21.09.2023

Nowy Napis Co Tydzień #221 / Na granicy

W dukt oddechu wdziera się nierównym pulsem, zmrożona
skóra nie czuje, czy żyje. Sól do szaleństwa, ciążenie nie sprzyja.
Niski horyzont do niedawna pełny połyka pustką. W noc nowiu rzuca cię
na brzeg ze zdartą tkanką. Tam szorstki piasek, puls już tylko w głowie,
przepełzniesz w drętwość od szumu do ciszy, po czasie stopę
poliże ci słońce, bardzo zapragniesz – nie będzie Nauzyki.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Agnieszka August-Zarębska, Na granicy, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2023, nr 221

Przypisy

    Powiązane artykuły

    11.07.2023

    Trzech na Skyros

    To drewno się nie nadaje. Stary nie miał racji. Zamiast jaśnieć blaskiem, wabić tajemnicą, jej oblicze jest matowe, szare, nijakie. Czy tak wygląda księżniczka, kochanka bogów i kochanka ludzi? Czy tak przedstawiamy Najczystszą? Kolor tu niewiele pomoże. Czy można barwić pustkę? Oczy bez głębi, usta bez zachęty, policzki zapadłe, a czoło zmęczone. Kiedyś w Pałacu, w komnacie królowej, położono taki tynk bez wyrazu. Nic potem nie dało się zrobić, choć próbował niejeden; musieli wszystko zdrapać, do żywej cegły. Forma wymaga podłoża. Cóż, trudno, zacznę jeszcze raz, jeszcze raz od początku. Czasu mi przecież nie braknie. I wytrwałości także. Poszukam innego drzewa i tym razem nie będę prosił Starego o radę. Tę figurkę spalę lub wrzucę do najgłębszej jamy. Może spodoba się tam, w Krainie Cieni? Mają dziwny gust.

    Wieczór nadciąga, a upał nie chce zelżeć. Ani jeden podmuch nie idzie od morza. Za dnia chowamy się przed palącym słońcem. Ja w migdałowym gaju nad zatoką ukrywam twarz przed zabłąkanym przechodniem, Stary majstruje bez ustanku w chacie na skraju lasu, T kryje się między skałami urwiska. Ja zwykle dłubię coś, w drewnie albo w tym ich ładnym kolorowym marmurze, czasem maluję na sosnowej desce (Stary przyrządził kilka przyzwoitych farb), a ostatnio zacząłem spisywać to i owo. Stary podpowiedział mi inny, łatwiejszy sposób pisania − gęstą, ciemną cieczą na cienkiej, twardej skórze (muszę przyznać, że obok niezrozumiałych pomysłów ma on od czasu do czasu przebłyski wielkiej mądrości). „Keftiu mogliby się wiele nauczyć od ludzi z Południa”. Ma rację.

    Gdy noc obejmuje władanie nad wyspą, wynurzamy się ze swoich kryjówek i ściągamy do groty. Na zmianę ze Starym pichcimy jakąś strawę (z tego, co złowię ja lub upoluje T), czasem po prostu odgrzewamy to, co nam przywiozą ludzie Opiekuna, dorzucając trochę jarzyn i aromatycznych ziół, które tu wszędzie rosną. Mleko na ser dają kozy, które trzymamy w zagrodzie. Oliwy i wina mamy pod dostatkiem; co prawda latorośl nie taka tu bujna jak w domu, a wino raczej cierpkie, bez tego miodowego posmaku, ale czy przybyszowi, gościowi na łaskawym chlebie wypada narzekać? Dobrej, słodkiej wody na wyspie nie brakuje, co parę dni przynoszę świeży zapas ze źródła pod Górą. Zwą ją tutaj „Olimp”, co wciąż śmieszy Starego i denerwuje T. Cóż, jaka wyspa, taki też i Olimp. Mnie to już nie wzrusza, jak długo można żyć samymi wspomnieniami? T do naszych kuchennych zajęć nigdy się nie miesza, je zresztą bez uwag i narzekania wszystko, co podamy. Rozumiem go dobrze. Po wieczerzy pozostajemy wkoło paleniska, drewno jeszcze się żarzy, Stary szarpie kamienną kostką struny instrumentu, który niedawno obmyślił (nazywa to szarpanie „grą”), T opowiada jakąś przygodę ze swojego życia (od dawna wiemy, że T trochę zmyśla, ale nie przeszkadza nam to wcale), nadchodzi w końcu północ, owijamy się skórami i idziemy spać. I tak dzień za dniem, noc za nocą, tu na naszej wyspie, na Wyspie Zakończenia (zwiemy ją tak zgodnie).

     

    Przyjacielu, który czytasz to, co tutaj piszę, odstaw na chwilę czarę, odłóż pusty ryton, odejdź na ustronie. Wyobraź sobie teraz, że twoje zwyczajne (mniej lub bardziej) życie staje się naraz legendą, ty sam zaś stajesz się symbolem, metaforą, wzorcem, przechodzisz do Historii. Czy tego sobie życzysz, czy nie − zostałeś wybrany. Dla wszystkich ludzi, którzy po tobie przyjdą, dla przyszłych pokoleń. Moira, Los tak chce, najwyraźniej jest to do czegoś potrzebne. A zrobi to po swojemu, jeśli trzeba − pozmienia, przekręci, z białego zrobi czarne, z czarnego białe (to − rzadziej). Ciebie już nie będzie, kości twe rozproszą się po świecie, nie będzie już tego, kto cię żegnał, ni tego, kto cię grzebał. Nie będzie ptaka, który siadał na twym grobie i drzewa, które rosło obok, nie będzie może i skały, na której wiatr je posiał. Legenda wciąż będzie. Czy tego chciałeś, czy nie. Niektórym się to zdarza. Mnie się przydarzyło. Mylę czas przeszły, teraźniejszość, przyszłość. Mnie się to przydarzy. Moim towarzyszom także. Tyle że akurat mnie Tyche wyjątkowo nie sprzyja.

    Losu działanie pierwsze. Tę twarz mam po matce. Nie tyle winna ona (matka była bowiem kobietą nadzwyczajnej urody, przez co ludzie zwali ją: „Cała Jaśniejąca”), ile ten jej ród. Mówią, że taki potwór jak ja rodzi się tam w każdym pokoleniu i że dotyka to wyłącznie chłopców. Kalekie dzieci zwykle umierają (same lub przy niewielkiej pomocy), choć czasami któreś z nich ma szczęście (nieszczęście?) i pozostaje przy życiu. Stary opowiadał mi przed laty, w Pałacu, że czaszka takiego nowo narodzonego za szybko się zasklepia, zbyt prędko się skleja, przez co deformuje się, zniekształca. Takie dziecko może mieć potem głowę w kształcie łodzi, amfory, pitosu albo wybałuszone, nierówno osadzone oczy i rogi jak byk. I to jestem ja – dlatego nazywano mnie „Byczkiem” (Stary twierdzi, że wystarczyłoby takiemu noworodkowi ostrożnie ponacinać głowę, a potem nałożyć mały wojskowy hełm, i już po kłopocie, ale mnie się to wydaje sprzeczne z wolą Nieśmiertelnych). Ojciec zrazu nakazał mnie zabić, ale uprosiła go matka i mogłem sobie żyć. Warunek był wszak jeden – nie wolno mi było przebywać wśród ludzi.

    Mogłem sobie żyć. Z dala od ojca, matki, licznych sióstr i braci. Tych braci miałem czterech (Katreus, Deukalion, Glaukos, miły Androgeos) i siostry miałem cztery (Akalle, Ksenodike, Ariadna i Fedra). Potem okazało się, że miałem jeszcze pięciu braci przyrodnich, sądzę przecież, że to niepełna lista; mój ojciec był łasy na kobiety i ładnej nie przepuścił, rozrzucając tu i tam nasiona swojej chwały. Mogłem sobie żyć i nauczyłem się żyć w Pałacu − poza komnatami, poza tarasami, poza ogrodami, z dala od zabaw, gier, śmiechów, żartów, ćwiczeń, gonitw. Moim królestwem były kuchnie, magazyny, stajnie, ciche korytarze i sekretne przejścia. Schowany w krypcie, skulony za filarem, ukryty za szeregiem kolumn słuchałem, patrzyłem, słuchałem, patrzyłem. Moim słońcem był księżyc, moim dniem bezgwiezdna, ciemna noc. Miałem przyjaciół − pałacową służbę, miałem towarzyszy – pałacowe psy i koty, konie, owce, woły. Portowe zaułki, przydrożne kamienne kręgi, groty, rozpadliny – to także był mój Pałac. I tak rosłem, dorastałem, dziki, zaniedbany, pozostawiony sam sobie. Ojca nie widywałem wcale, matkę potajemnie przed ojcem. „Potwór! Byczek! Byk!”. − Słyszałem za plecami, gdy nieopatrznie pojawiałem się na powierzchni jak robak po deszczu. Byk. Tyle chociaż dobrze, że byki są u nas pod specjalną pieczą, więc nikt mi krzywdy nie czynił. Byk. Jedna tylko ona przytulała mnie czasem, z nią tylko jedną umiałem rozmawiać, do niej tylko jednej chciałem się uśmiechać.

    I tak było do czasu, aż zjawił się Stary.

     

    Przybyliśmy na naszą małą wyspę przed trzema, nie − czterema laty. Po rozstaniu z Pejritoosem T wrócił na stare śmieci, ale tam rządził już okropny Menesteus (bękart to samej chyba Echidny), wciąż dybiący na życie mego przyjaciela. Wypełzłem z ukrycia (od czasu naszej ucieczki T opiekował się mną i dawał schronienie) i razem pod osłoną nocy uciekliśmy do Eubei, gdzie T znał paru zacnych ludzi. Tutaj, ku naszemu zdziwieniu, w obskurnej tawernie, natknęliśmy się na Starego. Mój ojciec wciąż szukał go po różnych krainach i Stary był już tym pościgiem psów gończych ojca śmiertelnie znużony. Mówiąc wprost − był bliski zapicia się na śmierć (rozpacz mnie ogarniała, gdy patrzyłem na niego). Nie trzeba było długo Starego namawiać. Kilka leczniczych godzin w lodowatej wodzie i ruszyliśmy w trójkę na Rozsypane Wyspy. Plan T był dość prosty. Prosty, ale jak się okazało − skuteczny. Król Skyros, Likomedes… (taki on król jak cały archipelag, ale porządny to chłop) …więc ów Likomedes miał wobec mego przyjaciela dług i z ochotą zgodził się przechować nas na swojej małej wyspie. W świat zaś puścił opowieść, jak to zwabił gościa na skałę nadmorską, po czym strącił go w przepaść. Pomysł przewrotny i sprytny − podobnie zginął Ajgeus, ojciec naszego T. Powód niecnego czynu: Likomedes zazdrościł T sławy, co było powodem aż nadto czytelnym dla wszystkich (któż nie zawiścił T?). Mój przyjaciel zniknął więc dla świata, podobnie i Stary. A ponieważ ja odszedłem w niebyt dawno, dawno temu, więc wszyscy dzieliliśmy teraz ten sam los – zmarłego. Oto dlaczego zwiemy tę małą krainę „Wyspą Zakończenia”. W ten oto sposób przenieśliśmy się nagle ze świata zdarzeń i ludzi w przestrzeń idei i bytów duchowych, co samo w sobie jest doświadczeniem ciekawym, a było kolejnym, może już ostatnim posunięciem Losu w jego chytrym planie.

    Siedzę teraz i tak sobie myślę, że to drzewo o podłużnie spękanej korze i klapowych liściach będzie odpowiednie. Zrobiłem małą próbę i efekt jest ciekawy. Myszkując w naszej części wyspy, około południa spotkałem Starego. Co do mojego druha − lata lecą, a po nim upływu czasu nie widać. Garbi się trochę i chroma na prawą nogę, ale wciąż zwinny z niego staruszek i krzepki. I tyle w nim wciąż zapału, choć przecież zdaje sobie sprawę, że większość jego pomysłów nie ma najmniejszego sensu. Teraz na przykład jeździ po wyspie na czymś, co ma dwa duże koła jak rydwan, ale ustawione są one jedno za drugim, w szeregu. Odpychać się trzeba od czasu do czasu nogami, co chyba musi męczyć. Stary wyjął zza pazuchy duże rumiane jabłko:

    – Spróbuj, znalazłem, niestety dość daleko, po zachodniej stronie wyspy całkiem ładny sad.

    Usiedliśmy w cieniu rozłożystego dębu. Zakasłałem, wysmarkałem nos (tu, na Skyros, stale jestem zakatarzony i mam chrypkę), zsunąłem kaptur z głowy. Nie bardzo wiedziałem, jak zacząć.

    – Jeśli martwisz się, Byczku, naszym przyjacielem, spieszę cię uspokoić. − Dwukółka stała oparta o pień drzewa. − Spotkać to może każdego, a w jesieni życia (liście T żółkną już od dawna) zwykle się nasila. Miałeś w życiu pięć kobiet (co nie jest złym wynikiem), mówisz, że było ich piętnaście, dwadzieścia, a każda piękna jak tamta spartańska królewna (może nawet i ona sama?). Twój ojciec był zwykłym człowiekiem (przez co ty sam jesteś zupełnie zwyczajny) – opowiadasz dyskretnie, ale z przekonaniem, że spłodził cię nie kto inny, lecz bóg (im większy, tym oczywiście lepiej; stąd tylu synów Zeusa, ale i Posejdon dobry). Na polowaniu ustrzeliłeś dawno temu dzika (tak, przyznać trzeba, raczej dorodne zwierzę) – rozpowiadasz wkoło, iż ta olbrzymia bestia zabiła wcześniej mnóstwo ludzi (fakt, dzik poranił jednego czy dwóch). Napadnięty przez ponurego zbira bronisz się dzielnie, ale szanse twe liche i pewnie byś wkrótce poległ, gdy wtem z lasu wypada królewska drużyna i raz-dwa tnie zbira na drobne kawałki − ty po całym gościńcu głosisz, żeś łotra sam, szast-prast, jednym kopnięciem strącił w głąb urwiska. Lata lecą, opowieść ciekawsza − urwisko coraz głębsze, na jego dnie zamieszkał już potwór, a łotr coraz krwawszy. Czasem to robisz świadomie, a czasem tak ci wychodzi, po prostu. Myślisz: jeden, mówisz: dwa, a może i cztery, myślisz: mały, mówisz: duży, wielki, ogromny. I sam się zachwycasz. Sadzisz ziemniaki, wyrastają dorodne ogórki. Wspaniałych czynów przybywa wraz z siwymi włosami na głowie. Nie byłeś tchórzem, nie. Na pewno byłeś bardziej odważny od innych, może od tamtych silniejszy, może trochę głupszy, przez co mniej ostrożny i bardziej skłonny do bójki. Ale Los − ma jakieś powody − potrzebuje takich jak T. Plecie więc tę jego legendę, czasem mu pomaga, czasem nawet wyręcza. Nasz przyjaciel jest bowiem Losowi niezbędny. Bardzo. Może bardziej niż ty, Byczku, i nawet bardziej niż ja. Choć tu sprawa złożona. Bo my trzej przez czas jakiś szliśmy po tej samej kładce. Więc, Byczku… – Stary wyjął ze skórzanego woreczka nieznane mi cuchnące ziarenka i zaczął je gryźć nerwowo, spluwając co chwila obficie. − Nie kłopocz się swym przyjacielem i słuchaj tych jego historii niezwykłych, przyjmując, że wszystkie zdarzyły się naprawdę. Potakuj, nawet jeśli twierdzi, że wie, gdzie pochowano Edypa. Albo że to właśnie on wymyślił Igrzyska. Musi przecież dorównać Tamtemu. Przynajmniej w opowieściach. Wiesz, że obaj z Łysym pochodzą od przesławnego Pelopsa? …Co tam skrywasz przede mną? Ładny kawałek drewna, nie powiem, całkiem ładny. Więc wciąż myślisz o niej? A wiesz, że i ja często. T, zdaje się, także. Ona jest w nas wszystkich. Jest naszą drugą duszą.

     

    Pojawili się w tym samym czasie – zarost na mej twarzy i Stary w Pałacu. Zarost poprzedzało swędzenie, a wyprzedzały krosty. Starego zaś wyprzedzała sława, a poprzedzała plotka. Różnie o nim mówili. Że zabił krewniaka, aby ukraść pomysł. Że zawistny, że krętacz, że dla pieniędzy gotów na każdą podłość, że tylko jeden pomysł na sto nadaje się do czegokolwiek. Znów (drudzy), że jeden jego pomysł wart tyle, co sto innych. Miał w ojczyźnie za morzem poważne kłopoty, więc skorzystał z ochrony mego ojca, który był wtedy najpotężniejszym władcą w świecie. Nie był on wcale stary (posunięty w latach jest dopiero teraz), ale mnie, niedorostkowi, wydawał się taki, więc tak go nazwałem. Nie był też zwykłym kowalem, jak głosili złośliwcy (takich nigdy nie brak), Staremu nieprzychylni. Czy zwyczajny kowal znałby się na tańcu żurawia? On zaś nie tylko potrafił każdą rzecz zmajstrować, biegły był nie tylko w ciesielce, w obróbce kamienia, we wznoszeniu murów, w układaniu cegieł, budowaniu statków, toczeniu garnków i tłoczeniu wina, nie − spod jego palców wychodziły także cuda ze złota i srebra, z alabastru, porfiru, steatytu, kości słoniowej, obsydianu, kryształu górskiego. Był biegłym toreutą i zdolnym gliptykiem, umiał prowadzić korowody taneczne, znał się na rzeźbieniu i pięknie malował. Będzie taki drugi? Stary miał syna, świetnego chłopaka, młodszego ode mnie, z którym zaprzyjaźniłem się szybko. Łączyło nas wiele, także i to, że on o swej matce nie chciał wcale rozmawiać, podobnie jak ja o ojcu. Stary zaś mnie polubił i zaczął potajemnie uczyć. Z początku w tych naukach uczestniczył również mój młody przyjaciel, potem wolał raczej biegać po łąkach i lasach i rzucać włócznią do celu, w czym naprawdę był dobry.

    Widząc rozliczne talenty przybysza zza morza, mój ojciec zrobił go nadzorcą pałacowych prac (było ich wiele po gniewie Wielkiej Matki; Stary ma na temat tego gniewu, jak zwykle, inny, dziwny pogląd). Na tym zaś ja skorzystałem najbardziej, bo Stary uczynił mnie swym cichym czeladnikiem, sekretnym pomocnikiem. Godzinami patrzyłem, jak maluje na mokrym tynku akrobacje dziewcząt na dziedzińcu lub dzikie zwierzęta z ogrodu. Chyba zauważył, że oczy mi błyszczą, bo naraz zaproponował, bym i ja spróbował. Ona bez wahania zgodziła się pozować i… i zacząłem malować. Stary przygotował grunt na ścianie w odległym, nieuczęszczanym trakcie. W słoneczne dni siadała nieruchomo, patrząc w okno, a ja wyposażony w rylec, pędzel i farby wchodziłem na rusztowanie. Z początku szło mi niesporo, ręce mi się trzęsły, byłem bliski płaczu, z czasem nabrałem wprawy i nawet mnie mistrz chwalił. Na tej chybotliwej desce spędziłem najpiękniejsze dni mego podłego życia. Delikatną twarz koloru morskiego piasku obwiodłem mocnym konturem, usta pociągnąłem rozjaśnioną nieznacznie purpurą. Wielkie czarne oko patrzyło przed siebie śmiało. Trochę pudru na nos, utrefione włosy, biżuteria, strojna suknia − jej wizerunek był gotów. Wieść o nowym malowidle rozeszła się w Pałacu; ukryty w kamiennej ławie pod ścianą patrzyłem, jak podziwiają, jak chwalą, jak cmokają ustami. W zimnej ławie pod ścianą mój sen nadal trwał.

    Skończył się pewnego mglistego poranka, gdy ojciec wrócił z wyprawy za morze, z wieścią o podstępnym zabiciu przez naszych odwiecznych wrogów jego syna, a mego brata – dobrego Androgeosa (o jakże płakałem). Ojciec składał właśnie ofiarę na Paros, gdy doszła go wieść o tragedii. Zerwał wieniec z głowy, nakazał milczenie fletom, lecz swoją ofiarę dokończył. To wtedy Los musiał mu podpowiedzieć ten przewrotny, a dla mnie zgubny plan. Oto zamkną… potwora gdzieś w dolnym Pałacu (pilną przebudową pokieruje Stary) i wieść pójdzie w świat (ludzie uwierzą we wszystko), że krwiożerczy półbyk-półczłowiek, syn króla, zrodzony z przeraźliwego związku jego żony ze zwierzem (ojciec w tamtym czasie bardzo był z moją matką skłócony), zamknięty w podziemiach, złowieszczo oznaczonych wizerunkami siekier (które wszędzie ojciec rozkazał umieścić), żądny jest wciąż ludzkich ofiar. Takiej oto kontrybucji domagał się ojciec: co roku nasi pogrążeni wrogowie przysyłać będą dziewięciu chłopców i dziewięć dziewcząt na pożarcie przez człowieka-byka. Tak ojciec umyślił sobie ich upokorzyć. Jakie były jego prawdziwe zamiary? Może chciał dziewczyny i chłopców niewolić? Może ich niewolił? Może wysyłał w głąb wyspy, by tam pracowali dla niego? A może szło tylko o krystaliczną zemstę? Na nic zdały się błagania mej matki, na nic wstawianie Starego, Jej łzy, prośby innych sióstr i braci. Odrzwia dolnego Pałacu zatrzasnęły się głucho. Przez zakratowane okienko podawano mi strawę i picie. Tylko Ona, Stary i jego syn, a mój mały towarzysz, przychodzili pod zamkniętą bramę. Za którą żyłem, na samym spodzie świata. Razem ze szczurem i śpiącym wciąż pod powałą leniwym nietoperzem.

    Już dwa razy danina zza morza przypłynęła do portu; zimny strach szedł po świecie, że okrutny potwór wciąż łaknie młodych ciał i krwi (wiedziałem to od Starego). I przyszedł trzeci termin.

     

    Wracam do rzeźbienia. Patrzę na moje drewienko i wspominam obraz. Myślę o jego przyszłych losach. Czy ten, kto go zobaczy po latach, będzie coś o mnie wiedział? O śmiesznym artyście, kryjącym się pod kamienną ławą? Czy zgadnie, kogo malowidło przedstawia? Wczoraj odwiedził nas Opiekun, król Likomedes. Przybył z niewielką świtą. Handel gąbkami nie idzie, za to poszła pogłoska o wielkiej wojnie, o okrętach, które popłyną przez morze. Wojnie, której sława i głupota zaćmi wszystko, co było nam znane. Na zgliszczach której narodzi się nowy, inny świat. Są tacy, którzy twierdzą, że będzie to raczej rozgrywka pomiędzy bogami. Jakie to ma znaczenie? „Gdy walczą bogowie, zawsze giną ludzie”. Gdy miesza się Eris, skutek może być tylko jeden. T słuchał tych opowieści chciwie. Stary potrząsnął głową. Nie, przyjacielu, nie dla nas ta zawierucha, nie dla nas dni chwały i klęski, nasz dzień się pochyla, nie miej żadnych złudzeń. Prędzej ona dla tego ładnego, krzepkiego chłopca, którego matka ukryła na dworze naszego króla, w przebraniu dziewczęcym. Patrzę na chłopca-dziewczynę i kiwam smutno głową. Jeżeli go ktoś stąd zabierze, czuję że czeka go sława. Sława, a może śmierć? Mylę − jak ów ślepy wieszczek − czas przeszły, teraźniejszość, przyszłość.

    Stary boi się tych wizyt, wciąż wypatruje zbirów mojego ojca. Czają się za każdym drzewem, za każdym większym krzakiem. Może to oni, gdy skrzypią gałązki na ścieżce? Może to oni, gdy nagle spada kamienny grad ze zbocza? Może to oni, gdy ptak zrywa się do lotu, spłoszony? „Po nitce do kłębka, a mnie wciąż życie miłe. Pamiętasz, Byczku? Czerwonej nitce do kłębka”. Po naszej ucieczce wziął mój ojciec Starego na spytki (słusznie podejrzewając go o udział w spisku), lecz wiele z niego nie zdołał wydobyć (wtedy to przetrącono mu nogę i stał się nasz Stary męczennikiem; zaiste, jest to jakiś powód do chwały). Zamknięto winowajcę (wraz z synem) w pałacowych lochach. Odtąd podziemia miały nowych mieszkańców, a nietoperz nowych towarzyszy niedoli. Minęło kilka lat i wtem Stary zniknął! Rozpłynął się w powietrzu. Przetrząśnięto Pałac, od piwnic po dachy, wzięto na spytki służbę i okolicznych mieszkańców. Kamień w wodę, a raczej ptak w niebo. Zagadka szybko znalazła rozwiązanie. Fantastyczne zgoła, ale im bardziej cudaczna, im bardziej dziwaczna jest opowieść, tym ludzie chętniej ją kupią. Zatem wedle plotki: Stary w więzieniu skonstruował skrzydła, pokleił je woskiem i razem z synem, frr-frr, uciekli, ulecieli z Pałacu w przestworza. A jak było naprawdę? Zwyczajnie. Stary zbałamucił jedną z pałacowych dwórek, wynajął chyżą łódź i z przygodami dopłynął do wybrzeży Sycylii. Kryjąc się przed pościgiem mego ojca (który nigdy i nikomu nie darował zdrady), włócząc się to tu, to tam, śpiąc byle gdzie, jedząc byle co, służąc byle, komu dotarł w końcu do Eubei, nad morze, gdzieśmy go spotkali. Chętnie opowiadał każdemu, kto zechciał go słuchać, postawił czarkę wina z moszczem i udziec barani (aby choć udko kurczaka) – o cudach Pałacu, o człowieku-byku, o zabiciu potwora (i swoim w tym, a jakże, udziale), o przesławnej ucieczce na skrzydłach (historię tę rozwinął zgrabnie i był z niej bardzo dumny). Z synem pokłócił się o coś i rozstał w gniewie już dawno (swoją drogą, to ładna bajka; często wracam myślą do mego dawnego przyjaciela, ciekawe, jak mu się teraz wiedzie).

