12.05.2022

Nowy Napis Co Tydzień #151 / Stare miejsce

Nikos Petreas całe życie nie miał zegarka i nigdy nie zyskał powodu, by to zmienić. Przez siedemdziesiąt lat ani razu się nie spieszył, jak na prawdziwego Greka przystało. Godziny pracy Nikos określał za pomocą trzeszczącego radia Sony od wieków nastawionego na miejską rozgłośnię. Zamiast ulubionej piosenki Nikosa o Kennym Keczułokim stacja puszczała tylko nudne, lokalne rzępolenie, za to co godzinę na antenie rozlegał się bardzo pożyteczny dżingiel.

Codziennie, gdy na oko robiło się w pół do dżingla o dziewiętnastej, będącej godziną zamykania zabytkowego akropolu, Nikos zgarniał miotłę i zajmował strategiczne miejsce zaraz za bramą wejściową. Powolnymi ruchami zamiatał chodnik od kasy do kamiennej ściany i z powrotem, i raz jeszcze. Były to najlepiej zamiecione cztery metry na całym Peloponezie.

Wielu turystów uznawało, że na luzaku wolnym spacerem obejdą trzy hektary ruin w kwadrans. Rolą Nikosa było wybić im to z głowy, dopóki nie wybije pełna godzina. Jeśli jakiś rączy turysta nie speszył się wymownym widokiem starszego jegomościa zamiatającego w wejściu, to starszy jegomość służył słowem:

– Nie, nie może pani zrobić ostatniego zdjęcia drzewka oliwnego dla kuzynki, już zamykamy. Polecamy obrazki w intyrnejcie.

– Rozumiemy, że nie zdążył pan zobaczyć posągu Ateny, ale już zamykamy. Przez ostatnie cztery tysiące lat nie ruszył się z miejsca, jutro też go pan tu znajdzie.

– Państwa synek został w świątyni Hery? Oj, ale już zamykamy. Spokojnie,dobrotliwa bogini się nim zaopiekuje. Co? Ja się śmieję? Nie proszę pani, to taki tik nerwowy, kiedy zapomnę zażyć leki.

Szefostwo akropolu naturalnie kazało personelowi obsługiwać wszystkich gości do ostatniej minuty, podczas gdy sami wychodzili z pracy wedle własnego uznania i nigdy nie później niż o drugiej, dlatego ich nakazy stanowiły dla Nikosa równie istotny element akustycznego tła, co buczenie włączonej lodówki czy odgłos rosnącej trawy.

Nie oznacza to jednak, że Nikos nienawidził swojej pracy, o nie. Uwielbiał akropol, uwielbiał zamiatać starożytny kamień, czuć ciężar wieków, gdy dotykał go palcami. Kochał świst wiatru w ruinach upadłej cywilizacji. Tylko to wszystko mogłoby się odbywać bez udziału turystów, szefostwa, pracowników i ludzi w ogóle. Oni nie doceniali tego miejsca. Dla tych baranich łbów była to po prostu sterta głazów przynosząca pieniądze. Denerwowały go też grube brzuszyska turystów i ich trupioblade, owłosione łydki wystające spod beżowych rybaczek. Na widok reklamówek z napisem „Lidl” drewniany kij w zgrabiałych dłoniach starca wręcz pulsował ciepłem od wewnątrz. Każdy odcisk, kość i chrząstka w stawie miały na nim swoje miejsce, wypracowane w trakcie trzydziestu lat wiernej służby Urzędowi Oczyszczania Miasta, Sekcja Akropol. Jeszcze zdarzali się tacy, którzy pomimo wielkich obrazków zakazu wiszących przy wejściu na akropol żarli w najlepsze wielkie kebaby i barany waty cukrowej. Baranie łby pracujące na kasach miały to naturalnie gdzieś. Patrząc na to wszystko, Nikos wyobrażał sobie, jak unosi kij, wznosi okrzyk godny samych Spartan, a baranie łby uciekają przed nim w popłochu, gubiąc po drodze sandały.

Tego konkretnego dnia marzenie Nikosa było niebezpiecznie bliskie spełnienia się dwa razy. Dlatego nawet nie potraficie sobie wyobrazić ulgi, jaka spłynęła na Nikosa, gdy o dziewiętnastej zero-zero i trzydzieści dwie sekundy brama miejskiego akropolu wreszcie trzasnęła, a po kolejnych dwudziestu sekundach jęknął prastary zamek.

Nikos zdążył w ostatniej chwili tuż przed grupką Amerykanów.

– Prosimy! – zaskomleli.

– Ja też – odparł kwaśno i odmaszerował, zarzucając miotłę na ramię jak karabin.

Z małej budki służącej za kasę wejściową wyszła Aleka. Kobieta równie sumiennie pilnowała, żeby nie przepracować ani minuty więcej niż te, za które jej płacą. Pomachała starcowi.

Nikos zamarł na chwilę, po czym, mieląc przekleństwa, poczłapał z powrotem do zamkniętej bramy i wypuścił biedną kobietę do domu. Szczęśliwie po Amerykanach nie było już śladu.

Wreszcie, równo cztery minuty po dziewiętnastej, Nikos został na akropolu sam, tak jak lubił. Stary człowiek i stare miejsce.

Dzień, a właściwie wieczór, stał się lepszy.

Pośród antycznych ruin rozległo się gwizdanie. A właściwie gwizdanio-plucie, bo kilka zębów Nikosa zawieruszyło się gdzieś w trakcie życia. Ktoś bardzo życzliwy mógłby nawet pochwalić starca za ilość serca włożoną w wygwizdanie melodii do piosenki o Kennym Keczułokim.

Zapadał zmrok. Lampy i światła sprytnie poukrywane pomiędzy pokruszonymi murami i kawałkami tysiącletniego gruzu roztaczały nad akropolem przyjemną, złotą łunę. Idealną do romantycznych zdjęć lub okultystycznych rytuałów. Kilka cykad zaczęło swój darmowy koncert.

Nikos szedł główną aleją akropolu, powłócząc nogami, spacerował przez historię. Podziwiał olbrzymią świątynię Hery oraz skromniejszą świątynię Nike, która z kolei słynęła z tego, że zachowały się w niej ślady dawnych polichromii. Minął szpaler odrestaurowanych posągów anonimowych bóstw i herosów. Ostatnia osoba znająca ich imiona zmarła dwa tysiące lat temu. Po prawej wyrósł teatr ku czci Dionizosa, dowód prymu Greków w dramacie i literaturze, dosłownie wykuty w kamieniu. Po lewej wznosił się zaś ołtarz ofiarny – bez patrona, ponieważ na razie żaden archeolog nie spieszył się z oskarżaniem któregoś boga o potencjalne ludobójstwo, a istniała możliwość, że na ołtarzu składano ofiary z ludzi.

Szefostwo akropolu zapewniało turystów, że tak, jak najbardziej, składano. W końcu cóż to za emocje oglądać kawał kamienia, na którym ktoś kroił jedynie bydło? Innego zdania byli ludzie z ministerstwa, którzy nie mogli się zgodzić na przyznanie narodowi filozofów i matematyków łatki fanatycznych morderców religijnych. Nikos tymczasem nie dbał o zdanie ani jednych, ani drugich. Dla niego blok granitu podświetlony lampkami po prostu wyglądał magicznie. W czasach użytkowania, z pochodniami, musiało to wyglądać jeszcze lepiej. Sama myśl o tym, ile żywotów, ile historii oglądał ten kawał kamienia tkwiący tu od trzech tysięcy lat, wywoływała u starca dreszczyk podniecenia. Nikos doznał miłego zaskoczenia, że wciąż jeszcze mu się to zdarzało.

Wciągnął głęboko letnie, wieczorne powietrze i zanurzył się w krzaki rosnące obok ołtarza. Prowadziła tędy ścieżka, schowana przed oczami baranich łbów, znana chyba jedynie Nikosowi. Starzec przedzierał się przez listowie z wprawą, przeskoczył niski murek, a po chwili wyszedł na skrawek wolnej przestrzeni pomiędzy ruinami. Do antycznych pleców ołtarza przyklejona była mała, drewniana budka. Po powykręcanych łuskach na ścianach można było się domyślić, że kiedyś pociągnięto ją zieloną farbą olejną. Przed budką znajdowało się malutkie obozowisko z pordzewiałym leżakiem i trójnogim grillem. Siedząc w leżaku, miało się doskonały widok na pomnik Ateny, a dokładnie na najmniej chwalebny fragment bogini mądrości.

Ciasno otoczone starożytnymi murami, położone za murkiem i gęstymi chaszczami, niepodległe państewko Nikosa Petreasa ukrywało się przed światem. Nikos przetrwał co najmniej dwie pełne wymiany całego personelu akropolu. Nikt nigdy nie spytał, gdzie właściwie Nikos mieszkał, a skoro nie pytali, to i on nie narzucał się z odpowiedzią.

Starzec wszedł do domu, oparł miotłę o ścianę i podgłośnił radio Sony wiszące na gwoździu. Na starej kuchence gazowej czekały już na niego resztki wczorajszej zapiekanki z ziemniaków i kiełbasy. Preferował dania proste, sycące i które po ugotowaniu trzymały się minimum tydzień.

Z miską parującego jedzenia Nikos wyszedł na zewnątrz. Sprężyny starego leżaka zaśpiewały pieśń pordzewiałego metalu, gdy kościsty tyłek opadł na materiał. Ciszę zalegającą pomiędzy tysiącletnimi ruinami zmąciły odgłosy ciamkania i mlaskania.

Ktoś go obserwował. Wysoki, może czterdziestoletni mężczyzna stał w wąskim przejściu, z którego chwilę temu przyszedł Nikos. Trzymał się granicy światła padającego z okienka budki. Brud i pajęczyny w okienku dodatkowo utrudniały zadanie najtańszej żarówce zamontowanej w domku, lecz nawet w tej słabej poświacie rude włosy mężczyzny zdawały się płonąć. Największe marki odzieżowe zapłaciłyby krocie, byleby pokazać swoje ubrania ozdobione tak szlachetnymi i intrygującymi rysami twarzy. Tylko że przybysz na pewno nie interesował się modą. Umięśnione ciało, mogące idealnie prezentować się w najdroższych garniturach, nosiło seledynowy dres z ortalionu.

– Jadłeś coś dzisiaj? – zapytał Nikos, nie wyjmując długiego nosa ze swojej miski.

– Zapomniałem – westchnął tamten lekko zdumiony tym odkryciem. Miał miły głos, idealny do roli lektora rodzinnych programów przyrodniczych. – Rzeczywiście jestem głodny.

Prawa dłoń Nikosa zwinęła się w pięść koło głowy, a szponiasty kciuk wskazał na budę za jego placami.

– Miska czeka koło kuchenki – odparł, a gdy przybysz go mijał, stary dodał: – Tylko nie bierz samej kiełbasy. Trzy kawałki ziemniaka na jeden mięsa. Cebuli – ile chcesz.

Mężczyzna uznał to za uczciwy układ i wszedł do środka, a po chwili przeraźliwego skrobania metalu o metal i trzech soczystych mlaśnięciach wrócił z jedzeniem. Nie było drugiego leżaka, więc usiadł na niskim kamieniu skrytym w trawie. Wyciągnął długie nogi i jadł, raz po raz łypiąc na cztery litery posągu Ateny.

– Ona nie była znowu taka mądra, wiesz? – zagaił mężczyzna.

– Naprawdę? – zapytał obojętnie starzec. Skończył posiłek i teraz całą uwagę poświęcał wydłubywaniu językiem kawałków obiadu z dziur po zębach.

– W rzeczy samej. Bogini mądrości, a głupia jak but. Zawsze podejrzewałem, że dostała tę funkcję tylko dlatego, że wyskoczyła mu z głowy. Jakby zamiast głowy bolała go wątroba, to mielibyśmy boginię syntezy cholesterolu.

Nikos westchnął. Zapowiadał się jeden z tych wieczorów. Zaraz będzie musiał pójść do budki i przynieść niedokończoną butelkę ouzo.

– Zarozumiałe, wredne babsko – wycedził nieludzko przystojny przybłęda.

*

Echo było wyborne. Nie ulegało wątpliwości, że dramat dziejący się w malutkiej kancelarii dla petentów był doskonale słyszalny na całym Olimpie.

Opoka handlowców, posłaniec bogów, arcymistrz negocjacji kroczył korytarzem. Był zły. Prawa dramaturgii nakazują, aby każdemu boskiemu krokowi towarzyszyło łupnięcie, jednak Hermes był do tego po prostu zbyt lekki. Zamiast tego czytelnicy audiofile muszą zadowolić się łopotem jego szat oraz szumem najprawdziwszych skrzydeł przytwierdzonych do hełmu. Może i wyglądał w nim tandetnie, lecz nakrycie głowy nie pozostawiało wątpliwości, z kim miało się do czynienia. Jeśli zaś to nie wystarczyło, to i tak każdy powinien poczuć respekt przed kimś trzymającym kij z dwoma owiniętymi wężami. Hermes darował sobie jedynie sandały ze skrzydełkami, bo pióra ciągle łaskotały go po kostkach.

Zaraz za Hermesem truchtała drobna nimfa Chryssa, kancelaryjna stażystka. Jej jedyną tarczą przeciwko światu był chudy segregator.

– I który z nich tak nas nazwał? – Hermes się gotował.

– Nie zapamiętałam – skłamała Chryssa. – Dużo krzyczeli.

– Dobrze. To zrobimy tak: ja wskażę palcem najmniejszego, ty potwierdzisz, a potem niech oni to już naprostują.

– Nie wiem…

– Zaufaj mi, jestem bogiem negocjacji. Znam się na rzeczy.

Zatrzymali się przed wejściem do recepcji. Hermes wypiął pierś (a miał co wypinać), poprawił rude loki. Wyciągnął prawą rękę i pchnął drzwi.

Drewniane skrzydła uderzyły o ścianę i Hermes wkroczył z dłonią uniesioną w geście pokoju oraz pozdrowienia. Zyskał tym uwagę oraz respekt tłumu mężczyzn cisnących się za ladą recepcji. Z jednym wyjątkiem.

Hermes popatrzył na wszystkich z góry i już miał powiedzieć: „Witajcie bracia!”, gdy zobaczył niską kobietę w średnim wieku stojącą zaraz na przedzie tłumu. Jego aparat mowy dostał zwarcia.

– Jeszcze tego tutaj brakowało – przywitała go kobieta.

