromym zboczu góry. Z oddali słychać było szum wodospadu i dźwięk łamanego lodu.

              – Już blisko. – Najstarsza była o tym przekonana. Kolejny raz z niepokojem przyjrzała się bańce Ziemianina. – Tym razem zdążymy.

               

              Po krótkiej dyskusji zdecydowano, by Natan szedł pierwszy. Obwiązał się sznurem, który Najstarsza zabrała z lasu, a kiedy dotarł na górę, rzucił sznur bąblogłowym. Przez chwilę pomyślał, żeby zostawić ich na dole, ale chciał razem z nimi dotrzeć na Ziemię. Musiał przekonać się, czy Cecile myślała o tym samym co on i pragnął zobaczyć to na własne oczy.

               

              Szczyt góry był płaski jak ścięty stożek. W środku znajdowało się kobaltowe jezioro, źródło wodospadu skryte pod gęstą mgłą.

              – Waylangarr – powiedziała Najstarsza.

              Bąblogłowi padli na kolana, zmęczeni, brudni i mokrzy. Bańki na ich głowach wypełniały tłuste ryby i krew.

              – Jest tam – wyszeptał Bestia, nieśmiało pokazując palcem.

              Waylangarr leżał w na wpół zamarzniętym jeziorze wśród popękanych lodowych bloków. Kiedy spojrzał na pielgrzymów, ci odwrócili wzrok. Tylko Natan ośmielił się patrzeć mu prosto w ślepia.

              Chcesz wrócić na Ziemię? – Mężczyzna usłyszał pytanie w swojej głowie.

              Waylangarr patrzył na niego bez wyrazu. Delikatnie machnął płetwą.

              Zabierz mnie z powrotem na moją planetę – odpowiedział mu w myślach.

              Wieloryb zamrugał leniwie, po czym szeroko otworzył paszczę.

              – Więc chodź.

               

              Bąblogłowi, słysząc kroki Ziemianina, nieśmiało podnieśli głowy. Z nadzieją patrzyli, jak wchodzi do paszczy boga. Prostowali drżące nogi, z ufnością patrzyli w stronę smolistego stworzenia. Waylangarr zapraszał ich do siebie. Czuli to.

              *

              Wylądowaliśmy na lawendowym polu, może we Francji, może na jednej z chorwackich wysp. Wysokie kwiaty falowały na wietrze, intensywny zapach drażnił nozdrza. Waylangarr otworzył się, byśmy mogli wyjść. Wciąż nie wierzyłem w to, co mnie spotkało. Nie mogłem znieść myśli, że Cecile nie doczekała tego momentu. Uszczypnąłem się w rękę, by mieć pewność, że ta chwila mi się nie śni. Przez gruby skafander nie poczułem bólu.

              – Zdejmij to ze mnie! – krzyknąłem do jednego z bąblogłowych, który podobnie jak reszta, z otwartymi ustami wpatrywał się w morze lawendy. Zareagował dopiero po chwili.

              Zbliżył się i rękoma ubranymi w rękawice z łusek, które znaleźliśmy we wnętrzu Waylangarra, delikatnie ściągnął bańkę z mojej głowy. Niecierpliwiłem się, a on robił to, jakby odprawiał rytuał. W końcu pozbyłem się tego ciężaru. Ciekawość był silna, więc rzuciłem okiem na swoje rybki. Nie było mi ich żal. Wystarczająco mną nasiąkły.

              Poraniona skóra skwierczała w palącym słońcu. Czułem, że ropa ścieka mi do uszu i tam zastyga. Tym lepiej, pomyślałem, huk mnie nie ogłuszy. Fizycznie cierpiałem, lecz z serca spadł mi kamień. Zaciągnąłem się przyjemnym, ziemskim powietrzem. Gdzieś niedaleko musiało być morze. Jego zapach delikatnie przebijał się przez pole lawendy.

               

              Na miękkich kolanach wyszedłem z paszczy Waylangarra. Ze łzami w oczach, tylko na chwilę, uklęknąłem wśród kwiatów. Wiedziałem, że wkrótce nie będzie po nich śladu.

              Bąblogłowi nieufnie stali w środku. Otwierali usta ze zdumienia, ale wciąż bali się zdjąć bańki. Najstarsza odważyła się jako pierwsza. Wyrecytowałem wtedy w myślach bardzo ważną rzecz.

              W teorii, świat, w którym kierunki są odwrócone, czas płynie w drugą stronę, a materia zastąpiona jest antymaterią, ma prawo istnieć.

              Cecile to wiedziała, wiedziałem również ja. I wiedzieliśmy coś jeszcze.

               

              Nim Najstarsza, już pozbawiona bańki, ruszyła się, wstałem i pobiegłem jak najszybciej, jak najdalej od nich. Kiedy stwierdziłem, że zachowuję odpowiedni dystans, zatrzymałem się, bo pokusa była zbyt silna. Serce biło jak szalone, podciągałem nosem, a oczy łzawiły od zapachu lawendy. Rękawem skafandra przetarłem powieki i patrzyłem. Nie potrafiłem dokładnie obliczyć, czy jestem bezpieczny, ale ciekawość była silniejsza. Waylangarr ponownie wszedł do mojej głowy.

              – Nie musisz się bać.

              Więc czekałem, w razie czego zakładając na głowę hełm, który odzyskałem na górze Waylangarra.

              Najstarsza stała na skraju paszczy wieloryba, piękna mimo wilgotnych strupów na głowie. Nie słyszałem jej, ale chyba krzyczała, bym poczekał

              – Nie mam czasu! – odpowiedziałem głośno, chociaż wiedziałem, że jestem zbyt daleko, by moje słowa mogły do niej dotrzeć.

              Byliśmy na Ziemi, a ja nie potrzebowałem już Boga. Podniecony, patrzyłem na leżącego w oddali wieloryba. I on mi się przyglądał, leniwie, poniekąd wręcz znudzony, dokładnie tak samo jak przedtem.

              Słowa modlitwy zastąpiły wyuczone regułki. Szeptałem, ledwo poruszając ustami.

              – Kiedy ciało zbudowane z materii styka się z antymaterią, następuje ich anihilacja.

              Najstarsza postawiła stopę wśród fioletowych kwiatów.

              To był jej ostatni krok.

               

              Zawrzało. Krzyki bąblogłowych zlewały się z niesioną po łące akustyczną falą. Najstarsza zniknęła z hukiem, a i reszty Waylangarr nie oszczędził. Wyrzygał podróżników jak niestrawne kąski, karząc ich w ten sposób za ignorancję. Wybuch po wybuchu. Całkowita destrukcja. Leżąc, czekałem, aż wszyscy znikną. Cudem przeżyłem, a kiedy wstałem, zobaczyłem leniwego wieloryba, który patrzył na mnie ze znudzeniem. Ociężale machnął płetwą, przekręcił się na bok i po prostu znikł mi z oczu.

               

              Po kilku miesiącach badań i wywiadów zamknąłem się z żoną w domu. Już mnie nie obchodziły pojawiające się znikąd czarne dziury, przestałem nawet patrzeć w gwiazdy.

              Z serwisów informacyjnych dowiedziałem się, że turystyczne loty na Księżyc zawieszono do czasu rozwikłania zaskakującej astronautów zagadki osobliwości. Ale ja żyłem już z dala od zagadek kosmosu i technologicznego świata.

              Mimo że człowiek dołożył wszelkich starań, by uratować Ziemię, mówią, że wykończy ją Wielka Susza. Ale ja wierzę w Wielki Chłód.

              Koło czasu kręci się. W którą stronę? – czasem pytam samego siebie, przekładając między palcami figurkę czarnego wieloryba. Zależy, w co zabawi się Waylangarr.

               

              Opowiadanie nadesłane w ramach konkursu „Snuj Story” 2022. Zostało wyróżnione drukiem w tygodniku „Nowy Napis Co Tydzień”.

               

              Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
              Źródło tekstu: Paulina Kajoch, Waylangarr, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2022, nr 156

              Przypisy

                Powiązane artykuły

                12.05.2022

                Nowy Napis Co Tydzień #151 / Stare miejsce

                Nikos Petreas całe życie nie miał zegarka i nigdy nie zyskał powodu, by to zmienić. Przez siedemdziesiąt lat ani razu się nie spieszył, jak na prawdziwego Greka przystało. Godziny pracy Nikos określał za pomocą trzeszczącego radia Sony od wieków nastawionego na miejską rozgłośnię. Zamiast ulubionej piosenki Nikosa o Kennym Keczułokim stacja puszczała tylko nudne, lokalne rzępolenie, za to co godzinę na antenie rozlegał się bardzo pożyteczny dżingiel.

                Codziennie, gdy na oko robiło się w pół do dżingla o dziewiętnastej, będącej godziną zamykania zabytkowego akropolu, Nikos zgarniał miotłę i zajmował strategiczne miejsce zaraz za bramą wejściową. Powolnymi ruchami zamiatał chodnik od kasy do kamiennej ściany i z powrotem, i raz jeszcze. Były to najlepiej zamiecione cztery metry na całym Peloponezie.

                Wielu turystów uznawało, że na luzaku wolnym spacerem obejdą trzy hektary ruin w kwadrans. Rolą Nikosa było wybić im to z głowy, dopóki nie wybije pełna godzina. Jeśli jakiś rączy turysta nie speszył się wymownym widokiem starszego jegomościa zamiatającego w wejściu, to starszy jegomość służył słowem:

                – Nie, nie może pani zrobić ostatniego zdjęcia drzewka oliwnego dla kuzynki, już zamykamy. Polecamy obrazki w intyrnejcie.

                – Rozumiemy, że nie zdążył pan zobaczyć posągu Ateny, ale już zamykamy. Przez ostatnie cztery tysiące lat nie ruszył się z miejsca, jutro też go pan tu znajdzie.

                – Państwa synek został w świątyni Hery? Oj, ale już zamykamy. Spokojnie,dobrotliwa bogini się nim zaopiekuje. Co? Ja się śmieję? Nie proszę pani, to taki tik nerwowy, kiedy zapomnę zażyć leki.