    Obudził mnie dziś zły sen. Uczta rytualna w Pałacu. Dworzanie ojca jedzą surowe mięso byka, rozdartego na strzępy. Mlask, mlask, leniwa gorąca krew sączy się wszędzie, mlask, mlask, tłuszcz jeszcze ciepły okleja kamienne stoły. Odganiam senne mary, polewam głowę wodą, zjadam coś naprędce, wdrapuję się na pagórek, wracam do rzeźbienia. Fale dzisiaj większe, morze niespokojne, ma barwę zjełczałej oliwy, niebo zachmurzone, sine, więc idzie na deszcz. Trochę ochłody na pewno się przyda. T przechadza się po plaży, wciąż ma dumną, królewską postawę, choć ciało już nie to i siły nie takie. Widzę ze swej kryjówki, jak podnosi muszle, przykłada do ucha. Czego, kogo słucha? Bitewnych odgłosów? Sporów na agorze? Dźwięków muzyki na Delos? Jęków syna, wleczonego po kamieniach przez konie? Charkotu żony na sznurze? Ryku pijanych weselników? Krzyków cieni w podziemiach? Błagań Pejritoosa? Jej cichego śpiewu? Jej cichego śpiewu?

     

    I przyszedł trzeci termin.

    – Jest z nimi młody książę. − Słyszałem szept Starego. − Młody, silny, piękny. (Marzą o nim kobiety, trudno go nie kochać, zdaje się, że i nasza przyjaciółka straciła dla niego serce). Sławny czynami, których − jak mówią − sam dokonał. Dokonał, nie dokonał − będzie kiedyś władcą wielkiego, potężnego królestwa. Chwała tego Pałacu przeminie, jego mury runą (a stanie się tak wkrótce), zasypie go piasek, porośnie sucha trawa. Zostaną tabliczki spisowe i na rumowisku trochę kolorowych cegieł, zaś Ich potęga będzie wzrastać, umacniać się, trwać.

    Stary przysunął twarz bliżej kraty:

    – Lecz aby zostać królem, T musi przejść tę najważniejszą, najtrudniejszą próbę. Zmierzyć się z potworem, pokonać własne lęki, zanurzyć się w otchłań, spojrzeć bestii w jej płonące oczy, zabić ją (najlepiej gołymi rękami), narodzić się na nowo i wrócić zwycięzcą. „Głowa, którą na mnie odwrócił, miała moją twarz”. On chce cię zabić, Byczku, lecz my nie pozwolimy na to.

    – My?

    – Ona, ja, mój syn. Plan jest, Byczku, taki…

    I zrodził się spisek: Ona podjęła się wytłumaczyć księciu, że nie ma żadnego potwora, że potwór to raczej mój (nasz) ojciec, że pod osłoną nocy wszyscy uciekniemy tym samym okrętem, którym tu książę przypłynął, że Stary uszkodzi inne nawy, które stoją na redzie i w porcie. Zamysł był genialny i powiódł się doskonale. Prawie doskonale − chłopak gdzieś się zawieruszył, Stary spóźnił się i odpłynęliśmy bez nich. Starego spotkałem dopiero w Eubei, po latach. Ale to już znacie.

    Płynęliśmy na północ, ciepły południowy wiatr gnał nas do ojczyzny księcia. Spojrzałem za siebie (oczy me wciąż łzawiły od słonecznego blasku) − wszędzie morze, morze. Zatrzymaliśmy się na wyspie Dia, którą kiedyś nazwą „Naksos”. Cierpiałem, widząc, jak ona patrzy niego. Cierpiałem, gdy oddalał się brzeg wyspy, gdzie ją pozostawił. Tam umierania tysiąc sposobów…

     

    Ognisko dogasa. Siedzimy, milcząc, słodki dym sączy się z naszych rąk. Fasma. Widzę ją, jak śpiewa, jak biega na dziedzińcu Pałacu, trzymając w dłoniach dwa zielone węże. Czarny warkocz owinęła 1 Widmo, zjawa. dwakroć wkoło głowy. W powietrzu zapach szałwii, cyprysów i róż. Uśmiecha się do mnie promiennie: „Zatańcz ze mną, Byczku. A nie – zatańczy ze mną Dionizos”. Fasma. Sala tronowa, ojciec. Król, wróżbiarz, jasnowidz, sędzia. Przy nim jego kobiety: moja matka, dalej Pareja, Diktynna, Eriboja, Prokris. Ojciec zdejmuje wieniec z głowy, flety przestają grać. Patrzę, jest już w Podziemiach, Wielki Sprawiedliwy, po prawej jego ręce mój stryj Radamantys, po lewej Triptolemos-rolnik i jeszcze pobożny Ajakos. Wielki Sprawiedliwy, Dawca Praw – tak go, o Zeusie, tak go Los nagrodził! Nie trzeba być niewinnym, by osądzać innych…

    Ja! Ja podnoszę rękę, znów słychać pieśń fletów. Fasma. Matka pochyla się nade mną i mówi do swej siostry, Kirke: „Nasz śliczny chłopiec jest następcą tronu”. Słońce świeci mocno, mrużę oczy. Mój młody przyjaciel Ikar i miły brat Androgeos. Biegną ścieżką przez las, gonią spłoszone łanie. Krzyczą do mnie radośnie. Siostra Akalle czyta mi swój poemat. Siedzimy w wonnych krzakach bzu przed zachodnią bramą, słychać brzęczenie owadów; czuję żal i smutek, bo wiem, że będę jedynym, który te strofy pozna. Zmierzch, słońce powoli chowa się za wzgórzami, ściany Pałacu jeszcze lśnią, błyszczą migotliwie, lecz uważaj: nad okolicę nasuwa się noc, długa noc, na wieki, a wraz z nią Sen, pan bogów i ludzi, brat Śmierci. Czy to zapach bzu, czy już asfodeli? Fasma. Ja na rusztowaniu, mieszam rzadką farbę, próbuję, ścieka po palcach, po udach, po nogach. Stary rechocze, trzyma się za brzuch, śmieję się i ja. Zimno, krople spadają, kap-kap, echo, kap-kap, szczur wlecze oślizły brzuch po posadzce, niewidzącymi oczami wpatruję się w ciemność. Drga płomień pochodni, ktoś idzie. Równy, miarowy krok. Pustka podwaja kroki. Boję się, boję, choć wiem, że to on.

    T nie zabił potwora, mimo to został królem. Wtedy, czarną nocą, zszedł po mnie, do Labiryntu, na samo dno świata. Patrzeliśmy chwilę, jeden na drugiego. Co w moich oczach zobaczył? Co zobaczyłem ja?

    *

    Minotaur: „Królowa, zapewne wyczuwając w niezrównanym konstruktorze naturę marnego famulusa, zwierzyła się mu ze swojej obrzydliwej namiętności. […] Z potwornego obcowania miał się urodzić potwór, Minotauros, czyli «Minosowy-Byk», z łbem byka, a resztą ciała ludzką”.

    Dedal: „…uszedł z Aten, uciekając czy to przed wydanym nań wyrokiem w sądzie na Aeropagu, czy tylko przed niesławą, i przybył na dwór Minosa, gdzie wykonywał dla monarszej pary różne prace”.

    Tezeusz „Ale w bitwie pod Maratonem żołnierze widzieli wielki cień w zbroi i rozpoznali: to Tezeusz. Na rozkaz Apollina, wypowiedziany przez Pytię, długo daremnie szukali jego grobu na Skyros”...

    Za: Mitologia Greków i Rzymian, Zygmunt Kubiak, Warszawa 1997.

     

    (Z cyklu Daimonia, 2009)

    Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
    Źródło tekstu: Ryszard Lenc, Trzech na Skyros, Czytelnia, nowynapis.eu, 2023

    Przypisy

      Powiązane artykuły

      09.03.2023

      Nowy Napis Co Tydzień #193 / Między balkonem a balkonikiem

      Książkę poetycką Krystyny Lenkowskiej Balkon można czytać na wiele sposobów. Można czytać wszystkie wiersze po kolei, od początku do końca. Można czytać wiersze opatrzone tytułami na nieparzystych stronach, a te obok, na parzystych, wydrukowane kursywą, traktować jako komentarze do nich, swego rodzaju didaskalia czy kontrapunkty. Można też oczywiście czytać wiersze rzeszowskiej poetki na wyrywki, kierując się przypadkiem. Sposób czytania nie zmieni w zasadzie najważniejszych spraw. Ja jednak proponuję odczytanie lirycznego tomu jako dwóch cykli: wiersze wydrukowane kursywą na parzystych stronach, od początku do końca, a następnie wszystkie wiersze na stronach nieparzystych. Sądzę, że należy ten tom traktować jako dyptyk, składający się z dwóch równolegle biegnących opowieści. Wydaje się bowiem, że w obu tych cyklach mówi do nas jedna persona liryczna pozostająca w odmiennych sytuacjach, na przykład: lewa strona dzień, prawa strona noc; lewa strona dół, prawa strona góra; lewa strona z dystansem, prawa strona bez dystansu.

      Bohaterką czternastej już książki lirycznej poetka uczyniła starszą kobietę u kresu życia. Nazywa się ona Maria Nyks. Jest emerytowaną lekarką o specjalizacji geriatrycznej. Ma córki. Ta inteligentna wdowa potrafi przejrzeć rzeczywistość od podszewki. Ma poczucie humoru. Dobiera słowa celnie i czasem dosadnie. Traktuje życie bez „taryfy ulgowej”.

      W polskiej poezji znajduje się już trochę staruszek. Odnoszę wrażenie, że w medialnym i społecznym realnym świecie są one często niewidziane, pomijane, lekceważone. Udajemy, że ich nie ma, że w ogóle nie ma starości… W poezji na szczęście jest inaczej. Wystarczy wspomnieć znakomite utwory Tadeusza Różewicza Przepaść czy Koncert życzeń. Opowieść z kraju chrześcijańskiego. Z niedawno wydanych przychodzą na myśl poruszające liryki Józefa Barana o starości z książki poetyckiej W wieku odlotowym oraz Artura Daniela Liskowackiego z tomu Szkliwo, gdzie szczeciński poeta dał przejmujący obraz odchodzącej matki w szpitalu. Trzeba mieć na uwadze Różewiczowski tom Matka odchodzi, do którego rzeszowska poetka odwołała się wierszem Matka nie odchodzi. W Balkonie jednak kobieta-matka odchodzi przez Geras. Nazwa własna oznacza ‒ jak sobie wyobrażam ‒ oddział czy szpital geriatryczny. Jest to metafora miejsca, gdzie „przechowuje się” starość, gdzie starość dojrzewa i w końcu znika; to poczekalnia do nicości. Nazwa pochodzi z mitologii – Geras to bóg starości (łac. Senectus), uosobienie starości, a nazwisko bohaterki, Nyks, to imię mitologicznej matki Gerasa. 

      Późny wiek kojarzy się z pewnymi miejscami i przedmiotami. W cyklu „lewym” mamy przede wszystkim tytułowy balkon. Jedno ze znaczeń słownikowych mówi, że jest to: „płyta na zewnątrz budynku połączona z pomieszczeniem wewnętrznym otoczona balustradą”Zob. https://sjp.pl/balkon [dostęp:07.03.2023].[1]. W tym sensie balkon byłby miejscem obserwacyjnym. W pierwszym liryku tomu drzwi balkonowe skrzypią. To stąd bohaterka podpatruje grających w piłkę chłopców, widzi staruszków siedzących na ławce, podgląda spacerującą rodzinę. Stąd widać krwawą jarzębinę i dziką jabłoń. Balkon to małe terytorium wolności, gdzie można zapalić papierosa, pomyśleć, rozejrzeć się. To miejsce wspomnień i życiowych refleksji. Nie są one pokrzepiające. Rozważania przyjmują rozmaite formy. Mamy tekst, który można by uznać za antymodlitwę: 

      choraś Mario
      łaski pusta
      Pan cię opuścił
      przeklętaś ty między niewiastami
      i przeklęty owoc żywota twojego córka

      nieczysta Mario Matko człowieka
      módl się za sobą grzeszną
      teraz i w godzinę śmierci swojej
      amen 

      Można tekst potraktować jako prowokację lub obrazę religijną, proponuję jednak przeczytać wiersz jako wyraz rozpaczy, jako monolog do siebie samej wskazujący na klęskowość własnego życia. W końcu bohaterka ma na imię Maria, w wierszu, choć trawestuje modlitwę Zdrowaś Mario, nie obraża Matki Boskiej. Bohaterka jawi się jako Jej negatyw. Ton litanijny, modlitewny pojawia się jeszcze w liryku moja wino, a odwołania do wiary, religii i Kościoła w kilku miejscach. Sama bohaterka jest praktykująca.

      W przedostatnim liryku „cyklu lewego” następuje optymistyczne przeświadczenie, że jednak dzień będzie niezwykły, że każdy jest niezwykły, choć zachowuje tę prawdę dla siebie.

      poczułam że mieć
      własny balkon na świat
      to cud
       

      Natomiast ostatni wiersz tego cyklu mówi o wyjściu (przez balkon?) z życia w kosmos, zlanie się z nicością: 

      nic otulało mnie
      i prowadziło do nic
      znajomą drogą której nie było

      doskonała symbioza
      nic z nic
      którzy byliśmy wszystkim

      Co się dzieje na „prawej” stronie tomu? W centrum tego cyklu jest ta sama bohaterka: jej emocje, obserwacje, refleksje, wyobrażenia, wydarzenia z jej życia. Silnie w każdym utworze obecna Maria prowadzi czytelnika przez szereg zjawisk, rzeczy, problemów, spraw związanych z trudnościami starczego wieku. Są to problemy powszechne, uniwersalne i w dużej mierze nieuchronne. Tu też pojawia się wyraz „balkon”. Jednak odczytuję go jako zgrubienie wyrazu „balkonik”, w znaczeniu: „urządzenie pomagające poruszać się osobie niepełnosprawnej”. To z nim Stacha przychodzi do szpitalnej sali Marii. Są i inne atrybuty starości: łóżko ortopedyczne, kule („srebrne psiska z czarnymi głowami”), proteza. Jakże nieprzyjemne to realia, ale jakże rzeczywiste i… potrzebne.

      Cykl otwierają wiersze poświęcone mężowi. Zawierają one w sobie mocny ładunek emocjonalny. Z jednej strony małżonek nazwany jest dziwakiem, a z drugiej – „miał takie miłe i suche dłonie”. Zapadł na chorobę Alzheimera, stwarzał w związku z tym wiele kłopotów, więc w końcu bohaterka oddała go do Geras. W liryku Durno-cienie poetka pisze:

      załatwił mnie na cacy
      najpierw uziemił a potem umarł

      Wcześniejsze odejście Adama i wspomnienie o nim są pełne sarkazmu i goryczy. Wiążą się bowiem z przymusową rezygnacją ze spełnienia marzeń. Po jego śmierci bohaterka już nic nie mogła zrobić, nastały choroby, zatem marzenia o wyjazdach do Portugalii czy Ziemi Świętej trzeba było odłożyć ad acta na wieczność.

      Kolejnym problemem przywołanym przez Marię jawią się opiekunki mające pomóc w pokonywaniu codziennych trudności. W liryku W wieży M3 czytamy: „to koszmar kiedy obca kręci się po domu”. Kolejne „zdarzenia starości” to bóle, złamanie biodra, trudna współobecność, pobyt w szpitalu, strach przed śmiercią i oczekiwanie na nią. Następuje wyjście ze szpitala. Maria jedzie na spotkanie w dworze Krasickich. Tutaj jednak czuje się wyobcowana i odrzucona. Ponadto słyszy bolesne słowa ordynatora, który kiedyś z nią pracował:

      słyszałem że jesteś na gar kuchni
      czyżbyś nie miała dzieci? 

      Ten wstrząs, ukazany w Czerwonym dywanie, powoduje kolejny upadek („przezkrętarzowe złamanie kości udowej”). Maria wraca do szpitala pogruchotana fizycznie i psychicznie. Inne „atrakcje” starości to utrata piękna. W wierszu Prawda i piękno czytamy:

      pięknym trudno żyć
      bez dawnego piękna

      Bohaterka przedstawia również problemy fizjologiczne (Sedes). Ważny jest temat pozostawienia spadku (Spadek) i utraty złudzeń co do swoich możliwości (Po balu). Spotyka się z życzliwością i współczuciem innych pacjentek. Drażni ją to, ale i sama sobie się dziwi:

      dziś poczułam jakby ktoś
      położył ciepłą i suchą dłoń
      na mojej lewej piersi

      Wiersz kończy się pytaniem: „czy to już?” Najpewniej chodzi o śmierć. Bo ostatni tekst składa się jedynie z tytułu: Koniec. Poetycka mowa redukuje się do zera. Reszta jest milczeniem.

      Jest to książka przejmująca. Dawno nie spotkałem w naszej poezji tak wyrazistej postaci jak Maria. Tak konkretnej, namacalnej i przekonującej. Pewnie ma zakotwiczenie biograficzne (niekoniecznie autobiograficzne). Nie ma to jednak dla mnie znaczenia, gdyż liczy się uniwersalna wymowa wielkiej poetyckiej metafory odchodzenia, starości, śmierci przedstawionej pierwszoosobowo, „od środka”.

      Język krótkich, oszczędnych wierszy wydaje się dosadny, momentami wulgarny (w łacińskim znaczeniu tego słowa), jednak jest stosowny do podjętego tematu. Jak gdyby bohaterka mówiła: tu już nie ma czasu na kurtuazję i piękne słowa. Styl zatem uwiarygodnia personę liryczną. Wyostrza osobiste doświadczenie, obrazuje desperację, wzmaga nonszalancję. Poezja Lenkowskiej stanowi autentyczne świadectwo oryginalnej wyobraźni. Nie brakuje w tomie poetyckiego dowcipu. Tragizm przeplata się z komizmem, czasem groteskowym, a czasem czarnym humorem. Królują niebanalność, prowokacja, kaprys, konkret i ironia. Dzięki temu codzienność staje się ekscentryczna. 

      Nie zmienia to tego, że pociesznej staruszce blisko do Hioba. Tyle że jej Bóg niczego nie zwróci.

       

      Krystyna Lenkowska, Balkon, Fundacja Słowo i Obraz, Augustów 2021.

       

      Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
      Źródło tekstu: Jarosław Petrowicz, Między balkonem a balkonikiem, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2023, nr 193

      Przypisy

        Powiązane artykuły

        22.12.2022

        Nowy Napis Co Tydzień #183 / Wiele głosów Filomeli

        Jeżeli nie istnieje żadna wieczna świadomość w człowieku, jeżeli na dnie wszystkiego czai się tylko dziko działająca moc, która kłębiąc się w wirze ciemnych namiętności zrodziła wszystko to, co było wielkie, i to, co nie miało żadnego znaczenia, jeżeli pustka bezdenna i nigdy nie nasycona kryje się pod wszystkim, czymże innym staje się życie, jeśli nie rozpaczą?

        Søren Kierkegaard, Bojaźń i drżenie 

        I

        Nigdy nie przestanie mnie zastanawiać poezja naukowców. Jak odkryć w sobie tę niewielką przestrzeń nieskrywanej szczerości niezbędnej do tworzenia, będąc uwikłanym w rzeczowość akademickich kalkulacji i beznamiętność systematycznych analiz? Jak mówić, kiedy codzienność pracy pozbawia indywidualnego i autentycznego języka, zachęcając do wykorzystywania prefabrykatów? 

        Paulina Subocz-Białek jest właśnie poetką-badaczem odznaczającą się niemałym, jak na swój wiek, dorobkiem naukowym. Autorka ma na swoim koncie nie tylko liczne artykuły, ale także trzy książki, które współtworzyła z Ireneuszem Staroniem: Nadkolory i nadaromaty. Schulz, Mueller, Blecher (2017), Nostalgiczna pieśń powrotu. O twórczości Floriana Czarnyszewicza (2020) oraz Poza mapą. O „Nadberezyńcach” Floriana Czarnyszewicza (2020, 2021). Na łamach kwartalnika „Nowy Napis” czytelnicy mogli spotkać się już z kilkoma tekstami poetyckimi pisarki. Rok 2022 przynosi natomiast jej pełnoprawny poetycki debiut w postaci ponad czterdziestostronicowego tomiku zatytułowanego Ostatni lot Filomeli, który ukazał się w zasłużonej serii Biblioteka „Toposu”.

        Poetka już na samym początku stawia przed czytelnikiem wymagające zadanie zdekodowania niejednoznacznego tytułu swojego zbioru. W celu wydobycia skrywanych znaczeń nie wystarczy mechanicznie skierować się do rozpowszechnionego przez Owidiusza mitu. Filomela Pauliny Subocz-Białek nie jest archetypem ofiary, nie dominuje utrwalona chociażby przez Jeana-Baptiste’a Rousseau w odzie PhilomèleW  Polsce tekst ten znany jest przede wszystkim z przekładu A. Naruszewicza zatytułowanego Duma od słowika.[1] opowieść o cierpieniu. Czytelnik nie zatonie w harmonijnym obrazie przyrody, w którym mogłaby istnieć zaczarowana kobieta. Swój ostatni lot Filomela odbywa w świecie współczesnym, przepełnionym wielogłosowością, której ulega. Jednorodny słowiczy śpiew pod wpływem pióra autorki Nadkolorów… czasem staje się czułym, pełnym intymności wyznaniem silnej kobiety-kochanki, innym razem wybrzmiewa głosem zainteresowanego transcendentem moralisty, stroniącego na szczęście od patetycznego tonu, któremu sprzyja katedra. Paulina Subocz-Białek nie ogranicza się do stworzenia jednego, spójnego pod względem tożsamościowym podmiotu. Dostrzegając kumulujący się we współczesnym człowieku szereg równoległych i równoprawnych narracji, kreuje podmiot, którego cechą konstytutywną jest zmienność myśli, sposobów obrazowania, widzenia świata i samego siebie.

        II

        Nie jest łatwo mówić wierszem o człowieku, jeszcze trudniej o człowieku kontemplującym świat. Liryki Subocz-Białek zazwyczaj są zwięzłe, pozbawione przesadnie rozbudowanej metaforyki. Nad efektowność poetka stawia autentyczność wyrazu. Gra pojedynczych słów, znaczące powtórzenia, liczne przerzutnie, wymowne pauzy wzmagające synestezyjność komunikatu – wszystko to sprawia, że chcemy z uwagą wsłuchać się w ciche wyznania zmieniającej się jednostki, która niejednokrotnie dopiero poznaje samą siebie: 

        ***

        Żyje we mnie małe większe
        nieprzejęte.

        Myślę, 
        że jest we mnie
        Prosi
        Jak piesek łaknie żebrze
        Małe ja
        i większe.

        (s. 20)

        Introspektywność liryki Subocz-Białek w zestawieniu z powściągliwością wyrazu zachwyca rozmachem. Minimalistyczne formy pozwalają poetce uważnie przyglądać się każdemu słowu, które ma zostać użyte. Dane leksis pojawia się tylko wtedy, kiedy służy odkrywaniu prawdy – albo małej jednostkowej, albo wielkiej przekraczającej ludzki wymiar. Mówiąc o człowieku, filolożka opowiada nie tylko o sobie, lecz rozwija uniwersalny, ponadgeneracyjny łańcuch myśli.

        Czy to znaczy, że twórczość ukazana w Ostatnim locie Filomeli zamyka się wewnątrz podmiotu? Taka poezja byłaby niepełna, z czego autorka musi zdawać sobie sprawę. W oddanych w ręce czytelnika miniaturach świat zewnętrzny rozpycha się w sferze wewnętrznej, a ta przekracza swoje ramy i chłonie drobne zdarzenia, które, jeśli tylko poświęci im się odpowiednio dużo uwagi, jawią się jako nieograniczone źródło poznania. Tak dane jest nam usłyszeć przebijający się przez miejski gwar dźwięk fletu, zobaczyć zrzuconą z góry poduszkę, kawiarnianą witrynę, leżącą na ziemi srebrną łyżeczkę czy świąteczne drzewko. Wszystkie te pozornie nieznaczące obrazy pod wpływem poetyckiego pióra stają się narzędziem opowiadania o absurdalnym poczuciu kontaktu z niepojmowalną nieskończonością; stają się narzędziem opowiadania o nieopowiadalnym. W tej poetyckiej strategii ujawnia się literackie spoiwo tomiku Pauliny Subocz-Białek – Filomela – osobowościowy wzór poety, którego obowiązkiem jest mówić, mimo że sam akt wypowiadania może wydawać się niemożliwy i bezcelowy. W końcu tyle form komunikacji artystycznej wytworzyła nasza kultura; tyle form przystępniejszych i atrakcyjniejszych niż poezja. Dlaczego więc dalej pisać wiersze? Pomimo swej efektowności żadna gra wideo, żaden thriller nie zbliży się nawet do mówienia o niepojmowalnym w sposób tak głęboki, jak wiersz, który „nie przestaje być”. A w wierszach tego tomiku znajdziemy pogłos poprzedników.