Hermes nie był do tego przyzwyczajony. Na ogół na jego widok ludzie reagowali natchnionym westchnieniem, czasami szerokim rozszerzeniem oczu. Irytacja była czymś nowym.

– Eee – przemówiło boskie gardło.

– Zamawiasz piwo? – Kobieta patrzyła na uniesioną dłoń boga mediacji. – W takim razie pięć nie wystarczy. Jest nas więcej.

Hermes popatrzył zdziwiony na swoją dłoń, jakby widział ją pierwszy raz w życiu. Wolno ją opuścił. Odchrząknął, zbierając resztki autorytetu.

– Witaj, Alkmeno.

– A no cześć – wzruszyła ramionami. – To gdzie on jest?

– Kto?

– Dobrze wiesz kto, Herm.

Wszyscy znali Alkmenę, dlatego że w pierwszej kolejności Alkmena znała wszystkich. Ba, połowa Olimpu była jej rodziną, co niekoniecznie jej się podobało. Tym bardziej nie widziała powodu, dla którego miałaby traktować bogów inaczej niż irytujących wujków i wredne ciotki. Naturalnie żadnemu bogu nie pasowała taka frywolność ze strony śmiertelniczki i chętnie wyjaśniliby z Alkmeną kilka kwestii, na przykład każąc jej wtaczać głaz na górę lub nasyłając na nią sępa rozsmakowanego w ludzkiej wątrobie. Jednak Alkmena była nietykalna, bo za nią stał On. Po kątach Olimpu mówiło się, że po niej nie miał już żadnej ludzkiej kobiety, w co Hermes niespecjalnie wierzył. Jego zdaniem wyglądała jak każdy śmiertelnik i do tego zadzierała nosa.

– Dobrze wiesz Alkmeno, że to teraz niemożliwe. Jest bardzo zajęty – powiedział bóg mediacji.

– Ja lepiej niż ktokolwiek wiem, czym on bywa zajęty, kiedy mówi, że „jest zajęty” – odparła Alkmena i oparła się o mahoniowy kontuar, całą uwagę poświęcając swoim paznokciom.

Hermes poczerwieniał tak, że policzki zgrały się kolorem z jego rudymi włosami.

– Tym razem jest zajęty-zajęty. Znowu jest problem z żurawiami.

Jeden z młodych mężczyzn stojących za Alkmeną poruszył się niespokojnie.

– Żurawie? Walczyłem z nimi – zaczął niepewnie. – Żurawie to rzeczywiście poważny problem. Może przyjdziemy kiedy indziej?

Kobieta nawet nie raczyła się do niego obrócić. Paznokcie były całym jej światem.

– Jak mawiał klasyk: „Współkochać przyszłam, nie współnienawidzić”, kuzynie – odparła. Ostatnie słowo ociekało drwiną. – Chcemy to załatwić po dobroci, jak to w rodzinie.

– Kto to powiedział? Podoba mi się! Czy ja już to gdzieś słyszałem? – W tłumie młodzików zaskrzeczał starzec wsparty na krótkiej lasce. Gruba opaska na oczach nie pozostawała wątpliwości, że był to Edyp.

– „Pycha rodzi tyranów!” – krzyknął mężczyzna stojący obok niego.

– O! To też dobre! Ma ktoś notes?

– Wystarczy! – Hermes uniósł ręce w obronnym geście.

W krzyczącym mężczyźnie rozpoznał Tantala, syna wiadomo Kogo. Pozostali też nie byli obcy – w szeregu stali również bliźniacy Dioskurowie, Eneasz, Minos i inni, także Jego potomkowie. Poza tym Hermes wyłapał też twarze dzieci Posejdona: Tezeusza i Koronosa. Wreszcie wzrok Hermesa spotkał się ze wzrokiem Odyseusza i pot sperlił się bogu pomiędzy łopatkami.

– Cześć, dziadku – pozdrowił go król Itaki.

Hermes zdobył się na lekkie skinienie głową.

„Rzeczywiście, prawdziwy rodzinny nalot. Dobrze, skoro tak to chcecie rozegrać… – pomyślał. Skinął na Chryssę i szepnął jej coś na ucho.

Młodziutka nimfa pobladła. Sarnie, złote oczy zwiększyły się trzykrotnie. Coraz wyraźniej uzmysławiała sobie wady pracy w biurokracji. Jedzenie ciastek i plotki przy kawie nie rekompensowały tego.

Hermes skinął głową, a gdy Chryssa nie ruszyła się z miejsca, odprowadził ją do drzwi i lekko wypchnął na zewnątrz. Odwrócił się do zebranych, splatając ręce na piersi. Węże na kaduceuszu dziabnęły go w ramię, gdy przez nieuwagę lekko je przydusił.

– No i pięknie dziękuję – powiedziała Alkmena.

– Zobaczymy. Co u Perseusza?

– A myślisz, że kto nas do tego namówił?

– Myślałem, że już wyjaśniliśmy sobie tamtą drakę z Dionizosem.

– Nie chodzi tylko o niego, kuzynie.

Zamilkli. Bóg mierzył wzrokiem śmiertelniczkę, śmiertelniczka boga. Tymczasem mężczyźni szeptali miedzy sobą, a czasami ponad szmer przebijały się zdania: „Trzeba przyznać, że bogato, ale skromnie” lub „Te kwiaty są sztuczne czy prawdziwe?” oraz „Mówię ci, tylko olejek z wolego łoju. Smaruję raz dziennie, a ramiona błyszczą mi jak łysina filozofowi”.

Bogowie znali pojęcie czasu, ale nie widzieli w nim miejsca dla siebie. Od wyjścia nimfy mogło upłynąć zarówno pół sekundy, jak i dwa pokolenia ludzi. W końcu jednak coś się wydarzyło.

Lampy naftowe w kancelarii straciły na jasności o pół tonu. Zrobiło się też zimniej, a powietrzu rozszedł się zapach żużlu i beznadziei.

Drzwi otworzyły się w tempie marszu konduktu pogrzebowego i do kancelarii wszedł wysoki, czarnowłosy mężczyzna o ziemistej cerze. Była to jedyna istota na Olimpie, która nosiła szatę w kolorze fioletu i granatu.

– Witajcie, bracia i siostro – powiedział. W przeciwieństwie do Hermesa wejście wyszło mu wyśmienicie. W głosie mężczyzny słychać było świst jakby przeciągu spod płyty nagrobnej. – Słyszałem, co was sprowadza. Rozumiem waszą sprawę, ale w tym momencie niewiele możemy zrobić.

Alkmena wyprostowała się. Znudzenie momentalnie zniknęło z jej twarzy, ustępując czujności.

– A jednak nie słuchałeś uważnie, bo przyszedłeś ty zamiast Niego. Mówiliśmy jasno, że chcemy rozmawiać z Zeusem – przez chwilę się zawahała, ale zaryzykowała dodanie: – wujku.

Hades skierował na nią ciemne i pozbawione białek oczy. Po chwili odezwał się:

– Wydawało mi, że Hermes wyraził się jasno. Zeus jest…

– Tak, tak, wiemy, zajęty żurawiami – żachnęła się kobieta.

Efekt wejścia boga podziemi tracił powoli na sile i Alkmena odzyskiwała pewność siebie.

– Żurawie to poważny problem.

– Tak! To samo mówiłem! – ochoczo krzyknął ten sam facet co poprzednio, ale szybko się wycofał.

– Czyli rozumiecie, że nie możemy pomóc – Hades odparł tryumfalnie. – Odejdźcie w pokoju.

– Hadesie – odparła Alkmena – odchodziliśmy już w pokoju raz i dwa, i trzynaście razy. Nie mamy już ochoty na odchodzenie w pokoju. Żądamy rozmowy z Zeusem, bo inaczej…

– Bo inaczej? – zaciekawił się bóg podziemi, władca świata umarłych, odźwierny śmierci.

– Bo inaczej zawiążemy związek zawodowy.

Twarz Hadesa była nieruchoma niczym zdjęcie nagrobne, ale nawet Hermesa przeszły ciarki. Słyszał o związkach zawodowych i choć jako bóg handlu całym sercem wspierał je, to wolał nigdy nie mieć z nimi nic do czynienia.

Tymczasem mężczyźni stojący za Alkmeną zafalowali. Kilku z nich potaknęło ochoczo głową, inni zrobili to, gdy ci pierwsi popatrzyli na nich znacząco.

– Stanowimy komitet – ciągnęła kobieta. – A za nami stoi prawie setka herosów, półherosów, ćwierćbogów i istot nieklasyfikowanych. Każdy jest wyzyskiwany przez kierowników Olimpu. Wezwij Go, Hadesie. Wezwij Zeusa.

– I Posejdona! – krzyknął ktoś z tłumu.

Hades zlustrował wszystkich wzrokiem, poświęcając nawet chwilę Hermesowi, po czym wyszedł bez słowa.

*

– To niedorzeczne – burknął Posejdon z głębi swojej wełniastej brody.

– Oczywiście – przytaknął Hades.

– To kpina.

– Tak im przekazałem.

– A wyjaśniłeś, że żurawie to poważny problem?

– W rzeczy samej, nie omieszkałem.

Hades nie patrzył na brata numer dwa. Ważny był tylko brat numer jeden. Zeus stał przy oknie i patrzył w pustkę. Słońce oświecało jego boskie lico, lecz, biorąc pod uwagę emanującą z niego boskość, nie miało tu wiele do roboty. Ojciec bogów promieniał własnym blaskiem, podczas gdy Hades każdym kawałkiem siebie zasysał światło jak wygłodniała, czarna dziura.

Oprócz nich w gabinecie była też Atena, jako bogini mądrości pełniła rolę doradcy swojego ojca. Siedziała w głębokim fotelu i drobnymi łyczkami popijała wino z kieliszka. Uśmiechała się do siebie, lecz – podobnie jak Zeus – nie zabierała głosu. Z kolei Posejdon szalał jak morze w czasie sztormu.

– Na pewno widziałeś z nimi Tezeusza? – zapytał.

– Jego obecność jest pewna jak gwóźdź w trumnie.

– Głupi smarkacz. To wina Perseusza i Odyseusza. Oni zawsze mieli na niego zły wpływ. Ten drugi mnie nienawidzi.

– Skazałeś go na dziesięć lat tułaczki po morzu na trasie, która normalnie zajmuje pięć dni.

– Oślepił mi syna.

– Cyklopa ludożercę, którego imienia nawet nie pamiętasz.

– Jego imienia nikt nie pamięta!

– Cisza – rzekł Zeus. Nie krzyknął, po prostu rzekł, a bracia umilkli. – Czy Alkmena była bardzo zła?

– Nie bardziej niż zazwyczaj.

Zeus obrócił się od okna i podszedł do braci, mącąc bosymi stopami złote runo na podłodze.

– Czy waszym zdaniem ta cała sprawa ze związkiem zawodowym może być tak naprawdę prywatna? Że tak naprawdę Perseusz nasłał Alkmenę i oboje chcą dopiec mi osobiście?

Posejdon popatrzył niepewnie na Hadesa, ale ten nie spieszył się z odpowiedzią.

– No tak jakby… – zaczął – jesteś jednocześnie jego ojcem, kochankiem jego wnuczki i ojcem jego prawnuka. Raczej ciężko uważać, że oboje kiedykolwiek przyswoją ten stan rzeczy.

– Skoro o Heraklesie mowa – Hades spojrzał głęboko w oczy Zeusa. Udawał, że nie czuje na sobie czujnych oczu Ateny – to Herakles nigdy się z tym nie pogodził. Jeśli mogę tak to określić – to dlatego stał się takim bufoniastym, bananowym dzieckiem.

Zeus popatrzył przeciągle na brata, z jubilerską precyzją ważąc dawkę obrazy zawartą w jego słowach, po czym powiedział:

– Możesz. Nawet ja nie byłem w stanie tego przewidzieć. Niektórym też sława uderza do głowy.

– I jeszcze ten Tantal. – Posejdon spróbował zejść z tematu kazirodztwa, który był mu niebezpiecznie znajomy. – Przecież to psychol.

– Ale krew – odparł Zeus – moja krew. I wasza też, bracia. Eneasz, Odyseusz, Perseusz, Alkmena. Nawet Dioskurowie, choć nie wiem, który z nich dokładnie. To dla mnie walczyli z Amazonkami i uganiali się za morderczymi dzikami. A z twoim Tezeuszem, Posejdonie, było inaczej? Też ma na koncie upolowanie wściekłego wieprza, no i posprzątał twój bałagan z Minotaurem. Czyż nie?

Posejdon zaburczał coś niewyraźnie. Nie był zadowolony, że unikając tematu słabości do krewnych, przeskoczyli nagle na temat słabości do zwierząt.

– Tak, bracia moi – Hades splótł ręce za plecami i zaczął maszerować wokół stołu jak ktoś, kogo racja po wielu wiekach nareszcie wyszła na wierzch. – Wasze dzieci właśnie dorosły i wystawiły wam rachunek za lata zaniedbania. I musicie go uregulować. Herosi są nam potrzebni, by utrzymać wiarę śmiertelników. Nawet ja nie do końca rozumiem, jak myślą i co czują ludzie. Nikt z nas nie rozumie, ale nikt się do tego nie przyzna. Karty na stół, potrzebujemy kogoś, kto będzie dla nas pracował z ludźmi i pomoże utrzymać się na rynku. Bez wiary ludzi wypadamy z gry.

– Mówisz tak, jakbyśmy nic nie mogli. Bzdura. Zaraz urządzę potop i…

– I zniszczysz całą ludzkość, nie pozostawiając nam nic, na czym moglibyśmy rosnąć? Doskonałe rozwiązanie – parsknęła Atena ze swojego fotela.

– Dobrze więc, jakie są ich żądania? – zapytał Zeus.

Hades zrobił potulną minę.

– Równego traktowania.

– I tylko tyle?

– Ze strony bogów? To bardzo wiele.

– Taaa – parsknął Posejdon. – Tu się zgodzę. Reszta na to nie pójdzie. Śmiertelnicy równi bogom? U nas to nie ma szans. Może w Skandynawii.

Hades stanął przy wielkim marmurowym biurku boga ojca. Na blacie stał złoty globus, nie był jednak odlany z metalu. Uważne oko zobaczyłoby na nim miniaturowe morze i chmury, które cały czas się poruszały. Hades zakręcił globusem.