                Szefostwo akropolu naturalnie kazało personelowi obsługiwać wszystkich gości do ostatniej minuty, podczas gdy sami wychodzili z pracy wedle własnego uznania i nigdy nie później niż o drugiej, dlatego ich nakazy stanowiły dla Nikosa równie istotny element akustycznego tła, co buczenie włączonej lodówki czy odgłos rosnącej trawy.

                Nie oznacza to jednak, że Nikos nienawidził swojej pracy, o nie. Uwielbiał akropol, uwielbiał zamiatać starożytny kamień, czuć ciężar wieków, gdy dotykał go palcami. Kochał świst wiatru w ruinach upadłej cywilizacji. Tylko to wszystko mogłoby się odbywać bez udziału turystów, szefostwa, pracowników i ludzi w ogóle. Oni nie doceniali tego miejsca. Dla tych baranich łbów była to po prostu sterta głazów przynosząca pieniądze. Denerwowały go też grube brzuszyska turystów i ich trupioblade, owłosione łydki wystające spod beżowych rybaczek. Na widok reklamówek z napisem „Lidl” drewniany kij w zgrabiałych dłoniach starca wręcz pulsował ciepłem od wewnątrz. Każdy odcisk, kość i chrząstka w stawie miały na nim swoje miejsce, wypracowane w trakcie trzydziestu lat wiernej służby Urzędowi Oczyszczania Miasta, Sekcja Akropol. Jeszcze zdarzali się tacy, którzy pomimo wielkich obrazków zakazu wiszących przy wejściu na akropol żarli w najlepsze wielkie kebaby i barany waty cukrowej. Baranie łby pracujące na kasach miały to naturalnie gdzieś. Patrząc na to wszystko, Nikos wyobrażał sobie, jak unosi kij, wznosi okrzyk godny samych Spartan, a baranie łby uciekają przed nim w popłochu, gubiąc po drodze sandały.

                Tego konkretnego dnia marzenie Nikosa było niebezpiecznie bliskie spełnienia się dwa razy. Dlatego nawet nie potraficie sobie wyobrazić ulgi, jaka spłynęła na Nikosa, gdy o dziewiętnastej zero-zero i trzydzieści dwie sekundy brama miejskiego akropolu wreszcie trzasnęła, a po kolejnych dwudziestu sekundach jęknął prastary zamek.

                Nikos zdążył w ostatniej chwili tuż przed grupką Amerykanów.

                – Prosimy! – zaskomleli.

                – Ja też – odparł kwaśno i odmaszerował, zarzucając miotłę na ramię jak karabin.

                Z małej budki służącej za kasę wejściową wyszła Aleka. Kobieta równie sumiennie pilnowała, żeby nie przepracować ani minuty więcej niż te, za które jej płacą. Pomachała starcowi.

                Nikos zamarł na chwilę, po czym, mieląc przekleństwa, poczłapał z powrotem do zamkniętej bramy i wypuścił biedną kobietę do domu. Szczęśliwie po Amerykanach nie było już śladu.

                Wreszcie, równo cztery minuty po dziewiętnastej, Nikos został na akropolu sam, tak jak lubił. Stary człowiek i stare miejsce.

                Dzień, a właściwie wieczór, stał się lepszy.

                Pośród antycznych ruin rozległo się gwizdanie. A właściwie gwizdanio-plucie, bo kilka zębów Nikosa zawieruszyło się gdzieś w trakcie życia. Ktoś bardzo życzliwy mógłby nawet pochwalić starca za ilość serca włożoną w wygwizdanie melodii do piosenki o Kennym Keczułokim.

                Zapadał zmrok. Lampy i światła sprytnie poukrywane pomiędzy pokruszonymi murami i kawałkami tysiącletniego gruzu roztaczały nad akropolem przyjemną, złotą łunę. Idealną do romantycznych zdjęć lub okultystycznych rytuałów. Kilka cykad zaczęło swój darmowy koncert.

                Nikos szedł główną aleją akropolu, powłócząc nogami, spacerował przez historię. Podziwiał olbrzymią świątynię Hery oraz skromniejszą świątynię Nike, która z kolei słynęła z tego, że zachowały się w niej ślady dawnych polichromii. Minął szpaler odrestaurowanych posągów anonimowych bóstw i herosów. Ostatnia osoba znająca ich imiona zmarła dwa tysiące lat temu. Po prawej wyrósł teatr ku czci Dionizosa, dowód prymu Greków w dramacie i literaturze, dosłownie wykuty w kamieniu. Po lewej wznosił się zaś ołtarz ofiarny – bez patrona, ponieważ na razie żaden archeolog nie spieszył się z oskarżaniem któregoś boga o potencjalne ludobójstwo, a istniała możliwość, że na ołtarzu składano ofiary z ludzi.

                Szefostwo akropolu zapewniało turystów, że tak, jak najbardziej, składano. W końcu cóż to za emocje oglądać kawał kamienia, na którym ktoś kroił jedynie bydło? Innego zdania byli ludzie z ministerstwa, którzy nie mogli się zgodzić na przyznanie narodowi filozofów i matematyków łatki fanatycznych morderców religijnych. Nikos tymczasem nie dbał o zdanie ani jednych, ani drugich. Dla niego blok granitu podświetlony lampkami po prostu wyglądał magicznie. W czasach użytkowania, z pochodniami, musiało to wyglądać jeszcze lepiej. Sama myśl o tym, ile żywotów, ile historii oglądał ten kawał kamienia tkwiący tu od trzech tysięcy lat, wywoływała u starca dreszczyk podniecenia. Nikos doznał miłego zaskoczenia, że wciąż jeszcze mu się to zdarzało.

                Wciągnął głęboko letnie, wieczorne powietrze i zanurzył się w krzaki rosnące obok ołtarza. Prowadziła tędy ścieżka, schowana przed oczami baranich łbów, znana chyba jedynie Nikosowi. Starzec przedzierał się przez listowie z wprawą, przeskoczył niski murek, a po chwili wyszedł na skrawek wolnej przestrzeni pomiędzy ruinami. Do antycznych pleców ołtarza przyklejona była mała, drewniana budka. Po powykręcanych łuskach na ścianach można było się domyślić, że kiedyś pociągnięto ją zieloną farbą olejną. Przed budką znajdowało się malutkie obozowisko z pordzewiałym leżakiem i trójnogim grillem. Siedząc w leżaku, miało się doskonały widok na pomnik Ateny, a dokładnie na najmniej chwalebny fragment bogini mądrości.

                Ciasno otoczone starożytnymi murami, położone za murkiem i gęstymi chaszczami, niepodległe państewko Nikosa Petreasa ukrywało się przed światem. Nikos przetrwał co najmniej dwie pełne wymiany całego personelu akropolu. Nikt nigdy nie spytał, gdzie właściwie Nikos mieszkał, a skoro nie pytali, to i on nie narzucał się z odpowiedzią.

                Starzec wszedł do domu, oparł miotłę o ścianę i podgłośnił radio Sony wiszące na gwoździu. Na starej kuchence gazowej czekały już na niego resztki wczorajszej zapiekanki z ziemniaków i kiełbasy. Preferował dania proste, sycące i które po ugotowaniu trzymały się minimum tydzień.

                Z miską parującego jedzenia Nikos wyszedł na zewnątrz. Sprężyny starego leżaka zaśpiewały pieśń pordzewiałego metalu, gdy kościsty tyłek opadł na materiał. Ciszę zalegającą pomiędzy tysiącletnimi ruinami zmąciły odgłosy ciamkania i mlaskania.

                Ktoś go obserwował. Wysoki, może czterdziestoletni mężczyzna stał w wąskim przejściu, z którego chwilę temu przyszedł Nikos. Trzymał się granicy światła padającego z okienka budki. Brud i pajęczyny w okienku dodatkowo utrudniały zadanie najtańszej żarówce zamontowanej w domku, lecz nawet w tej słabej poświacie rude włosy mężczyzny zdawały się płonąć. Największe marki odzieżowe zapłaciłyby krocie, byleby pokazać swoje ubrania ozdobione tak szlachetnymi i intrygującymi rysami twarzy. Tylko że przybysz na pewno nie interesował się modą. Umięśnione ciało, mogące idealnie prezentować się w najdroższych garniturach, nosiło seledynowy dres z ortalionu.

                – Jadłeś coś dzisiaj? – zapytał Nikos, nie wyjmując długiego nosa ze swojej miski.

                – Zapomniałem – westchnął tamten lekko zdumiony tym odkryciem. Miał miły głos, idealny do roli lektora rodzinnych programów przyrodniczych. – Rzeczywiście jestem głodny.

                Prawa dłoń Nikosa zwinęła się w pięść koło głowy, a szponiasty kciuk wskazał na budę za jego placami.

                – Miska czeka koło kuchenki – odparł, a gdy przybysz go mijał, stary dodał: – Tylko nie bierz samej kiełbasy. Trzy kawałki ziemniaka na jeden mięsa. Cebuli – ile chcesz.

                Mężczyzna uznał to za uczciwy układ i wszedł do środka, a po chwili przeraźliwego skrobania metalu o metal i trzech soczystych mlaśnięciach wrócił z jedzeniem. Nie było drugiego leżaka, więc usiadł na niskim kamieniu skrytym w trawie. Wyciągnął długie nogi i jadł, raz po raz łypiąc na cztery litery posągu Ateny.

                – Ona nie była znowu taka mądra, wiesz? – zagaił mężczyzna.

                – Naprawdę? – zapytał obojętnie starzec. Skończył posiłek i teraz całą uwagę poświęcał wydłubywaniu językiem kawałków obiadu z dziur po zębach.

                – W rzeczy samej. Bogini mądrości, a głupia jak but. Zawsze podejrzewałem, że dostała tę funkcję tylko dlatego, że wyskoczyła mu z głowy. Jakby zamiast głowy bolała go wątroba, to mielibyśmy boginię syntezy cholesterolu.