        ***

        To był wieczór o zapachu
        wieczór jak noc. A noc jako
        wieczór

        Z czerwonym księżycem i znikającą

        Gwiazdą.
        (A ściślej – księżyca była połówka
        a barwa jego malinowa miodowa

        była)

        (s. 33)

        Jakże urokliwa w 2022 roku potrafi być psychizacja krajobrazu. Zabieg obarczony wielkim ciężarem literackiej tradycji w realizacji autorki Nadkolorów… wydaje się wręcz nowatorski. Wszystko dzięki onirycznej aurze, w której unosi się tekst; minimalizm wyrazu skrywa obraz za mgłą sennego marzenia, otwierając odbiorcę na perspektywę metafizyczną. Ta rzeczywiście stanowi istotną część całego zbioru. Subocz-Białek nie boi się dotknąć tematyki wciąż pomijanej przez mainstream polskiej poezji. Poetka z należytą pokorą w głosie wprowadza w przestrzeń tekstową Boga.

        Jak objawia się absolut w Ostatnim locie Filomeli? Przede wszystkim poprzez słowo. Bóg to Logos: 

        Od słowa do słowa
        Nazywaniem
        Jestem
        Jesteś

        (Jest, s. 32)

        Skoro sam Bóg jest słowem, jeszcze ważniejszy staje się obowiązek mówienia. „Każde stworzenie jest słowem Bożym, ponieważ głosi Boga”Benedykt XVI, adhortacja apostolska Verbum Domini, 8.[2]. Poezja nie służy już wyłącznie poznawaniu siebie, przybliżaniu się do odkrywania rozdźwięku między człowieczeństwem a nieskończonością we własnej egzystencji, lecz jawi się jako etyczny obowiązek, który musi realizować każdy, kto pragnie wypełnić uobecniający się w ten sposób chrześcijański ideał. Stąd też występujące w książce formy bliskie modlitwom.

        Wszystko to sprawia, że tomik poezji Pauliny Subocz-Białek to dzieło komplementarne. Problemy psychologii jednostki przenikają się z filozoficznymi kategoriami wielogłosowości, rozważaniami nad rolą poezji, by ostatecznie stać się częścią dociekań dotyczących spraw najwznioślejszych – religijności i Boga. Najdoskonalszym tego potwierdzeniem jest wiersz zatytułowany: Ta historia dzieje się na nowo

        Dobrze więc
        Wejdź.
        Ale do końca. Niech się wypełni
        To, samo Jeśli
        Brzemienna w skutki decyzja
        Rozwiąże nasze nieszczęścia
        W jednym
        Akcie
        Tak często o tym myślę.
        Tylko
        Tylko tylko tylko
        Z tylko jestem
        I opadam
        W pajęczynę więź
        Lepiej łatwiej
        Niż przypuszczałam
        Opadam. (czy wiesz
        Że ja w tej Chwili jestem Tylko)
        Doskonałe tu
        Jedyne
        Teraz
         

        Choć wiersz ten nie zamyka tomu, stanowi doskonałe podsumowanie tego, czym jest poezja Subocz-Białek. W tym synestezyjnym układzie dostrzegalny jest człowiek desperacko szukający porządku za pomocą słowa, które rzucone w eter – niezależnie od intencji mówiącego – zmierza ku absolutowi, doskonałości, zasadzie łączącej to, co w ludziach niejednorodne. 

        III

        Na koniec warto docenić aforystyczny potencjał Ostatniego lotu Filomeli. Poetka dzięki zwięzłości swoich tekstów i przenikliwości umysłu tworzy frazy mogące bez utraty jakości odłączyć się od całości tekstu i stanowić odrębną, pełnoprawną wypowiedź zachwycającą zwięzłością i trafnością, tak jak znajdujące się na niewielkiej przylepnej karteczce tuż obok mojego komputera słowa: 

        my sami już
        nie pytamy
        o nic

        P. Subocz-Białek, Ostatni lot Filomeli, Biblioteka Toposu, Sopot 2022.

        Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
        Źródło tekstu: Kacper Uss, Wiele głosów Filomeli, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2022, nr 183

        Przypisy

          Powiązane artykuły

          20.10.2022

          Nowy Napis Co Tydzień #174 / #174 Religia i Mitologia 

          Drodzy Czytelnicy i Czytelniczki!

          W najnowszym numerze NNCT powracamy do korzeni naszej kultury, zarówno w poezji, jak i w prozie. Szczególnej uwadze polecamy Państwu wiersze Jana Polkowskiego oraz towarzyszący im szkic Józefa Marii Ruszara z 14. Numeru kwartalnika Nowy Napis, którego tematem jest wrażliwość religijna. Do mitologii sięgnęła Paulina Subocz-Białek w swoim debiutanckim tomiku Ostatni lot Filomei, o którym rozmawia z Ireneuszem Staroniem. 

          Jeśli chodzi o klasyki, to Wojciech Chmielewski w dziale recenzji pisze o Dymitrze Friedricha Schillera w nowym tłumaczeniu Antoniego Libery. Zaś Tymoteusz Milas przygląda się Całemu pięknu świata pióra Dominiki Buczek. Maciej D. Woźniak pisze natomiast o tomie poetyckim Andrzeja Wojciechowskiego Co usta domyka. W tekście Andrzeja Juchniewicza mogą Państwo dowiedzieć się, które nowości wydawnicze za najważniejsze uznał Leszek Bugajski w swojej książce Opowieści o powieści. Dorota Heck w cyklu „Polecajki” rekomenduje publikację Bronisława Wildsteina Lew i komedianci.

          Polecamy także Państwa uwadze obejrzenie nagrania rozmowy Zbigniewa Zbikowskiego z Teresą Bochwic i Jolantą Cywińską o literackim obrazie PRL-u oraz pierwszych dekad III RP. Autorki nawiązują do realiów tamtych czasów w swoich książkach Brylant oraz Władcy czterech ścian – współfinansowanych przez Instytut Literatury. Ponadto w ramach „Tarczy dla literatów” czytelnię portalu w tym tygodniu wzbogaciły wiersze Andrzeja Torbusa.

          Na koniec serdecznie gratulujemy Arturowi Domosławskiemu zdobycia Górnośląskiej Nagrody Literackiej Juliusz za biografię Zygmunta Baumana.

          Ufamy, że tygodnik spełni Państwa oczekiwania oraz rozbudzi apetyt czytelniczy!

          Redakcja NNCT

          Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
          Źródło tekstu: Redakcja NNCT, #174 Religia i Mitologia , „Nowy Napis Co Tydzień”, 2022, nr 174

          Przypisy

            Powiązane artykuły

            20.10.2022

            Nowy Napis Co Tydzień #174 / „Powiedzieć o czymś, o czym się nie da powiedzieć”

            Filomela to figura, która właściwie ułożyła cały tom. [...] To taka bohaterka, która jest tragiczna, ale w pewnym sensie uczy tego, jak powiedzieć o czymś, o czym się nie da powiedzieć. Uważam, że powinna to być sztandarowa postać poetów, bo jest to postać, która [...] ulega bardzo tragicznemu wypadkowi, zostaje skrzywdzona i aby nie zdradzić tego, co ją spotkało, zostaje jej obcięty język. Wpada na pomysł, aby wyhaftować to, co jej się przydarzyło, dać świadectwo poprzez narrację wizualną. 

            – mówi Paulina Subocz-Białek na temat bohaterki, która zainspirowała tytuł jej debiutanckiego tomu, Ostatniego lotu Filomeli.

            Więcej w poniższym nagraniu:

            Paulina Subocz-Białek, Ostatni lot Filomeli, Biblioteka Toposu, Sopot 2022.

            Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
            Źródło tekstu: Ireneusz Staroń, Paulina Subocz-Białek, „Powiedzieć o czymś, o czym się nie da powiedzieć”, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2022, nr 174

            Przypisy

              Powiązane artykuły

              04.08.2022

              Nowy Napis Co Tydzień #163 / „Co jest wymówione, wzmacnia się”. „Kamień na kamieniu” Myśliwskiego jako Księga

              W czarującej staroświeckim wdziękiem i budzącej szacunek dla swej głębokiej, a nienatrętnej erudycji Alchemii słowa Jan Parandowski rozważa rozmaite aspekty życia i pracy pisarza. Gdy po latach, w czasie bodaj pierwszego covidowego lockdownu, wróciłem, zresztą nie wiem już dlaczego, do lektury tej książki, nie przypuszczałem, że sprawi mi ona tyle przyjemności. Aż w którymś momencie, błądząc niespiesznie po stronicach, natrafiłem na uwagę-przypomnienie, która mnie poraziła. Parandowski, śledząc jakże trudne ludzkie dociekanie początków języka i pierwszych zgłosek, które mogły wyjść z ust człowieka, pisał:

              Niektórzy badacze usiłują wydrzeć bodaj strzęp z tych tajemnic i oddają nam, w orszaku ostrożnych twierdzeń i dowodów, parę sylab z epoki kamiennej. Należy do nich: h a m albo k a m, wyraz czy rdzeń wyrazu oznaczającego: k a m i e ń. Jeśli tak jest, ów rdzeń jest najszlachetniejszym klejnotem naszej mowy – podsumowuje autor Dysku olimpijskiego z patosem, który w jego wydaniu nie razi […] – zdaje się nam, że słyszymy, jak uderza o ciemne chodniki świętokrzyskich Kamionek.J. Parandowski, Alchemia słowa, Warszawa 1976, s. 134 (podkr. moje – A.K.).[1]

              Wyznam od razu, że dokładna, z perspektywy historii polszczyzny, weryfikacja chronologii i precyzji owej „anamnezy” Parandowskiego nie interesuje mnie tu w najmniejszym stopniu. Autora Nieba w płomieniach również nie interesowało drążenie tego zagadnienia – bo na tym jednym protowyrazie (protosylabie?) kończą się jego dociekania na temat prasłowa. Jako interpretator Kamienia na kamieniu traktuję wzmiankę twórcy Alchemii słowa jako niezwykle istotną dla egzegezy powieści Myśliwskiego iluminację. I w związku z nią sformułować pragnę pierwszą oczywistą tezę. Tytuł utworu literackiego, „inicjalny metakomunikat” to, jak wiadomo, zwięzła zapowiedź tego, o czym będzie mowa w dziele. Co czytelnika powieści o losach Szymka Pietruszki prowadzić może do oczywistego wniosku, że życie bohatera – czy szerzej: chłopski los sensu largo – jest alegorycznie w tytule utworu wyrażone jako trud polegający na nieustannym piętrzeniu kamiennych ciężarów; naturalnie dozgonne dźwiganie kamieni musi budzić skojarzenia z męką, która z Syzyfa, ulubieńca bogów, uczyniła wiekuistego skazańca. Dalsze, wstępne wnioski, które można wywieść z tytułu powieści, każą owo tytułowe układanie kamienia na kamieniu skojarzyć z oznajmionym w pierwszym jej zdaniu zamiarem podjęcia trudu budowy grobu. Nagrobny pomnik to wszak nic innego jak – w istotnym uproszczeniu – kamień na kamieniu. I oczywiście kamieniem na kamieniu – a na tym kamieniu jeszcze jeden kamień – pomnikiem będzie, nomen omen, powieść en bloc, horacjański monument ze słów. Nie można też zapomnieć o tym, że imię i nazwisko bohatera-narratora – Szymek Pietruszka – i jego w przestrzeni powieści ujawniające się powołanie jest aż nadto czytelnym odwołaniem do Szymona Piotra, wszak greckie pétros i pétra znaczą „kamień” i „skała”. Wreszcie: należy już w tym miejscu przypomnieć, że stanowiąca tytuł fraza „kamień na kamieniu” wyjęta została ze szczególnej pod każdym względem pieśni. Pieśni, której wykonanie zaprojektował bohater powieści w wypadku własnej śmierci jako swoiste miserere czy requiem. „Bo gdyby przyszło ze wszystkich melodii jedną wziąć na tamten świat, tę bym z sobą wziął. Z melodii i z życia”W. Myśliwski, Kamień na kamieniu, Warszawa 1991, s. 29. Cytaty z tego wydania oznaczam skrótem Knk. Wszystkie podkreślenia w cytowanych fragmentach moje – A.K.[2] – oświadcza Szymek. No i na koniec: pieśń Kamień na kamieniu, o czym wprost mówił sam Myśliwski, uznając ją za jedną ze „wspaniałych chłopskich pieśni losu”, „niby o kamieniach, a przestrzennej jak otchłań”, jest tekstem, z którego poczęła się książka. Jest powieść – stwierdzał autor:

              […] próbą sprostania tej króciutkiej pieśni, rozpoznania w jej kilkunastu słowach-olbrzymach i tego chłopskiego świata, który ją wydał, i siebie samego, który także z tego świata wyszedłem.Przemówienie Myśliwskiego w Klubie Kultury Chłopskiej z grudnia 1985. Cyt. za Knk, s. 7.[3]

              Powyższe początkowe, banalne w swej oczywistości konkluzje okażą się, rzecz jasna, niezbędne w procesie interpretacji powieści i zresztą nietrudno je będzie udokumentować. Teraz przecież pora odwołać się po raz pierwszy do kategorii Księgi, która pojawia się w tytule niniejszych rozważań.

              *

              Wszystko, jak to wynika z prozy SchulzaMam na myśli oczywiście dwa przede wszystkim opowiadania ze „Sklepów cynamonowych”: „Księgę” i „Wiosnę”.[4], może być, może okazać się Księgą. Ale też Księga musi być wszystkim. Ś w i a t e m. Jego obrazem i kluczem do odczytania jego znaczeń. Zawierać wszystkie opowieści, rejestrować wszystkie zdarzenia od zarania dziejów, nazywać i opisywać wszystkich ludzi, zwierzęta, przedmioty… Być źródłem, z którego płynie wiedza i mądrość pokoleń, oraz skarbcem, w którym zdeponowano ich historię i pamięć oraz pamięć i historię każdego z ludzi; z tej perspektywy niektóre istotne wymogi Księgi będą spełniać na przykład Przypadki Robinsona Crusoe, których bohater powtarza historię ludzkości.

              A jeśli nie wszystkie historie pomieścić się mogą w Księdze, to przynajmniej te najważniejsze powinny się w niej znaleźć: te, które przybrały postać mitów, archetypów, legend, baśni. Takich jak opowieść o sławnym na cały świat wielkoludzie i siłaczu, który przyjmował każde wyzwanie. Jak ta o walecznym i szlachetnym rycerzu, co zmierzył się nawet z bestią chcącą pożreć świat. O młodzieńcu, którego urokowi nie mogła się oprzeć żadna panna. O strzelcu, co nie chybiał, i pijaku, który mógł bez szkody wysączyć beczkę okowity. O czarodzieju, co potrafił się przemienić, w kogo chciał, i o złotoustym mówcy, którego głosowi ulega natura, czy o poecie i muzyku, którego sztuka sprawiała, że same zbierały się i układały w rzędy kamienie… Albo o braciach, którzy wyruszali w świat i zdobywali fortuny bądź przepadali, a znów inni gnuśnieli w zagrodzie…

              Te wszystkie ruchome wątki i motywy, i wiele jeszcze innych, równie znanych i równie wyeksploatowanych znajdzie czytelnik w powieści, której główną postacią jest Szymon Pietruszka, bohater i świadek tych niezliczonych historii. Jeden bohater, będący bohaterem w s z y s t k i c h  o p o w i e ś c i – i sam jest w c i e l o n ą o p o w i e ś c i ą.

              W takiej opowieści, w Księdze, pojawić się muszą i odpowiednio wybrzmieć wszystkie najważniejsze słowa. Wśród nich oczywiście to pierwsze. W świetle powyższych ustaleń nietrudno będzie wskazać „pierwsze” słowo powieści Myśliwskiego. Pierwsze – to znaczy najstarsze. Wieczne i niezniszczalne jak jego desygnat. Pochodzi, jak przypomina Parandowski, z prehistorii. To słowo: „kamień”.

              Jest ono zresztą, o czym już wspomniałem, z jednej strony szczególną metonimią głównego bohatera, stanowiąc zarazem „semantyczny rym” do Szymka Pietruszki z jego nadzwyczajnym fizycznym i charakterologicznym uposażeniem, biograficznymi doświadczeniami i nabytą w ich trakcie, excusez le mot, życiową mądrością.

              Czy można uznać, że mitologia jest Księgą?

              Jeśli tak, to Szymek jest herosem w mitologicznym sensie tego słowa. Świadczą o tym jego przymioty i jego czyny.

              Zresztą nie tylko one. Oto przykład nie najważniejszy, ale wymowny. Szewc Kurosad, który robi Szymkowi oficerki na obstalunek, ma – w świecie Szymka – status niemal równy temu, który posiadał Hefajstos, bóg rzemieślnik i rzemieślnik wśród bogów oraz herosów. Produktami swych rąk i kunsztu obdarza jedynie nielicznych wybranych, partyzantów, esesmanów i dziedzicówZob. Knk, s. 111.[5]. Powtórzyć wypada po raz kolejny: w realistycznej na pozór narracji każdy niemal element świata przedstawionego, każdy motyw ujawnia swój alegoryczny lub symboliczny wymiar, odsyła do jakiejś znanej i ważnej opowieści.

              Heros musi mieć znamienitych przodków: to sprawa bezdyskusyjna. Czy przedstawiciel nikomu, zdawałoby się, nieznanego rodu Pietruszków może się wylegitymować odpowiednio obdarzonymi antenatami? Ależ tak! Dziadowie Szymka to osoby wybitne i zasłużone, obdarzone niezwykłymi atrybutami, spełniające nadzwyczajne role, dysponujące niewyobrażalnymi dobrami. I tak jeden z dziadków bohatera, Łukasz, zyskuje najpierw sławę w (swoim) świecie, ścinając głowę „bestii” – okrutnemu i bezwzględnemu karbowemu, który najpierw czynił prostackie awanse jego żonie, osobie – uwaga – nadzwyczajnej, niespotykanej urody, a potem oszukał przy naliczaniu dniówek. Ścigany przez prawo ucieka za ocean, by tam – to kolejna nadzwyczajna okoliczność – zostać… kowbojem. Który – z czego Szymek nieznający kultury popularnej nie zdaje sobie sprawy – nie jest jedynie konnym poganiaczem bydła, a jedną z ikon Ameryki i w końcu nieśmiertelnym bohaterem masowej wyobraźni świata.

              Drugi z dziadków Pietruszki to znów utalentowany wynalazca, reformator agrokultury – i zarazem wzięty działacz społeczny, czuły na dobro bliźnich i troszczący się o ich bezpieczeństwo integrator więzi międzyludzkich. Te określenia mają charakter cokolwiek hiperboliczny – jak w istocie wszystko, co dotyczy Szymka, co wiąże się z wszelkimi aspektami jego życia; zresztą hiperbola, o czym była mowa, jest jedną z dominujących figur powieści – ale czy wynalazca kabłąka do kosy i zarazem założyciel lokalnej ochotniczej straży pożarnej nie zasługuje na najwyższe hołdy?

              To ten dziadek znany Szymkowi osobiście, ten, przy którym się wychowywał: teraz cokolwiek sklerotyczny maruda. Ów jakże typowy stary chłop okazuje się przecież posiadaczem niezwykłej fortuny. Ma coś, co w świecie stanowi wartość najwyższą, jest skarbem największym, choć dla niego i wszystkich Pietruszków ukrytym i niedostępnym. Ma dokumenty przyznające mu nadział gruntu. Papiery, którymi nagrodził go powstańczy rząd narodowy za pomoc powstańcom, spoczywają wszelako ukryte w ziemi i wszelkie wysiłki zmierzające do ich odnalezienia, z komiczno-groteskowymi próbami rozjaśniania wódką dziadkowej pamięci nie przynoszą rezultatu. Niewyobrażalny skarb pozostaje ukrytym skarbem.

              Tak czy owak: powyższy rejestr znakomitych protoplastów, choć zapewne niewyczerpujący – chłopskie ręce niewprawione są do pisania sylw, chłopska pamięć niekształcona do wywodzenia koligacyj i opisywania walorów herbowych klejnotów, sięga przeważnie najgłębiej do trzeciego pokolenia wstecz; wie o tym Myśliwski, zaświadcza o tym opowieść jego bohatera – więc ów zaprezentowany w powieści katalog Szymkowych przodków pokazuje dowodnie, że jego niezwykłe przymioty muszą być, przynajmniej w części, ich zasługą.

              Czy zbiór baśni może stanowić Księgę? Ależ tak!Przykładem, który nasuwa się niejako automatycznie, są oczywiście „Baśnie z tysiąca i jednej nocy”.[6]

              Pewien ubogi chłop miał trzech synów. Dwóch było mądrych, a trzeciego wszyscy uważali za głupiego. Tak zaczyna się wiele baśni. Co prawda w rodzinie Pietruszków synów jest czterech, a Szymek jaśnieje w swoim środowisku jako gwiazda socjometryczna; ale w niczym to nie narusza baśniowego paradygmatu, skoro własny ojciec niezmiennie uważa go za wyrodka i nieudacznika.

              W Kamieniu na kamieniu sytuacja znana z niezliczonych baśni zostaje przeorientowana o sto osiemdziesiąt stopni. Nie najgłupszy czy najmniej wartościowy z braci zostaje wypędzony z rodzinnej zagrody – a właśnie ci mądrzejsi uciekają w świat i robią w nim – to jest w mieście – kariery. Baśniowego schematu w niczym to przecież nie zmienia. Punkt zaczepienia jest wciąż ten sam, symetria pozostaje – tyle że odwrócono wektor. By wątku baśniowego w powieści Myśliwskiego nie ciągnąć, wspomnijmy czarodziejskie przedmioty, które w niej występują: nóż Szymka, oficerki i kosę. A cudowny koń, którego dziedzic ofiarowuje bohaterowi, kasztanka, z jakiego porządku się wywodzi? Z historii, z mitologii czy z baśni? A może ze strażackiego kalendarza?

              Czy Księga może mieć partie paremiograficzne? Naturalnie!

              Kamień na kamieniu jak Księga, jak Mądrość Syracha czy lepiej: jak Księga Przysłów, składa się w znacznej mierze z aforyzmów, z gnom, z sentencji. Mądrościowy wymiar Księgi Myśliwskiego jest nie do pominięcia. Szymek, niczym jakiś chłopski Knapiusz, rozkłada przed słuchaczem/czytelnikiem wachlarz paremii, które, chociaż miejscami wydawać się mogą znajome, przynosząc obiegowe prawdy, w wymiarze językowym są jego autorskimi, potrafiącymi olśnić licencjami. Choć nauki, jakie niesie ta Księga, jakkolwiek dotyczą wszystkich dziedzin życia, mają bardzo zróżnicowany ciężar gatunkowy. Oto kilka przykładów:

              […] grób, mówią, też dom, tylko na tamto życie. Bo wieczność, nie wieczność, a swój kąt powinien człowiek mieć (Knk, 9). Nie ma to jak czysta, przechodzi przez gardło to jak rwący strumień. I otrząśnie człowieka, i mu twarz wykrzywi, i go gdzieś aż bodnie, że od nóg do czubka głowy czuje, że to on. I nikt inny nie ma prawa nim być (Knk, 259).

              Albo mądrości, które Szymek przytacza za ojcem, gdy ten, „za dnia ponury, milczący, przy […] pieczonych kartoflach rozgadywał się jak bajarz […]”:

              […] choć mięso daje siłę, to z kartofli cierpliwość się bierze. […] każdego jedzenia można się w kartoflach doszukać, jak się tylko umie jeść. Bo jedzenie to taka sama sztuka jak czytanie i pisanie. Ale poniektórzy jak świnie jedzą i przez to nic nie wie[1]dzą. A tu trzeba i rozumem jeść. […] wszystko z ziemi pochodzi, a ziemia ma jeden smak we wszystkich rzeczach. […] I nawet złość i dobroć pochodzą z kartofli, bo po[1]chodzą z ziemi (Knk, 313).

              Albo to:

              Bo chłopska dusza jak zawsze, piechotką, konikiem, niespieszący się, żeby broń Boże dnia nie przegonić. Dla niej każda droga do śmierci prowadzi, każde życie krzyż (Knk, 260).

              A jak dupa się wścieknie, to gorzej niż głowa. Głowa to najwyżej trzy po trzy się plecie. A dupa zawierucha (Knk, 189).

              Od słowa zaczyna się życie i na słowach kończy (Knk, 381).

              Albo taka myśl, doprawdy prorocza i boleśnie przylegająca do naszej współczesności:

              Tylko patrzeć, a zarazy będą miały swoje zarazy, a zarazy tych zaraz swoje. Bo wszystko się na tym świecie pcha na siebie i będzie się gorzej pchało (Knk, 11).

              Nie tylko w swym mądrościowym aspekcie Kamień na kamieniu przypomina Biblię.