– Nazwali to „prawem pracy” – odparł zapatrzony w urządzenie. – Myślę, że podpatrzyli to w reszcie Europy. Stabilne godziny pracy, płatne nadgodziny, wolne weekendy, prawo do urlopu wypoczynkowego i chorobowego. To ostatnie to chyba pomysł Achillesa, bo ciągle siedzi u ortopedy.

– To Skandynawowie, mówię wam – warknął Posejdon. – Zawsze mnie irytowali z tymi swoimi wielkimi łodziami. Tylko że Odyn i spółka mogą sobie pozwolić na takie głupoty, bo u nich zarobki są cztery razy większe niż u nas.

Hades wzruszył ramionami, zwrócił się do Zeusa:

– Co w takim razie proponujesz?

– Są bogowie i są śmiertelnicy – powiedział bóg bogów. Minął Hadesa, okrążył swoje wielkie biurko i usiadł w głębokim fotelu. – Jedni są na górze, inni na dole. Zawsze tak było i zawsze tak będzie. Hierarchia, bracia. Ja jednak zawsze szczególnie traktowałem swoje dzieci, reszta bogów również. Perseusz i Dioskurowie za swoje zasługi dostali ode mnie po gwiazdozbiorze. Synowi Tantala zwróciłem życie. To nie wina chłopaka, że ma ojca sadystę.

Posejdon stanął obok Hadesa. Obaj bracia czekali, aż brat numer jeden dokończy myśl. Głos jednak zabrała Atena. Do tej pory nie odzywała się wiele, bo macierzyństwo zawsze wydawało jej się potwornie nudne i męczące.

– Te całe ich prawa pracy są sprzeczne z naturą – odezwała się. – I teraz po latach wasze dzieci tak nam się odwdzięczają za opiekę i troskę? Związkiem zawodowym w twarz. Zachciało im się robić nowe porządki w starym miejscu.

Wstała z fotela i podeszła do biurka Zeusa. Popatrzyła z góry na ojca. Dopiła resztkę wina, drugą ręką sięgnęła po złotą słuchawkę telefonu stojącego na blacie.

*

Sala konferencyjna była dużo bardziej okazała niż kancelaria Olimpu, co było zrozumiałe. Kancelaria była dla śmiertelników, a z sali konferencyjnej korzystał zarząd Olimpu, czyli sami bogowie. Pośrodku stał wielki stół obity zielonym materiałem. Jego długość nie znajdowała odzwierciedlenia w żadnym ludzkim systemie miar, zwłaszcza jeśli w jednej chwili musiał przy nim usiąść cały panteon greckich bóstw. Ludzie – jakimś zbiegiem okoliczności – jeszcze nigdy nie zostali tu zaproszeni. Tym razem jednak Związek Zawodowy „Olimp Dwadzieścia Dwa” zajął miejsce z lewej strony stołu. Z prawej zasiedli bogowie. Cała dwunastka olimpijska ze szczególnym zaproszeniem dla Hadesa. Wokół stołu mediacyjnego zebrała się też setka mniejszych bożków i bogiń.

Alkmena ani trochę nie zdziwiła się, że boską salę konferencyjną zdobiły posągi samych bogów, mistrzów samouwielbienia. Jako przewodnicząca związku zasiadła pośrodku dłuższego boku stołu, naprzeciw Zeusa.

– Alkmeno.

– Zeusie.

Ich głowy wymieniły się skinieniami.

– Hero – zwróciła się Alkmena do bogini siedzącej po prawicy Zeusa, ale ta nie poruszyła się. Patrzyła na kobietę jak kot na podejrzany kawałek zielonego mięsa. Jej twarz była stworzona do posągów i spoglądania na świat z pogardą.

Głos zabrał Zeus.

– Na samym początku chciałbym usłyszeć zapewnienie z twojej strony, że całe to zamieszanie nie jest formą osobistej zemsty na mnie. Nigdy ani ty, ani Perseusz nie daliście mi w żaden sposób znać, by między nami istniała jakaś niezgoda.

Alkmena rozpromieniła się bardziej niż boskie oblicze boga ojca.

– Też miło mi cię widzieć, kochany. Zapewniam, że w żaden sposób nie traktuję tego jako prywaty. Zarówno mnie, jak i dziadkowi chodzi wyłącznie o dobro ludzi oraz firmy. Wszak na Olimpie jesteśmy jak rodzina.

– Naturalnie. Jednak zważywszy na naszą przeszłość – palce Zeusa wykonały dziwny gest w tę i z powrotem, przy tym nieco odsunął się od Hery, która jeszcze bardziej zacisnęła wargi – trudno nie zauważyć, że to jednak ty przewodzisz temu całemu… związkowi.

– Oj, Zeusie, chłopaki po prostu potrzebowali kogoś z jajami.

Zebrani na sali ryknęli śmiechem. Gdzieś w głębi gardła boga piorunów rozległ się mały grom.

– Fakt, tego nie sposób ci odmówić. Ale do brzegu. Hades wyłożył nam wasze żądania. Czy mam przez to rozumieć, że do tej pory czuliście, że traktuje was niesprawiedliwie?

– Zeusie, czasami jesteś nieznośny, czasami wybuchowy, ale nigdy nie powiedziałbym, że niesprawiedliwy, czego nie można powiedzieć o innych bogach. Potrzebujemy tylko gwarancji równości na piśmie, tak by wszystko było jasne. Olimp to rodzinna firma, to nasze miejsce. Tak zawsze będziemy go traktować.

– Alkuś – bóg ojciec zapomniał się, używając pieszczotliwego imienia kochanki. Nikt nie drgnął, jedynie Hera wyglądała jakby połknęła rozdymkę. – Jesteś niezwykle mądrą kobietą, ale rozumiesz, że to oznacza formalne zrównanie bogów i ludzi?

– Tak działa demokracja, kochany. Chlubny wynalazek naszej ojczyzny Grecji.

– Ja nigdy nie potrzebowałem urlopu wypoczynkowego – warknął Ares siedzący dwa miejsca na lewo od Zeusa.

– Bo wy się nie męczycie tak jak my. Poza tym macie wolne cały czas. Jesteście bogami. Jako kierownictwo najwięcej korzystacie z tego, co my wypracujemy, podczas gdy my dostajemy nędzne resztki.

– Teraz nas obrażasz, śmiertelniczko – odezwała się Atena nosowym głosem. Siedziała zaraz na lewo od ojca jako jego główny doradca. – Bacz na swoje słowa. Teoria skapywania…

– Przez was ożeniłem się z matką!

Tysiąc par oczu popatrzyło jednocześnie na mężczyznę w zaawansowanym wieku siedzącego kilka krzeseł na prawo od Alkmeny. Przerywanie wypowiedzi bogini mądrości przyszło mu łatwo, ponieważ przez grubą szmatę na oczach nie widział, komu właściwie przerywa.

– A my zostaliśmy zamienieni w gwiazdozbiory! – krzyknęli razem Dioskurowie. – Niby mamy być razem, ale czy wiecie, co to są lata świetlne? Zapewniamy was, że teraz jesteśmy bardzo daleko od „razem”.

– Tak, to może być moje niedopatrzenie. – Zeus pierwszy raz wydawał się skruszony.

– Zeusie – odezwała Alkmena. Jej głos złagodniał, stracił na wcześniejszej hardości. – My naprawdę chcemy tylko sprawiedliwego traktowania. Jesteśmy przecież rodziną.

Bóg popatrzył na nią uważnie, podrapał się po brodzie. Atena ponownie spróbowała wskoczyć na scenę:

– Razem z resztą bogów chcemy wam kogoś przedstawić. Zobaczymy, czy to wy macie rację, nazywając nas uciskającymi nadzorcami. Czy może jednak my mamy rację, że jesteście roszczeniowi i niewdzięczni. Jak to dzieci.

Obróciła się w prawo, prezentując Związkowi Zawodowemu „Olimp Dwadzieścia Dwa” swój profil godny wybijania na monetach i dała strażnikowi znać ręką. Strażnik otworzył drzwi do sali konferencyjnej.

Za drzwiami czekało dwóch mężczyzn, których nawet jak na standardy mitologii można by nazwać osobliwymi. Pierwszy był ubrany w szatę z połączonych płatów skór tygrysa oraz słonia. Sięgała mu do kostek, na których złociły się bransolety w kształcie węży. Podobne ozdoby błyszczały na przedramionach przybysza. Wszystkich czterech przedramionach. Jego cera była dosłownie kredowobiała.

Drugi gość był nieco niższy. On z kolei nosił idealnie dopasowany, grafitowy garnitur i miał czarną, skórzaną teczkę. Od przeciętnego biznesmana z ulic Hongkongu różnił go miecz schowany do wysadzanej klejnotami pochwy przymocowanej na pasku oraz trzecie oko na środku czoła.

Obaj weszli do środka sali i w identycznym stylu ukłonili się zebranym. Był to bardzo głęboki ukłon.

– Witajcie, panowie – Zeus wstał. – Siadajcie z nami.

Przybysze ukłonili się raz jeszcze, nieco głębiej. Nie ruszyli się z miejsca.

– Eee, Ateno. – Zeus nachylił się do niej. – Czy oni rozumieją naszą mowę?

– Tak, oczywiście. Tylko wolą słuchać zamiast mówić. Chyba też nie nawykli do siadania w towarzystwie zwierzchników.

– Wolą słuchać! Wybornie – powtórzył uszczęśliwiony Posejdon.

Alkmena zwróciła się do Zeusa, gdy odzyskała mowę.

– Kim oni są?

– To nasi nowi przyjaciele z Indii i Chin – odpowiedziała Atena za ojca. – Jakiś czas temu zgłosili się do nas z propozycją wynajęcia nam kilku swoich herosów i prowadzenia dla nas księgowości śmiertelników. Wtedy im odmówiliśmy, bo przecież mieliśmy was, kuzyni. Teraz jednak chyba nie dajecie nam wyboru.

– Nie dajemy? – zapytał Odyseusz nie wiadomo kogo.

– Co się dzieje? Ktoś zemdlał? – dopytywał ślepy starzec.

Zeus usiadł ciężko. Zaplótł dłonie i sponad nich patrzył na Alkmenę.

– Zostajemy outsourcingowani – kobieta wytrzymała jego spojrzenie.

*

– Chrysso! – zawołał Hermes, siedząc przy swoim biurku i przerzucając kolejne pliki papierów, które zdawały się mnożyć na blacie jak stado królików. – Chrysso!

– Tak, panie? – Mała główka nimfy wsunęła się ostrożnie przez wąsko otwarte drzwi.

– Gdzie są formularze do rejestracji nowych ołtarzy?

– Które, panie?

– No te, co mają napisane gdzieś na początku „ołtarz użyteczności publicznej”. Zapamiętałem, bo to zawsze głupio brzmiało.

– Obawiam się, że już ich nie używamy – ostrożnie powiedziała nimfa, ale z wielką pewnością. Jak ktoś, kto musi przekazać komuś złe wieści, które ten już dawno powinien usłyszeć. – Rejestracja ołtarzy, tak jak rejestr ofiar i danin, jest teraz w Indiach, panie.

– Jak to? Od kiedy? – Hermes popatrzył na głowę nimfy ze zgrozą. Ta w dalszym ciągu nie weszła do gabinetu.

– Od września. Nie dostał pan listu na skrzynkę?

– Połowy nie zdążam przeczytać. – Ze wstrętem popatrzył na niski, papierowy pagórek na prawej krawędzi blatu. – A kto go wysłał?

– Pani Atena, panie.

W głowie Hermesa odpalił mały rzutnik. Szybki pokaz slajdów pokazał mu wszystkie momenty, w których od września Hermes widział się z Ateną twarzą w twarz. Ani razu nie powiedziała mu o tym transferze. Ani słowem.

– Głupia baba, wszystko załatwiałaby listami – wymamrotał pod nosem.

Chryssa zdążyła nabrać na tyle doświadczenia w biurokracji, by nie poprosić kierownika o powtórzenie ostatniego zdania. Powoli zaczęła wycofywać głowę za drzwi i zasięgu wzroku kierownika, ale nie zdążyła.

– Czyli daniny są już na drugim kontynencie? – zapytał ją Hermes.

– Panie, cały Dział Pobożności już tam jest.

Temperatura w gabinecie boga posłańców, władcy informacji i tego-co-zawsze-wie-pierwszy – spadła poniżej zera.

– Jakby ktoś pytał, to o tym wiedziałem – powiedział kwaśno. Wstał i podparł się pod boki. – To teraz jak mam zarejestrować nowy ołtarz w Mykenach?

Chryssa schowana za drzwiami zaczęła tłumaczyć szefowi całą procedurę, bardzo powoli i dokładnie. Hermes i tak w kilku miejscach prosił ją o powtórzenie i unikanie zwrotów „łatwo” oraz „szybko”. Jakkolwiek by ich nie wypowiedziała, zawsze słyszał oba słowa jako „tanio”.

Na koniec miał ochotę krzyczeć, miał ochotę pluć, ale poprzestał na pojedynczym uderzeniu pięścią w stół i to dopiero wtedy, gdy młoda nimfa zmyła się już z gabinetu.

Usiadł na swoim fotelu i sięgnął po słuchawkę. Był bogiem, ale z rodzaju tych skromnych, więc jego telefon nie był złoty, lecz wykonany z czarnego, normalnego plastiku.

– Halo? Czy dodzwoniłem się do Obsługi Klienta? Z tej strony Hermes.

– Dobry wieczór – odpowiedział głos, który brzmiał tak, jakby ktoś po drugiej stronie, odbierając telefon klienta, spełniał swoje największe marzenie. – Witamy w Obsłudze Klienta Góry Olimp, siedziby bogów i miejsca pierwszego wśród pierwszych…

– Tak, ja…

– …szczytu dominującego nad światem, oraz miejsca ostatecznego celu…

– Dokładnie, jest tak, jak pani opisuje…

– …kwatery najwyższych luksusów, komnat pełnych szczęścia i spełnienia…

– Chciałem tylko…

– Jak możemy służyć?

– O… – zasób słów Hermesa na chwilę się wyczerpał. – Tak, Hermes z tej strony, pewnie słyszeliście. Chciałem zarejestrować nowych ołtarz w Mykenach. Czy może mnie pani przekierować do Działu Pobożności?

– Proszę podać numer pracownika, nazwisko i cel połączenia.

– E, nie mam nazwiska. I chyba nie dostałem numeru klienta…

Po drugiej stronie słuchawki panowała cisza, choć z niewyjaśnionych powodów Hermes wiedział, że telefonistka nie przestała się uśmiechać.