                Nikos westchnął. Zapowiadał się jeden z tych wieczorów. Zaraz będzie musiał pójść do budki i przynieść niedokończoną butelkę ouzo.

                – Zarozumiałe, wredne babsko – wycedził nieludzko przystojny przybłęda.

                *

                Echo było wyborne. Nie ulegało wątpliwości, że dramat dziejący się w malutkiej kancelarii dla petentów był doskonale słyszalny na całym Olimpie.

                Opoka handlowców, posłaniec bogów, arcymistrz negocjacji kroczył korytarzem. Był zły. Prawa dramaturgii nakazują, aby każdemu boskiemu krokowi towarzyszyło łupnięcie, jednak Hermes był do tego po prostu zbyt lekki. Zamiast tego czytelnicy audiofile muszą zadowolić się łopotem jego szat oraz szumem najprawdziwszych skrzydeł przytwierdzonych do hełmu. Może i wyglądał w nim tandetnie, lecz nakrycie głowy nie pozostawiało wątpliwości, z kim miało się do czynienia. Jeśli zaś to nie wystarczyło, to i tak każdy powinien poczuć respekt przed kimś trzymającym kij z dwoma owiniętymi wężami. Hermes darował sobie jedynie sandały ze skrzydełkami, bo pióra ciągle łaskotały go po kostkach.

                Zaraz za Hermesem truchtała drobna nimfa Chryssa, kancelaryjna stażystka. Jej jedyną tarczą przeciwko światu był chudy segregator.

                – I który z nich tak nas nazwał? – Hermes się gotował.

                – Nie zapamiętałam – skłamała Chryssa. – Dużo krzyczeli.

                – Dobrze. To zrobimy tak: ja wskażę palcem najmniejszego, ty potwierdzisz, a potem niech oni to już naprostują.

                – Nie wiem…

                – Zaufaj mi, jestem bogiem negocjacji. Znam się na rzeczy.

                Zatrzymali się przed wejściem do recepcji. Hermes wypiął pierś (a miał co wypinać), poprawił rude loki. Wyciągnął prawą rękę i pchnął drzwi.

                Drewniane skrzydła uderzyły o ścianę i Hermes wkroczył z dłonią uniesioną w geście pokoju oraz pozdrowienia. Zyskał tym uwagę oraz respekt tłumu mężczyzn cisnących się za ladą recepcji. Z jednym wyjątkiem.

                Hermes popatrzył na wszystkich z góry i już miał powiedzieć: „Witajcie bracia!”, gdy zobaczył niską kobietę w średnim wieku stojącą zaraz na przedzie tłumu. Jego aparat mowy dostał zwarcia.

                – Jeszcze tego tutaj brakowało – przywitała go kobieta.

                Hermes nie był do tego przyzwyczajony. Na ogół na jego widok ludzie reagowali natchnionym westchnieniem, czasami szerokim rozszerzeniem oczu. Irytacja była czymś nowym.

                – Eee – przemówiło boskie gardło.

                – Zamawiasz piwo? – Kobieta patrzyła na uniesioną dłoń boga mediacji. – W takim razie pięć nie wystarczy. Jest nas więcej.

                Hermes popatrzył zdziwiony na swoją dłoń, jakby widział ją pierwszy raz w życiu. Wolno ją opuścił. Odchrząknął, zbierając resztki autorytetu.

                – Witaj, Alkmeno.

                – A no cześć – wzruszyła ramionami. – To gdzie on jest?

                – Kto?

                – Dobrze wiesz kto, Herm.

                Wszyscy znali Alkmenę, dlatego że w pierwszej kolejności Alkmena znała wszystkich. Ba, połowa Olimpu była jej rodziną, co niekoniecznie jej się podobało. Tym bardziej nie widziała powodu, dla którego miałaby traktować bogów inaczej niż irytujących wujków i wredne ciotki. Naturalnie żadnemu bogu nie pasowała taka frywolność ze strony śmiertelniczki i chętnie wyjaśniliby z Alkmeną kilka kwestii, na przykład każąc jej wtaczać głaz na górę lub nasyłając na nią sępa rozsmakowanego w ludzkiej wątrobie. Jednak Alkmena była nietykalna, bo za nią stał On. Po kątach Olimpu mówiło się, że po niej nie miał już żadnej ludzkiej kobiety, w co Hermes niespecjalnie wierzył. Jego zdaniem wyglądała jak każdy śmiertelnik i do tego zadzierała nosa.

                – Dobrze wiesz Alkmeno, że to teraz niemożliwe. Jest bardzo zajęty – powiedział bóg mediacji.

                – Ja lepiej niż ktokolwiek wiem, czym on bywa zajęty, kiedy mówi, że „jest zajęty” – odparła Alkmena i oparła się o mahoniowy kontuar, całą uwagę poświęcając swoim paznokciom.

                Hermes poczerwieniał tak, że policzki zgrały się kolorem z jego rudymi włosami.

                – Tym razem jest zajęty-zajęty. Znowu jest problem z żurawiami.

                Jeden z młodych mężczyzn stojących za Alkmeną poruszył się niespokojnie.

                – Żurawie? Walczyłem z nimi – zaczął niepewnie. – Żurawie to rzeczywiście poważny problem. Może przyjdziemy kiedy indziej?

                Kobieta nawet nie raczyła się do niego obrócić. Paznokcie były całym jej światem.

                – Jak mawiał klasyk: „Współkochać przyszłam, nie współnienawidzić”, kuzynie – odparła. Ostatnie słowo ociekało drwiną. – Chcemy to załatwić po dobroci, jak to w rodzinie.

                – Kto to powiedział? Podoba mi się! Czy ja już to gdzieś słyszałem? – W tłumie młodzików zaskrzeczał starzec wsparty na krótkiej lasce. Gruba opaska na oczach nie pozostawała wątpliwości, że był to Edyp.

                – „Pycha rodzi tyranów!” – krzyknął mężczyzna stojący obok niego.

                – O! To też dobre! Ma ktoś notes?

                – Wystarczy! – Hermes uniósł ręce w obronnym geście.

                W krzyczącym mężczyźnie rozpoznał Tantala, syna wiadomo Kogo. Pozostali też nie byli obcy – w szeregu stali również bliźniacy Dioskurowie, Eneasz, Minos i inni, także Jego potomkowie. Poza tym Hermes wyłapał też twarze dzieci Posejdona: Tezeusza i Koronosa. Wreszcie wzrok Hermesa spotkał się ze wzrokiem Odyseusza i pot sperlił się bogu pomiędzy łopatkami.

                – Cześć, dziadku – pozdrowił go król Itaki.

                Hermes zdobył się na lekkie skinienie głową.

                „Rzeczywiście, prawdziwy rodzinny nalot. Dobrze, skoro tak to chcecie rozegrać… – pomyślał. Skinął na Chryssę i szepnął jej coś na ucho.

                Młodziutka nimfa pobladła. Sarnie, złote oczy zwiększyły się trzykrotnie. Coraz wyraźniej uzmysławiała sobie wady pracy w biurokracji. Jedzenie ciastek i plotki przy kawie nie rekompensowały tego.

                Hermes skinął głową, a gdy Chryssa nie ruszyła się z miejsca, odprowadził ją do drzwi i lekko wypchnął na zewnątrz. Odwrócił się do zebranych, splatając ręce na piersi. Węże na kaduceuszu dziabnęły go w ramię, gdy przez nieuwagę lekko je przydusił.

                – No i pięknie dziękuję – powiedziała Alkmena.

                – Zobaczymy. Co u Perseusza?

                – A myślisz, że kto nas do tego namówił?

                – Myślałem, że już wyjaśniliśmy sobie tamtą drakę z Dionizosem.

                – Nie chodzi tylko o niego, kuzynie.

                Zamilkli. Bóg mierzył wzrokiem śmiertelniczkę, śmiertelniczka boga. Tymczasem mężczyźni szeptali miedzy sobą, a czasami ponad szmer przebijały się zdania: „Trzeba przyznać, że bogato, ale skromnie” lub „Te kwiaty są sztuczne czy prawdziwe?” oraz „Mówię ci, tylko olejek z wolego łoju. Smaruję raz dziennie, a ramiona błyszczą mi jak łysina filozofowi”.

                Bogowie znali pojęcie czasu, ale nie widzieli w nim miejsca dla siebie. Od wyjścia nimfy mogło upłynąć zarówno pół sekundy, jak i dwa pokolenia ludzi. W końcu jednak coś się wydarzyło.

                Lampy naftowe w kancelarii straciły na jasności o pół tonu. Zrobiło się też zimniej, a powietrzu rozszedł się zapach żużlu i beznadziei.

                Drzwi otworzyły się w tempie marszu konduktu pogrzebowego i do kancelarii wszedł wysoki, czarnowłosy mężczyzna o ziemistej cerze. Była to jedyna istota na Olimpie, która nosiła szatę w kolorze fioletu i granatu.

                – Witajcie, bracia i siostro – powiedział. W przeciwieństwie do Hermesa wejście wyszło mu wyśmienicie. W głosie mężczyzny słychać było świst jakby przeciągu spod płyty nagrobnej. – Słyszałem, co was sprowadza. Rozumiem waszą sprawę, ale w tym momencie niewiele możemy zrobić.

                Alkmena wyprostowała się. Znudzenie momentalnie zniknęło z jej twarzy, ustępując czujności.

                – A jednak nie słuchałeś uważnie, bo przyszedłeś ty zamiast Niego. Mówiliśmy jasno, że chcemy rozmawiać z Zeusem – przez chwilę się zawahała, ale zaryzykowała dodanie: – wujku.

                Hades skierował na nią ciemne i pozbawione białek oczy. Po chwili odezwał się:

                – Wydawało mi, że Hermes wyraził się jasno. Zeus jest…

                – Tak, tak, wiemy, zajęty żurawiami – żachnęła się kobieta.

                Efekt wejścia boga podziemi tracił powoli na sile i Alkmena odzyskiwała pewność siebie.

                – Żurawie to poważny problem.

                – Tak! To samo mówiłem! – ochoczo krzyknął ten sam facet co poprzednio, ale szybko się wycofał.