              Gdy Szymek, kusztykając po cmentarzu, wymienia poległych ze swojego oddziału, gdy przystając nad grobami sąsiadów, wspomina ich – nie sposób się oprzeć wrażeniu, że te zabiegi pozostają w jakimś związku z biblijnymi księgami, na przykład Księgą Liczb czy Księgą Kronik zapełnionych imionami i pokoleniami…

              Kamień na kamieniu jak arka Noego unosi wszystkie zwierzęta (Szymkowego) świata. I nie dość, że przywołuje je z imienia (Knk, 143–147 i passim) – czego w Księdze Genesis nie ma – to jeszcze je charakteryzuje. Ocala też przedmioty, które już sprzed oczu porywa nieubłagany potop i lada chwila znikną z języka: choćby te wszystkie części wozu, które najlepsze są z akacjowego drewna: te rozwory, stołki, rycony, podoski, śnice, podełgi, wagi, orczyki, kłonice, luśnie – „bo na dyszel najlepszy młody dębczak, a na latry sosnowe calówki” (Knk, 46).

              Kamień na kamieniu jest Księgą również jako amalgamat różnego typu opowieści i epickich gatunków literackich. Baśni, mitu, legendy, podania, paraboli – obok gawędy, eposu, powieści społeczno-obyczajowej – zresztą większości odmian gatunkowych powieści bądź co najmniej czytelnymi do nich nawiązaniami – vide motyw ukrytych skarbów pojawiający się w kilku co najmniej odmianach gatunkowych – przeplatanych fragmentami najczystszej liryki; zresztą ten, kto chciałby uznać utwór Myśliwskiego en bloc za swoisty poemat prozą – też znalazłby argumenty. A wszystko, jak chce autor, wywiedzione z kamienia, z „pieśni niby o kamieniach, a przepastnej jak los” i na niej, jak na granitowym fundamencie wspartej. Niby powszechnie wiadomo, że współczesna powieść miewa hybrydową postać – ale żeby hybrydą okazała się tak określona i zasklepiona w swej strukturze odmiana gatunkowa jak powieść chłopska…

              Kamień na kamieniu jest z pozoru mikronarracją: opowieścią mającą lokalny wymiar, pozbawioną, zdawałoby się, uniwersalistycznych ambicji. W istocie okazuje się powieść Myśliwskiego modelową „wielką narracją”: jedną z właściwych naszej kulturze prób całościowego ujęcia znanej rzeczywistości: tyle że trzeba na nią spojrzeć w odpowiedniej optyce. Ma wielkiego bohatera, opisuje wielkie zagrożenia, przedstawia wielkie przedsięwzięcia i wielki celPisząc o rozpadzie wielkich narracji, Lyotard stwierdza między innymi: „Funkcja narracyjna traci swe funktory: wielkiego bohatera, wielkie zagrożenia, wielkie przedsięwzięcia i wielki cel”. Zob. tegoż, „Kondycja ponowoczesna. Raport o stanie wiedzy”, tłum. M. Kowalska, J. Migasiński, Warszawa 1997, s. 20.[7]. W tym porządku również staje się Księgą.

              Co jest tematem Iliady? Gniew Achillesa. Tak, pomny na inwokację, odpowie historyk literatury. I nabierze tchu w płuca. Bo przecież ów gniew herosa to zaledwie furtka, którą uchyla Homer, by przed czytelnikiem otworzyć świat. Eposu i swój własny.

              Co jest tematem Kamienia na kamieniu? Budowa grobu. I znów, choć mówi o niej pierwsze zdanie powieści, to przecież ona jak pieśń – kamień węgielny utworu Myśliwskiego – „niby o kamieniach, przestrzenna jest jak otchłań”. I taka właśnie jest ta pozornie „mała narracja”: niby jedynie rozległa gawęda, historia pojedynczego chłopskiego losu snuta przy okazji kończącego, koronującego życie przedsięwzięcia – w istocie opowieść sięgająca rozmiarów i ciężaru eposu z jego tektonicznymi wstrząsami, pokazująca naród w przełomowych dla niego momentach: wojny z nieznanymi dotąd okrucieństwami, następującą po niej burzliwą transformację ustrojową, wielką migracją ze wsi do miast – więc wędrówkę ludów – kres tradycyjnej kultury chłopskiej, który, choć rozłożony w czasie, jest przejmujący jak upadek Troi.

              Wydaje się przecież, że jeśli o Kamieniu na kamieniu można mówić jako o Księdze, to takie ujęcie możliwe jest przede wszystkim za sprawą bohatera-narratora powieści. Mitologia i baśń, literatura i Biblia, historiografia i hagiografia – te obszary naznaczają postać protagonisty, z nich wyrasta. Oczywiście to, że Szymek objawia się jako inkarnacja tego czy owego bohatera, nie zawsze ujawnione zostaje w bezpośredni sposób – choć i takie jednoznaczne epifanie się zdarzają, jak w jednym z epizodów dzieciństwa, gdy chłopiec na chwilę staje się Don KichotemPrzebieg wydarzeń, ton komentarza i język opisu jednoznacznie odsyłają do czytelnego mitu; zob. Knk, 102–103.[8] – bo o żadnej zabawie w Rycerza Smętnego Oblicza nie ma mowy; mały Pietruszka po prostu nigdy o nim nie czytał ani nie słyszał. Wcześniej zresztą objawia się jako Herakles; jego wspomnienie o zmaganiach z indykiem-bestią okazuje się aż nadto czytelnym odwołaniem do walki, którą stoczył dziesięciomiesięczny syn Zeusa i Alkmeny z wężami zesłanymi przez Herę. Hiperbolizacja zjawisk i bytów cały czas jest obecna w powieści i wskazuje na niezwykły, nadnaturalny, uniwersalny wymiar wydarzeń. Indyk

              Wielki był jak cielę i cały obwiśnięty czerwonymi koralami, jakby gałąź wiśni zamiast szyi niósł. Od tych korali poczerwieniało wkoło jak od czerwonej łuny. Stodoła, chlew, płot, ziemia, wszystko stało się nagle czerwone. Pies wyskoczył z budy, zaczął na indora ujadać i zalał się czerwoną złością. Kot wylazł z chałupy, kici, kici, był bury, a tu raptem czerwony. Z gęsi jakby ktoś obłóczki pozdejmował i w samych wsypach czerwonych chodziły. I nawet z kosy stojącej pod stodołą krew czerwona zaczęła kapać, kap, kap, kap (Knk, 33–34).

              Walka Szymka z indykiem to nie zwykła, owszem, ryzykowna szamotanina trzylatka z wyjątkowo wyrośniętym i agresywnym przedstawicielem ptactwa domowego. To zmaganie z przerażającą bestią, której sam wygląd zmienia oblicze świata (wypada w tym porządku przypomnieć, że Myśliwski pisał swą powieść w czasie, kiedy terminy „metanarracja”– w znaczeniu narracji drugiego stopnia – i „intertekstualność” nie gościły tak często jak dziś na ustach badaczy literatury)Notabene pierwsze wydanie Słownika terminów literackich z 1976 roku hasła „intertekstualność” w ogóle nie zawiera.[9]. Zresztą zmagania małego Szymka z indykiem – „już po oskubaniu i bez flaków ważył dziesięć kilo”, wspomina po latach zwycięzca – mogą być też widziane jako walka św. Jerzego ze smokiem.

              Drugą walkę z bestią stoczy już dorosły bohater, gdy zmierzy się samotnie z prawdziwym, śmiertelnie zagrażającym chłopskiej wspólnocie potworem.

              Szymek Pietruszka, późniejszy chłopski Szymon Piotr, depozytariusz pamięci, głosiciel słowa, jest za młodu modelowym wcieleniem kategorii homo ludensNa ten temat zob. A. Kotliński, „Taniec chłopski” według Wiesława Myśliwskiego. O powieści „Kamień na kamieniu”, [w:] tegoż, Tańce polskie. Suita historycznoliteracka, Olsztyn 2016, s. 96.[10], więc między innymi nieustannie podejmuje najtrudniejsze, najbardziej fantastyczne wyzwania: na przykład zakłada się, że po wypiciu litra wódki ogoli się brzytwą i nie zatnie ani razu, i oczywiście dokonuje owego niewykonalnego dzieła. To zaledwie zwykły kawalerski wyczyn – a przecież na takich uskutecznionych, szalonych postępkach budują się krążące po świecie legendy. Choć potem dotknie go kalectwo, i nim ostatecznie przyjmie posłannictwo „kamienia-opoki”, dokona swego ostatniego rycerskiego dzieła: powtórzy legendarny czyn świętego Jerzego – patrona rycerzy i rolników (!). Zaatakuje „smoka”: wpełzającą w słabnący w swym odwiecznym porządku chłopski świat, połyskującą karoseriami samochodów niby gad łuskami drogę, którą nadciąga Apokalipsa. Zresztą Szymkowa samobójcza szarża na nieprzerwanie pędzący drogą sznur bezdusznych maszyn jest równocześnie analogonem najlepiej pamiętanego wyczynu Don Kichota: jego szaleńczego ataku na wiatraki.

              Szymek, decydując się rozerwać łańcuch samochodów, który zacisnął się wokół pól i paraliżuje uświęcone żniwne prace, składa w ofierze własne życie i zdrowie. Dla dobra zbiorowości bierze na siebie męczeństwo – choć czytelnik, chcący traktować Kamień na kamieniu jako realistyczną powieść chłopską, uzna wyczyn bohatera za zwykły napad chłopskiej „cholery”, która, wiemy o tym skądinąd, często go ponosi. Symboliczny wymiar zdarzenia – i wielu innych powieściowych motywów i wątków, o czym była już mowa – jest przecież i uchwytny, i niezbywalny.

              Pietruszka bywa, i może być – w planie fabuły powieści-Księgi – wszystkimi najważniejszymi bohaterami również dlatego, że ma iście proteuszowe zdolności przemiany. W tym, że wykonuje najrozmaitsze profesje i wchodzi w najrozmaitsze role społeczne, nie ma istotnie nic dziwnego – może poza tym jednym, że wszystko, co robi, robi lepiej od innych. Szymek potrafi przecież przyjmować nie tylko rolę osoby, w którą się wciela – ale także jej osobowość. Ta magiczna właściwość ujawnia się wprost, gdy bohater musi udawać chorego na suchoty dziedzicowego kuzyna.

              Czemu nie, mogłem być i kuzynem. Byłem już kominiarzem, kiedy trzeba było wyrok na burmistrzu w Niegolewie wykonać. I zakonnikiem, gdy musiałem się z miasta wydostać, a wszystkie drogi były obstawione. I nawet w trumnie jako umarłego raz mnie przewozili, że niby do rodzinnej parafii na rodzinny cmentarz pochować mnie wiozą. To kuzyn dziedziców żadna sprawa (Knk, 184).

              Dwie kwestie w związku z przytoczonym wspomnieniem bohatera i sytuacją, która je wywołała, powinny wzbudzić uwagę czytelnika. Oto po pierwsze Szymek w jednoznaczny sposób nazywa (określa) fakt swoich przeistoczeń. Nie jest w żadnym razie kwestią językowego, upraszczającego sformułowanie pośpiechu fakt, że Orzeł (to jego partyzancki pseudonim) mówi o sobie „byłem kominiarzem, zakonnikiem czy umarłym w trumnie” – a nie, że „byłem przebrany za tego czy owego, i udawałem go, bo tego wymagała sytuacja”. Wydaje się, że Myśliwski jest na to zbyt wytrawnym konstruktorem opowieści i zwłaszcza zbyt świadomym pracownikiem słowa; zresztą Kamień na kamieniu to arcydzieło również jako misterna, przemyślana w każdym detalu budowla, której wszystkie elementy – chciałoby się powiedzieć… kamienie czy bloki… dobrano i ułożono z niezwykłą starannością. Nie o przebraniu więc, a o p r z e m i a n i e mówi Pietruszka.

              Druga kwestia wynika z pierwszej, jest jej, po prostu, niesłychanie mocnym zaświadczeniem. Przemiana Szymka w dziedzicowego kuzyna dokonuje się z dnia na dzień i przebiega nie tylko w jego świadomości i cielesności: „do kuzyna robiłem się coraz podobniejszy” – mówi bohater. Całkowicie obiektywny charakter swojej metamorfozy dostrzega w oczach i zachowaniu mającej z nim codzienną styczność pokojówki. Jej początkowa opryskliwość ustępuje miejsca przymilnej usłużności, a gdy Pietruszka, chcąc się upewnić, czy przeobrażenie w pełni się dokonało – „może i jestem jaśnie panem, trzeba się przekonać”, sięga po ciało dziewczyny, ta poddaje mu się z prawdziwie feudalną uległością.

              W Szymku w s z y s t k o okazuje się n i e z w y k ł e. Ot, choćby wzrost. „[…] nie jestem ułomek – wspomina po latach – i za kawalerskich czasów byłem we wsi najwyższy” (Knk, 13). Co to znaczy „we wsi” – wiemy. Wieś – to świat„Świat” Szymka Pietruszki zamyka się w granicach jego wsi, gminy – w najlepszym wypadku powiatu. To przestrzeń, gdzie toczy się realne życie bohatera. Przestrzeń opowieści – świat przedstawiony Kamienia na kamieniu – ściśle do owego życia przylega, ba, stanowi z nim doskonałą jedność. Szymek wyrasta ze swojego świata, jest z nim zrośnięty – i nie zna innego.[11].

              Jest też posiadaczem magicznych przedmiotów. I tak nóż Szymka, niezawodny, budzący respekt i przerażenie oręż, otacza mit niczym obdarzone imionami miecze średniowiecznych rycerzy.

              O, słynny był ten mój nóż. Tak to niby sama rączka. I kto nie wiedział, mógł pomyśleć, że na szczęście go tylko noszę, jakby jakąś pamiątkę. Do tego na dewizce, jak zegarek, to prawie niewinny się wydawał. A tu było tylko nacisnąć go z boku i ostrze wyskakiwało jak żądło u osy. Z pałami nieraz na mnie szli, a ja tylko z tym nożem. Całą hurmą i ze wszystkich stron, a ja w środku sam tylko z tym nożem. A i szabla by mu nie dorównała.

              A nieraz nie musiałem wcale go wyciągać. Wystarczyło rozpiąć marynarkę i poświecić tą dewizką, a strach załatwiał resztę (Knk, 55).

              Nie można mieć wątpliwości, że bohater bez trwogi, urodzony wojownik z nieustanną wolą walki, a jeszcze obdarzony cudowną bronią musiał ze wszelkich zmagań wychodzić zwycięsko. Że był nie do pokonania. Że był – co w powieści okazuje się w wielu miejscach, w wielu momentach Szymkowego żywota – niezniszczalny. Nieśmiertelny. Bo przecież ktoś, kto trzy dni spędza w grobie i wychodzi z niego żywy, ktoś, kto kopie własny grób, ktoś, kogo nazwisko figuruje na pomniku ofiar egzekucji, mimo że żyje – taki ktoś musi wydawać się n i e ś m i e r t e l n y. A na pewno nie może paść z ręki człowieka: nie można go zabić, zadźgać, zarżnąć, zatłuc, zastrzelić, rozjechać samochodem…

              Zresztą swoją władzę nad śmiercią okazuje Szymek jeszcze w dzieciństwie. To niby jedynie opowieść o epizodzie z kolędniczych obrzędów.

              Tak samo, gdyśmy po kolędzie już jako chłopaki chodzili, nikt nie chciał być królem Herodem, że niby śmierć ścina Herodowi głowę, a każdy wolał być żywy. To zawsze Herodem byłem ja, bo wolałem być królem, niż się śmierci bać. Kosę mieliśmy prawdziwą, taką od żniwa, nie robioną z drzewa. To gdy tą prawdziwą kosą śmierć głowę ścinała, czuło się, jakby i śmierć była prawdziwa, a nie Antek Mączka w białej płachcie przebrany za śmierć. Jeszcze za każdą śmiercią ostrze kosy musiało dotknąć mojego karku, nie tylko mi koronę z głowy zrzucić. Ale ani razu nie zadrżałem. Choć ile chałup obeszliśmy jednego wieczora, tyle razy śmierć mi głowę ścinała i po karku. Gospodarze, u których się kolędowało, nieraz patrzeć nie mogli, baby w pisk i oczy dzieciom zasłaniały. […] Raz mnie tylko Antek Mączka jakoś tak zajechał, że mi krew pociekła, to mu kosę odebrałem, wykopałem po dupie i więcej śmiercią nie był (Knk, 35).

              I niczego nie zmienia to, że anegdota z jej cokolwiek groteskowym zakończeniem pozornie prezentuje jedynie wycinek wiejskiego folkloru oraz sprawy między chłopcami przebranymi za króla Heroda i śmierć. Bo wszystko dzieje się równocześnie „na niby” i „naprawdę”. Naprawdę Szymek woli być królem, niż bać się śmierci – i naprawdę się jej nie boi. Prawdziwa jest krew i prawdziwa jest kosa, którą Szymek wydziera z rąk Antka Mączki, by wykopać „śmierć” po dupie. I to zwycięstwo nad śmiercią jest prawdziwe. Zresztą przywołana scena staje się prefiguracją tych śmierci, których Szymek będzie doświadczał – i przeżyje je! – w dorosłym życiu. Bo jest silniejszy.

              Z jednej strony powodem fizycznej niezniszczalności Szymka okazuje się jego nadludzki, niezmożony apetyt na życie, „A płacz, płacz, czarna suko, a ja jeszcze pożyję, bo mi się chce” – zwraca się Pietruszka do krążącej wokół niego i płaczącej z bezsilności śmierci. „Nigdy mnie nie weźmiesz, kiedy tobie się będzie chciało, tylko ja sam, gdy się już nażyję, przyjdę i ci powiem, nażyłem się, mogę umrzeć” (Knk, 33).

              Z drugiej strony można odbierać bohatera powieści Myśliwskiego jako inkarnację mitycznego Anteusza. Ten gigant (!) libijski, syn Posejdona i Gai, był nie do pokonania, dopóki dotykał Matki-Ziemi. Szymek Pietruszka, choć wielokrotnie deklaruje indyferentyzm – ba, wrogość względem ziemi, która jest okrutna, bo zmusza chłopa do nieustającej, przemieniającej w robocze bydlę pracy, równocześnie stanowiąc palący wyrzut sumienia, czerpie swą niezwykłą moc z ziemi właśnie, choć istotę własnej kondycji uświadamia sobie dopiero u schyłku życia.

              Wszelkie nadzwyczajne wyczyny Szymka Pietruszki – zwłaszcza wymagające heroizmu, pozwalające wykazać się odwagą, siłą, wytrzymałością, desperacką fantazją, te, które podejmuje samotnie, stając przeciw wielu czy zgoła przeciw światu, wynikają z tego przede wszystkim, że urodził się wojownikiem, walecznością dorównującym Achillesowi – czy po prostu jest jego wcieleniem (przeto opowieści o kawalerskich – od chevalier – wyczynach bohatera, którymi przeplata się historię życia Szymka, traktować można jako chansons de geste; i ten nobliwy gatunek spostrzeże odpowiednio na[1]stawiony czytelnik w Księdze Myśliwskiego). Znajduje to najdobitniejsze potwierdzenie w słowach starego Bartosza. Gdy Szymek postanawia strzyc – to jest de facto l e c z y ć – chłopów w swojej wsi, wszelkie podejmowane przezeń działania przynoszą skutki nieosiągalne dla z w y k ł y c h ludzi – po zabiegu, który sprawia, że „oko od razu weselsze, i pierś oddechu nabrała, i prościutcy, jakby im odjęło ze dwadzieścia lat” – ostrzyżony mężczyzna wypowiada pod adresem Szymka pochwałę, która staje się zwięzłą charakterystyką jego najgłębszego powołania: „O, zuch żeś, panie dzieju. Nie darmo byłeś w partyzantce. Kto w o j o w a ć p o t r a f i, t o w s z y s t k o p o t r a f i” (Knk, 112). Ponieważ wojaczka, walka sensu largo, jest – poza zabawą – tym, w czym bohater Myśliwskiego się spełnia, przynajmniej do pewnego momentu, najlepiej – nic dziwnego, że w świetle powyższego sformułowania we wszystkim, co robi, góruje nad innymi.

              Do pewnego momentu. Bo wojna się kończy. I znikają wyzwania z nią związane. I już nie jest się Orłem, dowódcą partyzanckiego oddziału ani nawet milicjantem, nie nosi się munduru, nie ma się broni. Lecz wtedy los podsuwa mu kolejną okazję do wykazania się nadzwyczajnymi talentami. I wzięty zabijaka, urodzony wojak zostaje… księdzem. Trudno nie zauważyć, że historia i literatura odnotowują i czule pielęgnują takie biograficzne wolty, bo wiążą się one zawsze z niezwykłymi dla świata konsekwencjami – by wspomnieć choćby św. Ignacego Loyolę i ks. Robaka…

              Oczywiście czytelnik Kamienia na kamieniu wie, że Szymek nie zostaje „prawdziwym księdzem”, a jedynie „urzędnikiem od dawania ślubów” w gminie, więc świecką osobą wykonującą zaledwie niektóre obowiązki księdza. Jest zatem poniekąd księdzem à rebours czy, jak uważa Pietruszka- -senior, wprost szatańską karykaturą księdza, hańbiącą ród zakałą, co „bez szkoły, bez święceń, bez Boga grzeszne śluby daje”.

              To ojcowskie stanowisko można naturalnie zrozumieć. Ale kiedy Szymek udziela ślubu, dzieją się zdumiewające rzeczy. Tak o swoim nowym posłannictwie i niebywałych w świecie – jego świecie – sukcesach mówi sam bohater:

              Raz-dwa nauczyłem się te śluby dawać, dać komuś ślub to było dla mnie tyle, co zjeść kromkę chleba. Jakbym te śluby Bóg wie odkąd dawał. Zresztą co takiego wielkiego. Powiedziało się najpierw tych parę urzędowych słów. […] Potem jeszcze coś od siebie się dorzuciło.

              A że mówiłem zawsze od serca i słowa mi prawie same z ust płynęły, to kiedy tylko dawałem ślub, wszyscy w gminie rzucali robotę i przylatywali, żeby choć przez półotwarte drzwi popatrzeć, posłuchać. A gdy jeszcze okno było w pokoju otwarte, to i w oknie robiło się ciasno od głów niczym od doniczek. Bo i ci, co przychodzili do gminy coś załatwić, też chcieli popatrzeć, posłuchać (Knk, 176).

              Zwykły cywilny ślub dzięki niespodziewanie ujawnionym talentom oratorskim Szymka urasta do rangi spektaklu. To nie urzędnik odbębnia rutynową ceremonię, a przemawia utalentowany i biegły kaznodzieja, który rządzi sercami słuchaczy. Władza, jaką ma nad słowem i przeto ludzkimi reakcjami Pietruszka, najlepiej uwidacznia się bodaj w momencie, gdy żeni się Wojtek Lis z Kryśką Sobieszczanką. Frekwencja „wiernych” – ludzi spragnionych słów i nauk Szymka – dopisała jak zwykle. Słuchajmy i zważmy u siebie.

              I taką mowę im wygłosiłem, że prawie wszyscy płakali. Nie mówiąc dziewczyny, ale i niektórym chłopom oczy się porobiły, jakby za długo pod słońce patrzyli. Spłakała się Kryśka, spłakał się Wojtek. I w oknie się spłakali. Choć nic smutnego nie mówiłem. O szczęściu mówiłem. […]

              I opowiedziałem im o jednym królu, który miał wszystkiego w bród, ale nigdy mu się nic nie śniło. […] Skąd mi się to wszystko wzięło, sam nie wiem, bo co ja właściwie wiedziałem o szczęściu, a dzisiaj jeszcze mniej wiem (Knk, 186–187).

              No właśnie: skąd się to wszystko wzięło Szymkowi, o czym chce przekonać czytelnika Myśliwski, co mu w tym miejscu, po raz kolejny, dobitnie przekazać? Bo że powyższa scena ma ścisły związek z zasadniczym przesłaniem powieści, wątpić nie można.

              Pokuśmy się o najkrótszy podsumowujący komentarz. Oto Szymek okazuje się nie tylko uzdolnionym, sprawnym i przeto podziwianym krasomówcą. Bo teraz do zasłuchanych rzesz przemawia wręcz charyzmatyczny prorok, racząc je zaimprowizowanymi przypowieściami, będącymi w istocie świadectwem tego, że spłynęło nań natchnienie, że otrzymał dar mądrości i słowa, które ją niosą.

              Księga – jak ją chcę rozumieć, za przedmiot biorąc Kamień na kamieniu – musi być manifestem logocentryzmu, apologią mowy, języka, literatury! I pokazywać, zaświadczać, że natchnienie może być funkcjonalnie dostępne (tak, jak czyni to Beniowski, jeden ze wspanialszych przykładów Księgi w dziejach).