– I co teraz zrobimy? – zapytał szczęśliwą pustkę.

– Proszę podać numer pracownika…

– Dobrze, dobrze. Zadzwonię później. Do widzenia.

– Niezmiernie miło, że zdecydowałeś się skorzystać z naszych usług. Nasi pracownicy są do twojej dyspozycji całą dobę.

Palec boga mediacji wcisnął przycisk zakończenia połączenia. Hermes zastanowił się przez chwilę, po czym wykręcił numer, który ostatnimi czasy wykręcał dość często. Nikt nie odebrał. Hermes popatrzył na zegarek, coś się nie zgadzało. Kozioł powinien być jeszcze w robocie. Spróbował drugi numer. Dostał go niedawno i czuł się głupio, prosząc o niego, ale nie żałował.

Przywitało go beczenie.

– Halo, Pan?

– Czeeść, ojcieec. Co taam?

– Czemu nie odbierasz, jak do ciebie dzwonię?

– Przeecież odebraałem.

– Mówię o telefonie w firmie.

– To tyy niee wieesz? Ateena mniee wyrzuciiła.

– Co? Kiedy?

– Zee dwa tygoodnie teemu. Poszeedł cały seektor Windykaacji Moodłów.

Wielkie, zimne kowadło zaczęło przesuwać się przez kiszki Hermesa.

– Bogowie, przykro mi – odparł bóg mediacji.

– Luuzik, taato – w słuchawce zabeczał wesoło Pan. – Znalaazłem już robootę w takiej jeednej knajpce. Daają tu suuper dolmaades. Musisz wpaaść.

– Wpadnę, obiecuję – zapewnił Hermes. Ostatnie wydarzenia zrewidowały jego poglądy na bycie dobrym ojcem. – Dzwonię, bo myślałem, że wiesz może, jaki mam ten cały numer pracownika. No ale w tej sytuacji…

– A poo co ci jeeszcze nuumer pracowniika? – zdziwił się Pan. – Nie dostaałeś listu?

*

Nikos zamlaskał, pozwalając, by ostatni łyk ouzo przyjemnie popalił go w ustach i gardle.

– Hmm, dokładnie – potwierdził rudowłosy. – Sam lepiej bym tego nie ujął.

Noc na akropolu weszła już w decydującą fazę, podczas której człowiek ma do wyboru albo złapać odpowiednią ilość zdrowego snu, albo z czystym sumieniem zarwać noc.

Dwaj mężczyźni siedzieli w milczeniu, gapiąc się w gwiazdy. Starzec na rozklekotanym leżaku plażowym, młody mężczyzna – na kawałku marmuru leżącym w tym miejscu od tysiąca dwustu lat.

– A wiesz, że Pan miał rację? Naprawdę dają tam super dolmades. Przyniosę ci jutro.

W odpowiedzi Nikos zwinął się w krześle w kłębek, którego jądrem stała się pusta butelka po ouzo. Rozległo się przeciągłe chrapanie.

Jego urodziwszy kompan od butelki wstał z kamienia, otrzepał dresowe spodnie z białego pyłu. Wziął na ręce starca i przeniósł go do wnętrza strażniczej budki, a tam ostrożnie położył na wersalce. Przykrył Nikosa kocem podziurawionym przez mole, wcześniej stawiając pustą butelkę na stole.

Starzec burknął coś w stylu: „Podłoga. Odkurzałem. Możesz spać”, ale mężczyzna nie miał na to ochoty. Był jeszcze z kimś umówiony na dolmades.

Z malutkiej lodówki wyjął piwo, jedno z dwóch, które wcześniej przyniósł… Drugie zostawił w lodówce. Starzec będzie go rano potrzebował.

Rudowłosy mężczyzna przedarł się przez krzaki oddzielające obozowisko Nikosa od reszty akropolu. Szedł jego główną aleją, nie spieszył się. Miał noc, ruiny i butelkę piwa dla siebie.

Stary bóg w starym miejscu.

 

Opowiadanie nadesłane w ramach konkursu „Snuj Story” 2022. Zostało wyróżnione drukiem w tygodniku „Nowy Napis Co Tydzień”. 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Krzysztof Syrek, Stare miejsce, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2022, nr 151

Przypisy

    Powiązane artykuły

    02.12.2021

    Nowy Napis Co Tydzień #129 / Poezja pozwala płynąć innym nurtem

    Zapraszamy do obejrzenia nagrania.

    – W jakim celu i kiedy czytamy poezję? Zaiste trudno spodziewać się jednolitej odpowiedzi, każdy z nas robi to przecież po swojemu. Ja lubię czytać szczególnie rano, kiedy dzień ledwie wstał i głowa nie jest jeszcze pełna szumu codzienności. Poezja pozwala płynąć innym nurtem. No to proszę, popłyńcie Państwo teraz razem ze mną perską łodzią choćby Na setkach wioseł 

    – mówi Mariusz Sambor pod wpływem najnowszego tomu poetyckiego Anny Matysiak.

    Więcej w nagraniu.

    A. Matysiak, Na setkach wioseł, Convivo, 2021. 

    Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
    Źródło tekstu: Mariusz Sambor, Poezja pozwala płynąć innym nurtem, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 129

    Przypisy

      Powiązane artykuły

      04.11.2021

      Nowy Napis Co Tydzień #125 / Nieświadoma droga przez codzienność

      Zapraszamy do obejrzenia nagrania

      – „Może była to taka nieświadoma właśnie droga przez codzienność, bo ta książka powstawała szybko, w trzy miesiące, tam oczywiście były jakieś fragmenty później, które pewnie ją wzbogaciły. Generalnie to była taka szara codzienność, od października do grudnia to jest okres dość ponury. Nagle z tej jasnej pory życia, czyli lata przechodzimy w depresyjną jesień. […] Taki był moment obserwacji tego wszystkiego. Dobrze się to pisało i stwierdziłem, że trzeba to pokazać" – zdradza Mariusz Sambor.

      Więcej w nagraniu.

      Książkę Cztery filary można zakupić w e-sklepie Instytutu Literatury.

      Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
      Źródło tekstu: Adam Leszkiewicz, Mariusz Sambor, Nieświadoma droga przez codzienność, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 125

      Przypisy

        Powiązane artykuły

        17.08.2021

        Laura, Filon i Minotaur

        Minione, minione, nikt nie pamięta win,
        tylko drzewa jak w niebo rzucone kotwice

        Czesław Miłosz, Roki

        Drzewa chodzące, drzewa bolejące;
        Na korze cięte serca - i strzała Amora…

        Nadmorski wiatr porwał w oceanów
        Czeluść kochanków, czułych - jak dwa

        Ziarnka piasku - z plaży złotej.
        Dmuchawce dwa . Przed burzą.

        Błyskawice, piorun i deszczu cierń
        w inicjałach na obrzękłej korze;

        M.  i T. skrycie zwarty z Minotaurem
        Pod laurowym poezji liściem.

        Pierwej było drzewo, a pod nim
        Rozkwitły paprocie: Laura i Filon.

        Aż przyszła noc;
        miecza i krwi.

        Tekst został zakupiony w ramach programu Tarcza dla Literatów. 

        Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
        Źródło tekstu: Tadeusz Żukowski, Laura, Filon i Minotaur, Czytelnia, nowynapis.eu, 2021

        Przypisy

          Powiązane artykuły

          16.04.2021

          Gdy Homer durną lirę...

          Rudyard Kipling

          (wstęp do The Barrack-Room Ballads in the „Sven Seas”)

          Gdy Homer durną lirę młotkiem poczęstował,

          Słuchał, jak naród piosnki i śpiewa, i gra.

          Pomyślał, że jak czego będzie potrzebował,

          To se pójdzie i weźmie - zupełnie jak ja.

           

          Czasem różni żeglarze i jarmarczne dziewki,

          Pasterze i rolnicy, i handlarze ryb

          Słyszeli, jak znów stare wypływają śpiewki,

          Ale cicho siedzieli – zupełnie jak ty.

           

          Wiedzieli, że je ukradł. On wiedział, że wiedzą,

          Lecz nikt nie puścił pary; cicho-sza, cyt cyt.

          Mrugali do Homera, gdy przechodził miedzą,

          On także do nich mrugał – zupełnie jak my.

          Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
          Źródło tekstu: Anna Bańkowska, Gdy Homer durną lirę..., Czytelnia, nowynapis.eu, 2021

          Przypisy

            Powiązane artykuły

            16.04.2021

            Menelaus i Helena

            Rupert Brooke
            (Menelaus and Helen)
             

            I

            Poprzez Troi ruiny Menelaus wzburzony

            Już pałacu Priama z mieczem w garści dopada;

            Czas pomścić honor króla; na suce zdradzieckiej

            Po latach się odegrać. Przez dym, krwawe jatki,

            Szczęk broni, w ciszę odległych wtargnął korytarzy,

            Gdzie w mroku drzwi tajemnej bieleją komnatki.

            I machnął mieczem raźno. I wdarł się za próg

            Gniazdeczka rozkosznego niczym gniewny bóg.

             

            Tam Helena siedziała – sama, cicha, blada;

            Nie pamiętał Menelaj, jak jest urodziwa

            I jak łagodnym łukiem jej szyja opada...

            I poczuł się zmęczony. I odrzucił miecz.

            Stopy pani całował, z pochyloną głową

            Witał ją jak cny rycerz swą prawą królową.

            II

             

            Tyle słowo poety. Jakże ma opisać

            Trudy drogi do domu, długich lat pożycia?

            Jak prawowite dzieci pani białolica

            Rok po roku nosiła, aż się sekutnicą

            Stała, uwiędłą z cnoty. Jak Menelaj dzielny

            W gadatliwość popadał, o stu Trojach marzył,

            Chrapiąc popołudniami. Heleny głos srebrny

            Ostrzej brzmiał, bo król głuchnął. I byli już starzy.

             

            Często duma Menelaj, po licho na Troję

            Szedł, czemu biedny Parys w jego życie wkroczył.

            Ona płacze, bezradna, ma czerwone oczy,

            A gdy kto mruknie: „Parys”, drżą starcze kolana.

            Więc Menelaus zrzędził, płakała Helena,

            Parys zaś nad Skamandrem spał spokojnie dalej.

            Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
            Źródło tekstu: Anna Bańkowska, Menelaus i Helena, Czytelnia, nowynapis.eu, 2021

            Przypisy

              Powiązane artykuły

              25.03.2021

              Nowy Napis Co Tydzień #093 / PRZYZWOLENIE WSTĘPNE

              Od przebudzenia wiem 
              że to czas odwiedzin 
              czyli szperania w pamięci
              która bardziej chroni wydarzenia niż ocala 
              i ubarwia życie dawnych relacji 
              niespokojnymi konturami

              znajomych refrenów
              (z pozornej skończoności)
              Wracają uroki spania 
              na sianie stodoły
              w Dobrzyniewie
              – wyśmianym Edenie mego ojca 
               
              Bez posłania
              i nadziei na spokój frazy

              A rano niezapomniany smak mleka
              (prosto od krowy)
              Gdzie tamte łąki?… 
              Szkoda że tylko raz  

              na jednym obrazie
              trudno zbudować solidną mitologię 
              Kto mógł wiedzieć
              że wtedy i zawsze
              stodoła będzie mi domem 
              a mleko /bez laktozy/
              pokarmem w porze głodu 

              ojcowskiej przychylności
              Tymczasem przypływy wiary
              w przesłania wolnego rynku słowa 
              jadą na sygnale
              „w stronę Arkadii 
              albo w stronę drugą”Tadeusz Różewicz, „Wiedza”.[1]

              Więcej utworów Danuty Galeckiej-Krajewskiej znajduje się w naszej czytelni. Zachęcamy do zapoznania się z twórczością poetki.

              Wiersze opublikowane zostały dzięki programowi Tarcza dla literatów.

               

              Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
              Źródło tekstu: Danuta Gałecka-Krajewska, PRZYZWOLENIE WSTĘPNE, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 93

              Przypisy

                Powiązane artykuły

                04.02.2021

                ​​​​​​​Mit w poezji Zbigniewa Herberta

                Pierwodruk: „Twórczość” 2019, nr 10, s. 150–154W pierwodruku pominięto przypisy, które znajdują się w niniejszym przedruku.[1].

                Definicja mitu

                Czym jest mit? To zależy – ile dziedzin, tyle metodologii i definicji, dlatego czerpiąc z osiągnięć różnych dyscyplin, na potrzeby niniejszego eseju przyjmuję następującą definicję. Mit to od wieków zakodowany w pamięci zbiorowej przedstawicieli danego kręgu cywilizacji metaelement kultury, organizujący życie społeczne wraz ze wszystkimi jego poddziedzinami, stanowiący metaforę życia, a także realizujący cechy opowieści, często przybierającej formę wielkiej narracji o małym człowieku i utrwalonej oralnie; z definicji jest skierowanym do wirtualnego odbiorcy wielokrotnym, palimpsestowym obrazem podzielnym strukturalnie o ugruntowanej, aczkolwiek ścieralnej semantyce. Najczęściej posiada on interpretację kanoniczną (szablon mityczny), która podlega zarówno rozmaitym wtórnym interpretacjom, jak i reinterpretacjom – to wszystko sprawia, że mit jest nośnym tematem kulturotwórczym, toteż motywy mitologiczne są nader często adaptowane przez twórców posługujących się dwoma strategiami: wynajdowania tradycji (znaczenie zaimplikowane odbiorcy w procesie odbioru) oraz kliszowania (sens uzgodniony z czytelnikiem na poziomie kultury, szczególnie modny w popkulturze). Nie tylko funkcje społeczne mitu, lecz także jego uniwersalność sprzyjają przetwarzaniu wzorców mitologicznych. Należy pamiętać, że mit jest strukturą integrującą oraz przenikającą się strefowo, to znaczy, że niezależnie od siebie istnieją mity o szerszym i węższym zasięgu zróżnicowanych geograficznie sfer: oddziaływania (czynne przyswojenie mitu, jego żywotność jest istotna w życiu społecznym wspólnoty) i funkcjonowania (bierne przyswojenie mitu bez znaczącego wpływu na zbiorowość). Dopuszczam również inną i prostszą, ale chyba nie mniej pojemną eksplikację. Mit jest wyjściem z pierwotnego Chaosu, przez który rozumiem brak kosmogonii, wiary w celowość istnienia świata. W tym sensie każdy mit wydobywa człowieka z bezładu.