                – Czyli rozumiecie, że nie możemy pomóc – Hades odparł tryumfalnie. – Odejdźcie w pokoju.

                – Hadesie – odparła Alkmena – odchodziliśmy już w pokoju raz i dwa, i trzynaście razy. Nie mamy już ochoty na odchodzenie w pokoju. Żądamy rozmowy z Zeusem, bo inaczej…

                – Bo inaczej? – zaciekawił się bóg podziemi, władca świata umarłych, odźwierny śmierci.

                – Bo inaczej zawiążemy związek zawodowy.

                Twarz Hadesa była nieruchoma niczym zdjęcie nagrobne, ale nawet Hermesa przeszły ciarki. Słyszał o związkach zawodowych i choć jako bóg handlu całym sercem wspierał je, to wolał nigdy nie mieć z nimi nic do czynienia.

                Tymczasem mężczyźni stojący za Alkmeną zafalowali. Kilku z nich potaknęło ochoczo głową, inni zrobili to, gdy ci pierwsi popatrzyli na nich znacząco.

                – Stanowimy komitet – ciągnęła kobieta. – A za nami stoi prawie setka herosów, półherosów, ćwierćbogów i istot nieklasyfikowanych. Każdy jest wyzyskiwany przez kierowników Olimpu. Wezwij Go, Hadesie. Wezwij Zeusa.

                – I Posejdona! – krzyknął ktoś z tłumu.

                Hades zlustrował wszystkich wzrokiem, poświęcając nawet chwilę Hermesowi, po czym wyszedł bez słowa.

                *

                – To niedorzeczne – burknął Posejdon z głębi swojej wełniastej brody.

                – Oczywiście – przytaknął Hades.

                – To kpina.

                – Tak im przekazałem.

                – A wyjaśniłeś, że żurawie to poważny problem?

                – W rzeczy samej, nie omieszkałem.

                Hades nie patrzył na brata numer dwa. Ważny był tylko brat numer jeden. Zeus stał przy oknie i patrzył w pustkę. Słońce oświecało jego boskie lico, lecz, biorąc pod uwagę emanującą z niego boskość, nie miało tu wiele do roboty. Ojciec bogów promieniał własnym blaskiem, podczas gdy Hades każdym kawałkiem siebie zasysał światło jak wygłodniała, czarna dziura.

                Oprócz nich w gabinecie była też Atena, jako bogini mądrości pełniła rolę doradcy swojego ojca. Siedziała w głębokim fotelu i drobnymi łyczkami popijała wino z kieliszka. Uśmiechała się do siebie, lecz – podobnie jak Zeus – nie zabierała głosu. Z kolei Posejdon szalał jak morze w czasie sztormu.

                – Na pewno widziałeś z nimi Tezeusza? – zapytał.

                – Jego obecność jest pewna jak gwóźdź w trumnie.

                – Głupi smarkacz. To wina Perseusza i Odyseusza. Oni zawsze mieli na niego zły wpływ. Ten drugi mnie nienawidzi.

                – Skazałeś go na dziesięć lat tułaczki po morzu na trasie, która normalnie zajmuje pięć dni.

                – Oślepił mi syna.

                – Cyklopa ludożercę, którego imienia nawet nie pamiętasz.

                – Jego imienia nikt nie pamięta!

                – Cisza – rzekł Zeus. Nie krzyknął, po prostu rzekł, a bracia umilkli. – Czy Alkmena była bardzo zła?

                – Nie bardziej niż zazwyczaj.

                Zeus obrócił się od okna i podszedł do braci, mącąc bosymi stopami złote runo na podłodze.

                – Czy waszym zdaniem ta cała sprawa ze związkiem zawodowym może być tak naprawdę prywatna? Że tak naprawdę Perseusz nasłał Alkmenę i oboje chcą dopiec mi osobiście?

                Posejdon popatrzył niepewnie na Hadesa, ale ten nie spieszył się z odpowiedzią.

                – No tak jakby… – zaczął – jesteś jednocześnie jego ojcem, kochankiem jego wnuczki i ojcem jego prawnuka. Raczej ciężko uważać, że oboje kiedykolwiek przyswoją ten stan rzeczy.

                – Skoro o Heraklesie mowa – Hades spojrzał głęboko w oczy Zeusa. Udawał, że nie czuje na sobie czujnych oczu Ateny – to Herakles nigdy się z tym nie pogodził. Jeśli mogę tak to określić – to dlatego stał się takim bufoniastym, bananowym dzieckiem.

                Zeus popatrzył przeciągle na brata, z jubilerską precyzją ważąc dawkę obrazy zawartą w jego słowach, po czym powiedział:

                – Możesz. Nawet ja nie byłem w stanie tego przewidzieć. Niektórym też sława uderza do głowy.

                – I jeszcze ten Tantal. – Posejdon spróbował zejść z tematu kazirodztwa, który był mu niebezpiecznie znajomy. – Przecież to psychol.

                – Ale krew – odparł Zeus – moja krew. I wasza też, bracia. Eneasz, Odyseusz, Perseusz, Alkmena. Nawet Dioskurowie, choć nie wiem, który z nich dokładnie. To dla mnie walczyli z Amazonkami i uganiali się za morderczymi dzikami. A z twoim Tezeuszem, Posejdonie, było inaczej? Też ma na koncie upolowanie wściekłego wieprza, no i posprzątał twój bałagan z Minotaurem. Czyż nie?

                Posejdon zaburczał coś niewyraźnie. Nie był zadowolony, że unikając tematu słabości do krewnych, przeskoczyli nagle na temat słabości do zwierząt.

                – Tak, bracia moi – Hades splótł ręce za plecami i zaczął maszerować wokół stołu jak ktoś, kogo racja po wielu wiekach nareszcie wyszła na wierzch. – Wasze dzieci właśnie dorosły i wystawiły wam rachunek za lata zaniedbania. I musicie go uregulować. Herosi są nam potrzebni, by utrzymać wiarę śmiertelników. Nawet ja nie do końca rozumiem, jak myślą i co czują ludzie. Nikt z nas nie rozumie, ale nikt się do tego nie przyzna. Karty na stół, potrzebujemy kogoś, kto będzie dla nas pracował z ludźmi i pomoże utrzymać się na rynku. Bez wiary ludzi wypadamy z gry.

                – Mówisz tak, jakbyśmy nic nie mogli. Bzdura. Zaraz urządzę potop i…

                – I zniszczysz całą ludzkość, nie pozostawiając nam nic, na czym moglibyśmy rosnąć? Doskonałe rozwiązanie – parsknęła Atena ze swojego fotela.

                – Dobrze więc, jakie są ich żądania? – zapytał Zeus.

                Hades zrobił potulną minę.

                – Równego traktowania.

                – I tylko tyle?

                – Ze strony bogów? To bardzo wiele.

                – Taaa – parsknął Posejdon. – Tu się zgodzę. Reszta na to nie pójdzie. Śmiertelnicy równi bogom? U nas to nie ma szans. Może w Skandynawii.

                Hades stanął przy wielkim marmurowym biurku boga ojca. Na blacie stał złoty globus, nie był jednak odlany z metalu. Uważne oko zobaczyłoby na nim miniaturowe morze i chmury, które cały czas się poruszały. Hades zakręcił globusem.

                – Nazwali to „prawem pracy” – odparł zapatrzony w urządzenie. – Myślę, że podpatrzyli to w reszcie Europy. Stabilne godziny pracy, płatne nadgodziny, wolne weekendy, prawo do urlopu wypoczynkowego i chorobowego. To ostatnie to chyba pomysł Achillesa, bo ciągle siedzi u ortopedy.

                – To Skandynawowie, mówię wam – warknął Posejdon. – Zawsze mnie irytowali z tymi swoimi wielkimi łodziami. Tylko że Odyn i spółka mogą sobie pozwolić na takie głupoty, bo u nich zarobki są cztery razy większe niż u nas.

                Hades wzruszył ramionami, zwrócił się do Zeusa:

                – Co w takim razie proponujesz?

                – Są bogowie i są śmiertelnicy – powiedział bóg bogów. Minął Hadesa, okrążył swoje wielkie biurko i usiadł w głębokim fotelu. – Jedni są na górze, inni na dole. Zawsze tak było i zawsze tak będzie. Hierarchia, bracia. Ja jednak zawsze szczególnie traktowałem swoje dzieci, reszta bogów również. Perseusz i Dioskurowie za swoje zasługi dostali ode mnie po gwiazdozbiorze. Synowi Tantala zwróciłem życie. To nie wina chłopaka, że ma ojca sadystę.

                Posejdon stanął obok Hadesa. Obaj bracia czekali, aż brat numer jeden dokończy myśl. Głos jednak zabrała Atena. Do tej pory nie odzywała się wiele, bo macierzyństwo zawsze wydawało jej się potwornie nudne i męczące.

                – Te całe ich prawa pracy są sprzeczne z naturą – odezwała się. – I teraz po latach wasze dzieci tak nam się odwdzięczają za opiekę i troskę? Związkiem zawodowym w twarz. Zachciało im się robić nowe porządki w starym miejscu.

                Wstała z fotela i podeszła do biurka Zeusa. Popatrzyła z góry na ojca. Dopiła resztkę wina, drugą ręką sięgnęła po złotą słuchawkę telefonu stojącego na blacie.

                *

                Sala konferencyjna była dużo bardziej okazała niż kancelaria Olimpu, co było zrozumiałe. Kancelaria była dla śmiertelników, a z sali konferencyjnej korzystał zarząd Olimpu, czyli sami bogowie. Pośrodku stał wielki stół obity zielonym materiałem. Jego długość nie znajdowała odzwierciedlenia w żadnym ludzkim systemie miar, zwłaszcza jeśli w jednej chwili musiał przy nim usiąść cały panteon greckich bóstw. Ludzie – jakimś zbiegiem okoliczności – jeszcze nigdy nie zostali tu zaproszeni. Tym razem jednak Związek Zawodowy „Olimp Dwadzieścia Dwa” zajął miejsce z lewej strony stołu. Z prawej zasiedli bogowie. Cała dwunastka olimpijska ze szczególnym zaproszeniem dla Hadesa. Wokół stołu mediacyjnego zebrała się też setka mniejszych bożków i bogiń.