              Niesłychanie istotny wydaje się z perspektywy logocentryzmu eksplikowanego w powieści – w powieści, która w każdym swym wymiarze stanowi nieustający hymn na cześć mowy – wątek Michała. Najstarszy z braci Pietruszków traci ją – choć pewnie trzeba stwierdzić, że sam ją sobie odbiera. Przyczyną tej kary – czy też najboleśniejszego samookaleczenia jest – musi być – grzech. Ciężki, najpewniej śmiertelny. Michał staje się w nowej, powojennej rzeczywistości kimś ważnym, zajmuje wysokie stanowisko; świadczą o tym limuzyna z szoferem i brak czasu. Szymek dostrzega jednak w starszym bracie zmianę, która nie daje mu spokoju. „Oczy mu się […] jakieś ostre zrobiły, że trudno mu w te oczy było prosto spojrzeć, bo jakby nimi ś c i n a ł, a dawniej miał łagodne, niebieskie” (Knk, 168) – konstatuje bohater. Czy każdy komunistyczny dygnitarz miał spojrzenie, które odczuwało się jak dotknięcie ostrza? Nie sądzę. Taki zabójczy wzrok kojarzy się zdecydowanie z charakterem pracy w „aparacie”, a ściślej: w „organach” lub prokuraturze. Grzech Michała byłby więc grzechem kainowym, a biblijny bratobójca był wszak rolnikiem… Michał utracił – odebrał sobie? – mowę, bo jego ręce splamiła krew.

              Tę karę-pokutę usiłuje przekreślić lub złagodzić jego kaleki brat. Kiedy więc Szymek próbuje skłonić Michała, by przemówił, i jako pierwsze, najbliższe słowo wskazuje słowo „ziemia”, to – jeśliby spojrzeć na sytuację z perspektywy historii biblijnej – chce uzdrowić trędowatego. Najpierw go kąpie, to symboliczna scena, jakby zmywał nieczystości i chorobę z Hioba – i równocześnie pragnie, by Szaweł przemienił się w Pawła, by brat (grzesznik, może kat, prześladowca) doznał łaski: by odzyskał mowę jak tamten wzrok.

              Jeśli najpierwszym ze słów ludzkości jest słowo „kamień”, jeśli jako najbliższe sobie bohater Kamienia na kamieniu uznaje słowo „ziemia”, to najważniejszym ze słów powieści jest – „słowo”.

              Myśliwski, cokolwiek minoderyjnie, nazywa świadomość literacką „wiedzą rzekomą, nieczystą, przebiegłą i jakże daleką od bezinteresowności”, jako że składa się ona z „różnorakich konwencji i owoców czyjegoś poznania, z różnorakich uzurpacji i gotowych formuł świata” (Knk, 6). Czytelnik oczywiście nie musi (nie może!) podzielać tego stanowiska. Owszem, doceni głębię i maestrię autora Kamienia na kamieniu w posługiwaniu się nią, bo powieść na tych poziomach, w tych elementach konstrukcyjnych, które niniejszym wskazano – ale i w tych, których nie zdążono zasygnalizować – jest tej świadomości literackiej niezwykłym, budzącym zachwyt – przynajmniej w piszącym te słowa – świadectwem.

              W Kamieniu na kamieniu nie ma przypadkowych, nieważkich motywów i wątków pozbawionych istotnych, nieraz piętrowych znaczeń. Nie jest w żadnym razie przypadkiem, że stary kościelny, który łowi szpaki, by wypuszczać je na spustoszonym przez wojnę cmentarzu, bo chce, by wróciło tam życie, ma na imię Franciszek. I nieprzypadkowo przecież kamieniarz Chmiel wykuwa, nie wiedząc czyje to słowa, początek Trenu VIII na grobie przedwcześnie zmarłej dziewczynki. „Niby co tam miała, ze dwanaście lat, a czyta się toto, jakby świat umarł” – komentuje w zadziwieniu narrator, składając hołd kunsztowi nieznanego autora.

              Pytałem się Chmiela, czy sam z siebie to wymyślił, czy mu ktoś wymyślił.
               – A kto by wymyślał – rzekł. – Z grobu na grób się przenosi i tak idzie (Knk, 39).

              Mamy więc modelową, wymarzoną przez romantycznych poetów sytuację. Księgi, których autorzy tracą tożsamość, imię, trafiają pod strzechy – choć w tym wypadku trzeba mówić o trafianiu na kamień, na nagrobny pomnik – wielkie teksty stają się własnością wspólnoty. Myśliwski, polonista z wy[1]kształcenia, wychyla twarz zza Chmielowego nagrobka.

              Doprawdy, wiadomości o „śmierci autora” wydają się cokolwiek przesadzone…

              *

              Księga to dzieło, które w centrum stawia słowo. Bo ono było na początku i zostanie po wiek wieków. Logocentryzm Kamienia na kamieniu, apologia czy apologetyka logosu zawarta w powieści to jej dominanta i przesłanie, które daje utworowi Myśliwskiego bodaj największą siłę. „Od słowa zaczyna się życie i na słowach kończy”. To niby świecka parafraza pierwszego wersetu z prologu Janowej Ewangelii – ale traktować ją można jako wyznanie wiary. Wiary w nieśmiertelność i ocalającą moc słowa. Ono, jako jedyne, zostanie po nas wszystkich. Tylko – trzeba je wymówić. Trzeba mówić, tak jak po przebudzeniu, zaraz po otwarciu oczu trzeba na głos opowiedzieć sen – żeby obrazy, ludzie, słowa nie zniknęły na zawsze. Trzeba mówić, „bo słowa śmierci nie znają”; to dopełnienie filologicznego credo, credo Myśliwskiego. Język, mowa, opowieść – to wartości najświętsze. Ich apostołem zostaje „kamień odrzucony przez budowniczych” – Szymon Pietruszka. Bo posiadł wiedzę: widział i pamięta. „Wiedzieć i nie mówić: tak się zapomina” – ostrzega Miłosz w wierszu Czytając japońskiego poetę Issa (1762–1826)Cz. Miłosz, Czytając japońskiego poetę Issa (1762–1826), [w:] tegoż, Wiersze, t. 2, Kraków–Wro cław 1984, s. 295.[12]. Szymek chce i jak nikt potrafi – opowiadać. Bo „Co jest wymówione wzmacnia się” – pisze Miłosz, bo słowa i opowieści pozwalają zachować kształt świata i chronią go przed obumieraniem, a „Co nie jest wymówione, zmierza do nieistnienia”. Myśliwski wie przecież, że „cały świat jest jedną mową”, i wiedzą tą obdarza swojego bohatera. Trzeba więc snuć opowieść, skoro słowa – tylko one jedne – nie podlegają władzy śmierci.

              Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
              Źródło tekstu: Andrzej Kotliński, „Co jest wymówione, wzmacnia się”. „Kamień na kamieniu” Myśliwskiego jako Księga, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2022, nr 163

              Przypisy

                Powiązane artykuły

                23.06.2022

                Nowy Napis Co Tydzień #157 / Pani Nieba

                Cynowy kubek drżał w rękach Roberta Filasa. Płyn tańczył po dnie naczynia, zostawiając na jego ściankach tłuste smużki. Gdzieś na zewnątrz przejeżdżał pociąg i rytmiczne drżenie szyb wypełniło głowę mężczyzny. Hałas potężniał z każdą chwilą; butelki poustawiane za ladą zaczęły się trząść, postukując o siebie wzajemnie. Cały świat wydawał się dygotać.

                Musisz to zrobić! – słowa przebijały się przez rozsadzający uszy huk. – Potrzebuję tych pieniędzy. MY ich potrzebujemy. Robert pamiętał tę scenę, jakby wydarzyła się przed chwilą. Kolejna taka rozmowa. Kolejna kłótnia utwierdzająca go w przekonaniu, że nie było żadnego „my”. Liczyła się tylko Ona – dla niej samej i niestety również dla niego.

                Później było jak zwykle. Trochę krzyków, nieco szarpaniny, trzaśnięcie drzwiami na pożegnanie… I znów znalazł się tutaj, jak zawsze pokonany. Gdy sobie to uświadomił, nagle wszystko ustało. Wziął głęboki oddech. Wreszcie przyszły. Cisza i jej siostra – pustka. Razem tworzyły to, czego Robert najbardziej wtedy pragnął. Spokój. Słodki brak wszystkiego.

                Filas znowu zaczął myśleć teraźniejszością. Ochłonął, a jego twarz zastygła w obojętnym, pełnym powagi wyrazie. Mężczyzna zobaczył swoje odbicie w lśniącym, chromowanym blacie. Ostre rysy twarzy zmęczonego człowieka o spojrzeniu zimniejszym niż ten metal. Tak, wyglądał profesjonalnie. W samą porę, bo Nehemiasz miał zjawić się lada moment.

                Robert nienawidził tej roboty. Niemal tak bardzo, jak kochał osobę, która go do niej zmuszała. Na myśl o tym wciąż czuł gorycz. Wypełniała go aż po brzegi, dlatego cały czas starał się ją stłamsić kolejnymi łykami ginu, przepić ją i w nim utopić. Podniósł do ust blaszaną żmiję i pociągnął ostatni łyk. Pokąsała mocno, znajome ciepło rozpełzło się po jego ciele niczym jad. Paskudna, cierpka gorycz zalała język, paraliżując przełyk. Mężczyznę przeszedł dreszcz nienawiści – do trunku i samego siebie. Zamówiłby następną kolejkę, ale nadszedł już czas.

                – Nie powiem, że cieszę się na twój widok – rzekł Nehemiasz, poklepując Roberta po plecach. Przysiadł się obok niego i poprosił o szklankę whisky. Czystą, bez lodu. Barman uniósł brew; w tej spelunie nikt nie pijał „z klasą”.

                – Oszczędźmy sobie uprzejmości – burknął Filas, zaciskając palce na pustej blaszance. – Co dla mnie masz?

                – Już przechodzę do sedna! Wybacz moje maniery, ale zapomniałem, że jesteś człowiekiem interesu – Nehemiasz udał zręcznie skruchę, rozciągając usta w szerokim uśmiechu. Ujął w dłoń szklankę i zwilżył usta bursztynowym płynem. Uśmiechnął się, doceniając letni sznyt płynnej przyjemności. O dziwo, whisky była dobra. Barman poznał się na kliencie.

                Filas znał cały repertuar katalogowych min swojego pracodawcy, więc nie zrobiło to na nim najmniejszego wrażenia. Każda sekunda przebywania z Nehemiaszem kosztowała go resztki cierpliwości. Nie wiedzieć kiedy jego cynowy kubek wypełniła podwójna porcja ginu… Zapił nim wściekłość, mocno zaciskając zęby.

                – Wciąż to świństwo? – zdziwił się Nehemiasz. – Ach, zresztą! Nie moja sprawa.

                – Dokładnie, nie twoja – warknął Robert. – Gadaj w końcu, w czym rzecz.

                – Tak bardzo się do tego palisz? No, no… Gdybym cię nie znał, pomyślałbym, że to alkohol.

                – Nie znasz mnie.

                – Uwierz, znam. Wystarczy tylko na ciebie spojrzeć i już wiadomo wszystko, co warto wiedzieć.

                – Co takiego?

                – Że najlepiej zmienić lokal. Byle szybko – Nehemiasz roześmiał się. Był jak aktor niepotrafiący zejść ze sceny. A sztukę, w której z taką pasją grał, znał tylko on sam.

                Robert nie słyszał śmiechu, nie widział gestów i póz. Cały jego świat skupiony był w trzymanym w dłoniach cynowym kubku. Próbował zamknąć go tam, uwięzić. I osuszyć ze wspomnień, aż nie zostanie nic. Milczał, wpatrując się w zmarszczki pojawiające się na roztańczonej powierzchni ginu. Znów wszystko drżało. Nieznacznie, ale wyczuwalnie. Pociąg był coraz bliżej. Zawsze nadjeżdżał, prędzej czy później. To nieuniknione.

                – Wróćmy do interesów – powiedział Filas cicho, patrząc przed siebie. Nehemiasz zamilkł. Od chłodu tych słów wydawało mu się, jakby w jego whisky błysnęły kryształki lodu. Potrząsnął głową i ostrożnie odstawił zimną szklankę.

                – Pełen profesjonalizm, za to cię lubię – Nehemiasz podjął rozmowę jak gdyby nigdy nic, ale Robert wyczuł w jego tonie niepewność. – Sprawa powinna ci się spodobać. Moja znajoma skarżyła się ostatnio na męża. To wpływowy i bogaty człowiek, pozwolę sobie dodać. Jeśli ta informacja ma dla ciebie jakiekolwiek znaczenie… Moja znajoma podejrzewa go o zdradę. Masz to sprawdzić za wszelką cenę. Żadnych pozorów i bez zbędnej precyzji. Płatne z góry. Pasuje, detektywie?

                – Tak, pasuje. Gdy tylko stąd wyjdę, połowa kwoty ma się znaleźć na moim koncie. Po drugą połowę tu wrócę. Pieniądze mają być w…

                – …czarnej walizce? Oczywiście – uśmiechnął się Nehemiasz, odsłaniając garnitur śnieżnobiałych zębów – myślałem, że na tyle dobrze się znamy.

                *

                Robert Filas leżał na dachu budynku, wypatrując przez lornetkę okien hotelu naprzeciwko. Obiekt nosił nazwę „Arkadia” i był najdroższym, najbardziej prestiżowym miejscem schadzek w mieście. No jasne, gdzie indziej – pomyślał, kierując wzrok na szóste piętro. Przed akcją uzupełnił wszystkie potrzebne informacje, pozostało jedynie wykonać zadanie. Począwszy od lewej Robert zaczął odliczać okna pokoi. Pierwszy, drugi, trzeci… Jest! – uśmiechnął się w duchu, manipulując pokrętłem okularu.

                Obraz wyostrzył się, ukazując dwójkę ludzi. Stali w apartamencie i rozmawiali ze sobą. Łysiejący mężczyzna z wydatnymi zakolami i wysoka, szczupła kobieta. Obydwoje byli zwróceni bokiem do okna, doskonale widoczni. Skupiony „detektyw” obserwował ich uśmiechy, błyski unoszonych kieliszków. Nie potrzeba mu było więcej dowodów.

                Filas odłożył na bok lornetkę i wydobył ze sportowej torby zwieńczony tłumikiem sztucer. Szybko zajął pozycję, przygotował się do oddania strzału i jeszcze raz dokładnie przyjrzał się celom. Mężczyzna przypominał miejscowego biznesmena, bogacza z medialnym zacięciem. Natomiast kobieta… Strzelec zawahał się. Wygląda jak… Ona – myślał gorączkowo, próbując ocenić sytuację. Zimny beton pod jego ciałem przeszyły dreszcze. Znów wszystko drżało. Pociąg był coraz bliżej.

                Robert oddychał głęboko, zbliżając palec w kierunku spustu. Głowę rozsadzały mu obrazy z przeszłości. Gin w barze, uśmiech Nehemiasza. Wcześniej kłótnia i emocje. Mrowie emocji. Wreszcie… pieniądze. Środek do celu. Potrzebował ich, Ona ich potrzebowała. I tylko para bawiąca się w pokoju hotelowym stała mu na drodze.

                Spokój pogrążonego we śnie miasta rozdarł huk dwóch wystrzałów. Odłamki strzaskanego szkła pokoju numer 604 hotelu „Arkadia” pofrunęły w noc pod postacią kryształowej mgiełki. Trafiony w głowę mężczyzna padł bez życia na miękki dywan. Drugi pocisk zszedł z kursu, kobieta oberwała w brzuch. Zatoczyła się i wypadła przez ziejące pustką okno.

                Na dachu budynku naprzeciwko powoli stygły dwie karabinowe łuski. Aktorzy zeszli ze sceny, opadła kurtyna. Miasto wróciło do snu.

                *

                Zabójca zbliżał się do domu. Miał dosyć tego dnia, dosyć kłótni i poczucia winy. Gin uleciał mu z głowy, opuściła go adrenalina łowów. Był zmęczony, tak bardzo zmęczony. Chciał już tylko położyć się i zasnąć, najlepiej u boku ukochanej. Po „nadgodzinach” zawsze mógł liczyć na większą czułość. Ona była jak ogień, wszystko, czego się tknęła, płonęło. A Robert Filas najbardziej na świecie potrzebował ciepła.

                Mężczyzna nieraz wracał do pustego mieszkania, lecz nigdy po wykonanym zleceniu. Ona wiedziała, kiedy to robił i czekała na niego. Na niego i na pieniądze. Zdziwił się więc, gdy w domu przywitała go cisza. Płaszcz zrzucił z siebie od niechcenia w przedpokoju, sportową torbę zostawił zaraz przy wejściu i czekał, ale nikt nie przybiegł go przywitać.

                Robert ostrożnie przeszedł przedpokój. Pusto – stwierdził. – Pusto i cicho. Zrezygnowany skierował się do sypialni. Głowa pękała mu od ciszy, ale nie wyczuwał drżenia. Widocznie tak musiało być, a wszystko to było na marne. Spodziewał się, że ta myśl wypełni go goryczą, ale nie poczuł zupełnie nic. Widocznie tak musiało być.

                Filas przeszedł próg skąpanego w mroku pokoju i chciał się położyć, lecz jego uwagę zwróciła płaskorzeźba przytwierdzona tuż nad łóżkiem. Niesymetrycznie, z lewej. Tam, gdzie zawsze spała Ona, tuż nad jej głową. Robert nie mógł określić, czy rzeźba zawsze tam była, czy też pojawiła się niedawno. Czuł, że ten kawałek kamienia robił na nim dziwne wrażenie. Czuł mrowienie pod czaszką, ucisk w okolicach serca, o którym myślał, że umarło dawno temu. To musiał być… strach.

                Mężczyzna zaczął iść powoli w stronę łóżka. Nie zapalił światła w pokoju, ale mimo ciemności widział wyraźnie. Obraz wyrył mu się w pamięci, przeniknął do podświadomości. I już zawsze miał tam na niego czekać – przyczajony głęboko w mroku.

                Szczegóły z każdym krokiem stawały się coraz wyraźniejsze, a niepokój narastał. Rzeźba była naprzeciw niego, nie z boku jak wszystko inne w jego życiu. Przemawiała do niego, choć nie miała ust. Patrzyła na niego mimo braku oczu. Patrzyła tak, jak on na ludzi. Wzrokiem, który nawet Nehemiaszowi odbierał mowę. 

                Dzieło sztuki przedstawiało skrzydlatą kobietę o uniesionych dłoniach. Zamiast stóp miała szpony, zaciśnięte na konających lwach. Obok lwów stały sowy celujące w mężczyznę karzącym spojrzeniem. Tak jak on wcześniej celował – tej nocy i wielu poprzednich. One wiedziały, a Ona oceniała. Na ścianie nad rzeźbą widniał wyryty dłutem napis:

                Inana | Astarte | Issar

                – Isztar – wymamrotał Robert Filas.

                Pomyślał o Niej, ale nie potrafił odtworzyć jej kształtu. Jej twarzy, figury, koloru włosów. Stała się wspomnieniem, a to zaczęło blaknąć, by zniknąć w końcu jak kryształy światła rzucone w ciemną noc. Próbował też przypomnieć sobie niedawną kłótnię, uchwycić jej znaczenie, ale wymykała mu się, przesypywała jak piach przez palce. Spadała w mrok, w otchłań. Pośród huku, szkła i rozlanego wina. Pośród krzyków, uderzeń. Ciszy, obojętności. Zupełnie jak… jak…

                – Isztar – powtórzył – Pani Nieba.

                Gdy usłyszał swoje słowa, zrozumiał.

                *

                Robert Filas nie wiedział, jak znalazł się w barze. Odnalazł siebie siedzącego przy dobrze znanym chromowanym blacie. Świadomość napełniła go nagle jak haust powietrza zaczerpnięty po długim zanurzeniu. Bodźce pochodzące od wszystkich zmysłów uderzyły go jednocześnie. Zimny dotyk cynowego kubka, ostry zapach ginu. Tylko słuch nie reagował na rzeczywistość. Zamiast spodziewanej ciszy w uszach mężczyzny wybrzmiewał przeciągły pisk. Niczym hamulce zatrzymującego się w oddali pociągu.

                Obok Nehemiasz dopijał swoją whisky. Mówił coś do Roberta, ale żadne słowa nie miały dla niego znaczenia. Przepływały obok, poza granicą percepcji. Niczym woda płynąca pod ziemią. Mężczyzna wpatrywał się w połyskującą taflę alkoholu, ale nie dostrzegał w niej tego, co kiedyś. Nie potrafił zbliżyć ust do krawędzi kubka. Żmija straciła swoje zęby i nie mogła już kąsać. Chciał przymknąć oczy, rąbnąć głową o metal i osunąć się na podłogę, jak kiedyś. Nie poruszył się, bo Ona czekała tam na niego. Skrzydlata kobieta. Noc, śmierć i szkło.

                Robert przeniósł wzrok na lustro nad barem. Ukazało mu samotnego człowieka tulącego do piersi czarną walizkę. Nie było przy nim Nehemiasza, nie było barmana. Nikogo i niczego. Chrom zmatowiał i przemienił się w szarą plamę, w kolejny kontur w czarno-białym świecie. Wszystko stało się niewyraźne, dźwięki zlały się w jedno i płynęły, pulsując w skroniach. Może nie słyszał już niczego. A może było to jego własne mamrotanie.

                Cynowy kubek zadrżał w rękach Roberta Filasa. Płyn wylał się z naczynia, zostawiając na jego dłoniach tłuste smugi. Te momentalnie zaschły i stały się ciemnoczerwone, niemal czarne. Gdzieś na zewnątrz zatrzymywał się pociąg i rytmiczne drżenie szyb wypełniło głowę mężczyzny. Hałas potężniał z każdą chwilą; butelki poustawiane za ladą spadały z półek, roztrzaskując się na brudnej podłodze.

                Cały świat dygotał.

                Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
                Źródło tekstu: Szymon Płuska, Pani Nieba, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2022, nr 157

                Przypisy

                  Powiązane artykuły

                  09.06.2022

                  Wyklęci i Herbert, „Słowik” i Cimoszewicz. O wierszu „Apollo i Marsjasz”

                  1.

                  Tajemnicze słowa i obrazy z wiersza Herberta Pięciu, z tomu Hermes, pies i gwiazda (1957), można odczytać jako scenę zarówno z czasów niemieckiej okupacji, jak i stalinizmu. Poeta zdaje się celowo nie precyzuje, o jakich zdarzeniach pisze, nie oznacza czasu, dając tym samym czytelnikowi do zrozumienia, że mrok dalej trwa, czas zbrodni nie zakończył się:

                  1
                  Wyprowadzają ich rano
                  na kamienne podwórze
                  i ustawiają pod ścianę
                  pięciu mężczyzn
                  dwu bardzo młodych
                  pozostali w sile wieku

                  nic więcej
                  nie da się o nich powiedzieć

                  2
                  kiedy pluton podnosi
                  broń do oka
                  wszystko nagle staje
                  w jaskrawym świetle
                  oczywistości

                  […]

                  Co jest oczywistością? Zbrodnia, o której milczymy. Niewinna śmierć. Dlatego w trzeciej strofie czyni sobie wyrzut, napomina czytelników i poetów:

                  3
                  nie dowiedziałem się dzisiaj
                  wiem o tym nie od wczoraj
                  więc dlaczego pisałem
                  nieważne wiersze o kwiatach
                  o czym mówiło pięciu
                  w nocy przed egzekucją
                  […]

                  Ich imion i nazwisk zakazano, nie można ich używać. Złamanie zakazu może ściągnąć nieszczęście – areszt, więzienie lub nawet śmierć dla wielu ludzi. Zamiast tego proponuje używanie antycznych pseudonimów, by ocalić pamięć tych, którzy nie byli bandytami, ale ludźmi, ludźmi zdradzonymi, którzy kochali, pragnęli, którzy grzeszyli w myślach, mowie, a może w uczynkach, ale którym należy się hołd:

                  […]
                  a zatem można
                  używać w poezji imion greckich pasterzy
                  można kusić się o utrwalenie barwy porannego nieba
                  pisać o miłości
                  a także
                  jeszcze raz
                  ze śmiertelną powagą
                  ofiarować zdradzonemu światu
                  różę

                  Zatem mowa jest o zdradzie, można się domyślać, że o zdradzie komunistów – choć poeta otwarcie o tym pisać nie może, także o potrzebie przypomnienia po latach, kto ukrywał się pod imionami greckich pasterzy. Czy chodzi tu o Witolda Pileckiego, Tadeusza Bejta, Wacława Alchimowicza, Władysława Kielima i Leona Knyrewicza – tego się już nie dowiemy.

                  W innym wierszu, z debiutanckiego tomu Struna światła (1956), zatytułowanym Cmentarz warszawski poeta pisze: „wapno na domy i groby / wapno na pamięć”, zwracając uwagę na amnezję, jaka ogarnęła Polaków, a wiersz kończy tak:

                  […]
                  a na powierzchni spokój
                  płyty wapno na pamięć

                  na rogu alei żywych
                  i nowego świata
                  pod stukającym dumnie obcasem
                  wzbiera jak kretowisko
                  cmentarz tych którzy proszą
                  o pagórek pulchnej ziemi
                  o nikły znak znad powierzchni

                  Dumnie stukają obcasy żołnierzy, którzy przyszli z Armią Czerwoną, a „o pagórek pulchnej ziemi” proszą żołnierze AK, ZWZ i WiN ukradkiem zamordowani i bezimiennie chowani, o nich upomina się Zbigniew Herbert. Podobne słowa znajdziemy w wierszu Do Apollina, w tym samym zbiorku, będącym sprzeciwem wobec kultu jednostki, estetycznego i intelektualnego zubożenia, a także wobec zakłamywania historii komunistycznych Apollinów, w domyśle Leninów, których pomniki masowo stawiano po wojnie. W części pierwszej utworu podmiot wchodzi w dialog z posągiem:

                  […]
                  oddaj moją nadzieję
                  milcząca biała głowo
                  cisza –
                  pęknięta szyja
                  cisza –
                  złamany śpiew

                  […]

                  – by w części drugiej jasno stwierdzić fałszowanie historii, fałsz nowej, socjalistycznej mitologii:

                  […]
                  inny był pożar poematu
                  inny był pożar miasta
                  bohaterowie nie wrócili z wyprawy
                  nie było bohaterów
                  ocaleli niegodni
                  szukam posągu
                  zatopionego w młodości
                  pozostał tylko pusty cokół
                  ślad dłoni szukający kształtu

                  Zwracają uwagę słowa: „bohaterowie nie wrócili z wyprawy / nie było bohaterów / ocaleli niegodni”. Z jakiej wyprawy, z jakiej odysei? – można by zapytać. Bohaterowie nie wrócili, więc ich nie było, nie ma. Zostali skrycie zamordowani. Ocaleli niegodni – ich oprawcy.