                Sam Herbert tak mówił o mitach: „Chętnie pracuję na materiale mitologicznym. Mity są to prawzory, które przeszłość chciałaby przekazać nam jako odwieczną mądrość, które jednakże – i niestety często – okazują się przesądami…”Z. Herbert, „Lyrikheute” [w:] tegoż, „Inschrift”, Frankfurt nad Menem 1973, s. 12; cyt. za: K. Dedecius, „Uprawa filozofii – Zbigniew Herbert w poszukiwaniu tożsamości”, tłum. E. Feliksiak, „Pamiętnik Literacki” 1981, nr 3, s. 231. Więcej na temat tego eseju zob. Dedecius, „Uprawa…”, s. 217.[2].

                Zarówno Herberta, jak i moja definicja mitu wpisuje poetę w szerszy kontekst, jakim jest pamięć zbiorowa lub pamięć kulturowa. Jak pisze Maciej Czerwiński: „Kształtowania się pamięci – rozumianego jako gromadzenie doświadczeń zakrzepłych w pojęciach oraz ich uwypuklanie w zależności od światopoglądów – nie można w pełni zrozumieć bez odniesienia do innych praktyk sensotwórczych w obrębie semiosfery”M. Czerwiński, „Archiwum znaków – semantyka pamięci kulturowej”, „Tekst i Dyskurs” 2014, nr 7, s. 42.[3]. Taką praktyką jest właśnie mit, stanowiący podwaliny antropologii. Mit bowiem konserwuje wartości istotne dla człowieka oraz prawdę o nim samym, natomiast sama wspólnota mityczna integruje zbiorowość, impregnuje archetypy, motywy i toposy. Właśnie dlatego mit jest nie tylko kontekstem, lecz także pełnoprawnym aspektem kultury. Nie ma współczesnego człowieka bez mitów, tak jak nie ma mitu bez współczesnego człowieka.

                Herbert zastygły w micie

                Jednym z twórców stale operujących na micie był Zbigniew Herbert, który uczynił z wątków mitologicznych element własnej poetyki, zyskując sobie przy tym opinię twórcy klasycyzującego. Stał się poetą rygoru antycznego. Aleksander Fiut pisał: „W znacznym stopniu [Herbert] stał się ofiarą mitu o samym sobie, który przez lata pielęgnował i któremu stanowczo się przeciwstawił dopiero tuż przed śmiercią. Błaznujący mędrzec, prześmiewczy moralista, surowy stoik pełen gwałtownych pasji”A. Fiut, „Notatki z nie napisanej książki o Zbigniewie Herbercie”, „Kwartalnik Artystyczny” 1999, nr 2, s. 23.[4]. Jakkolwiek by do tego nie podchodzić, wydaje się, że wyobraźnia Herberta wpisuje się we wzorzec myślenia antycznego, pewnego dążenia do ideału, o którym pisał w swoim słynnym eseju Kto to jest klasyk? EliotT.S. Eliot, „Kto to jest klasyk?”, tłum. H. Pręczkowska [w:] tejże, „Kto to jest klasyk i inne eseje”, tłum. zbiorowe, Kraków 1998.[5]. Myśl Eliota przyłożył do Zbigniewa Herberta Jerzy Kwiatkowski: 

                Celem Herberta nie jest nowość. Jego celem jest doskonałość. Powracają tu estetyczne kanony, od których pomału odzwyczajamy się współcześnie. Miara, harmonia, równowaga. Równowaga między rewelacją a komunikacją. Między konstrukcją a emocją. Między ważkością problematyki a siłą estetycznego oddziaływania. Poetyka zrównoważonych szal – to poetyka form nie sygnalizowanych, niedostrzegalnych niemal. Patronują jej: Über Allen Gipfeln, Polały się łzy me… Poetyka zrównoważonych szal wyraża się proporcją najprostszą, wyraża się cyfrą jeden. Doskonałość prostoty jest punktem, do którego dąży HerbertJ. Kwiatkowski, „Imiona prostoty” [w:] tegoż, „Magia poezji. O poetach polskich XX wieku”, Kraków 1995, s. 304–305. Pierwodruk: tenże, „Zbawienie przez prostotę”, „Życie Literackie” 1961, nr 46, s. 4, 9.[6]

                Wydaje się, że Kwiatkowski uznawał Herberta za klasyka w Eliotowskim rozumieniu tego słowa. Klasycyzm oznaczałby dążenie do osiągnięcia literackiej doskonałości przy względnej prostocie formalnej. Nieprzypadkowo Kwiatkowski powołuje się na utwory o niebywałym ładunku emocjonalnym i pozornie niskim zróżnicowaniu semantycznym. Ba, odwołuje się on do pojęć greckiej filozofii, Herbert, w odczytaniu Kwiatkowskiego, jest tym, który idee te wciela w życie, wprowadza je do swojej poezji. To właśnie dlatego Herbert, jak Eliotowski Wergiliusz, powołuje się na dojrzałą cywilizację grecką. Jednakże prawdę mówiąc, nie mogę w pełni zgodzić się z Kwiatkowskim, który nie oddaje owej ambiwalencji autora Struny światła. Ambiwalencja ta wynika nie tylko z różnorodności wątków, lecz przede wszystkim z choroby afektywnej dwubiegunowej, na którą cierpiał Herbert, a którą naświetliła – niejako w obronie przed zawłaszczeniem męża – Katarzyna Herbertowa, która dwa lata po śmierci Zbigniewa wyznała: 

                Ja też o tej chorobie prawie nic nie wiedziałam. A to była potworna choroba. Tracił wolę życia. Zaczęły się lęki. Najpierw próbował je zapić. To coraz mniej pomagało. Lęki się nasilały. Stawał się agresywny. Wobec świata i także wobec siebie. Nie mógł tego wytrzymać. Nie chciał już dłużej żyć. Trzeba się było nim opiekować. Nie można go było zostawić samego. Bał się samotności. […]

                Chyba tak o tym wierszu nie myślał. Gdyby miał takie obawy, nigdy by go nie napisał. Zbyszek nie znosił przemocy i komunizmu, ale też nienawidził polityki. Brzydziło go to, co w polityce jest grą – fałsz, taktyka, kompromisy. Był wielkim patriotą, ale jego patriotyzm był idealistycznyK. Herbertowa, „Pani Herbert”, rozmowę przeprowadził J. Żakowski, http://www.fundacjaherberta.com/krotki-rys-biograficzny/wspomnienia-rodziny-i-przyjaciol-o-herbercie/katarzyna-herbert [dostęp: 17.02.2019]. Pierwodruk: „Gazeta Wyborcza”, 30.12.2000 – 1.01.2001.[7].

                Co ciekawe, mam wrażenie, że w popularnym myśleniu o Herbercie panuje pewna krzywdząca jednomyślność – jawi się on jako poeta przyswojenia kultury, będącej dziwną hybrydą judeochrześcijańskiego mistycyzmu z grecko-rzymską filozofią. Tymczasem punkt ciężkości poetyki Herberta znajduje się nie tylko w klasycznej estetyce, filozoficznym poszukiwaniu, chrześcijańsko-rzymskim stoicyzmie jak w Do Marka Aurelego, lecz także w uwypuklaniu okrucieństwa. Albowiem tam – gdzie mit jest delikatny, niedopowiedziany, nawet przemilczany – Herbert rozbija ten estetyczny kordon i niezmąconą frazą potęguje drastyczność scen, znajduje to wyraz choćby w Apollonie i Marsjaszu czy Historii Minotaura. I chociaż rozdwojenie poezji Herberta dostrzegał już Stanisław Barańczak, to historiozofia okrucieństwa w recepcji twórczości autora Jaskini filozofów została nieomal pominięta. Bogdana Carpenter pisała: „Wielu krytyków anglosaskich zdumiewa brak konkretnych opisów wojny, «moralnych i fizycznych okrucieństw, których [Herbert] z pewnością był świadkiem»”B. Carpenter, „Poezja Zbigniewa Herberta w krytyce anglosaskiej”, „Teksty Drugie” 2000, nr 3, s. 12. Źródło, na które powołuje się Bogdana Carpeneter to: autor anonimowy, „Armed with Irony”, „Times Literary Supplement” 6 maja 1968.[8]. Owszem, opisów wojennych okrucieństw jako takich brak, ale rezonują one w utworach podejmujących tematy mityczne. Być może epatowanie bestialstwem jest jedynie zapisem wojennych przeżyć Herberta, rodzajem kompensacyjnej autoterapii, przeniesieniem okrucieństwa wojny na okrucieństwo mitu, a więc świata w ogóle. Może dzięki nałożeniu tej maski dystansu, niepozbawionej nuty okrutnej ironii wobec świata i siebie samego, wpisywało wojnę w pewien ciąg historyczny. Herbert umieszcza doświadczenie Zagłady w naturze ludzkiej, zło jest elementem wpisanym w ludzką naturę – zaś sama Zagłada nie różni się niczym, poza skalą, od zabójstwa biednego Minotaura. Tak więc stając po stronie zabijanego Minotaura, Herbert opowiada się po stronie wszystkich zabitych. Zdaniem Herberta potworem zawsze jest zabójca, nie ofiara. Sam Herbert przyznawał:

                Biedny Minotaur! Miałem dla niego, od zamierzchłego dzieciństwa, więcej czułości niż dla Tezeusza, Dedala czy innych spryciarzy. Kiedy pierwszy raz ojciec opowiadał mi tę bajkę, uczułem bolesny skurcz serca i współczucie dla pół zwierza, pół człowieka, spętanego labiryntem i obcą sobie ludzką historią, pełną podstępów i toporówZ. Herbert, „Labirynt nad morzem”, Warszawa 2002, s. 42.[9]

                Nie wiem, na ile można wierzyć tej konfesji, wszak z rezultatów prac Joanny SiedleckiejJ. Siedlecka, „Pan od poezji”, Warszawa 2002.[10] wiemy, że Herbert lubił konfabulować tak, aby jego mit pozostawał zawsze jak najspójniejszy. Jednakże słowa samego autora Epilogu burzy zdają się mieć odzwierciedlenie w jego poezji. Przyjmijmy więc, że poeta nie kłamał i jego wrażliwość na krzywdę odzwierciedla się właśnie w Historii Minotaura. Czym w takim razie są utwory, takie jak Damastes z przydomkiem Prokrustes mówi, Próba rozwiązania mitologii czy W drodze do Delf? Niczym innym, jak dopełnieniem tej ponurej koncepcji człowieczeństwa. W utworach tych Herbert operuje okrutną ironią i przez jej pryzmat opisuje współczesność. W postaci Damastesa jak w lustrze odbija się doktor Mengele, który tak jak Damastes eksperymentował na ludziach. Oto bohater mityczny staje się prekursorem uprawiania nauki za wszelką cenę. Nadto słowa zawarte w Damastesie z przydomkiem… mógłby przecież swobodnie wypowiedzieć jako swoją obronę podczas procesu norymberskiego Anioł Śmierci, gdyby kiedykolwiek został pociągnięty do odpowiedzialności.

                Próbie rozwiązania mitologii aż nader wyraźnie pobrzmiewają echa akowskiej konspiracji. Opisana scena wygląda jak ostatnie zebranie oddziału, który za chwilę ulegnie samorozwiązaniu, w powietrzu unosi się beznadziejność, kończy się pewna epoka, zaczyna nowe, nieznane. Imiona bogów można swobodnie potraktować jak pseudonimy żołnierzy, którzy odgrywają w swoim oddziale podobne role co bogowie w mikrokosmosie Olimpu. Same funkcje bogów-partyzantów są jedynie metaforą. Zeus to dowódca, Atena – delikatna sanitariuszka, i tak dalej. Herbert nie omieszkał także ukazania drogi, którą poszło wielu AK-owców popełniających samobójstwo, nie mogąc pogodzić się z nowym porządkiem świata. Postawę tę prezentuje Hermes – najbardziej dramatyczna postać, której nikt z kolegów nie próbuje nawet ratować. Ironicznego wydźwięku utworowi dodaje sam zamysł sytuacyjny: oto „bogowie” zbierają się w baraku, muszą posługiwać się fałszywymi dokumentami i wracać do dawnego świata z groszami w kieszeni. Już nie są „bogami”, a to dlatego że skończyła się ich partyzancka przygoda. Powinno to ich cieszyć, jednak tak nie jest, bo przestali być żołnierzami, przestali panować nad życiem i śmiercią. Zaczęli podlegać tym samym mechanizmom co inni śmiertelnicy. Najgorsze, że nie wiedzą, co ich czeka.

                Także Apollo, powtarzający słowa: „Sztukmistrz musi zgłębić okrucieństwo” (W drodze do Delf), bardziej niż boga przypomina nazistę, który wciąż recytując naukę, próbuje się samousprawiedliwić, wybielić. Obrazu Apollina-okrutnika dopełnia Apollo i Marsjasz, gdzie potężny syn Latony właściwie bez powodu niszczy biednego pasterza. Dlaczego? Dla kaprysu, aby odsłonić własną potęgę. To właśnie w Apollonie i Marsjaszu Herbert ukazuje, jak bóg piękna „zgłębia okrucieństwo”.

                Kim są „bogowie” Herberta? Ludźmi, takimi samymi jak wszyscy inni. Przeżyli wojnę, byli żołnierzami, a więc tymi, którzy mordują. Kiedy przestają zabijać, tracą status bogów i na powrót stają się śmiertelnikami, ale ich życie naznacza rodzaj traumy, która objawia się albo w kompulsywnym samousprawiedliwianiu, albo w bezradnym geście samobójstwa. To wojna jest źródłem ich boskości. Mit u Herberta to źródło nośnych semantycznie słów-kluczy, słów-klisz, które zdradzają prawdę o człowieku w ogóle, a nie tu i teraz. Jest rodzajem palimpsestu, który Herbert ponownie zapisuje i mieści tam wojenną traumę. Co paradoksalne, Herbert, sięgając po mit, nie chce mówić o micie, tylko o człowieku. Podsumowuje to Fiut: „[…] eseje mitologiczne [Herberta] to podróż do źródeł, nie tylko własnej, tożsamości indywidualnej. […] [Poszerzają] skalę doświadczenia egzystencjalnego”A. Fiut, „Notatki…”, s. 26.[11]. Fiut pisał o esejach, jednak należy uznać, że nie tylko te dzieła autora Króla mrówek, lecz także wiersze z motywami mitycznymi poszukują prawdy o człowieku tu i teraz.