                Alkmena ani trochę nie zdziwiła się, że boską salę konferencyjną zdobiły posągi samych bogów, mistrzów samouwielbienia. Jako przewodnicząca związku zasiadła pośrodku dłuższego boku stołu, naprzeciw Zeusa.

                – Alkmeno.

                – Zeusie.

                Ich głowy wymieniły się skinieniami.

                – Hero – zwróciła się Alkmena do bogini siedzącej po prawicy Zeusa, ale ta nie poruszyła się. Patrzyła na kobietę jak kot na podejrzany kawałek zielonego mięsa. Jej twarz była stworzona do posągów i spoglądania na świat z pogardą.

                Głos zabrał Zeus.

                – Na samym początku chciałbym usłyszeć zapewnienie z twojej strony, że całe to zamieszanie nie jest formą osobistej zemsty na mnie. Nigdy ani ty, ani Perseusz nie daliście mi w żaden sposób znać, by między nami istniała jakaś niezgoda.

                Alkmena rozpromieniła się bardziej niż boskie oblicze boga ojca.

                – Też miło mi cię widzieć, kochany. Zapewniam, że w żaden sposób nie traktuję tego jako prywaty. Zarówno mnie, jak i dziadkowi chodzi wyłącznie o dobro ludzi oraz firmy. Wszak na Olimpie jesteśmy jak rodzina.

                – Naturalnie. Jednak zważywszy na naszą przeszłość – palce Zeusa wykonały dziwny gest w tę i z powrotem, przy tym nieco odsunął się od Hery, która jeszcze bardziej zacisnęła wargi – trudno nie zauważyć, że to jednak ty przewodzisz temu całemu… związkowi.

                – Oj, Zeusie, chłopaki po prostu potrzebowali kogoś z jajami.

                Zebrani na sali ryknęli śmiechem. Gdzieś w głębi gardła boga piorunów rozległ się mały grom.

                – Fakt, tego nie sposób ci odmówić. Ale do brzegu. Hades wyłożył nam wasze żądania. Czy mam przez to rozumieć, że do tej pory czuliście, że traktuje was niesprawiedliwie?

                – Zeusie, czasami jesteś nieznośny, czasami wybuchowy, ale nigdy nie powiedziałbym, że niesprawiedliwy, czego nie można powiedzieć o innych bogach. Potrzebujemy tylko gwarancji równości na piśmie, tak by wszystko było jasne. Olimp to rodzinna firma, to nasze miejsce. Tak zawsze będziemy go traktować.

                – Alkuś – bóg ojciec zapomniał się, używając pieszczotliwego imienia kochanki. Nikt nie drgnął, jedynie Hera wyglądała jakby połknęła rozdymkę. – Jesteś niezwykle mądrą kobietą, ale rozumiesz, że to oznacza formalne zrównanie bogów i ludzi?

                – Tak działa demokracja, kochany. Chlubny wynalazek naszej ojczyzny Grecji.

                – Ja nigdy nie potrzebowałem urlopu wypoczynkowego – warknął Ares siedzący dwa miejsca na lewo od Zeusa.

                – Bo wy się nie męczycie tak jak my. Poza tym macie wolne cały czas. Jesteście bogami. Jako kierownictwo najwięcej korzystacie z tego, co my wypracujemy, podczas gdy my dostajemy nędzne resztki.

                – Teraz nas obrażasz, śmiertelniczko – odezwała się Atena nosowym głosem. Siedziała zaraz na lewo od ojca jako jego główny doradca. – Bacz na swoje słowa. Teoria skapywania…

                – Przez was ożeniłem się z matką!

                Tysiąc par oczu popatrzyło jednocześnie na mężczyznę w zaawansowanym wieku siedzącego kilka krzeseł na prawo od Alkmeny. Przerywanie wypowiedzi bogini mądrości przyszło mu łatwo, ponieważ przez grubą szmatę na oczach nie widział, komu właściwie przerywa.

                – A my zostaliśmy zamienieni w gwiazdozbiory! – krzyknęli razem Dioskurowie. – Niby mamy być razem, ale czy wiecie, co to są lata świetlne? Zapewniamy was, że teraz jesteśmy bardzo daleko od „razem”.

                – Tak, to może być moje niedopatrzenie. – Zeus pierwszy raz wydawał się skruszony.

                – Zeusie – odezwała Alkmena. Jej głos złagodniał, stracił na wcześniejszej hardości. – My naprawdę chcemy tylko sprawiedliwego traktowania. Jesteśmy przecież rodziną.

                Bóg popatrzył na nią uważnie, podrapał się po brodzie. Atena ponownie spróbowała wskoczyć na scenę:

                – Razem z resztą bogów chcemy wam kogoś przedstawić. Zobaczymy, czy to wy macie rację, nazywając nas uciskającymi nadzorcami. Czy może jednak my mamy rację, że jesteście roszczeniowi i niewdzięczni. Jak to dzieci.

                Obróciła się w prawo, prezentując Związkowi Zawodowemu „Olimp Dwadzieścia Dwa” swój profil godny wybijania na monetach i dała strażnikowi znać ręką. Strażnik otworzył drzwi do sali konferencyjnej.

                Za drzwiami czekało dwóch mężczyzn, których nawet jak na standardy mitologii można by nazwać osobliwymi. Pierwszy był ubrany w szatę z połączonych płatów skór tygrysa oraz słonia. Sięgała mu do kostek, na których złociły się bransolety w kształcie węży. Podobne ozdoby błyszczały na przedramionach przybysza. Wszystkich czterech przedramionach. Jego cera była dosłownie kredowobiała.

                Drugi gość był nieco niższy. On z kolei nosił idealnie dopasowany, grafitowy garnitur i miał czarną, skórzaną teczkę. Od przeciętnego biznesmana z ulic Hongkongu różnił go miecz schowany do wysadzanej klejnotami pochwy przymocowanej na pasku oraz trzecie oko na środku czoła.

                Obaj weszli do środka sali i w identycznym stylu ukłonili się zebranym. Był to bardzo głęboki ukłon.

                – Witajcie, panowie – Zeus wstał. – Siadajcie z nami.

                Przybysze ukłonili się raz jeszcze, nieco głębiej. Nie ruszyli się z miejsca.

                – Eee, Ateno. – Zeus nachylił się do niej. – Czy oni rozumieją naszą mowę?

                – Tak, oczywiście. Tylko wolą słuchać zamiast mówić. Chyba też nie nawykli do siadania w towarzystwie zwierzchników.

                – Wolą słuchać! Wybornie – powtórzył uszczęśliwiony Posejdon.

                Alkmena zwróciła się do Zeusa, gdy odzyskała mowę.

                – Kim oni są?

                – To nasi nowi przyjaciele z Indii i Chin – odpowiedziała Atena za ojca. – Jakiś czas temu zgłosili się do nas z propozycją wynajęcia nam kilku swoich herosów i prowadzenia dla nas księgowości śmiertelników. Wtedy im odmówiliśmy, bo przecież mieliśmy was, kuzyni. Teraz jednak chyba nie dajecie nam wyboru.

                – Nie dajemy? – zapytał Odyseusz nie wiadomo kogo.

                – Co się dzieje? Ktoś zemdlał? – dopytywał ślepy starzec.

                Zeus usiadł ciężko. Zaplótł dłonie i sponad nich patrzył na Alkmenę.

                – Zostajemy outsourcingowani – kobieta wytrzymała jego spojrzenie.

                *

                – Chrysso! – zawołał Hermes, siedząc przy swoim biurku i przerzucając kolejne pliki papierów, które zdawały się mnożyć na blacie jak stado królików. – Chrysso!

                – Tak, panie? – Mała główka nimfy wsunęła się ostrożnie przez wąsko otwarte drzwi.

                – Gdzie są formularze do rejestracji nowych ołtarzy?

                – Które, panie?

                – No te, co mają napisane gdzieś na początku „ołtarz użyteczności publicznej”. Zapamiętałem, bo to zawsze głupio brzmiało.

                – Obawiam się, że już ich nie używamy – ostrożnie powiedziała nimfa, ale z wielką pewnością. Jak ktoś, kto musi przekazać komuś złe wieści, które ten już dawno powinien usłyszeć. – Rejestracja ołtarzy, tak jak rejestr ofiar i danin, jest teraz w Indiach, panie.

                – Jak to? Od kiedy? – Hermes popatrzył na głowę nimfy ze zgrozą. Ta w dalszym ciągu nie weszła do gabinetu.

                – Od września. Nie dostał pan listu na skrzynkę?

                – Połowy nie zdążam przeczytać. – Ze wstrętem popatrzył na niski, papierowy pagórek na prawej krawędzi blatu. – A kto go wysłał?

                – Pani Atena, panie.

                W głowie Hermesa odpalił mały rzutnik. Szybki pokaz slajdów pokazał mu wszystkie momenty, w których od września Hermes widział się z Ateną twarzą w twarz. Ani razu nie powiedziała mu o tym transferze. Ani słowem.

                – Głupia baba, wszystko załatwiałaby listami – wymamrotał pod nosem.

                Chryssa zdążyła nabrać na tyle doświadczenia w biurokracji, by nie poprosić kierownika o powtórzenie ostatniego zdania. Powoli zaczęła wycofywać głowę za drzwi i zasięgu wzroku kierownika, ale nie zdążyła.

                – Czyli daniny są już na drugim kontynencie? – zapytał ją Hermes.

                – Panie, cały Dział Pobożności już tam jest.

                Temperatura w gabinecie boga posłańców, władcy informacji i tego-co-zawsze-wie-pierwszy – spadła poniżej zera.

                – Jakby ktoś pytał, to o tym wiedziałem – powiedział kwaśno. Wstał i podparł się pod boki. – To teraz jak mam zarejestrować nowy ołtarz w Mykenach?