                  2.

                  Pięć lat po debiutanckiej książce, w 1961 roku, ukazuje się trzeci w kolejności tomik Zbigniewa Herberta – Studium przedmiotu, a w nim jeden z jego najgłośniejszych, najbardziej znanych wierszy – Apollo i Marsjasz. Utworowi temu poświęcono dziesiątki szkiców. Literackie i kulturowe odniesienia zawarte w tym wierszu tropili: Ryszard Przybylski (Między cierpieniem a formą, 1978), Jan Józef Lipski – który widział w wierszu cechy nadrealizmu czy też surrealizmu (Między historią i Arkadią wyobraźni, 1962), Jacek Łukasiewicz czy też Stanisław Barańczak, doszukujący się w Apollu i Marsjaszu ironii. Tak z kolei o wierszu pisał Jan Błoński w 1970 roku, w szkicu Tradycja, ironia i głębsze znaczenie:

                  Nie przypadkiem rywalem Apollina nie jest dla Herberta Dionizos, jak zazwyczaj bywało, ale obdarty ze skóry Marsjasz: jego to los nie przestaje nawiedzać podświadomości poety. Zazwyczaj jednak lęk zostaje wysublimowany w ironię, zaś dokuczliwa chwiejność uczuć – uspokojona kontrapunktem lirycznych tonacji. Także ta poezja jest świadectwem zwycięstwa nad własną niemocą.

                  Wiersz Herberta o dziwnym „pojedynku”, w którym Apollo torturuje Marsjasza, wsłuchując się w dźwięki swojej ofiary, jest niemałą zagadką dla czytelników. Jeśli go czytamy w kontekście innych klasycyzujących, pełnych odniesień do mitologii greckiej utworów Zbigniewa Herberta, wydaje się filozoficznym traktatem o cierpieniu, granicach sztuki, okrucieństwie, granicach sadyzmu, patologii, do jakiej zdolny jest człowiek. W wierszu znajdujemy sceny, które w kulturze popularnej mogą się kojarzyć z Milczeniem owiec – powieścią Thomasa Harrisa (1988) lub filmem Jonathana Demme (1991), gdzie piękny Apollo wciela się w Hannibala Lectera, torturując swoje ofiary, zanim dokona aktów kanibalizmu. Jednak wiersz Herberta powstał blisko trzydzieści lat wcześniej i nie jest tylko literackim studium sadyzmu i okrucieństwa. W 1961 roku Jerzy Kwiatkowski tak „na gorąco” pisał w „Życiu Literackim” o tym wierszu: „Warto się przyjrzeć, warto raz jeszcze przeczytać ten wiersz, by zobaczyć, jak w Apollinie i Marsjaszu Herbert gra na uczuciach, jak bardzo dba o to, żeby plastyka bólu Marsjasza odcisnęła się w psychice czytelnika; z jaką maestrią prowadzi czytelnika po stopniach tego bólu”(Imiona prostoty, 1961). Te słowa mogłyby być komentarzem do powieści i do filmu o Hannibalu Lecterze. Tu należałoby zapytać, kim są lub kim byli Apollo i Marsjasz? Czy mieli jakieś odpowiedniki w realnym świecie Zbigniewa Herberta? Bo może ten wiersz opowiada jakąś prawdziwą historię? Być może blisko prawdy był cytowany Jerzy Kwiatkowski, może znał ją albo słyszał coś o niej, bowiem tak kończył swoją recenzję tomiku Studium przedmiotu:

                  Nie jest to też humanitaryzm naiwny ani patetyczny. Wnosi swoją – uroczą – poprawkę dla ludzkich słabości. Ściskanie w gardle maskuje się tu uśmiechem ironii i żartem. Ale zawsze – poezja ta jest po stronie Marsjasza przeciw Apollinowi, po stronie potępionych przeciw aniołom, po stronie „pana od przyrody” przeciw łobuzom od historii”.

                  Widocznie nie mógł podać prawdziwego nazwiska Apollina, bo ten jeszcze żył i mógł być bardzo niebezpieczny. Nie mógł podać nazwiska Marsjasza, jeśli ten żył, a i nawet jeśli już nie żył – bo mógł narazić na niebezpieczeństwo jego samego, jego rodzinę i przyjaciół. Należałoby zapytać, kim był – lub kim mógł być – Apollo, nazwany przez Kwiatkowskiego „łobuzem od historii”? Może sam Zbigniew Herbert podpowie? Może są jakieś wskazówki w utworze, które pozwolą zidentyfikować obie postaci? Przyjrzyjmy się jeszcze raz wierszowi:

                  właściwy pojedynek Apollona
                  z Marsjaszem
                  (słuch absolutny
                  contra ogromna skala)
                  odbywa się pod wieczór gdy jak już wiemy
                  sędziowie
                  przyznali zwycięstwo bogu
                  […]

                  Wydaje się, że mamy wyraźne odesłanie do realiów stalinowskich sądów, gdzie wyroki były oczywiste, a śledztwo było spektaklem w pokoju przesłuchań albo w celi, przeznaczonym dla kilku wybranych osób. Tortury, jakim jest poddawany Marsjasz, są tak straszne i wymyślne, że przy nich, cytując słowa Rotmistrza Pileckiego, który był przesłuchiwany w równie okrutny sposób: „Oświęcim to była igraszka”. Jednak, gdyby chodziło o Witolda Pileckiego, straconego 25 maja 1948 roku, to z pewnością Zbigniew Herbert by to wyjawił, kiedy można już było mówić i pisać o bohaterskim Rotmistrzu. Skoro nie jest to Pilecki, śledźmy zapis przesłuchania dalej. Marsjasz jest:

                  […]
                  mocno przywiązany do drzewa
                  dokładnie odarty ze skóry
                  Marsjasz
                  Krzyczy
                  zanim krzyk dojdzie
                  do jego wysokich uszu
                  wypoczywa w cieniu tego krzyku
                  […]

                  Odpoczynek w „cieniu krzyku” jest omdleniem, które daje chwilę wytchnienia, kiedy nie czuje się bólu. Pominę opisy tortur w wierszu, bo nie o ich opis teraz chodzi. Gustaw Herling-Grudziński wiele razy pisał w Innym świecie i w Dzienniku pisanym nocą o znaczącej różnicy między śledztwami w hitlerowskich więzieniach a tych w więzieniach stalinowskich. O ile Niemcom chodziło o wydobycie zeznania, informacji, to komunistom o zmuszenie do przyznania się do winy – mimo iż wyrok był z góry ustalony. Hitlerowcy kończyli tortury i całe przesłuchanie, kiedy ofiara wyjawiła informację, o którą im chodziło. W więzieniach NKWD i UB nie miało to znaczenia – torturowano więźniów dalej, bo celem było całkowite upokorzenie – jak pisze historyk Michał Jankowski w artykule Metody śledcze UB, sądy, wyroki. Polska rzeczywistość po II wojnie światowej (czasopismo internetowe Papricana.com):

                  Podstawowa strategia śledczych UB polegała na wymuszaniu przyznania się do winy i złożenia obciążających zeznań, bez względu na wszystko i stosując do osiągnięcia tego celu wszelkie możliwe sposoby, które przede wszystkim sprowadzały się do najbardziej wyszukanych tortur. A śledczy w tym względzie dysponowali niemal nieograniczoną paletą możliwości. Przesłuchanie trwało 7–15 godzin. Przez cały ten czas podejrzany był wyzywany, lżony i poniżany. Jeśli przesłuchiwany nie składał zeznań zgodnych z założeniem oficera śledczego, to systematycznie był bity i kopany…

                  Tomasz Stańczyk w artykule Geografia terroru („Do Rzeczy”, 1/2013) przytacza relację więźnia: „Bili wszelkimi sposobami. Po upadku na ziemię nawet dziur mi narobili. Twarz mi tak spuchła, że na oczy nie widziałem. Bili, żeby zabić. Od tego katowania tyłek mi pękł, krew broczyła”. Mateusz Wyrwich w książce W celi śmierci (Warszawa 2012, s. 67) przytacza inne wspomnienie więźnia:

                  Tłukli we mnie jak w bęben, najczęściej metalowym prętem w pięty. To był straszny ból, myślałem, że zwariuję. Mieli też inną nie mniej ciekawą metodę. Wkładali mi papier pomiędzy palce u nóg i podpalali. Wieszali też na kiju głową w dół. W takiej sytuacji łapczywie się oddycha. Więc wlewali mi do nosa wodę z octem. To była straszna męczarnia. Dość szybko po tym wszystkim gardłem, uszami i nosem ciekła mi krew.

                  Dlatego też głos Marsjasza jest monotonny i składa się z jednej samogłoski „A”. Wycie lub śpiew Marsjasza jest wokalną opowieścią z towarzyszeniem „instrumentów”, do której później przyłączy się chór. Jest arią, kantatą albo oratorium. Przypomina operowe, a może soulowe popisy solistów. Marsjasz świadomie moduluje swój głos niczym śpiewak. Przesłuchanie – w dwojakim rozumieniu – trwa dalej:

                  […]
                  w istocie
                  opowiada
                  Marsjasz
                  nieprzebrane bogactwo
                  swego ciała
                  łyse góry wątroby
                  pokarmów białe wąwozy
                  szumiące lasy płuc
                  słodkie pagórki mięśni
                  stawy żółć krew i dreszcze
                  zimowy wiatr kości
                  nad solą pamięci
                  […]

                  Opisy tortur, którym poddawany jest Marsjasz, bardzo przypominają też autentyczne relacje więźniów. Co robi w tym czasie Apollo? W dwóch miejscach w wierszu:[…] wstrząsany dreszczem obrzydzenia / Apollo czyści swój instrument […]”.

                  Tym instrumentem może być flet, puzon, trąbka albo metalowy pręt, noga od stołka, imadło do łamania palców, pas do bicia lub łańcuch, cokolwiek, czym można zadać ból. Marsjasz zdaje się pozostawać „niezłomny” – zamiast przyznania się do winy i „tak” kończącego przesłuchanie – tortura trwa dalej:

                  […]
                  teraz do chóru
                  przyłącza się stos pacierzowy Marsjasza
                  w zasadzie to samo A
                  tylko głębsze z dodatkiem rdzy

                  […]

                  Rdza wskazuje na metaliczność głosu Marsjasza. Rdzą mogą być pokryte metalowe części instrumentów: struny, ustniki, klapki, młoteczki. Trudno nie zauważyć analogii ze strofą wiersza Ornamentatorzy, który zaczyna się od słów: „Pochwaleni niech będą ornamentatorzy” (tom Hermes, pies i gwiazda), a później: „a także skrzypkowie i fleciści / którzy dbają aby ton był czysty / oni strzegą arii Bacha na strunie G”.

                  Marsjasz jest nie tylko ofiarą tortur, ale i muzykiem, śpiewakiem. Jest nie tylko imitatorem, ale będąc ofiarą tortur, artystą najbardziej autentycznym, absolutnym – jak Beethoven w tomie Raport z oblężonego miasta: „Mówią że ogłuchł a to nieprawda / demony jego słuchu pracowały niezmordowanie / i nigdy w muszlach uszu nie spało martwe jezioro”.

                  Jego cierpienia – Marsjasza i skala głosu przekraczają możliwości percepcji Apollina: „to już jest ponad wytrzymałość / boga o nerwach z tworzyw sztucznych”, zatem:

                  […]
                  odchodzi zwycięzca
                  zastanawiając się
                  czy z wycia Marsjasza
                  nie powstanie z czasem
                  nowa gałąź
                  sztuki – powiedzmy – konkretnej

                  […]

                  Rodzą się pytania o granice i sens sztuki, o jej związek z życiem. Oprawca wie, że zrobił wszystko, czego od niego oczekiwano. Więcej już nie mógł zrobić, sam jest wyczerpany pracą, jaką mu powierzono. Jest zaangażowany ideowo, wie, że tworzy historię – dlatego ma nadzieję, że jego praca zostanie kiedyś doceniona, może nawet uwieczniona w sztuce, w pieśni, w piosence, w wierszu. W tym bardzo precyzyjnym opisie tortur pojawia się coś bardzo zaskakującego, niepasującego do scenerii, nieoczekiwanego:

                  nagle
                  pod nogi upada mu
                  skamieniały słowik

                  odwraca głowę
                  i widzi

                  że drzewo do którego przywiązany był Marsjasz
                  jest siwe

                  zupełnie

                  Posiwiałe drzewo może być drzewem Krzyża, świadkiem Męki Pańskiej. Drzewa opowiadają o bohaterskiej walce i śmierci Polaków w Powstaniu Styczniowym w noweli Gloria victis Elizy Orzeszkowej. Symbolika słowika jest równie bogata. Ptak ten pojawia się w wierszach Adama Mickiewicza, Juliusza Słowackiego, Juliana Tuwima, Leopolda Staffa, Johna Keatsa.

                  Jednak nie sądzę, że w tak realistycznym wierszu, pełnym opisów tortur, Zbigniewowi Herbertowi chodziło wyłącznie o symboliczny i liryczny akcent czy wtręt. To raczej jakaś podpowiedź, wskazówka.

                  Zbigniew Herbert urodził się we Lwowie w 1924 roku. Po maturze, zdanej na tajnych kompletach, zaangażował się w działalność konspiracyjną, współpracując z Armią Krajową. W maju 1944 roku, jeszcze przed wkroczeniem Armii Czerwonej, wyjechał do Proszowic pod Krakowem.

                  Słowik to ptak, ale też pseudonim. W czasie wojny takiego pseudonimu używał kapitan Konrad Strycharczyk, kilka miesięcy starszy od Herberta, urodzony w Nisku (25 maja1923 roku), który wtedy należał do województwa lwowskiego, działający w strukturach AK na Podkarpaciu i w okolicach Lublina w oddziale Franciszka Przysiężniaka, pseudonim „Ojciec Jan” (oddział partyzancki NOW-AK „Ojca Jana”). Kapitan Konrad Strycharczyk, „Słowik”, znany był z zamiłowania do śpiewu – dlatego nosił taki pseudonim. Pierwszy raz aresztowało go NKWD w Lublinie w 1944 roku. Udało mu się jednak zbiec z więzienia. Drugi raz był aresztowany w 1946 roku w Olsztynie przez UB. Wyszedł na wolność w wyniku tak zwanej amnestii w 1947 roku. Po wojnie pracował jako aktor i tenor, był między innymi przez kilkanaście lat solistą Operetki Szczecińskiej. Zanim jednak wyszedł na wolność, kapitan „Słowik” przez 11 miesięcy był torturowany i przesłuchiwany przez Mariana Cimoszewicza – funkcjonariusza Informacji Wojskowej, a wcześniej donosiciela NKWD i członka Jednostki Specjalnej NKWD SMIERSZ. Na rozkaz Mariana Cimoszewicza w więzieniu, w którym przebywał kapitan „Słowik”, kazano wybudować specjalną salę tortur pod schodami. Cimoszewicz przesłuchiwał „Słowika” z bronią w ręku i bił wiele razy do utraty przytomności. Marian Cimoszewicz służył w Informacji Wojskowej, a potem w WSW aż do 1972 roku. Nie wiem, czy kapitan Konrad Strycharczyk i Zbigniew Herbert się znali, spotkali – jest to bardzo prawdopodobne. Mogli się poznać w czasie wojny na Podkarpaciu lub we Lwowie. Mogli się spotkać po wojnie, w Warszawie. A może Herbert, znawca muzyki klasycznej: Johanna Sebastiana Bacha, Ludwiga van Beethovena, miłośnik oper Alessandra Scarlattiego, Wolfganga Amadeusza Mozarta, Stanisława Moniuszki i Karola Szymanowskiego, tylko słyszał o historii „Słowika” – operowego śpiewaka, torturowanego przez wiele miesięcy przez funkcjonariusza NKWD i UB? Marian Cimoszewicz był „czynny zawodowo” i jeszcze przez długie lata po wojnie mieszkał w Warszawie. Nierozsądnie i niebezpiecznie by było umieszczać w wierszu dedykację dla kapitana Strycharczyka lub jakąś konkretną informację. „Słowik” mógł się pojawić w wierszu tylko jako skamieniały ptak – symbol, co sugerowało śmierć żołnierza. Konrad Strycharczyk, pseudonim „Słowik”, zmarł w Szczecinie 10 lipca 2015 r.

                  O tym, czy Apollo w wierszu Apollo i Marsjasz to naprawdę Marian Cimoszewicz – agent NKWD i UB, a Marsjasz to kapitan Konrad Strycharczyk, pseudonim „Słowik”, możemy się nigdy nie dowiedzieć. Może odnajdą się jakieś zapiski zachowane po śmierci poety, które to potwierdzą. Ale możemy niczego nie odnaleźć. Niemniej ta historia rzuca nowe światło na wiersz Apollo i Marsjasz Zbigniewa Herberta oraz całą jego twórczość poetycką, i uprawomocnia nową interpretację wiersza.

                  Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
                  Źródło tekstu: Sławomir Matusz, Wyklęci i Herbert, „Słowik” i Cimoszewicz. O wierszu „Apollo i Marsjasz”, Czytelnia, nowynapis.eu, 2022

                  Przypisy

                    Powiązane artykuły

                    10.05.2022

                    Między „Małym zwierzątkiem” a „potworem Pana Cogito”. Bestiarium Zbigniewa Herberta

                    […]
                    spacer trwa i trwa
                    miliony lat

                    ale oto
                    na scenę
                    wchodzi
                    prawdziwy
                    potwór
                    Dinozaur z ludzką twarzą

                    idea
                    błyskawicznie
                    wciela się
                    w rzeczywistą zbrodnię

                    i całą idyllę
                    kończy
                    ponura jatka

                     

                    Zbigniew Herbert,
                    Wycieczka DinozaurówZ. Herbert, „Rovigo”, Wrocław 1992, s. 35–36.[1]

                    Koń wodny i sroka

                    Co prawda we wcześniejszych tomach poetyckich Zbigniewa Herberta pojawia się „mały ptaszek”, „kot”, „wilk i owieczka”, „niedźwiedzie”, „kura”, „pies” (w towarzystwie Hermesa i gwiazdy), „słoń”, „ryby”, „młody wieloryb”, ponownie „ptak” – tym razem z drewna, ponownie „pies”, który rozpocznie wydeptywanie ścieżki. Wymieniam zwierzęta przywoływane w tytułach wierszy, nie wypada przecież zapomnieć chociażby o „żuku” spotkanym na leśnej ścieżce w Panu od przyrody. Zacznę jednak od Konia wodnego z tomu Studium przedmiotu. Niechaj pojawi się Herbertowski koń wodny w całej swej okazałości:

                    Koń wodny

                    nie jest duży koń wodny najwyżej
                    trzy cale
                    i pół

                    mocny pancerz chroni jego istotę
                    przewód pokarmowy narządy rozrodcze
                    węzeł cerebralny

                    poczciwy wygląd kasjera nad herbatą
                    nie odpowiada naturze mordercy wód słodkich i stojących

                    poluje na głowacza
                    nieomylnym kolcem
                    uderza w słabe miejsce u nasady głowy
                    sczepieni w walce
                    szamocą się długo
                    śród wiania glonów
                    i ciszy wylewnej

                    dwa razy w roku
                    tkają wodną miłość

                    po sześciu tygodniach
                    błoniasty brzuch samicy
                    pęka od nadmiaru ikry
                    wymiotuje ją w spazmach
                    ociera się o twarde przedmioty
                    potem opada na dno
                    cierpiąca łuska rodzenia

                    pod jesień
                    drugiego roku
                    konie wodne
                    umierają

                    na wieży glonu
                    milczy dzwon
                    i nie wytacza
                    łez jezioro

                    katedry koni wodnych
                    cyrki akwedukty
                    gdzie się zapadły
                    albo kiedy wzejdą

                    kto udowodni konieczność
                    kto przyjmie istnienieTenże, „Studium przedmiotu”, Wrocław 1995, s. 60–62.[2]

                    Nieprzypadkowo ten wiersz zaczyna się od negacji, nie należy tu bowiem sięgać po figurkę konika szachowego, nie należy tu od razu otwierać atlasu ichtiologicznego pod hasłem Hippocampus guttulus, to nie jest konik morski, lecz Hýdrippos – dosłownie: „koń wodny”. Miast wertować Życie zwierząt Alfreda Brehma, tom poświęcony strunowcom zmiennocieplnym, trzeba najpierw udać się gdzie indziej w poszukiwaniu wiedzy. Nie odnotowuje „konia morskiego” Zoologia Arystotelesa. Chyba nazbyt pochopnie szukalibyśmy odniesienia do Herbertowskiego zdania: „nie jest duży koń wodny” w Nowych Atenach Benedykta Chmielowskiego, który „konia wodnego” określa tak: „KOŃ Morski, po łacinie Hyppotamus, animal. amphibium albo Wodą i Lądem Zwierz bawiący się. Najczęstsza jego w Nilu rzece rezydencja, przy brzegach Afryki Południowej i na Insułach Philippinach, w Chinach, w Czerwonym Morzu, w Indyi Południowej, w Kraju Solafala. Jest Inwentorem Phlebotomii albo krwi puszczenia; gdy bowiem jaką cierpi affekcyą, idzie na ostrokończyste trzciny, niemi brzuch sobie kaleczy, krwie płynieniem zdrowiu swemu succurrendo”. Ostatecznie o hipopotamie dość rzeczowo pisze Pliniusz w swej Historii naturalnej.

                    O wiele bliższe są chyba uwagi, które odnajdujemy w bizantyjskiej redakcji traktatu znanego jako Fizjolog, tu bowiem czytamy:

                    O koniu wodnym [hỳdrippos]

                    [1] Istnieje zwierzę, zwane koniem wodnym. Górna połowa jego ciała ma kształt konia, dolna zaś – wieloryba. Koń wodny zamieszkuje morze we wschodniej krainie. Tkwi na skale, a fale nie czynią mu krzywdy. Wygląda, jakby był ze złota. Kiedy żyjące w morzu ryby zapłoną [pożądliwością], przybywają do wodnego konia. Te, które mieszkają na północy, płyną na południe, te zaś, które mieszkają na południu, płyną na północ. Jeśliby bowiem nie przybyły do konia wodnego, nie pozdrowiły go i nie pokłoniły mu się jako królowi ryb, nie stałyby się brzemienne. Kiedy zaś udają się do wodnego konia, samice płyną z przodu, a samce z tyłu. Rybacy zaciągają sieci na ich szlaku, a ryby, które są szalenie podniecone, łatwo wpadają w sieci i zostają pochwycone przez rybaków.

                    [2] Tak samo ludzie, którzy wiodą życie pijani rozkoszą, dają się pochwycić nieprzyjacielskim mocom.

                    [3] Kiedy zaś ryby odwrócą się od wodnego konia, samce płyną z przodu, a samice z tyłu. Wtedy samce zrzucają nasienie, a samice, podążając z tyłu za nimi, przyjmują je pyskiem i od razu stają się brzemienne. Oddzielają się od innych i już nie zostaną złowione.

                    [4] I ty zatem, duchowy człowieku, przybądź na wschód, czyli do Kościoła, i pokłoń się wodnemu koniowi, czyli Panu Bogu. Stań się brzemienny Duchem Świętym i oddziel się od grzechu i nieczystości, a już nie zostaniesz złowiony przez nieprzyjacielskie moce.

                    Dobrze Fizjolog powiedział o koniu wodnym„Fizjolog”, tłum., wstępem i przypisami opatrzyła K. Jeżewska, Wrocław 2003, s. 70.[3].