                W utworach Herberta odsłania się także dojmująca dehumanizacja człowieka oraz procesu mordu, egzemplifikacją tego zjawiska jest Achilles. Pentesilea (Pentezylea). W tej miniaturze zostaje zamknięty cały dramatyzm zaszłych podczas drugiej wojny światowej zmian. Oto Achilles dopiero po dokonaniu mordu decyduje się spojrzeć na królową. Dopiero po zakończeniu procesu zabójstwa ofierze zostaje przywrócony status człowieka, na czas mordu zawieszony. W tym miejscu nadto jasno ukazano doświadczenie drugiej wojny światowej. Achilles odczłowiecza królową Amazonek, jak gdyby się obawiał, że spojrzenie może przeszkodzić zabójstwu, powstrzymać je. Tymczasem Zagłada jest nieunikniona, natomiast Achill jest tym jej wysłannikiem, który ma ją dopełnić. Po dopełnieniu sytuacja odwraca się: Achilles rozpuszcza włosy i postępuje jak niewiasta, płacze, być może zakochuje się, Pentezylea odpowiada na to pełną godności nienawiścią do swojego mordercy. Spotkanie zabójcy i zabitego ziszcza się dopiero po wszystkim, w rezultacie czego kolejny raz w poezji Herberta następuje nobilitacja męczenników. Morderca zasługuje na pogardę, ofiara – na szacunek, który okazuje nawet niewzruszony syn Peleusa i Tetydy.

                Nawet sytuacja liryczna w Ofiarowaniu Ifigenii wzbudza skojarzenia z Shoah. Herbert dobiera przecież najokrutniejsze dokończenie mitu, w którym to bogowie nie przerywają obrzędu i pozwalają dziewczynce spłonąć. Obraz, na który składają się stos, złożona na nim Ifigenia i pilnujący jej żołnierze, a także gapie: kapłani oraz wszyscy inni bezimienni, ewokuje Holocaust w sposób aż nader wyraźny. Bezbronna ofiara całopalna dokonuje się na oczach całego świata, dla którego egzekucja jest czymś jednocześnie porażającym i atrakcyjnym.

                Po co to wszystko? Jest to przejawem fetyszyzacji pamięci, w związku z którą pisałem: „[…] dla Herberta pokój to wojna à rebours, wojna o pamięć poległych, ale przede wszystkim o prawo do własnej tożsamości, o prawo przynależności do pokolenia, które jest martwe”D. Żółtowski, „Fetysz pamięci i pamięć przedmiotu w twórczości Zbigniewa Herberta” [w:] „Herbertiana… Herbertiana. «Rwąca rzeka myśli»”, red. P. Saniewska, Białystok 2018, s. 64.[12]. Tę obsesyjną myśl odnaleźć można również w mitologicznych aspektach poezji Herberta. Śmiem twierdzić, że mit jako utylitarne tworzywo stanowi dla autora Króla mrówek eskapistyczną ścieżkę, do której można się odwołać tak, aby nikt nie mógł zarzucić jego poezji doraźnego charakteru. Opowiadanie o wojnie jest trwaniem w niej, podtrzymywaniem jej ciągłości, innym rodzajem walki. Trwanie w micie jest Eliadowskim odtwarzaniem czasu świętego, reduplikacją tego, co najważniejsze, boskie. Walka, na którą decyduje się poeta, jest mitografią, przebudowywaniem pamięci zbiorowej i nabudowywaniem tożsamości pokoleń, co Herbertowi mimo wszystko chyba się udało. Wystarczy spojrzeć na ludzi noszących koszulki z Herbertowskimi wyimkami, choć śmiem twierdzić, że oni nie do końca zrozumieli, o jaki telos szło autorowi Jaskini filozofów.

                Aporie

                Herbert, zakładający maskę klasyka i nieprzeszkadzający swoim fetyszystom, wydaje się prowadzić czytelników na bezdroża. Z jednej strony operuje na kodach wyjętych żywcem z mitologii, z drugiej – wyśmiewa je, obnaża, falsyfikuje, zestawia z odnalezionymi źródłami; sprowadza mit do plotki, redukuje jego sakralny wymiar. Jednocześnie nieustannie kłamie na swój temat lub, co gorsza, milczy.

                W tak skonstruowanym przez Herberta automicie praktycznie nie ma możliwości ustalenia tego, co prawdziwe. Czy można bowiem powiedzieć, że Herbert nie walczył w Armii Krajowej? Siedlecka i, powtarzający za nią, Franaszek pewnie stwierdziliby, że nie; Herbert – że tak. Ja sam jestem gotów zgodzić się raczej z tym drugim. Albowiem fakt, że Herbert prawdopodobnie nigdy nie miał w ręku broni i nie walczył jak inni, nie ujmuje niczego jego walce pojmowanej na swoisty sposób. W kłamstwie Herberta, jego akowskiej mistyfikacji kryje się niebywała prawda, choć nie zawsze konsekwentna, to zawsze zgodna z wsobnym przekonaniem poety, że „wyznaczono mu z łaski poślednią rolę kronikarza” (Raport z oblężonego Miasta). I to właśnie pozwala mi uznać, że Herbert nie kłamał.

                ***

                Więcej utworów Dariusza Żółtowskiego znajduje się w naszej czytelni. Zachęcamy do zapoznania się z twórczością autora.

                Artykuł został opublikowany dzięki programowi Tarcza dla literatów.

                Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
                Źródło tekstu: Dariusz Żółtowski, ​​​​​​​Mit w poezji Zbigniewa Herberta, Czytelnia, nowynapis.eu, 2021

                Przypisy

                  Powiązane artykuły

                  20.01.2021

                  Pegasus

                  był identyczny,

                  jak tamten z mojego snu – grzebał w ziemi kopytem.

                   

                  jego sierść miała plamy

                  rdzy i zacieki

                  z płynnego złota – barwy krwi, z której się zrodził:

                  gęstej, żółtawej krwi 

                  Gorgony [byłam tam i widziałam

                  jak odcięto jej głowę].

                   

                  dałam mu kostkę cukru, a on ostrożnie parsknął,

                  nim schylił

                  piękny łeb. jego język był lepki

                  i ognistoczerwony.

                   

                  aby odgonić muchy, z gracją machnął

                  ogonem – rozwidliła się przestrzeń

                  w ostrym świście powietrza.

                   

                  głaskałam go przez chwilę

                  po szyi, zanim ją przewiązałam

                  szarfą mojej sukienki, do której przyczepiłam

                  metalowy dzwoneczek.

                   

                  tak bardzo zapragnęłam

                  wtulić twarz w dymną grzywę,

                  lecz oto przybyło kilku

                  na warczących motorach

                  i dane mi było dotknąć

                  tylko gniewne spłoszenie,

                   

                  nim śmignął, sięgając chmur,

                  tak delikatnie, tak lekko,

                  że mój miedziany dzwonek nawet cicho

                  nie brzdęknął…

                  Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
                  Źródło tekstu: Anna Piliszewska, Pegasus, Czytelnia, nowynapis.eu, 2021

                  Przypisy

                    Powiązane artykuły

                    29.04.2020

                    Dawno temu, czyli teraz…

                    „W historii nic nie zamyka się ostatecznie” Z. Herbert

                     Niemal każdy czytelnik współczesnej literatury polskiej zapytany o twórczość Zbigniewa Herberta jednym tchem odpowiada, że jest to „poeta kultury”, który tematy do wielu swoich utworów czerpał z szeroko pojmowanej kultury europejskiej – w tym z europejskiej historii i mitologii „śródziemnomorskiej”Takie określenia twórczości Zbigniewa Herberta nie są w polskiej krytyce literackiej niczym nowym. Wręcz przeciwnie, towarzyszą jej od samego zarania (pierwsze takie głosy pojawiły się tuż po wydaniu debiutanckiego tomu poezji „Struna światła” w 1956 roku i następnego „Hermes, pies i gwiazda” w 1957 roku). Oczywiście, w końcu lat 50. takie stwierdzenia nie mogły być jeszcze stereotypowymi w odniesieniu do twórczości autora dwóch zbiorków poetyckich. Stąd też niektóre poglądy, z którymi „rozprawia się” Stanisław Barańczak (zob. S. Barańczak, „Uciekinier z Utopii. O poezji Zbigniewa Herberta”, Wrocław 1994, s. 7–54) nie są jeszcze przykładami opinii obiegowych (a jako takie zostały tu przytoczone, na przykład fragmenty tekstów Barbary Biernackiej (B. Biernacka, „Drewniana kołatka czy fantastyczne ogrody?”, „Nowe Książki” 1957, nr 18, s. 1103) i Ryszarda Matuszewskiego (R. Matuszewski, „Mit i doświadczenie”, „Przegląd Kulturalny” 1961, nr 49), a sama ich krytyka ze strony badacza jest, delikatnie mówiąc, anachronizmem.[1]. Te stereotypowe stwierdzenia opierają się głównie na obecności w utworach Herberta tematów i postaci historycznych lub mitologicznych. Polemizowanie z takim stanowiskiem jest bezcelowe, ponieważ fascynacja pisarzem antykiem i kulturą europejską jest faktem. Potwierdza go każdy tom jego poezji i esejów oraz niemal każdy dramat. Ważniejsze byłoby natomiast pokazanie celowości wprowadzenia tych właśnie, a nie innych postaci czy wydarzeń historycznych lub mitologicznych do poszczególnych utworów i, jeśli to możliwe, ujawnienie ogólnych reguł zastosowania tej tematyki w całej twórczości Zbigniewa Herberta (o ile, rzecz jasna, takie reguły istnieją)Chciałbym tu unikać wszelkich zbędnych polemik lub przytaczania opinii innych badaczy. Nie znaczy to jednak, że pomijam tu ich dokonania. Przeciwnie, wszystkie te uwagi i spostrzeżenia pozostawiam w polu widzenia, a pomijam ich omówienie jedynie ze względu na to, że prowadziłoby to nieuchronnie do zatarcia się głównego tematu. Co do samego zaklasyfikowania czegoś jako motywu historycznego lub mitologicznego, to za decydujące kryterium uznaję tu „zewnętrzną” w stosunku do tekstu wiedzę odbiorcy (nie ma podstaw, by sądzić, że same teksty Herberta nie odwołują się do takiej wiedzy). Nie można też mówić, że coś jest jedynie wspomnianym w tekście faktem historycznym, a coś innego zostało do tekstu wprowadzone już w postaci zmitologizowanej. Utwór literacki nie jest bowiem jedynie „czystym” przytoczeniem faktów. Wszystkie motywy włączone w tekst utworu literackiego już przez sam ten fakt poddawane są różnego rodzaju zabiegom konceptualizacyjnym i interpretacyjnym.[2].

                    Motywy mitologiczne i historyczne pojawiają się już w debiutanckim tomiku poezji Herberta pod tytułem Struna światła. Są one wprowadzane na różne sposoby: mamy tu utwory „adresowane” (w tytule) do postaci historycznych (Do Marka Aurelego) lub mitologicznych (Do Ateny, Do Apollina) albo takie, w których postacie (lub inne motywy) wymienia się w tytule na prawach tematu (Przypowieść o królu Midasie, Nike, która się waha, Arijon, O Troi, Dedal i Ikar). Pojawiają się wreszcie i takie teksty, w których jedynie wspomina się jakąś postać lub wydarzenieTakie same sposoby wprowadzania motywów mitologicznych lub historycznych właściwe są w zasadzie i dla innych tomów poetyckich Herberta. z tym, że w dalszych zbiorkach nie ma już tekstów „adresowanych” do postaci historycznych lub mitologicznych – pojawiają się natomiast adresy do osób współczesnych poecie (Henryk Elzenberg, Ryszard Krynicki, Yehuda Amichaj).[3]. Taki repertuar sposobów wprowadzania tematów historycznych i mitologicznych pozostaje niezmienny w całej dalszej twórczości poetyckiej Herberta (w niektórych późniejszych tekstach pojawia się postać pośrednika opowiadającego o takich postaciach lub wydarzeniach – Pana Cogito)Nieco inaczej wygląda sprawa w przypadku esejów. Są one, poczynając od najwcześniejszego tomu „Barbarzyńca w ogrodzie” (1962), „sprawozdaniem z podróży […] po miastach, muzeach i ruinach”. Historia i mitologia są w nich często jednym z głównych tematów. Opisywane miasta i dzieła sztuki już stały się częścią europejskiej historii oraz kultury. W niektórych przypadkach pojawiają się też dodatkowe komentarze historyczne dotyczące tych dzieł lub ich twórców zaczerpnięte z opracowań książkowych.[4].

                    Z samego faktu obecności takich motywów w utworach Herberta niewiele jednak wynika dla samych tych utworów, nawet w przypadku wiedzy czytelnika o zasadach funkcjonowania tych motywów w twórczości poety. Nadal nie znamy odpowiedzi na pytanie o powód ich wprowadzenia do świata wewnętrznego tekstu. Odpowiedzi dostarczyć może jedynie wnikliwa lektura takiego typu tekstów. 