                Chryssa schowana za drzwiami zaczęła tłumaczyć szefowi całą procedurę, bardzo powoli i dokładnie. Hermes i tak w kilku miejscach prosił ją o powtórzenie i unikanie zwrotów „łatwo” oraz „szybko”. Jakkolwiek by ich nie wypowiedziała, zawsze słyszał oba słowa jako „tanio”.

                Na koniec miał ochotę krzyczeć, miał ochotę pluć, ale poprzestał na pojedynczym uderzeniu pięścią w stół i to dopiero wtedy, gdy młoda nimfa zmyła się już z gabinetu.

                Usiadł na swoim fotelu i sięgnął po słuchawkę. Był bogiem, ale z rodzaju tych skromnych, więc jego telefon nie był złoty, lecz wykonany z czarnego, normalnego plastiku.

                – Halo? Czy dodzwoniłem się do Obsługi Klienta? Z tej strony Hermes.

                – Dobry wieczór – odpowiedział głos, który brzmiał tak, jakby ktoś po drugiej stronie, odbierając telefon klienta, spełniał swoje największe marzenie. – Witamy w Obsłudze Klienta Góry Olimp, siedziby bogów i miejsca pierwszego wśród pierwszych…

                – Tak, ja…

                – …szczytu dominującego nad światem, oraz miejsca ostatecznego celu…

                – Dokładnie, jest tak, jak pani opisuje…

                – …kwatery najwyższych luksusów, komnat pełnych szczęścia i spełnienia…

                – Chciałem tylko…

                – Jak możemy służyć?

                – O… – zasób słów Hermesa na chwilę się wyczerpał. – Tak, Hermes z tej strony, pewnie słyszeliście. Chciałem zarejestrować nowych ołtarz w Mykenach. Czy może mnie pani przekierować do Działu Pobożności?

                – Proszę podać numer pracownika, nazwisko i cel połączenia.

                – E, nie mam nazwiska. I chyba nie dostałem numeru klienta…

                Po drugiej stronie słuchawki panowała cisza, choć z niewyjaśnionych powodów Hermes wiedział, że telefonistka nie przestała się uśmiechać.

                – I co teraz zrobimy? – zapytał szczęśliwą pustkę.

                – Proszę podać numer pracownika…

                – Dobrze, dobrze. Zadzwonię później. Do widzenia.

                – Niezmiernie miło, że zdecydowałeś się skorzystać z naszych usług. Nasi pracownicy są do twojej dyspozycji całą dobę.

                Palec boga mediacji wcisnął przycisk zakończenia połączenia. Hermes zastanowił się przez chwilę, po czym wykręcił numer, który ostatnimi czasy wykręcał dość często. Nikt nie odebrał. Hermes popatrzył na zegarek, coś się nie zgadzało. Kozioł powinien być jeszcze w robocie. Spróbował drugi numer. Dostał go niedawno i czuł się głupio, prosząc o niego, ale nie żałował.

                Przywitało go beczenie.

                – Halo, Pan?

                – Czeeść, ojcieec. Co taam?

                – Czemu nie odbierasz, jak do ciebie dzwonię?

                – Przeecież odebraałem.

                – Mówię o telefonie w firmie.

                – To tyy niee wieesz? Ateena mniee wyrzuciiła.

                – Co? Kiedy?

                – Zee dwa tygoodnie teemu. Poszeedł cały seektor Windykaacji Moodłów.

                Wielkie, zimne kowadło zaczęło przesuwać się przez kiszki Hermesa.

                – Bogowie, przykro mi – odparł bóg mediacji.

                – Luuzik, taato – w słuchawce zabeczał wesoło Pan. – Znalaazłem już robootę w takiej jeednej knajpce. Daają tu suuper dolmaades. Musisz wpaaść.

                – Wpadnę, obiecuję – zapewnił Hermes. Ostatnie wydarzenia zrewidowały jego poglądy na bycie dobrym ojcem. – Dzwonię, bo myślałem, że wiesz może, jaki mam ten cały numer pracownika. No ale w tej sytuacji…

                – A poo co ci jeeszcze nuumer pracowniika? – zdziwił się Pan. – Nie dostaałeś listu?

                *

                Nikos zamlaskał, pozwalając, by ostatni łyk ouzo przyjemnie popalił go w ustach i gardle.

                – Hmm, dokładnie – potwierdził rudowłosy. – Sam lepiej bym tego nie ujął.

                Noc na akropolu weszła już w decydującą fazę, podczas której człowiek ma do wyboru albo złapać odpowiednią ilość zdrowego snu, albo z czystym sumieniem zarwać noc.

                Dwaj mężczyźni siedzieli w milczeniu, gapiąc się w gwiazdy. Starzec na rozklekotanym leżaku plażowym, młody mężczyzna – na kawałku marmuru leżącym w tym miejscu od tysiąca dwustu lat.

                – A wiesz, że Pan miał rację? Naprawdę dają tam super dolmades. Przyniosę ci jutro.

                W odpowiedzi Nikos zwinął się w krześle w kłębek, którego jądrem stała się pusta butelka po ouzo. Rozległo się przeciągłe chrapanie.

                Jego urodziwszy kompan od butelki wstał z kamienia, otrzepał dresowe spodnie z białego pyłu. Wziął na ręce starca i przeniósł go do wnętrza strażniczej budki, a tam ostrożnie położył na wersalce. Przykrył Nikosa kocem podziurawionym przez mole, wcześniej stawiając pustą butelkę na stole.

                Starzec burknął coś w stylu: „Podłoga. Odkurzałem. Możesz spać”, ale mężczyzna nie miał na to ochoty. Był jeszcze z kimś umówiony na dolmades.

                Z malutkiej lodówki wyjął piwo, jedno z dwóch, które wcześniej przyniósł… Drugie zostawił w lodówce. Starzec będzie go rano potrzebował.

                Rudowłosy mężczyzna przedarł się przez krzaki oddzielające obozowisko Nikosa od reszty akropolu. Szedł jego główną aleją, nie spieszył się. Miał noc, ruiny i butelkę piwa dla siebie.

                Stary bóg w starym miejscu.

                 

                Opowiadanie nadesłane w ramach konkursu „Snuj Story” 2022. Zostało wyróżnione drukiem w tygodniku „Nowy Napis Co Tydzień”. 

                Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
                Źródło tekstu: Krzysztof Syrek, Stare miejsce, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2022, nr 151

                Przypisy

                  Powiązane artykuły

                  31.03.2022

                  Nowy Napis Co Tydzień #145 / Wiedźmin w świecie „moralnego niepokoju”

                  „Wiedźmi lament” to bardzo ciekawy, zmuszający do refleksji komiks, po który sięgnąć powinny osoby stroniące na co dzień od sztuki komiksowej i uznające ją za coś infantylnego. Sztybor stawia ważne pytania, na przykład o to, czy poczucie winy powinno nas powstrzymywać od stanowczego przeciwstawiania się niepojętemu wymiarowi zła. A może dręczące myśli i wyrzuty sumienia są tak naprawdę manipulacją, zmierzającą do tego, by utrzymywać nas w bierności lub skłonić – wbrew ideałom – do działania interesownego?

                  W okresie późnego kapitalizmu z każdej renomowanej marki jej właściciele starają się finansowo wycisnąć, ile tylko się da – bez względu na jej domenę. Polski Wiedźmin – zwłaszcza w formie gry – stał się bestsellerem na skalę globalną i został pierwszą franczyzą, która stanowi dla nas dumę i przynosi uznanie na całym świecie. Wokół Geralta i jego świata powstał już cały przemysł, stopniowo rozbudowujący pierwotny filozoficzny i fabularny fundament. Jego częścią są serie komiksowe, które w takich przypadkach najczęściej stanowią dodatek do głównego produktu i są skierowane do najbardziej zagorzałych fanów – z wyrozumiałością traktujących jakościowe niedostatki.

                  Poziom komiksowych adaptacji gier jest co do zasady mierny. Warto jednak dać szansę komiksowemu Wiedźminowi, a zwłaszcza komiksom obecnie wydawanym w ramach licencji uznanego amerykańskiego wydawcy Dark Horse Comics. W tym przypadku do mało chlubnego podgatunku historii obrazkowych starano się podejść inaczej i duża w tym zasługa ludzi z CD Projektu, trzymających pieczę nad seriami pobocznymi odwołującymi się do dziedzictwa Andrzeja Sapkowskiego. Położono tu większy nacisk na to, by szczęśliwie pożenić poetykę książkowego oryginału z wolnością twórczą zarówno uznanych scenarzystów, jak i niszowych artystów, znanych do tej pory z alternatywnej sceny komiksowej.

                  Zaletą komiksowego Wiedźmina jest to, że każdy tom jest zamkniętą historią i kolejną przygodę można rozpocząć z dowolnego miejsca. Zapewniam jednak, że cykl nabrał rozpędu od chwili, gdy scenarzystą został Bartosz Sztybor. W swoim portfolio ma on zarówno udane komiksy offowe, jak i albumy wydawane na rynku frankofońskim czy sukcesy na rynku amerykańskim. Odnotować należy też warsztatową sprawność autora w pisaniu scenariuszy filmowych i serialowych. A poza tym któż miałby pisać opowieści o Geralcie jak nie Polak, najlepiej rozumiejący kod kulturowy tej historii oraz jej kontekst? Krótko mówiąc – właściwy człowiek na właściwym miejscu.

                  Wiedźmi lament to dreszczowiec, który ma obudzić nasze sumienia. Sztybor nie kreuje w swoich opowieściach Geralta na űbermenscha, rozwiązującego wszelkie problemy za pomocą nieznoszącej sprzeciwu, twardej jak kamień pięści. Scenarzysta sięga głębiej w psychologię postaci, zadając ciekawe pytania: Jak to jest być odmieńcem z tak specyficzną specjalizacją? Z czym trzeba byłoby się mierzyć, jakim problemom moralnym stawić czoła (lub sumienia), walcząc ze złem?