                    Niepokojące jest też i to, że Herbertowska próba demitologizacji legendarnego stwora – nie spierajmy się, czy chodzi o stworzenie opisane przez Fizjologa razem z całym obrokiem duchowym – takoż nie do końca jest precyzyjna. Niechaj nie niesie ukojenia klasyczna formuła quandonque bonus dormitat Homerus. Na marginesie tylko wspomnieć warto, że erotyczna sfera mitycznego konia morskiego powróci w Leśmianowskiej wersji opowieści o przygodach Sindbada Żeglarza„Po raz pierwszy w życiu ujrzałem Konia Morskiego. Był to niezwykły i prawie czarodziejski koń, maści zielonej jak fala morska. Miał zielone ślepia, zieloną grzywę, zielony ogon i zielone kopyta. / Poruszał chrapami, zgiął szyję w łuk i zaczął harcować, pląsać i podskakiwać tak cudownie, że nie mogłem oczu od niego oderwać. Falowała mu grzywa i falował grzbiet. Zdawało się chwilami, że to fala morska pląsa na brzegu. / Konie królewskie, oczarowane jego pląsem, długo się weń wpatrywały, aż wreszcie jęły bezwiednie naśladować jego ruchy i odruchy. / Ustawiły się szeregiem, jeden obok drugiego, i zachowując linię szeregu zaczęły harcować, pląsać i podskakiwać przejmując od Konia Morskiego falistość jego łabędzich poruszeń. Godzinę całą trwał taniec koni królewskich. Koń Morski umyślnie wprawiał je w ten taniec i czarował swymi harcami, ażeby potem, w chwili niespodziewanej napaść na oczarowane i tańcem zajęte konie i pożreć je zielonymi kłami. / Gdy zauważył, że konie królewskie są już dość oczarowane, zaprzestał swych pląsów, zaczaił się, błysnął ślepiami i już chciał się na nie rzucić, lecz masztalerze królewscy w okamgnieniu wyskoczyli z krzaków, aby go odstraszyć krzykiem i wrzaskiem nagłym. / Wrzask i krzyk masztalerzy królewskich spłoszyły Konia Morskiego. Błyskawicznym skokiem przerzucił się z brzegu do głębiny morskiej i znikł w falach. / Konie królewskie wciąż jeszcze tańczyły nie mogąc się oprzeć czarom i pokusom cudownego tańca. Masztalerze jedwabnymi biczami skierowali je ku grocie, która służyła za schronisko koniom. Cała grota napełniła się końmi i ludźmi. Przenocowaliśmy w grocie wraz z końmi, a nazajutrz, skoro świt, wyruszyliśmy w drogę do miasta”. B. Leśmian, „Przygody Sindbada Żeglarza. Przygoda Pierwsza ”, Warszawa 1957.[4].

                    Jednak bliżej przyjdzie przypatrzeć się, tylko pozornie konik morski jaki jest – każdy wie. Rzecz nie w tym, by poetę przyłapać na nieznajomości przyrody. Otóż pojawia się niebagatelny problem. Skąd okrucieństwo u Herberta w próbie demitologizacji stworzenia, kojarzącego się Europejczykowi z figurką szachową, która w języku polskim zawiera w nazwie tyle samo sympatii, co „konik polny”? Co więcej: złowione koniki morskie dają się łatwo zasuszyć, razem z rozgwiazdami czy wypreparowanymi tak zwanymi diabłami morskimi (Lophius piscatorius). Skąd tyle drastycznych nieścisłości w wierszu poświęconym stworzeniu, o którym pełne ciepła uwagi znajdziemy bez mała w każdym atlasie zwierząt, zarówno adresowanym do dzieci, jak i dorosłych. Żeby to chociaż był „wąż morski”.

                    Specjaliści tak ową bestię widzą:

                    Konik morski (Hippocampus guttulatus). Ryby te, długości dwunastu centymetrów, nie mają płetwy ogonowej, a ogon ich został przekształcony w narząd chwytny, którym czepiają się roślin wodnych, korali itp. Charakterystyczne jest ustawienie głowy przygiętej pod kątem do tułowia, i to właśnie stwarza pewne podobieństwo do łba konia. Ciało ma barwę brązową z białymi cętkami i punkcikami. Konik morski żyje w Morzu Czarnym, Śródziemnym oraz u wybrzeży zachodnioeuropejskich aż do Anglii, częsty bywa w Kanale i u wybrzeży irlandzkich; w pozostałych częściach Morza Północnego i całym Bałtyku nie ma go. Przebywa w osłoniętych zatokach skalnych, gdzie przyczepia się do roślin, aby stąd atakować przemykające opodal zwierzęta służące mu za zdobycz. Świeżo wylęgnięte koniki morskie muszą zaczerpnąć powietrza znad powierzchni wody, żeby wypełnić gazem pęcherz pławny. Jeżeli im się to nie uda, to wkrótce opadają na dno i giną. […]

                    Godne uwagi są ich pozycje spoczynkowe. Koniki morskie i wężynki owijają się ogonami dokoła każdego nadającego się do tego przedmiotu, przy czym może się zdarzyć, że splatają się wzajemnie i tak całym kłębem wiszą nieruchomo w wodzie. Ryby te mają znaczne możliwości zmiany barwy: przestrach, głód albo ból powodują ich blednięcie, dobre odżywienie i dobre zdrowie pogłębiają tony zabarwienia. Bardzo swoista jest wreszcie opieka nad potomstwem, o które troszczy się samiec, gdyż nosi on jaja na swoim ciele aż do ich wyklucia. Bywają one bądź po prostu przyklejane do ściany brzucha tworzącej plastrowate wgłębienia jak u wężynek, bądź też opiekunowi wytwarza się na ciele specjalna komora lęgowa, do której samica składa ikrę jak u konika morskiego albo w rodzaju iglicznia. W ten sposób jaja są nie tylko doskonale chronione, ale częściowo także odżywiane w tym urządzeniu, ponieważ naczynia krwionośne ojca rozrastają się szczególnie w miejscach, gdzie są przyczepione jajeczka. Płyn komory lęgowej ma inny skład niż woda morska: jest mniej słony, zawiera więcej żelaza oraz substancji organicznych, oddziaływa często dezynfekująco chroniąc rozwijające się jaja przed grzybkami. Podczas tej samczej „ciąży” warstwa naczyń krwionośnych komory lęgowej rozrasta się do pokaźnej grubości, pod koniec okresu lęgowego jednak uwstecznia się. Podobna forma opieki ojca nad potomstwem w żadnej grupie zwierząt nie jest wyrażona tak krańcowo (s. 129–130).

                    Konik morski nie może polować na głowacza, albowiem jeden w wodach słodkich, drugi zaś słonych żyje. Przywołany w wierszu Herberta poczciwy – acz dzisiaj do bezpowrotnie minionej przeszłości należący – wizerunek kasjera nad herbatą wymaga pewnego komentarza, odwołania do Dziennika 1954, gdzie Herbert występuje w roli chronometrażysty w zarządzie torfowisk. Ale nie w tym rzecz.

                    Herbertowskie monstrum z wiersza pt. Koń wodny definitywnie burzy piękno śpiewu Arijona, uświadamia, że nigdy już nie będzie tak, jak kiedy na świecie panowała harmonia, już nigdy nie będzie dane powiedzieć:

                    patrzcie jak uśmiechają się zwierzęta
                    ludzie żywią się białymi kwiatami
                    i wszystko jest tak dobrze
                    jak było na początkuZ. Herbert, „Arijon” [w:] tegoż, Struna światła, Wrocław 1994, s. 82.[5]

                    A nie jest to jedyny przypadek wprowadzenia okrucieństwa do świata, który okrucieństwa raczej nie zwykł dostrzegać.

                    W nieodczytanym jeszcze do końca tomie Zbigniewa Herberta opowiedziano prawdziwą historię sroki. W tomie tym znaleźć można między innymi wiersz, będący pozorną kontynuacją demaskowania prawdziwego oblicza natury. Jest to wiersz następujący:

                    Pica pica L.

                    od wczesnej wiosny
                    do późnej jesieni
                    rankiem
                    za oknem mojej sypialni
                    przelatuje
                    sroka

                    w annałach
                    kronikach genealogicznych
                    zwana Pica pica
                    z rodu kondotierów
                    krwawych i podstępnych

                    niech nas nie zwodzi
                    czystość kolorów
                    soczyste listowie nieba
                    niepokalana biel śniegu

                    tylko jej śpiew
                    śpiew grzechotnika
                    odsłania jej
                    prawdziwy charakter
                    morderczyni niemowląt

                    należałoby
                    powściągnąć zachwyt
                    przestrzegać
                    piętnować
                    rzucić klątwę
                    zedrzeć z niej
                    obłok zachwytu
                    którym osłania zbrodnię
                    wtrąca w wahanie
                    lekkomyślne dusze

                    co zatem czynić
                    co czynić wypada

                    – ha
                    wiem co zrobię

                    wynajmę
                    księdza Jana Twardowskiego
                    piewcę rodzimego drobiu
                    jako Egzorcystę Natury
                    do specjalnych poruczeń

                    kiedy ksiądz
                    wyjdzie nagle z cienistego
                    konfesjonału zagajnika
                    ptaszysko może dostać
                    zawału serca ze strachu
                    i na miejscu skonać

                    zresztą księdzu przyda się także
                    trochę ruchu
                    na świeżym powietrzuTenże, „Epilog burzy”, Wrocław 1998, s. 36–38.[6]

                    Tym razem obiektem demaskacji staje się ptak pospolity i gadatliwy – mianowicie sroka.

                    Popularne atlasy zwierząt podkreślają przede wszystkim urodę stworzenia: „Mimo że nie jest ona barwnie upierzona, należy do najpiękniejszych przedstawicieli naszego świata ptaków. Głowa, piersi, grzbiet, skrzydła i ogon są czarne z niebieskim, zielonym lub purpurowym połyskiem, zaś reszta upierzenia – biała. Piękna dodaje jej długi, schodkowany ogon”J. Hanzák, „Wielki atlas ptaków”, Warszawa 1976, s. 432.[7].

                    Sprawa zaczyna prezentować się zdecydowanie inaczej w autentycznych zwierzęcych „kronikach genealogicznych”:

                    Sroki (rodzaj Pica) na ogół podobne są do wron, lecz posiadają dłuższy niż ciało, wyraźnie schodkowany ogon. Upierzenie ich zawiera czarne i białe barwy, o pięknym metalicznym połysku. Wśród nich nasza rodzima sroka pospolita (P.pica) jest wielkości gołębia. W Europie spotykamy ją od Nordkapu aż do Morza Śródziemnego, w drzewostanach śródpolnych, na skrajach lasów i sadów. Gdzie nie jest płoszona, staje się niezwykle ufna, a nawet wręcz natrętna. [...] Pożywienie stanowią owady, robaki i małe kręgowce (myszy), a również części roślinne (jagody, ziarno i źdźbła zbóż). Na wiosnę plądruje niemiłosiernie gniazda bezbronnych ptaków. Na ogół uchodzi za szkodnika, toteż wolno do niej strzelać przez cały rok.[...] Daje się zazwyczaj łatwo oswajać, można ją też nauczyć gwizdania piosenek i wymawiania słów. Skłonność srok do chowania błyszczących przedmiotów dostarcza człowiekowi wiele uciechy, lecz również i niemało kłopotuA. Brehm, „Życie zwierząt. Ptaki”, red. J. Żabiński, tłum. Z. Stromenger, Warszawa 1962, s. 493–494.[8].

                    Ten suchy i raczej niechętny ptakowi wywód Alfreda Brehma (dla którego „sójka na większą uwagę zasługuje”) nie oddaje chyba w pełni obecności sroki w naszym życiu codziennym, przez przysłowia poświadczonej. Bo to i „dwu srok za ogon łapać nie należy”, i „gapić się można jak sroka w gnat” (chociaż to raczej wronie przystoi, niekiedy „gapą” nazywanej), i z niejaką dumą powiedzieć można o sobie samym, że się „nie wypadło sroce spod ogona”. „Srokę złodziejkę” często spotkać można, sroka ptakiem jest pospolitym: „sroka ze krza, w dwie w kierz” ku utrapieniu ogrodników. Jako że łatwo daje się oswajać, bywa uznawana za sympatyczną, chyba nieprzypadkowo trafiła do rozważań Niedźwiadka o Bardzo Małym Rozumku:

                    Co to, sroczko gadatliwa:
                    Kiedy brzęczy, to nie śpiwa,

                    Powiedz, jak się to nazywa,
                    Sroczko-Skoczko gadatliwa?A.A. Milne, „Kubuś Puchatek”, tłum. J. Tuwim, Warszawa 1973, s. 66.[9]

                    Jednak w jednej z wielu wersji popularnej zabawy „sroczka kaszkę ważyła” pojawia się jakiś ślad wiedzy o jej prawdziwej naturze: „najmniejszemu nic nie dała, urwała główkę i poleciała”. Wreszcie, sroka swej nazwy użyczyła „srokaczowi” – koniowi o maści mieszanej, czarnobiałej. Ptak ten zrobił raczej poślednią karierę literacką. Pojawia się w formie zdrobniałej w sielance Szymonowica:

                    Sroczka kczekce na płocie: będą goście nowi!
                    Sroczka czasem omyli, czasem prawdę powi.
                    Gdzie gościom w domu rado, sroczce zawsze wierzą,
                    I nie każą się kwapić kucharzom z wieczerzą.
                    Sroczko, umiesz ty mowić! powiedz, gdzieś latała?
                    Z której strony goście jadące widziała? Sz. Szymonowic, „Sielanka dwunasta. Kołacze” [w:] tegoż, „Sielanki polskie z różnych autorów zebrane, a teraz świeżo dla pożytku i zabawy czytelników po raz trzeci przedrukowane i poprawione. Koperstychami ozdobione”, Warszawa 1778. s. 72.[10]

                     Przede wszystkim jednak pospolicie skrzeczy:

                    Zawsze chłopaczek postępowy
                    doktryną i prywatą mierzy –
                    i myśli, że mu orły z głowy
                    lecą, a to się sroka pierzy?K. Przerwa Tetmajer, „List do Warszawy przed wojną”.[11]

                     Chyba tylko w poezji Czesława Miłosza sroka położyła podwaliny pod rozważania natury fundamentalnej:

                    Sroczość

                    Ten sam i nie ten sam szedłem przez las dębowy
                    Dziwiąc się, że muza moja, Mnemozyne,
                    Nic nie ujęła mojemu zdziwieniu.
                    Skrzeczała sroka i mówiłem: sroczość,
                    Czymże jest sroczość? Do sroczego serca,
                    Do włochatego nozdrza nad dziobem i lotu
                    Który odnawia się kiedy obniża
                    Nigdy nie sięgnę a więc jej nie poznam.
                    Jeżeli jednak sroczość nie istnieje
                    To nie istnieje i moja natura.
                    Kto by pomyślał, że tak, po stuleciach,
                    Wynajdę spór o uniwersalia.

                    Montgeron, 1958Cz. Miłosz, „Gdzie słońce wschodzi i kędy zapada i inne wiersze”, Kraków 1980, s. 12.[12]

                    W miejsce sporu o uniwersalia Herbert proponuje scenkę jakby z bajki przeniesioną, bajki, którą można by zatytułować Sroka i ksiądz. I to ksiądz nie byle jaki, bowiem: ksiądzpoeta – Jan Twardowski. Bajki o zakończeniu chyba przerażającym, bowiem przynoszącym motyw nagłej i niespodziewanej śmierci „ptaszyska”. Ha – zaiste bajka to makabryczna i przerażająca. Ale przecież nie jedyna to osobliwa bajka Herberta, przypomnijmy tu chociażby Guzik: „Najpiękniejsze bajki są o tym, że byliśmy mali. Ja lubię najbardziej tę, jak to raz połknąłem kościany guzik. Mama wtedy płakała”Z. Herbert, „Hermes, pies i gwiazda”, Wrocław 1997, s. 108.[13].

                    Zacznijmy jednak od naruszenia reguły decorum, która w tym wierszu ma zastosowanie. Przypomnijmy chociażby, że święty Franciszek nie tylko oswoił dzikie turkawki, ale miał także kazanie do ptaków, tak oto zrelacjonowane przez świadków naocznych:

                    Idąc w ducha rozpędzie, nie dbając o drogę ni ścieżkę, doszli do grodu pewnego, który się zwie Sawurniano. I zaczął święty Franciszek kazać. Najpierw jaskółkom, które świegotały, rozkazał się uciszyć, póki nie skończy kazania. I usłuchały jaskółki. [...] Idąc z zapałem tym dalej, podniósł oczy i ujrzał drzew kilka obok drogi, a na nich mnóstwo nieskończone ptaków. Więc dziwił się święty Franciszek i rzekł do towarzyszy: Czekajcie mnie tu na drodze, pójdę kazać do mojej braci ptaków”. Wszedł na pole i tu zaczął kazać do ptaków, które siedziały na ziemi. I wnet te, które były na drzewach, zleciały ku niemu i wszystkie siedziały nieruchomo, póki święty Franciszek nie skończy kazania. [...] Treść kazania świętego Franciszka była taka: „Ptaszki, braciszki moje, bądźcie zawsze wdzięczne Bogu, Stwórcy swemu. Zawsze i w każdym miejscu winniście go chwalić, bowiem pozwolił wam swobodnie latać wszędzie i dał wam odzienie podwójne i potrójne.  I przeto jeszcze, że zachował wasz rodzaj w arce Noego, by nie ubyło rodzaju waszego. Bądźcie mu również wdzięczne za żywioł powietrzny, który wam przeznaczył. Nadto, nie siejecie i nie żniecie, a Bóg was żywi i daje wam rzeki i źródła do picia; daje wam góry i doliny dla schrony i drzewa wysokie do budowania gniazd waszych. A chociaż nie umiecie prząść ani szyć, Bóg was odziewa i dziatki wasze, więc kocha was bardzo wasz Stwórca, skoro wam tyle zsyła dobrodziejstw; strzeżcie się, bracia moi, grzechu niewdzięczności i starajcie się zawsze chwalić Boga”. Kiedy święty Franciszek mówił te słowa, wszystkie ptaki zaczęły otwierać dzióby i skrzydła rozwijać i z czcią schylały głowy aż do ziemi, okazując ruchami i ćwierkaniem, że ojciec święty sprawia im rozkosz wielką„Kwiatki świętego Franciszka z Asyżu”, tłum. L. Staff, Warszawa 1946, s. 69–70.[14].

                    Bez wątpienia i sroki były słuchaczkami tego kazania, bez wątpienia z kazania tego wyciągnęły właściwe wnioski, A jednym z nich jest: „charaktermorderczyni niemowląt”.

                    Przeciwko podłemu charakterowi wystąpić ma „piewca rodzimego drobiu”, mający na swoim koncie m.in. wiersz pt. Przepiórka (drób dziki także pozostaje drobiem), także autor następującego Wiersza z dedykacją:

                    Zbigniewowi Herbertowi

                    tu znowu jest tak samo i nic się nie zmienia
                    trójkątne liście brzozy i olchy okrągłe
                    akacja pachnie jak za czasów Prusa
                    obowiązkowo bo zawsze przed deszczem
                    altana niby bliska a woła z daleka
                    młodej kobiety bój się przed starą uciekaj
                    leszczyna rodzi swój orzech laskowy
                    tak sobie dla zagadki nazwany tureckim
                    ogórki jak wiadomo rosną tylko nocą
                    pszczoła staroświecka jak z carskiego złota
                    na trzeciej parze nóżek trzyma swój koszyczek
                    poznasz tu łatwo jak kto się uśmiecha
                    koń rży pies merda wół w dobrym humorze
                    żeby było zabawnie ustawia się bokiem
                    cień drzewa w samo południe pokazuje na północ
                    święta cebula krewna zdechłej lilii
                    strip-tease przyzwoity zasłania swym płaczem
                    chamka czapla bezczelna coraz bliżej wody
                    denerwuje bociana bo ma palce żółte
                    znów Pan Bóg kocha żabę nie za to że skrzeczy
                    żaba skrzeczy dlatego że Pan Bóg ją kocha
                    a Pan Bóg jest tak prosty że musi być duchem

                    Pan Cogito zdumiony meandrami świata
                    niech wybaczy te wiersze rwane prosto z krzakaJ. Twardowski, „Na osiołku”, Lublin 1986, s. 12.[15]

                    Czyżby to był kolejny dialog poetycki, jak miało to miejsce w przypadku takich wierszy Herberta jak: Do Ryszarda Krynickiego – list, Widokówka od Adama Zagajewskiego, Do Yehudy Amichaja, Do Czesława Miłosza? Wiersz jednak jest poświęcony sroce, stawia księdza Twardowskiego, nawet jako poetę, w niezręcznej sytuacji. W wierszu, o którym mowa, pojawia się wzmianka o „prawdziwym charakterze” ptaka, ujawnianym mimowolnie. Jest jednak coś, co odróżnia wiersz o sroce od wiersza pt. Bezradność i od innych wierszy Herberta. To jest wprowadzenie formy bezosobowej, słowa: „należałoby”. Chociażby w wierszu Pan Cogito o potrzebie ścisłości czytamy:

                    musimy zatem wiedzieć
                    policzyć dokładnie
                    zawołać po imieniu
                    opatrzyć na drogęZ. Herbert, „Raport z oblężonego Miasta i inne wiersze”, Wrocław 1992, s. 91.[16]

                    W Potędze smaku pojawia się także jednoznaczna wskazówka:

                    Zanim zgłosimy akces trzeba pilnie badać
                    kształt architektury rytm bębnów i piszczałek
                    kolory oficjalne nikczemny rytuał pogrzebówTamże, s. 93.[17]

                    Forma „należałoby” domaga się dopowiedzenia: „ale”. Miast owego dopowiedzenia pojawia się konstatacja o wynajęciu „Egzorcysty Naturydo specjalnych poruczeń”.

                    Ostatecznie ocalało i „ptaszysko”, ale także i towarzyszący mu „obłok zachwytu”; nie padła tu klątwa – jak ma to miejsce w Koniu wodnym, Dębach czy Rodzinie Nephentes. Co najmniej dziwne i zastanawiające jest tu użycie słowa modalnego. Powiada John Austin: „To, co człowiek mógłby zrobić, wcale nie jest tym samym co to, co zrobiłby; mógłby chyba strzelać do ciebie, gdybyś był w zasięgu strzału, ale to bynajmniej nie znaczy, że strzelałby”J.L. Austin, „Jeżelisy i mogowce” [w:] tegoż, „Mówienie i poznawanie. Rozprawy i wykłady filozoficzne”, tłum., wstępem i przypisami opatrzył B. Chwedeńczuk, Warszawa 1995, s. 278–279.[18]. Mówiąc zaś „należałoby coś zrobić”, człowiek powiada o tym, czego sam nie zrobi; „należałoby” nie jest tym samym, co „należy zrobić”. Poprzez powiedzenie: „należałoby”, czynność do zrobienia zastaje zaledwie zasygnalizowana, nie staje się imperatywem, jak ma to miejsce w przypadku zwrotu: „należy”Por. Tenże, „«Mówiąc...» a „«poprzez powiedzenie»” [w:] tegoż, „Mówienie i poznawanie…”, s. 666–677.[19]. Podmiot mówiący w wierszu Pica pica L. poprzez powiedzenie „należałoby” dochodzi do wniosku – odkrycia: – ha/wiem co zrobię”.

                    Wniosek ów niewiele ma wspólnego z tym, czego dotyczy wypowiedź na temat tego, co należałoby zrobić. Drastyczne rozwiązanie zasygnalizowane przez użycie czasu przyszłego będzie w tym przypadku dotyczyło jednego osobnika, konkretnego ptaka, nie zaś całego gatunku – jak miało to miejsce w innych wierszach Herberta poświęconych naturze. To rozwiązanie jest złagodzone przez wprowadzenie słowa „może”; tzn. „może tak być, ale nie musi”. Tak też nie będzie, sroka jednak nie przestraszy się księdza jako księdza – taki już ma podły charakter, a może raczej: taką ma naturę. Potencjalne rozwiązanie umożliwia wyeliminowanie jednego, jedynego ptaszyska, które – dosadnie mówiąc „szlag trafi”, w niczym nie zagrozi całemu rodowi „kondotierów krwawych i podstępnych”. „Żebyś na miejscu skonał” – powiadamy w momencie szczególnej irytacji, w chwili bezsilności.

                    A dość zajrzeć do cytowanego już Życia zwierząt Alfreda Brehma, by „ptaszysk” ukrywających swoją podłą naturę pod pięknym upierzeniem znaleźć o wiele więcej; znalazłaby się tu i „kukułka”, której Jan Twardowski poświęcił osobny wiersz. Zwrot „należałoby powściągnąć zachwyt” oznacza na dobrą sprawę coś szczególnego, oznacza także: „ja nie jestem w stanie tego zrobić”. Ale jest to inny powód bezsilności niż ma to miejsce w wierszu Bezradność. Podejrzewam, że przywoływany – może i niestosownie – na pomoc „piewca rodzimego drobiu” nie spełni pokładanych w nim nadziei.

                    Zbigniew Herbert, autor Przesłania Pana Cogito, w tym przypadku kapituluje: drastyczne rozwiązanie jest tylko projektem  przedstawionym w czasie przyszłym – nieprawdopodobnym. Dlaczego tak jest? Może dlatego, że sroka to ptak wróżebnyPor. K. Moszyński, „Kultura ludowa Słowian”, t. 2: „Kultura duchowa”, cz. 1, Warszawa 1967; tu jednak autor ogranicza się do napomknienia: „W szczegółowe rozpatrywanie mniej lub więcej znanych prognostyków czy znaków wróżebnych, za jakie lud uważa odzywanie się w pewnych warunkach czy w pewien sposób wron, kruków, srok, kukułek itp. nie będziemy bliżej wchodzili”, s. 410.[20], o czym wspominaliśmy już przy okazji sielanki Szymonowica, obdarzony jednak dość szczególnym darem: „[...] gdy na wiosnę lepi gniazdo, zdaje się najprzód robić jego plan i zakładać fundament; w połowie marca robi w niém otwór ku pewnej stronie świata, który niekiedy odmienia przed zniesieniem swych jajek, lecz już go potem nieodmienionym pozostawia. Chłopi dają na to baczenie, i z téj także strony naprawiają swą słomianą strzechę, będąc pewni, że z tej strony nie uszkodzi zabezpieczonej chałupy ani wiatr, ani słota”O. Kolberg, „Dzieła wszystkie”, t. 15: „Wielkie Księstwo Poznańskie”, część 7, Warszawa 1962, s. 59.[21].