                    W rzadko wspominanym przez badaczy wierszu TroiAnaliza tego wiersza – J. Łukasiewicz, „Poezja Zbigniewa Herberta”, Warszawa 1995, s. 11–19.[5] już na pierwszy rzut oka widać, że antyczny motyw pożaru zostaje tu zestawiony z opisem zniszczeń miasta współczesnego. Oba kataklizmy są do siebie podobne, prowadzą do kompletnego zniszczenia miasta („Księżyc powtarza swój krajobraz”Z. Herbert, „Struna światła”, Wrocław 1994, s. 28 Jest to czytelne nawiązanie do popularnego zwrotu „krajobraz księżycowy”, którego używa się zwykle w odniesieniu do obrazu zniszczeń lub dewastacji. Łukasiewicz zaznacza tu, że krajobraz księżycowy nie był jeszcze znany w czasie poznania wiersza. Błędne natomiast wydaje się interpretowanie tego krajobrazu jako „trwalszego od ziemskiego” – zob. J. Łukasiewicz, „Poezja…”, s. 14. [6]). W wierszu widać czytelnie zarysowaną analogię między tym, co wydarzyło się w przeszłości i katastrofą II wojny światowej (do tego faktu odsyła kontekst utworu), czy wojny w ogóle. Bardzo różne są natomiast konsekwencje obu pożarów, które doprowadziły do katastrofy. Zniszczenie Troi zostało uwiecznione w epopei, natomiast zagłada współczesnego miasta (mimo apostrof do Troi, które zrównują jego pożar ze starożytnym) wywołuje jedynie milczenie („poeta milczy | pada deszcz”Z. Herbert, „Struna…”, s. 29.[7]). Ważnym wydaje się być przy tym fakt, że (w planie wyrażenia) mamy tu do czynienia z zamianą perspektyw czasowych. o wydarzeniach znanych z Iliady mówi się w czasie teraźniejszym, natomiast o tym, co z realnej perspektywy jest czasowo bliższe podmiotowi wiersza mówi się (z wyjątkiem ostatniej strofy) w czasie przeszłymZob. J. Łukasiewicz, „Poezja…”, s. 14.[8]. Zabieg taki z jednej strony jeszcze bardziej podkreśla analogiczność obu pożarów. Okazuje się bowiem, że mogłyby one „zamienić się miejscami” w historii. Z drugiej jednak strony, zabieg ten może zostać odebrany i w ten sposób, że pożar Troi (jako utrwalony w epopei i włączony tym samym w kulturowe dziedzictwo ludzkości) jest trwałym elementem kultury oraz życia ludzkości, natomiast pożar współczesnego miasta (jako w żaden sposób nie włączony w obszar dziedzictwa kulturowego, nie „opiewany” przez poetę) przynależy jedynie do przeszłości, a w ostatecznym rezultacie skazany jest na zapomnienie.

                    Nie zawsze analogie między historią czy mitem a czasami współczesnymi są u Herberta tak czytelne jak w przypadku wiersza O Troi. Przeciwnie, utwór ten jest w gruncie rzeczy pod tym względem wyjątkiem. w innych dziełach mamy do czynienia z sytuacją, w której wydarzenie z przeszłości jest jedynym tematem. O tym, że istnieje związek między opisywaną sytuacją lub postacią a współczesnością decydują w niektórych wypadkach konteksty zewnętrzne, pozatekstowe. Przy czym trudno tu ustalić jakąś regułę łączenia opisywanych wydarzeń ze współczesnością. Niewątpliwie dużą rolę odgrywa w takich przypadkach stopień kompetencji czytelnika, znajomość historii i otaczającego świata, umiejętność dostrzegania podobieństw przedstawianych sytuacji do wydarzeń współczesnych. a zadanie to jest tym trudniejsze, jeśli zważyć na fakt, że twórca musiał często uciekać się do różnych niedomówień i aluzji w grze z cenzurą.

                    Najprostszym przykładem budowania analogii między przeszłością a szeroko pojmowaną współczesnością jest zakończenie eseju Obrona Templariuszy: 

                    W historii nic nie zamyka się ostatecznie. Metody użyte w walce z Templariuszami weszły do repertuaru władzy. Dlatego nie możemy tej odległej afery pozostawić bladym palcom archiwistówZ. Herbert, „Barbarzyńca w ogrodzie”, Wrocław 1995, s. 228.[9]. 

                    Tekst ten ma formę wygłoszonej po wielu wiekach mowy obrończej, której celem jest „podważenie wiarygodności” dokumentów oskarżających templariuszy i „badanie narzędzi”, którymi doprowadzono do likwidacji potężnego zakonu rycerskiego. Na przestrzeni całego tekstu mówi się wyłącznie o historii Zakonu, procesie jego przywódców i wreszcie – opierając się jedynie na drobnych notatkach i domysłach – o metodach, jakimi wydobyto z nich przyznanie się do winy. Ostatnie zdania tekstu zawierają wyrażone explicite przekonanie, że nie jest to przypadek jednostkowy i już wielokrotnie powtórzył się w historii.

                    Znacznie trudniej, na pierwszy rzut oka, dopatrzyć się jakichkolwiek analogii ze współczesnością w eseju Sprawa Samos. Tekst ten ukazał się po raz pierwszy w 1972 roku w trzecim numerze miesięcznika „Odra”. Opowiedziana jest w nim historia tak zwanego „buntu Samos” – wystąpienia jednego z miast-państw ze Związku Delijskiego (później Ateńskiego Związku Morskiego) – i zdławienia tego buntu przez siły Aten i całego Związku. Już sama „osnowa” tekstu w połączeniu z kontekstem historycznym, w jakim tekst ten został opublikowany, każe czytelnikowi poszukiwać analogii między wydarzeniami przedstawionymi w utworze Herberta a agresją państw Układu Warszawskiego na Czechosłowację w 1968 rokuRzecz jasna, że analogie takie mogą zostać rozpoznane przez czytelnika dopiero po pobieżnym zapoznaniu się z treścią eseju. Należy przy tym pamiętać, że samo powstanie tekstu dzieli od wydarzeń w Czechosłowacji znacznie mniejszy dystans czasowy niż ten dzielący je od momentu publikacji. Fakt, że tekst został opublikowany na początku 1972 roku świadczy o tym, że musiał on powstać przynajmniej pół roku wcześniej.[10]. Analogie takie staną się tym czytelniejsze, jeśli zamiast po pierwodruk sięgnie się po ten sam tekst opublikowany w roku 2000 w tomie esejów Labirynt nad morzemZ. Herbert, „Labirynt nad morzem”, Warszawa 2000, s. 133–144.[11]. Pojawiają się tu usunięte przez cenzurę z pierwodruku: dedykacja czeskiemu poecie i eseiście Miroslavowi Holubowi, którego po wydarzeniach 1968 roku pozbawiono pracy w Instytucie Mikrobiologii i prawa do publikowania własnej twórczościInformacje o Miroslavie Holubie przytaczam za komentarzem redaktorskim do eseju (zob. Z. Herbert, „Labirynt…”, s. 206–207).[12] oraz, nomen omen, fragment na temat starożytnego dekretu o cenzurze widowisk teatralnych. Oczywistym jest, że dedykacja taka jeszcze bardziej utwierdza czytelnika w przekonaniu, iż tekst oprócz informacji historycznych zawiera również aluzje do wydarzeń z bardzo niedalekiej jeszcze przeszłości (wręcz teraźniejszości – wszakże od roku 1968 do momentu publikacji tekstu minęły niespełna cztery lata). Przy takim odczytaniu tekstu Herberta dochodzi do sytuacji, którą można byłoby chyba nazwać „podwojoną” lub „podwójną” lekturą. Tekst staje się dwuznaczny. Te same fragmenty tekstu odnoszą się zarówno do agresji Związku Delijskiego na Samos i jednocześnie do najazdu wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację. Przy czym wydaje się, że historia antyczna pełni w takiej lekturze rolę planu wyrażenia dla (nieobecnej explicite w tekście utworu) opowieści o wydarzeniach współczesnych. Co do samego tekstu, to także interpretacja niektórych faktów historycznych i sam język opisu jeszcze bardziej uwidaczniają analogie Samos – Czechosłowacja i Związek Ateński – Układ Warszawski. Oto niektóre przykłady: 

                    Zaskoczona wyspa wpadła w ręce Ateńczyków, którzy rozwiązali istniejący rząd, stworzyli
                    nowy, dający gwarancję wierności, zostawili na wyspie garnizon, […]Z. Herbert, „Labirynt…”, s. 137.[13].

                     

                    Apologeta Peryklesa mówi, że Ateńczycy ustanowili na Samos rządy demokratyczne […]Tamże, s. 137.[14]

                     

                    […] w działaniach wojennych po stronie Aten wzięli udział sprzymierzeńcyTamże, s. 137.[15].

                     

                    Celem Związku Ateńskiego założonego po bitwie pod Salaminą było, jak wiemy, wyzwolenie
                    miast jońskich i zabezpieczenie przed inwazją Persów. [...].
                    Jedną z podstawowych skaz owego związku, związku przecież dobrowolnego, było to, że nie można było z niego wystąpić bez ryzyka wojnyTamże, s. 142.[16].  

                    Wszystkie te fragmenty mogłyby w równym stopniu odnosić się do przedstawionych w tekście wydarzeń z historii starożytnej i do („podpowiadanych” przez autora) wydarzeń z historii najnowszej. a jeśli wziąć pod uwagę sprawę bliskości czasowej i znajomość realiów obozu socjalistycznego, to nawet bardziej byłyby odbierane jako nawiązujące do współczesności niż do niemal abstrakcyjnego dla czytelnika epizodu sprzed niemal dwóch tysięcy lat.

                    Znacznie trudniej dostrzec nici wiążące z teraźniejszością mitycznego zabójcę Damastesa z wiersza Damastes z przydomkiem Prokrustes mówi. Oto tekst utworu:

                                                            Moje ruchome imperium między Atenami i Megarą
                    władałem puszczą wąwozem przepaścią sam
                                                            bez rady starców głupich insygniów z prostą maczugą w dłoni
                                                            odziany tylko w cień wilka i grozę budzący dźwięk słowa Damastes

                     

                                                            brak mi było poddanych to znaczy miałem ich na krótko
                    nie dożywali świtu jest jednak oszczerstwem nazwanie mnie zbójcą
                                                            jak głoszą fałszerze historii

                     

                    w istocie byłem uczonym reformatorem społecznym
                                                            moją prawdziwą pasją była antropometria

                     

                                                             wymyśliłem łoże na miarę doskonałego człowieka
                    przyrównywałem złapanych podróżnych do owego łoża
                                                             trudno było uniknąć – przyznaję – rozciągania członków obcinania kończyn
                                                             pacjenci umierali ale im więcej ginęło
                                                             tym bardziej byłem pewny że badania moje są słuszne
                                                             cel był wzniosły postęp wymaga ofiar
                     

                                                             pragnąłem znieść różnicę między tym co wysokie a niskie
                    ludzkości obrzydliwie różnorodnej pragnąłem dać jeden kształt
                                                             nie ustawałem w wysiłkach aby zrównać ludzi
                     

                                                             pozbawił mnie życia Tezeusz morderca niewinnego Minotaura
                    ten który zgłębiał labirynt z babskim kłębkiem włóczki
                                                             pełen forteli oszust bez zasad i wizji przyszłości
                     

                                                                          mam niepłonną nadzieję że inni podejmą mój trud
                                                                          i dzieło tak śmiało zaczęte doprowadzą do końcaZ. Herbert, „Raport z oblężonego Miasta i inne wiersze”, Wrocław 1992, s. 6–61.[17] 

                    Wiersz ten jest klasycznym przykładem „liryki roli”. Ma on formę bezpośredniej wypowiedzi lirycznego „ja”, nietożsamego z autorem. w tym przypadku jest to tytułowy Damastes – znany z mitologii zbójca, grasujący między Atenami a Megarą. Skonstruował on dwa łoża: bardzo długie i bardzo krótkie, a wszystkich schwytanych podróżnych rozkładał na jednym z nich. Wysokich na krótkim (obcinał im wystające za łoże nogi), a niskich na długim (rozciągał im członki) – wskutek czego nieszczęśnicy umieraliInformacji o Damastesie dostarcza między innymi encyklopedia Мифы народов мира. Энциклопедия. Том 2: К – Я. Второе издание. «Советская Энциклопедия», Москва 1988, с. 337.[18].

                    Utwór Herberta nie jest jednak powtórzeniem mitu. Przeciwnie, z pozoru wydaje się, że jego celem jest zbudowanie nowej wersji mitu, będącej odwróceniem tej znanej powszechnie. Jest logicznym następstwem faktu, że w wierszu oddaje się głos „głównemu zainteresowanemu”, a ten „korzysta z okazji”, by udowodnić swą niewinność i oskarżyć własnego zabójcę. Apologia ta jest na tyle przekonującą, że w planie wyrażenia trudno znaleźć cokolwiek przeciw wygłaszającemu ją. Lektura wiersza bez uwzględniania wiadomości z mitologii musiałaby prowadzić do przyznania racji mówiącemu „ja”. Podstawowym jednak wymogiem niezbędnym do odczytania utworu jest właśnie znajomość mitologii. W takim świetle wypowiedź Damastesa jest po prostu kłamstwem. Utwór jest opartą na ironii demaskacją zbrodniczej działalności zabójcy. Lektura wiersza nie kończy się jednak na stwierdzeniu fałszywości jego wypowiedzi. Kończący ją dwuwiersz (notabene wydzielony z całości tekstu, co podkreśla jego specjalny status) jest swoistym quasi-testamentem tytułowego bohatera. Liczy on na kontynuację swego dzieła przez potomnych. Jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że głównym celem Damastesa było „zrównanie ludzi”, to w najnowszej historii świata znajdziemy jego naśladowców. Są to systemy nazywane dziś totalitarnymi (socjalizm, komunizm), których ideolodzy głosili nie tylko potrzebę owego „zrównania ludzkości”, ale i hasła brzmiące identycznie jak teza Damastesa, że „postęp wymaga ofiar” (Włodzimierz Lenin). Pokazanie dwudziestowiecznych ideologii stawiających sobie za cel „uszczęśliwienie ludzkości” jako bezpośrednich spadkobierców i naśladowców Damastesa jest równoznaczne ze zrównaniem ich dążeń z jego działalnością. a więc jeszcze raz mamy dowód na to, że dla Herberta „w historii nic nie zamyka się ostatecznie”, a pewne sytuacje powracają w coraz to nowych formach.

                    Rzecz ciekawa, że monolog Damastesa to wypowiedź wygłoszona z dość dziwnej perspektywy czasowej. Dzieje się to już po śmierci mówiącego, a ostatni dwuwiersz wypowiedziany zostaje w czasie teraźniejszym. Jeśli traktować tekst dosłownie, należałoby uznać, że tytułowy bohater żyje po własnej śmierci, w jakimś „teraz”. Zakończenie utworu pozwala na stwierdzenie, iż z pewnością nie zginęła jego „idea”.

                    Ostatnie wersy wiersza Damastes z przydomkiem Prokrustes mówi kierują uwagę na językową stronę utworów zawierających motywy mitologiczne lub historyczne. Już we wczesnym wierszu O Troi pojawiają się u Herberta dwa plany czasowe – teraźniejszość opisywana jest w czasie przeszłym, a przeszłość w teraźniejszym. z bardziej złożoną sytuacją mamy do czynienia w przypadku eseju Obrona templariuszy. Cały utwór ma kształt mowy obrończej wygłaszanej przed (współczesnym) Trybunałem: „w […] procesie toczącym się sześć i pół wieku”Z. Herbert, „Barbarzyńca…”, s. 203.[19], a zadaniem wygłaszającego ją „obrońcy” jest „podważyć wiarygodność dokumentów” oskarżających Templariuszy. Narrator posługuje się tu często opowiadaniem unaoczniającym w czasie teraźniejszym. Przez to wydaje się, że w ten sposób zmniejsza on dystans dzielący opisywane przez siebie wydarzenia od momentu wygłoszenia mowy. „Uwspółcześnia” i przybliża te wydarzenia również sama forma mowy obrończej wygłaszanej i zapisywanej w języku współczesnym, dwudziestowiecznym, według współczesnych reguł sądowniczych. Ostatnie zdania eseju świadczą o tym, że mówiący postrzega wydarzenia z przeszłości jako fragment (początek) większego wycinka życia i historii całej ludzkości.