                  Motywem przewodnim omawianego komiksu jest poczucie winy – ze wszystkimi jego moralnymi zawiłościami i komplikacjami. Komiks otwiera mocna, bardzo dosłowna scena spalenia wiedźmy, której świadkiem jest nasz protagonista. Widok cierpienia podobnego Geraltowi odszczepieńca powoduje u bohatera wyrzuty sumienia, które dla osoby wykonującej taki zawód jak zabójca potworów są raczej zgubne. Niepokój nie ustępuje, gdy Geralt otrzymuje zadanie uratowania córki pewnego bogacza. Odnajduje ją pośród wiedźm, które stworzyły wokół siebie coś na kształt groteskowej grupy psychoterapeutycznej, pomagającej przejść kolejne etapy żałoby. Wiedźmin wkracza do tej komuny w głębi lasu, a czytelnik zastanawia się, czy łowca aby sam nie wpadł w pułapkę zastawioną przez zwierzynę?

                  Oryginalność Wiedźmina pisanego przez Sztybora polega na tym, że przeznaczenie Geralta staje się dla niego nie tyle wyróżnieniem, co klątwą zmuszającą do ciągłej czujności i generującą nieustanne wątpliwości – nawet co do własnych odczuć. Jednocześnie zobrazowane są tutaj sytuacje i problemy etyczne, których nie da się łatwo rozwiązać. Sztyborowi udało się zachować główną zaletę gier CD Projekt – uświadamiających nam, jak często nie wiemy, czy podjęliśmy słuszną decyzję. Inaczej – wybory, które podejmujemy w grze, a które są dobre dla nas, niekoniecznie muszą być dobre dla otoczenia. Więcej – dla niektórych postaci mogą okazać się śmiercionośne, o czym my nawet się nie dowiemy. Sztybor doskonale bawi się konwencją, w której do końca nie wiemy, czy podszepty zwątpienia są osobistym jarzmem Geralta, czy też manipulacją wiedźmy, która notorycznie nawiedza jego umysł.

                  Skoro mowa o manipulacji – sceny rozgrywające się w siedzibie wiedźm, w ciemnej głuszy, są interesującą parabolą wątków związanych z psychoterapią. Wiedźmy wysłuchują osób cierpiących z różnych powodów. Wsłuchują się w ich ból, starają się pomóc im przejść przez trudny okres. Ale czy na pewno? Psychoterapia – podobnie jak religia – jeśli jest traktowana powierzchownie i instrumentalnie potrafi stać się „opium dla mas”. To, że Bartosz Sztybor potrafił przemycić podobne sugestie w utrzymanej w konwencji grozy obrazkowej historyjce, świadczy o jego niezwykłym talencie do opowiadania.

                  Rysunki Vanesy Del Rey dla wielu mogą okazać się odstręczające. Z pozoru są niestaranne, robione od niechcenia, bez większego kunsztu. Dla mnie jednak taki wybór stylistyczny artystki stanowi zdumiewająco trafne uzupełnienie samej historii. Momentami szkicowe i pełne zbędnych – wydawałoby się – linii kadry doskonale oddają atmosferę wątpliwości, a zwłaszcza dysonansu poznawczego Geralta. Wiedźmin jest niewyraźny, ponieważ nie wie, komu tak naprawdę wierzyć – a z powodu kryzysu tożsamości nie potrafi uwierzyć nawet samemu sobie. Bohater błądzi we mgle, a rysunek Del Rey świetnie to odzwierciedla. Kiedy Geralt zaczyna przejmować kontrolę i przegląda na oczy, warstwa wizualna staje się o wiele bardziej zwarta i przejrzysta. Owszem, w niektórych momentach trudno się zorientować, co się dzieje. Paradoksalnie jednak właśnie o to tu chodzi. Tak długo, jak jesteśmy skonfliktowani z prawdą o nas samych i otaczającej nas rzeczywistości, nie jesteśmy w stanie rozstrzygnąć, co tak naprawdę się dzieje z nami i wokół nas. Trochę dziwi mnie to, że wielu polskich recenzentów nie dostrzega zamierzonego charakteru takiej, a nie innej formy.

                  Wiedźmi lament to bardzo ciekawy, zmuszający do refleksji komiks, po który sięgnąć powinny osoby stroniące na co dzień od sztuki komiksowej i uznające ją za coś infantylnego. Sztybor stawia ważne pytania, na przykład o to, czy poczucie winy powinno nas powstrzymywać od stanowczego przeciwstawiania się niepojętemu wymiarowi zła. A może dręczące myśli i wyrzuty sumienia są tak naprawdę manipulacją, zmierzającą do tego, by utrzymywać nas w bierności lub skłonić – wbrew ideałom – do działania interesownego? W tym sensie przygoda Geralta uwydatnia nieodłączną funkcję przemocy w naszym świecie, wobec której wcześniej czy później musimy zająć jakieś stanowisko. Trudność polega na tym, że dobrych odpowiedzi w takich sytuacjach zazwyczaj nie ma.

                  Bartosz Sztybor (scenariusz), Vanesa Del Rey (rysunki), Wiedźmin,tom 6: Wiedźmi lament, Warszawa: Egmont, 2022.

                  Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
                  Źródło tekstu: Michał Chudoliński, Wiedźmin w świecie „moralnego niepokoju”, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2022, nr 145

                  Przypisy

                    Powiązane artykuły

                    31.03.2022

                    Nowy Napis Co Tydzień #145 / Tam, gdzie diabeł mówi dzień dobry – „Flawaris. Amortach” Izabeli Grabdy

                    Izabela Grabda jest pisarką żonglującą konwencjami i gatunkami literackimi, należy jednak zaznaczyć, iż jej twórcze eksploracje wyraźnie ukierunkowane są na horyzont stricte fantastyczny. Jednak Autorka ma w swoim dorobku również wiele powieści obyczajowych. Sama w ten sposób opowiada o swoich genologicznych wyborach:

                    Jeszcze rok temu powiedziałabym, że zdecydowanie jest to fantastyka. Jednak im więcej piszę obyczaju, który teraz już mocno skręca mi w stronę kryminalną, nie jestem już tego taka pewna. Fantastyka będzie zawsze bliższa mojemu sercu, ponieważ to w tym gatunku stawiałam pierwsze pisarskie kroki. Daje większe pole wyobraźni i niesamowitości, popuszczenia sobie cugli w stopniu nieosiągalnym dla innych gatunków literackich. Natomiast obyczaj, daje mi znów szansę zwrócenia uwagi na rzeczy ważne w naszym życiu, na napiętnowanie zachowań, które niszczą życie, które często łamią kobietom przysłowiowe kręgosłupy, co jest dla mnie ogromnie ważnehttps://hi-in.facebook.com/luckywydawnictwo/posts/4357279850987206/ [dostęp: 12.01.2022].[1].

                    Ta wypowiedź o charakterze autointerpretacyjnym jest bardzo istotna dla omawianej tu powieści, ponieważ Flawaris w swej warstwie konstrukcyjnej przynależy przede wszystkim do literatury urban fantasy, czyli takiej, gdzie świat przedstawiony składa się ze współczesnego wielkiego miasta i nakładającego się na niego, współistniejącego świata fantastycznego. Mamy tu do czynienia z uobecnieniem się w świecie ziemskim dwóch królestw – niebiańskiego oraz piekielnego. Nie można nie odnieść wrażenia, szczególnie jeśli chodzi o to drugie królestwo, że funkcjonują one na podobieństwo współczesnych korporacji z dokładnie ustaloną hierarchią, przydzielanymi obowiązkami oraz walką o różnej maści awanse.

                    W zasadzie w powieści opisywane są nie tyle same zaświaty, ile raczej „transcendentne poczekalnie” – czytelnik zostaje zabrany do Przedsionków, gdzie mieszkają anielscy strażnicy, oraz Przedpiekla, gdzie wykonują swą pracę sługi Lucyfera. Główną bohaterką opowieści jest Lilianna – trzydziestoletnia fryzjerka, która po tajemniczym zaginięciu męża nie może odzyskać psychicznej i duchowej stabilności. Czynnikiem generującym pierwsze oznaki niesamowitości w świecie wewnętrznym powieści jest naszyjnik protagonistki, pamiątka po zaginionym małżonku. Osobliwość pozornie tylko zwyczajnego przedmiotu zostaje podkreślona w momencie samochodowej stłuczki. Dziwny nieznajomy, jako odszkodowania życzy sobie rzeczonego klejnotu, znika zaś, gdy w oddali pojawia się kobieta nosząca na plecach dwa miecze. Od tego momentu skala niesamowitości nieustannie przesuwa się w górę.

                    Grabda bardzo umiejętnie odsłania przed czytelnikiem kolejne aspekty swego fantastycznego światotwórstwa. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że posługuje się bardzo ogranym motywem literackim, jakim jest walka pomiędzy dwoma światami, jednoznacznie symbolizującymi dobro oraz zło, jednak dzięki nałożeniu na tę dość tradycyjną motywikę problematów i struktur organizujących szeroko rozumiany „współczesny świat”, pisarka osiąga efekt oryginalności. Innymi słowy: struktura Flawaris oscyluje pomiędzy powtórzeniem a innowacją, co stanowi jedną z naczelnych cech (dobrze rozumianej) postmodernistycznej estetyki.