                    Wykorzystanie gramatycznej formy czasu teraźniejszego dla przedstawienia wydarzeń i postaci mitycznych lub historycznych (tak, jak ma to na przykład miejsce w wierszu O Troi) jest w twórczości Zbigniewa Herberta chwytem dość częstym. Przybiera ono w poszczególnych tekstach różne formy – od (1) czystej formy czasu teraźniejszego w monologu postaci historycznej („liryka roli”), (2) trzecioosobowej czy wręcz bezosobowej relacji i opisu do (3) przemieszania form czasu przeszłego i teraźniejszego w opisie sytuacji w obrębie jednego tekstu. w tym ostatnim przypadku zwykle mamy do czynienia z wprowadzeniem w formie czasu przeszłego i relacją w czasie teraźniejszym. Przykładem pierwszego typu utworów mogą być takie wiersze jak Tren Fortynbrasa, Powrót prokonsula, Fragment. Zbliżony do takiej formuły jest też wiersz KaligulaZ. Herbert, „Pan Cogito”, Wrocław 1993, s. 61–62.[20]. Tu jednak sytuacja jest bardziej złożona. Tekst otwiera bezosobowy komentarz (przypominający dramatyczne didaskalia), który zdaje się mieć formę gramatyczną czasu teraźniejszego, z tym, że odnoszącego się do czynności powtarzających się: „Czytając stare kroniki, poematy i żywoty Pan Cogito doświadcza czasem uczucia fizycznej obecności osób dawno zmarłych”Tamże, s. 61.[21]. Po tym wprowadzeniu następuje drugi komentarz w czasie teraźniejszym: „Mówi Kaligula”. Dalszy ciąg wiersza to monolog Kaliguli – utrzymany w czasie przeszłym. Wydaje się jednak, że cały ten monolog należy traktować jako „współczesny”. Pierwsze wprowadzenie, przez swoją bezczasowość, sprawia, że mamy wrażenie powtarzalności przedstawionej w wierszu sytuacji (choć może nie z udziałem Kaliguli). Drugi z wprowadzających komentarzy lokuje wypowiedź w najbliższym „teraz”. Czasownik „mówi” (jedyny w całym utworze w czasie stricte teraźniejszym) sprawia zatem, że nie tylko Pan Cogito, ale i odbiorca tekstu niemal fizycznie odczuwa obecność dawno zmarłego cesarzaPodobną sytuację spotykamy i napisanym w czasie przeszłym w wierszu „Boski Klaudiusz” (tekst wiersza zob. [w:] Z. Herbert, „Raport…”, s. 50–53.). Tu jednak cały efekt „fizycznej bliskości” jest znacznie osłabiony – powstaje jedynie za przyczyną oddania głosu postaci historycznej („liryka roli”). [22]. 

                    Znacznie więcej można znaleźć w twórczości Herberta przykładów utworów drugiego typu (Fragment wazy greckiej, Nike która się waha, Arijon, Ofiarowanie Ifigenii, Hakeldama, Stary Prometeusz, Gra Pana Cogito, Pan Cogito o postawie wyprostowanej, Śmierć Lwa, Brak węzła). Wszystkie te teksty (ich forma gramatyczna) sprawiają wrażenie jakby wydarzenia i postacie, o których się w nich mówi, istniały i miały miejsce współcześnie. Szczególnie interesująca pod tym względem jest tu proza poetycka Brak węzła:

                         Klitajmestra otwiera okno, przegląda się w szybie, by włożyć swój nowy kapelusz. Agamemnon
                    jest w przedpokoju, zapala papierosa, czeka na żonę. Do bramy wchodzi Agistos. Nie wie, że
                    Agamemnon wczoraj w nocy wrócił. Spotykają się na schodach. Klitajmestra proponuje, aby pójść do
                    teatru. Odtąd często będą chodzili razem.
                         Elektra pracuje w spółdzielni. Orestes studiuje farmację. Wkrótce ożeni się ze swą nieostrożną
                    koleżanką o bladej cerze i wiecznie załzawionych oczachZ. Herbert, „Napis”, Wrocław 1996, s. 47.[23]. 

                    Imiona bohaterów utworu są imionami bohaterów tragedii Ajschylosa i Eurypidesa. Tu jednak do wydarzeń znanych z tamtych dzieł nie dochodzi. Sytuację dobrze oddaje tytuł – nie znajdujemy tu momentu zawiązania tragedii. Nie mniej istotny jest inny jeszcze aspekt utworu – antyczne postacie zostały wpisane w realia współczesneNiemal identycznie wygląda sytuacja w przypadku prozy poetyckiej „Próba rozwiązania mitologii” (Z. Herbert, „Napis”, s. 46). Z taką jednak różnicą, że utwór ten jest relacją w czasie przeszłym. Bogowie zebrani „w baraku na przedmieściu” próbują ustalić zasady funkcjonowania w nowej rzeczywistości. Realia, w których umieszczona została ta sytuacja i język, jakim się o niej mówi pozwalają na jednoznaczne umieszczenie jej we współczesności (badacze mówią wręcz, że chodzi tu o „rozwiązanie organizacji” – zob. J. Łukasiewicz, „Poezja…”, s. 51–57; zob. także S. Barańczak, „Uciekinier z Utopii…”, s. 117, E. Balcerzan „Poeta wśród ideologii artystycznych współczesności. (Zbigniew Herbert)” [w:] Tegoż, „Poezja polska w latach 1939–1965. Część II. Ideologie artystyczne”, Warszawa 1988, s. 238–239).[24]. Wydaje się, że sytuacja znana z mitologii powtarza się znów w nowych realiach, choć możliwe jest też inne odczytanie tego tekstu. Sytuacja współczesna jest bardzo podobna do tej antycznej (byłby to powrót żołnierzy z frontów II wojny światowej). Przy czym we współczesności ma miejsce ogromna degradacja tematu antycznego – teraźniejszość nie może być tematem tragedii. Zresztą w twórczości Herberta dość często spotykamy się z negatywnym postrzeganiem teraźniejszości w stosunku do analogicznych wydarzeń z przeszłości:

                    generałowie ostatnich wojen
                    jeśli zdarzy się podobna afera
                    skomlą na kolanach przed potomnością
                    zachwalają swoje bohaterstwo
                    i niewinność

                     

                    […]

                     

                    Tucydydes mówi tylko
                    że miał siedem okrętów
                    była zima
                    i płynął szybkoZ. Herbert, „Dlaczego klasycy” [w:] „Napis”, Wrocław 1996, s. 58.[25]

                     

                     

                     

                    współczesny Jonasz
                    idzie jak kamień w wodę
                    […]

                     

                    Uratowany
                    postępuje chytrzej
                    niż biblijny kolega
                    drugi raz nie podejmuje się
                    niebezpiecznej misjiZ. Herbert, „Jonasz” [w:] „Studium przedmiotu”, Wrocław 1995, s. 39–40.[26]

                    Wyjątek stanowi tu otwierający tom Napis wiersz Prolog, który tytułem i formą nawiązuje do prologu tragedii antycznej (ma on formę dialogu między – współczesnym ze względu na temat wypowiedzi – przewodnikiem Chóru nazywanym w wierszu „On” i również współczesnym Chórem). Zważywszy jednak, że treść wiersza dotyczy stosunku do Powstania Warszawskiego i pokolenia młodych żołnierzy Armii Krajowej, możemy stwierdzić, że jest to jedyne wydarzenie w historii współczesnej godne być tematem tragedii w jej antycznym, pierwotnym wymiarzeSzczegółową analizę tego wiersza zobacz: https://nowynapis.eu/czytelnia/artykul/dialog-ale-czy-rozmowa-prolog-zbigniewa-herberta[27].

                    Co do trzeciego typu utworów (poza wspomnianym już wierszem O Troi) zaliczymy do niego między innymi: Domysły na temat Barabasza, Album Orwella, Jonasz, Isadora Duncan, Mordercy królów, Fotografia, Mademoiselle Corday, Historia Minotaura, Pan Cogito opowiada o kuszeniu Spinozy. Trudno tu właściwie znaleźć jakąś ogólną zasadę użycia takiej konstrukcji. Różne są też proporcje wypowiedzi w czasie teraźniejszym i przeszłym w poszczególnych tekstach. 

                    Ważnym utworem w tej grupie jest wiersz Pan Cogito opowiada o kuszeniu SpinozyAnaliza tego wiersza zob.: M. Adamiec, „Wiersze Zbigniewa Herberta”, Gdańsk 1994, s. 102–106; A. Baczewski, „Szkice literackie. Asnyk. Konopnicka. Herbert”, Rzeszów 1991, s. 85–93; R. Nycz, „«Niepewna jasność» tekstu i «wierność» interpretacji. Wokół wiersza Zbigniewa Herberta «Pan Cogito opowiada o kuszeniu Spinozy»”, „Teksty Drugie” 2000, nr 3; B. Sienkiewicz, „Kto kusi Spinozę?”, „Teksty Drugie” 1995, nr 2.[28]. Po trzecioosobowym wprowadzeniu mamy tu do czynienia z „narracyjnym” (a także komentarzami podmiotu wiersza – Pana Cogito) przytoczeniem rozmowy pomiędzy Bogiem a Spinozą (a ściślej, z przytoczeniem wypowiedzi Boga i przedstawieniem w mowie zależnej wypowiedzi Spinozy). Sam fakt przytoczenia tej rozmowy i sposób jej prezentacji sprawiają wrażenie, że podmiot wiersza jest bezpośrednim („fizycznym”) jej świadkiem. Z punktu widzenia interesującej nas problematyki jest to zabieg dość istotny. Z jednej strony jest on odwrotny, a z drugiej podobny, uzupełniający chwyty dające wrażenie funkcjonowania postaci historycznych i mitologicznych w teraźniejszości. Wydarzenia historyczne pozostają „na swoim miejscu”, we właściwym sobie czasie historycznym, ale fakt bezpośredniego uczestnictwa w nich (lub obserwacji) współczesnego podmiotu wierszowego sprawia, że przy ich odbiorze znika dystans czasowy, istniejący realnie między opisywanymi wydarzeniami a momentem powstania wiersza (i jego lektury)Jednoczesny związek z historią, tradycją i współczesnością jest wpisany już w samo imię Pana Cogito – patrz R. Bobryk, Кто такой Пан Когито? [w:] Русская филология,. 9. Сборник научных работ молодых филологов. Tartu Ülikooli Kirjastus, Тарту/Tartu 1998, с. 211–219.[29]. Dotyczy to nie tylko wierszy, których bohaterem (instancją mówiącą lub przytaczającą wypowiedzi innych postaci) jest Pan Cogito. Zabiegi tego typu rozpoznawalne są już we wczesnej twórczości HerbertaPrzykładem takiego tekstu może być wiersz „Do Marka Aurelego” (Z. Herbert, „Struna światła”, s. 30–31), w którym bezimienne „ja” liryczne zwraca się do adresata, jak do osoby sobie znanej, z którą pozostaje w zażyłości (świadczyć o tym mogą słowa „Dobranoc Marku” i udzielane adresatowi rady) – więcej na temat tego wiersza zob.: R. Bobryk, Попытка бегства из идеологии в поэзии Збигнева Херберта [w:] Dzieło literackie jako dzieło literackie — Литературное произведение как литературное произведение, red. A. Majmieskułow. Bydgoszcz 2004, s. 399–414.[30] i funkcjonują w niej niemal do śmierci poety. Za każdym razem cel tych zabiegów daje się sprowadzić do jednego prostego uogólnienia. Historia nie jest dla Herberta czymś zamkniętym, skończonym i odległym. Wbrew pozorom nie jest też jedynie maską dla przedstawiania wydarzeń współczesnych. Dla Herberta współczesność znajduje swoje objaśnienie w historii, a historia ma swój ciąg dalszy we współczesności. Obie stanowią więc nierozerwalną całość, w której funkcjonuje człowiek.Warto tu zasygnalizować jeszcze jeden sposób swoistego przemieszania planów czasowych w twórczości Zbigniewa Herberta, który ujawnia się na poziomie leksyki i stylistyki wypowiedzi. Dość często (zwłaszcza w esejach) mamy do czynienia z sytuacją, kiedy w opisie postaci czy wydarzeń historycznych lub mitologicznych pojawiają się objaśnienia albo porównania do zjawisk i zachowań z kultury współczesnej. Oto kilka przykładów: w opisie Antajosa – „Jego chód przypominał sposób poruszania się zmanierowanych aktorów westernu.” (Z. Herbert, „Król mrówek. Prywatna mitologia”, Kraków 2001, s. 15); o świcie Aleksandra Macedońskiego – „We wszystkich wyprawach, obok medyków, kurtyzan, artystów, uczonych, towarzyszyli Aleksandrowi – etatowy poeta, oficjalny historyk, a także wróżbita – osobistość niezwykle ważna, spełniał bowiem dwie istotne funkcje: był ambasadorem bogów, akredytowanym przy ruchomym pałacu królewskim zdobywcy i jednocześnie ministrem propagandy.” (Z. Herbert, „Węzeł gordyjski oraz inne pisma rozproszone 1948–1998”, Warszawa 2001, s. 73).[31]

                     

                     

                    Artykuł opublikowany w: Studia Litteraria et Linguistica – Лiтературознавчi та лiнгвiстичнi студ. Redaktorzy: Roman Mnich i Nela Łysenko. Донецький Iнститут Соцiальноï Освiти, Akademia Podlaska w Siedlcach, Siedlce – Donieck – Drohobycz, Видавництво «Коло» 2006, с. 161-174.

                    Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
                    Źródło tekstu: Roman Bobryk, Dawno temu, czyli teraz…, Czytelnia, nowynapis.eu, 2020

                    Przypisy

                      Powiązane artykuły

                      Loading...