                    Nie bez powodu wspomniałem na samym początku o doświadczeniu pisarki na polu literatury obyczajowej. Jest to istotne z tego powodu, że dzięki temu autorka dobrze operuje czymś, co roboczo można by nazwać „wyznacznikami bestsellerowości”. By lepiej wyjaśnić, o czym mowa, pozwolę sobie zacytować fragment eseju Luciena Goldmanna pod tytułem Socjologia literatury: stan obecny i zagadnienia metodologiczne:

                    Wspomniana już relacja między strukturą świadomości grupy społecznej a strukturą świata ukazanego w dziele literackim stanowi – w sytuacjach najbardziej korzystnych dla badacza – mniej lub więcej ścisłą homologię, ale często również zwykłą relację znaczącą. W takim ujęciu może się więc zdarzyć — i nawet najczęściej zdarza się – że treści całkowicie heterogeniczne, a nawet przeciwstawne, są strukturalnie homologiczne lub ich wzajemne związki stają się zrozumiałe na poziomie struktur kategorialnych. Świat fikcyjny, pozornie całkowicie obcy doświadczeniu konkretnemu – na przykład świat bajki fantastycznej – może być w swej strukturze ściśle homologiczny z doświadczeniem określonej grupy społecznej lub przynajmniej znacząco związany z tym doświadczeniem. Nie ma już wówczas żadnej sprzeczności między istnieniem ścisłego związku dzieła literackiego i społecznej rzeczywistości historycznej a najsilniej rozwiniętą wyobraźnią twórcząL. Goldmann, Socjologia literatury: stan obecny i  zagadnienia metodologiczne, „Pamiętnik literacki” 1970, nr 1, s. 294.[2].

                    Chodzi więc o to, że dobra literatura, niezależnie od wyznaczników rodzajowych, w ramach których powstaje jej świat wewnętrzny, powinna poruszać kwestie przystające do czasów jej współczesnych. Anna Depta, pisząc o genezie popularności cyklu wiedźmińskiego Andrzeja Sapkowskiego, zauważa, że właśnie nasycenie narracji licznymi wyzwaniami współczesnego świata w dużej mierze wpłynęło na tak pozytywny odbiór czytelniczy polskiej sagiZob. https://www.researchgate.net/publication/308142531_Jak_napisac_bestseller_O_genezie_popularnosci_Wiedzmina_z_perspektywy_socjologii_literatury/link/57db0df508ae4e6f18438e27/download [dostęp: 12.01.2022].[3]. Można więc stwierdzić, że u źródeł „czytelności” leży sprawne skonstruowanie przez narratora czegoś, co Umberto Eco nazywa „metaforą epistemologiczną”, czyli odwzorowywaniem w dziele różnego rodzaju kwestii naukowych i społecznych, które są współczesne autorowi. Najlepszym tego przykładem jest właśnie Imię Róży autorstwa samego Eco, w którym włoski pisarz konstruuje taką właśnie metaforę epistemologiczną, odnoszącą się do dzieł sztuki obrazujących, poprzez nieoznaczoność struktury, nowoczesny kulturowy paradygmat, ukształtowany przez odkrycia nauk empirycznych w XX wiekuZob. M. Płaza, O poznaniu w twórczości Stanisława Lema, Wrocław 2006, s. 191–192.[4].

                    We Flawaris główna oś fabularna wyznaczana jest przez podtytułowy Amortach. Jest to artefakt, który został podzielony na części i którego poszukują wysłannicy Przedpiekla. Jedna z tych części znajduje się w posiadaniu głównej bohaterki. Lilianna okazuje się być naznaczona do bycia Flawaris – jedną z trzech wybranych kobiet, wysłannic Niebiańskich Przedsionków, które mają nie dopuścić do rozpętania się apokalipsy. Pozornie więc Izabela Grabda posługuje się klasycznym dla literatury fantastycznej schematem fabularnym, który można określić, za Andrzejem Sapkowskim, jako historię „Wybrańca Przeznaczenia”. Zadaniem Wybrańca jest wyruszenie na długą i niebezpieczną wyprawę, a jej celem – zdobycie „Niesłychanie Cudownego Przedmiotu”, za pomocą którego zniszczyć można panujące w świecie złoA. Sapkowski, Rękopis znaleziony w smoczej jaskini, Warszawa 2011, s. 167–168.[5]. Można oczywiście przypisać autorce Flawaris stosowanie tego typu zabiegów, ale należy pamiętać, że Grabda nieco narusza ten schemat – nie opisuje losów bohatera, lecz bohaterki czy nawet bohaterek. Oczywiście sam ten zabieg można by uznać za nowatorski kilkadziesiąt lat temu, jednak każda z tytułowych Flawaris obarczona jest rożnymi problemami, z którymi muszą mierzyć się współczesne kobiety. Poza Lilianną na kartach powieści występują Dominika i Tośka. Pierwsza jest trenerką fitness i jeżdżącą na konwenty fanką fantastyki, zaś druga to zblazowana i zbuntowana licealistka z dobrego domu. Protagonistki prezentują więc zupełnie różne modele kobiecości, natomiast łączy je pierwiastek, który można określić jako „heroiczny”.

                    Przemiana bohaterek w anielskie Flawaris dobrze koresponduje z tym, co o figurze herosa w kulturze pisze Katarzyna Łęk:

                    Doświadczeniem, które zapoczątkowuje heroiczną sekwencję wydarzeń, jest porzucenie przez bohatera znanej mu rzeczywistości, odsunięcie się, odejście, opuszczenie (często stojącej w obliczu jakiejś krzywdy czy braku) macierzystej wspólnoty. Może być ono dobrowolne, może być nagłe i wymuszone. W ten sposób bohater ma szansę stanąć twarzą w twarz z prawdziwie heroiczną przygodą, wkracza bowiem w fazę inicjacji. Jest ona równoznaczna z przebywaniem w sferze dziwów i niebezpieczeństw, prób i objawień, w trakcie których heros przechodzi przez symboliczną śmierć i zmartwychwstanie, doświadcza przemiany świadomości, odnajduje źródło mocy i życia. Przemieniony za sprawą tychże nadzwyczajnych doświadczeń gotów jest by powrócić tam, skąd odszedł, przynosząc ze sobą zdobyte trofea, dary, moce i wiedzęK. Łęk, Z rodu Gilgamesza, Hektora, Rolanda – figura herosa jako fenomen kulturowy [w:] http://www.kulturaihistoria.umcs.lublin.pl/pl/archives/2437 [dostęp: 12.01.2022].[6].

                    Jako że omawiana powieść jest dopiero pierwszą z zapowiadanego cyklu, nie można jednoznacznie stwierdzić, czy doświadczenia zdobyte podczas pozaświatowych przygód doprowadzą bohaterki z powrotem do bezpiecznego, zwyczajnego życia. Z całą jednak pewnością ich inicjacja, walka z piekielnymi zastępami, sprawia, że ich samoświadomość przemienia się, ewoluuje.

                    Kolejnym wpisanym w tekst współczesnym problemem wydaje się korporacyjna wszechwładza – nietrudno utożsamić antagonistów Grabdy z właścicielami wielkich przedsiębiorstw, często wyzyskujących pracowników. Warto przy tym zwrócić uwagę na duże natężenie powieściowego „dziania się” – kolejne etapy inicjacyjne głównej bohaterki zawsze powiązane są z nasyceniem fabuły sporą dozą efektownej akcji, co sprawia, iż czytelnik momentami odnosi wrażenie oglądania filmu. To kolejna ważna cecha Flawaris, która udowadnia, że to właśnie literatura fantastyczna jest najlepiej predystynowana do tak nośnej dziś poetyki transmedialnej. Warto zacytować w tym miejscu fragment książki:

                    Kalius i jego komandosi do zadań specjalnych, którymi w normalnych warunkach dowodził Aurus, znali teren rotundy i bazyliki jak własną kieszeń, więc z szybkim zaplanowaniem ataków na piekielników nie mieli najmniejszych problemów. Generał najpierw wydał rozkaz do zdjęcia snajperów, co w ekspresowym tempie postawiło na nogi rozleniwionych legionistów. Niewiele im to dało, ponieważ rozstawieni wcześniej komandosi Armii Przedsionków zrobili z nimi porządek w piętnaście minut i zajęli pozycje wokół terenu bazyliki. Kalius liczył się z tym, że piekielni nie odpuszczą tak łatwo i zaraz pojawi się kolejna grupa chętnych do bitki legionistów Przedpiekla, ale na to byli przygotowani. Część aniołów rozlokował wokół ogrodzenia terenu kościelnego, a część na samym placu okalającym obie świątynie. Teren został również zabezpieczony magią, więc mieszkańcom do głowy nie przychodziła nawet chęć podejścia do obszaru ich działań, a już kompletnie nie brali pod uwagę uczestnictwa w jakimkolwiek nabożeństwieI. Grabda, Flawaris. Amortach, Kraków 2021, s. 224–225.[7].

                    Fragment ten w skondensowany sposób przedstawia najważniejsze cechy i zalety Flawaris – bardzo efektowne, sprawne operowanie motywiką niesamowitości oraz nakładania się na siebie przestrzeni „realnej” z „fantastyczną”. Pisarka robi to w sposób bardzo subtelny i naturalny –przypomina to pod pewnymi względami Nigdziebądź Neila Gaimana, gdzie również wkroczenia cudownego świata w zwykłą, szarą rzeczywistość nie wywołuje u czytelnika wrażenia nonsensu.

                    A skoro prymarnym powieściowym tematem jest walka aniołów z diabłami, można pokusić się o przypisanie Flawaris do jeszcze jednego gatunku powieściowego – fantastyki religijnej. Podgatunek ten przywołuje tematykę powiązaną z szeroko rozumianą sferą religijną, sacrum może uobecniać się w interpretowanym tekście na przykład poprzez sakralne nacechowanie takich jego elementów jak język, czas, przestrzeń oraz motywacje bohaterów Zob. A. Mazurkiewicz, Fantastyka religijna jako zjawisko osobne (rekonesans) [w:] Motywy religijne we współczesnej fantastyce, red. M.M. Leś, P. Stasiewicz, Białystok 2014, s. 33–50.[8]. Przestrzeń i motywacje powieściowych bohaterek z całą pewnością są związane ze sferą sacrum – towarzyszącemu im czytelnikowi pozostaje czekać, w jakim kierunku ewoluuje stworzony przez Izabelę Grabdę neverland.

                    Iza Grabda, Flawaris (tom I): Amortach, Wydawnictwo IX, 2021

                    Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
                    Źródło tekstu: Łukasz Kucharczyk, Tam, gdzie diabeł mówi dzień dobry – „Flawaris. Amortach” Izabeli Grabdy, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2022, nr 145

                    Przypisy

                      Powiązane artykuły

                      Loading...