                    Ale chyba nie to jest powodem ocalenia sroki. Być może wyjaśnienie zawarte zostało w zakończeniu wiersza:

                    zresztą księdzu przyda się także
                    trochę ruchu
                    na świeżym powietrzu,

                    być może wyjaśnienie zawiera się w sensie spójnika „także”. Być może spójnik ten łączy jednako podmiot mówiący jak i potencjalnego „Egzorcystę Natury”. Być może problem w czym innym leży. W tym mianowicie, co powiedziane zostało na początku wiersza: „od wczesnej wiosny / do późnej jesieni”.

                    Ostatecznie autor tego wiersza jest autorem Modlitwy Pana Cogito – podróżnika, to jego bohater literacki funkcjonował właśnie jako wędrowiec, nawet kiedy świat przemierzał dość osobliwie:

                    tak oto
                    na obu nogach
                    lewej którą przyrównać można do Sancho Pansa
                    i prawej
                    przypominającej błędnego rycerza
                    idzie
                    Pan Cogito
                    przez świat
                    zataczając się lekkoZ. Herbert, „O dwu nogach Pana Cogito” [w:] tegoż, „Pan Cogito”, Warszawa 1974, s. 7–8.[22];

                     nawet kiedy Pan Cogito był zastąpiony przez podmiot liryczny, którego utożsamienie z autorem nie było już zabiegiem naiwnego czytelnika:

                    Zasypiam przy ognisku z pięścią pod głową
                    gdy noc się dopala psy wyją i po górach chodzą
                    strażeZ. Herbert, „Do Yehudy Amichaja” [w:] tegoż, „Rovigo”, Wrocław 1992, s. 37.[23]

                    Otóż „sypialnia” oznacza w tym przypadku koniec i początek wędrówki.

                    Czy o srokę tu chodzi – dalipan, nie wiem. Wiem, że jawi się przed nami monstrum straszliwe.

                    Sroka, przelatująca za oknem sypialni ze śpiewem grzechotnika – nie będę ukrywał, że po lekturze tego wiersza w głosie sroki także i ja słyszę śpiew grzechotnika – daje do myślenia. I to niemało.

                    Czyżby jednak pozostawał tutaj imperatyw interpretacyjny, wywiedziony z innego wiersza, należącego do tego tomu pt. Epilog burzy, imperatyw powiadający, że:

                    [...] wszystko z wody
                    albo z ognia
                    a nie drukiem
                    zaostrzonym dziobem pióra
                    w teczkach

                    Może jednak interpretacja wiersza posiada jakieś granice. Ostatecznie sroka – tj. tytułowa Pica pica L. – jest przede wszystkim w kulturze polskiej symbolem gadatliwości. Tutaj jednak już wkraczamy na najwyższy poziom abstrakcji, gdzie wymagana jest stosowność – ta, o której pisał Horacy w Liście do Pizonów. A sroka – została… ze swoim śpiewem grzechotnika…

                    Zęby, kły i pazury

                    Jeżeli bestiarium poetyckie eksponuje zęby, kły i pazuryPor. G. Bachelard, „Bestiarium Lautréamonta” [w:] tegoż, „Wyobraźnia poetycka. Wybór pism”, wyboru dokonał H. Chudak, tłum. H. Chudak, A. Tatarkiewicz, Warszawa 1975.[24], to zadziwiające, ale u Herberta otworzyć musimy wiersz pt. Zimowy ogród z tomu Napis; we wcześniejszej Strunie światła pojawia się także Zimowy ogród – jeżeli zima ma cokolwiek wspólnego z idyllą, to nieomal idylliczny. Bo oto ten drugi Zimowy ogród – ze względu na swoje okrucieństwo wart przytoczenia w całości – a niechaj nas nie zwiedzie łatwość w posłużeniu się kategorią personifikacji:

                    zastukał pazur mrozu w okno
                    oko otwiera się na ogród
                    drzewa dla zmysłów nieruchome
                    wirują szybko w lekkim szkle
                    i tylko pazur nieostrożny
                    objaśnia lot zerwanym szronem


                    nie ma już ziemi lepkich łap
                    które się grzebią w trupach kwiatach
                    za chmurę śniegu uniesieni
                    na liniach lekkich grawitacji
                    i tylko chwilę czarne pnie
                    i tylko głuchy jak bas konar
                    przypominały ziemi głos
                    nim je ogłuszył mrozu ogień

                    […]
                    powitać mróz gdy tobie ptakom
                    wyjmuje wprawnym dziobem serce
                    jak gniazda łamie ślad na drodze
                    i rozkazuje iść po rzece
                    z czarnego pnia z ciężkiego ciała
                    wyrasta gałąź biały oddech
                    by marzeń wszystkich naszych atom
                    z powietrzem znowu się połączyłZ. Herbert, „Napis”, Wrocław 1996, s. 23–24.[25]

                    Pomijam już fakt, że w zimowych ogrodach lubowali się romantyczni malarze o nader wybujałej wyobraźni, z upodobaniem wprowadzający konia do sypialni śpiących dziewic.

                    Ogród niesie tu ze sobą zagrożenie i bezpośrednią przemoc fizyczną, jaką w naszej kulturze zwykło się przypisywać drapieżnym bestiom. O wiele okrutniejszym od sroki.

                    Wilki, lew, Małe zwierzątko i potwór Pana Cogito

                    Pora na powrót do świata zwierząt. Oto wiersz pod tytułem Wilki:

                    Ponieważ żyli prawem wilka
                    historia o nich głucho milczy
                    pozostał po nich w kopnym śniegu
                    żółtawy mocz i ten ślad wilczy

                    […]przegrali dom swój w białym borze
                    kędy zawiewa sypki śnieg
                    nie nam żałować – gryzipiórkom –
                    i gładzić ich zmierzwioną sierść

                    ponieważ żyli prawem wilka
                    historia o nich głucho milczy
                    został na zawsze w dobrym śniegu
                    żółtawy mocz i ten trop wilczy


                    Rovigo, s. 19–20

                    Nawet nie ma romantyzmu Obławy Wysockiego i Kaczmarskiego, symbolika wilka zupełnie zatarta przez żółtawy mocz. Nieustannie w Herbertowskim świecie zwierząt trwa proces demitologizacji – jeżeli lew, to zdziwaczały Lew Tołstoj.

                     

                    Kolejne spotkanie ze zwierzęciem. Pan Cogito a Małe Zwierzątko.

                    Nie wiadomo czy ktokolwiek zna jego osobiste zoologiczne imię tak małego, nisko na samym dole, poza granicą widzących oczu. Jest to coś, co waha się między istnieniem a nieobecnością, znikome, znikliwe jak ułomek druku, cząstka, fragment znaku ortograficznego, kawałek przecinka, strużyna ołowiu z kaszty u drukarza.

                    Otwieram zimową lekturę i oto na stronie Bardzo Małe Zwierzątko przycupnięte do karty, zrazu nieruchome, po chwili puszcza się w drogę węsząc między wierszami a potem na przełaj rzuca się naprzód, co koń wyskoczy, z szybkością równą szybkości światła Bardzo Małego Zwierzątka (zwierzątko jest ślepe).

                    Ten sezon (może to jest ostatni sezon mego życia) – wszystko było jak zawsze Bardzo Małe Zwierzątko bawiło mnie i ogrzewało moje czarne serce, gdy postanowiłem książkę podarować przyjaciołom w Londynie. Zapakowałem, wysłałem. Razem ze Zwierzątkiem.

                    Co robi w czasie długiej podróży przez morze. Lektury ma pod dostatkiem, je przecież niewiele, ale co myśli o mnie, starym towarzyszu, który zdradził.

                    (Epilog burzy – s. 29)

                    Nie potrafię jednoznacznie rozszyfrować owego stworzenia. Co najwyżej może się tu pojawić Kubuś Puchatek ze wcześniejszych niedźwiedzi czy znikomek Leśmianowski.

                    Lud Mrówek i Pegaz

                    Pora, by przenieść się do świata mitologii, na spotkanie z ludem określanym w grece mianem mrówek. Tak oto pojawić miał się on na świecie:

                    […] Zeus ulitował się nad swoim porzuconym synem, Ajaks zobaczył we śnie jak z liści i konarów dębu, pod którym spał, podobne do rudej Rozy spadają mrówki i dotknąwszy ziemi przybierają postać ludzką. Kiedy obudził się, na wyspie było rojno. Głosy unosiły się w powietrzu, krzątanina, nawoływania, cudowny rozgardiasz.

                    Tak więc zamiast jakiejś parki wyskrobanej z Arki Noego, Ajakos otrzymał w darze spory kawał ludzkości, a także trudne do określenia istoty płci obojga, podobne do glonów, przygniecione okresem pokwitania i bezsensem życia, i jeszcze długowłosych młodzieńców, którzy zamiast zająć się czymś pozytywnym, wpatrują się tępo w przestrzeń, co ma oznaczać, że zgłębiają filozofię Dalekiego Wschodu, i jeszcze dorosłych mężczyzn i kobiety o twarzach łagodnych, bez wyrazu, nosach mało klasycznych i grubych członkach, a w końcu starowiny zgnębione reumatyzmem, którym wszystko leci z rąk, i staruszków, gadatliwych lub posępnych, dla których jedyną przedśmiertną pociechą jest, że świat zwariował na dobre – słowem Ajakos miał ludzkość taką, jaka być powinna, wzorcowo niepoprawną i cudownie pospolitą.

                    Pobożny król nazwał nowych mieszkańców wyspy – Myrmidonami, czyli ludem mrówek. Chciał w ten sposób rozsławić dobroć boga i jego cudowną ingerencję. Skąd mógł wiedzieć, że w nazwie tej ukryte jest przeznaczenie? […]

                    Historycy cywilizacji, etnolodzy, strukturaliści, skrzętnie omijają temat Myrmidonów, ponieważ nie mieści się on w ich prostych, trójkowych schematach. W przypadku tego osobliwego ludu, wygnanego z podręczników naukowych, rozpraw doktorskich, międzynarodowych seminariów, nie bardzo wiadomo, co było sacrum, a co profanum, górą – dołem, dobrem – złem, i w jaki sposób teza, zawsze walcząca zaciekle z antytezą, mogła być uwieńczona na koniec zbawczą syntezą.

                    Król mrówek, s. 33–36

                    Powiedzmy jedno: skojarzenia z życiem pszczół są tu aż nazbyt oczywiste, jednocześnie jednak nie należy zapominać o początkach karykatury, wywodzących się ze szkiców fizjologicznych Charlesa Le Bruna, z rysunków Williama Howartha. Ludzie-mrówki wiele mają wspólnego z wizerunkami ludzi-orłów, ludzi-osłów, ludzi-lwów.

                    Ostatni stwór mitologiczny – i niechaj to będzie symbol poezji – to PEGAZ.

                    Pegaz jest stworzeniem nad wyraz pięknym, niemal doskonałym, dzikim, to znaczy nieoswojonym, nieokiełznanym, wolnym, niezawisłym – zaiste majestatycznym, ale nigdy nie zastygłym w pozie głupkowatych władców.

                    Przez wieki sądzono, że jest on tworem wyobraźni poetów.

                    Jest to pomyłka niewybaczalna, więcej – krzywda, którą wreszcie trzeba naprawić.

                    Przez całe tysiąclecia bezimienne generacje koni, dźwigających nieludzkie ciężary i otyłych cezarów, ciągnących pługi przez nieskończone ugory, karmionych biczem, spętanych, zabijanych w bezsensownych wojnach, udręczonych w zawodach hippicznych wyśniły wyższą i świętą istotę – skrzydlate bóstwo. Pegaz był paradygmą.

                    Ach, rzucano im czasem jakieś ochłapy uznania czy wdzięczności. Aleksander nazywał miasta imieniem Bucefała. Po jego śmierci urządził mu pogrzeb na koszt państwa i, idąc za śmiertelnymi szczątkami towarzysza, płakał rzewnie (robił to zresztą często). Zaś Kaligula mianował Incitatusa konsulem. Nie po to, aby go uczcić, lecz żeby upokorzyć konsulów. Liczni rzeźbiarze portretowali kondotierów i okrutnych generałów na koniach – nie są one jednak niczym innym jak organicznym piedestałem. Ale upokorzony duch konia pracował nieustannie, w ciszy stajni, w zamęcie bitew.

                    Dlatego nie będzie przesadą, jeśli powiemy, że święty Pegaz jest tworem wyobraźni zbiorowej. Oczywiście, nie ludzkiej – tylko końskiej.

                    Nie można zaprzeczyć, że jest mieszańcem. Budzi to oczywiście odruch niechęci u wszystkich zwolenników czystej rasy. Ale powiedzmy to jeszcze raz i z naciskiem: jest jednym z najpiękniejszych i godnych naśladowania mieszańców naszej planety. Może tylko jego średniowieczny kuzyn, jednorożec, mógłby się z nim zmierzyć w konkursie piękna, siły i godności.

                    Mitologię zaludniają genetycznie zwariowane potwory, jakie mogły powstać (budząc w nas nie strach, ale obrzydzenie) w głowie pijanego rzeźnika, który pozszywał na oślep i byle jak głowę lwa z tułowiem kozy i ogonem węża. Jest to zaiste niegodne, nie mówiąc o tym, że stanowi estetyczny horror. Uczeni twierdzą, iż mogła zawinić tu semantyka. Naprzód znaleziono jakieś chwiejne słowo, mglisty przekaz – a potem dorobiono do tego postać, nazwę, symbol, który pogodzi sprzeczne elementy. Grecy, tak czuli na harmonię, ulegali przecież inwazji obcych ludów: Traków, Persów, Azjatów, Egipcjan, nie mówiąc już o własnej ciemnej Teogonii. I właśnie dlatego na tym tle postać Pegaza rysuje się jasno i harmonijnie. Zaiste nie jest on bastardem wyobraźni. Jest wcieleniem wysokich lotów, wolności, integrity.

                    Tylko jeden raz zdołano go spętać. Udało się to Bellerofontowi przy walnym współdziałaniu obskurnych technologicznych sztuczek bogów. Nie był to zresztą żaden czyn bohaterski, ale prosty zabieg stylistyczny. Pegaz został świadomie lotnym koniem. Zdegradowano go do roli środka transportu, przenośni. Opowiem o tym może szerzej w traktacie o Bellerofoncie.

                    Natomiast prawdziwym skandalem wydaje mi się, że Pegaz został usidlony przez poetów. W czasach antycznych ani Homerowi, ani Horacemu nie przyszło na myśl, aby dosiadać Pegaza. Stało się to później, w czasach, kiedy mitologię traktowano niepoważnie, jako ozdobnik, pauzę – kiedy obumierało natchnienie, gdy Pegaz był już tylko słowem, a nie istotą nieposkromioną, wewnętrznie niezależną, nic nie mającą wspólnego z tym, co nazywa się pospolicie literaturą.

                    Istnieje wszelako pewien szczegół, który mógłby usprawiedliwiać roszczenia poetów. Wiadomo, że Pegaz uderzeniem kopyta stworzył źródło Hippokrene u stóp Helikonu, siedziby Muz. Ale znaczy to tylko, iż z tego źródła mogą pić wszyscy: wędrowcy, osły – także poeci, pod warunkiem, że wracają do źródła, to znaczy do początku. Jest ich niewielu i nie płyną z prądem, który unosi zburzone ideologie, zdruzgotane ikony – i śmieci.

                    A poza tym nie było nic, naprawdę nic, co by pozwoliło ściągać Pegaza na ziemię, i to w dodatku do takich dwuznacznych celów jak piśmiennictwo.

                    Epifanie w końcu muszą mieć jakiś sens.

                    Biorąc rzecz pedantycznie, to znaczy po niemiecku, czyli fachowo, czyli od strony Literaturwissenschaft – winę ponosi Matteo Maria Boiardo. W swoim niedokończonym eposie rycerskim Orlando innamorato użył on Pegaza jako niezawodnego środka komunikacji. Trzeba oddać mu sprawiedliwość. Ogarniał ogromne regiony i poruszał się po rozległych terenach czasu i przestrzeni – od Pieśni o Rolandzie do cyklu Artura i poezji dworskiej renesansu, nie mówiąc o prywatnych pasjach, czyli miłości, której chciał nadać wymiary astralne. Mam wrażenie, że nie miał żadnych złych zamiarów.

                    Nie mógł naturalnie przypuszczać, że Pegaz stanie się ulubionym czworonogiem literatów. Że nada wyrobnikom pióra jakąś kruszynę własnej godności. Przykuci do stołka, mnożą swoje nudne wiersze i nikomu niepotrzebne romanse, opłacani nędznie, zaledwie tolerowani przez otoczenie – a czują się w siodle poczciwego rumaka. Cóż za iluzje! Dorożkarze mają więcej godności.

                    Odstawiono do stajni starą klacz metaforę w przeświadczeniu, że – stara i zmęczona – na nic już nie może się przydać. Nie obyło się to bez wielkich strat w dziedzinie poetyki, co wcale nie oznacza poetyzowania, tylko rzemiosło. W rozbitym świecie nic nie da się z niczym porównać. Dlatego – sądzą nowatorzy – trzeba mnożyć tautologie (duchową samowystarczalność) egotystów. Ego + Ego = Ego. E + E = E. I wtedy świat jest doskonale próżny, to znaczy koherentny – spójny.

                    Pegaz jest samotny i jedyny. Biedny Pegazie! To wszystko jest ci obojętne. Jesteś nieśmiertelnym koniem. Wyzwoliłeś się od jarzma, ale zostawiłeś jarzmo tym, którzy się do ciebie samozwańczo przyznają. Wiesz dobrze, że ludzie wciąż próbują zaprzęgać bóstwa – dobre i złe – do wózków, aby ciągnęły te biedne wózki w dół do zakazanych spelunek.

                    Na razie, jeśli nic się gruntownie nie zmieni – zostań tam, gdzie jesteś.

                    Pegaza należy zostawić tam, gdzie jest jego miejsce.

                    W sierpniowe noce, w pobliżu gwiazdozbioru Andromedy, świeci jego niepokalana sierść.

                    Król mrówek, s. 108–111.

                    Nieomal jak Incitatus, ukochany przez jednego z obłąkanych cesarzy rzymskich.

                    Jednak najgorsze, że we wczesnym tomie poetyckim symbolem weny poetyckiej była kura, unosząca się nad umorusanym – nie dopowiem lepiej czym – jajkiem.

                    Zamiast zakończenia

                    Najpierw pora na kolejną demistyfikację, tym razem smoka wawelskiego:

                    Kiedy miałem dziesięć lat, pojechaliśmy z wycieczką szkolną do Krakowa. Zwiedziliśmy Zamek Królewski. Niedaleko od zamku znajduje się smocza Jama. Niestety od wieków pusta – bo jak głosi legenda, pewien sprytny (nie budzący mojej sympatii) szewczyk podrzucił smokowi wypatroszonego barana, do którego wnętrzności wsadził smołę i siarkę. Była to pierwsza, prymitywna jeszcze bomba, którą potem udoskonalili anarchiści. Smok oczywiście zmarł na niestrawność. Legenda dalej głosi, że co roku składano mu w ofierze ileś tam najpiękniejszych dziewic. Już wcześniej narzucało mi się przypuszczenie, czy to nie było zwykłe odwracanie uwagi społeczeństwa od faktu, że to władca Krakowa, pobudliwy, nienasycony w swoich erotycznych fantazjach, konsumował dziewiczość córek swoich poddanych, a potem wszystko zwalał na smokaTenże, „Smok” [w:] tegoż, „Król mrówek”, Kraków 2001, s. 113.[26].

                    Zakończenie tego przeglądu bestiarium najpiękniej wyraził sam Herbert:

                    Tu zawieszamy opowieść, bo do świętego gaju mitu wkracza właśnie Klio, dziewka rosła, toporna, silna jak koń i nad wyraz ordynarna – bogini uzurpatorów, powtarzająca swoje wytarte frazesyTamże, s. 43.[27].

                    Niestety, takie zakończenie uznać można za wykręt. Przeto wróćmy na chwilę do psa infernalnego, jakże to zadziwiające i łagodne określenie Cerbera, który przez tysiąclecia funkcjonował jako monstrum, pilnujące, by zmarli nie opuszczali swego miejsca pobytu:

                    Zachowane przekazy na temat anatomii Cerbera, a także jego życia wegetatywnego i psychicznego są dość liczne, ale wykazują niepokojące rozbieżności. Ambicją niniejszej pracy jest rzucenie nowego snopu światła na to zagmatwane zagadnienieZ. Herbert, „Pies infernalny” [w:] tenże, „Król mrówek…”, s. 20.[28].

                    Niechaj nas nie zwiedzie podtytuł tomu – prywatna mitologia, niechaj nas nie zwiedzie formuła demistyfikacji, weryfikacji mitologii. Rzecz w tym, iż opowieść o bestii strzegącej wejścia do podziemia (dla niektórych śmiałków także wyjścia z podziemia) zamyka dramatyczne pytanie – niechaj nas nie zwiedzie określenie „pytanie retoryczne”:

                    Pewnego dnia Herakles przyniósł z pobliskiego miasta szary konopny worek i niedbale napomknął Cerberowi, że będzie teraz spał na tym worku, bo czuje już w kościach popasy na gołej ziemi. Cerber przyjął to, jak wszystko co mówił jego pan, ufnie, i w żadnej z jego dwu głów nie zaświtała myśl, że zbliża się oto tragiczny finał całej historii.

                    Na wieki pozostaje bez odpowiedzi dręczące pytanie, jak mógł Herakles wpychać w głąb ciemnego otworu ten mokry, brudny worek pełen bezradnych wrzasków i skowytu zawiedzionej miłościTamże, s. 43.[29].

                    Dzięki Herbertowi pozostaje dręczące pytanie o prawdę na temat samego Heraklesa, o prawdę na temat natury bestii.

                    Mało atrakcyjne jest bestiarium Herberta, nawet mitologiczny Minotaur okazuje się w jego wersji… matołkiem, autentycznym synem Króla Minosa i Parsifae.

                    Zostaje gorzka wiedza o świecie zwierząt:

                    Niedźwiedzie dzielą się na brunatne i białe oraz łapy, głowę i tułów. Mordy mają dobre a oczka małe. One lubią bardzo łakomstwo. Do szkoły nie chcą chodzić, ale spać w lesie – to proszę bardzo. Jak mają mało miodu, to łapią się rękami za głowę i są takie smutne, takie smutne, że nie wiem. Dzieci, które kochają Kubusia Puchatka, dałyby im wszystko, ale po lesie chodzi myśliwy i celuje z fuzji między tych dwoje małych oczu.

                    (Hermes, pies i gwiazda)

                    Świat widziany z perspektywy dorosłych przynosi już zupełnie inną wiedzę o życiu zwierząt i potworów mitologicznych – jak w liście poetyckim:

                    uwierzyliśmy łatwo że piękno nie ocala
                    prowadzi lekkomyślnych do snu na śmierć
                    nikt z nas nie potrafi obudzić topolowej driady
                    czytać pisma chmur
                    dlatego po śladach naszych nie przejdzie jednorożec

                    (Raport)

                    Gorzkie to słowa, ostatecznie poetami są ci ze śmiertelnych, którzy wskazują trop zbiegłych bogówPor. M. Heidegger [?].[30]; zgoda na nieobecność jednorożca to jednak dotkliwe wyrzeczenie:

                    Przodkowie nasi wierzyli, że róg jednorożca chronił przed czarami. Jednorożce z Przylądka Dobrej Nadziei przedstawia się z głową konia, inne z głową jelenia. Mówi się, że nie można zatruć studni na placu Świętego Marka, bo wrzucono do niej róg jednorożca. Wiele jest niejasności wokół tego zwierzęcia, którego rasa podobno już wyginęła, chociaż ponoć przetrwał gdzieś w ChinachJ. Collin de Plancy, „Słownik wiedzy tajemnej”, wybór i tłum. M. Karpowicz, słowo wstępne P. Kuncewicz, Kraków 1993, s. 85.[31].

                     Miast jednorożca otrzymaliśmy raczej niepełną prawdę o koniu wodnym, okrucieństwie sroki, wilczych prawach wilczego życia, podejrzaną relację o istnieniu mitologii… końskiej. Prawdziwy potwór Pana Cogito to istota pozbawiona jakiejkolwiek cielesności, wymykająca się rozpoznaniu, a przez to opisowi i możliwości pokonania. Herbertowskie bestiarium – miast prezentować stworzenia osobliwe, a tych przecie nie brakowało w mitologiach świata (niestety, co o nich sądzić, takoż wiemy), prezentuje albo pewną wersję opowieści o stworzeniach przez człowieka ponoć doskonale znanych i oswojonych, albo galerię karykatur rodem z XVIII wieku. Oto pojawia się na scenie zupełnie nowy typ fizjologiczny – wspomniany na samym początku „Dinozaur z ludzką twarzą”.

                    Śmiem twierdzić, że świat zwierząt Zbigniewa Herberta niemało ma wspólnego ze średniowiecznymi bestiariuszami – tak jak w ówczesnych fizjologiach i późniejszych karykaturach niemałą rolę odgrywa u Herberta element tak zwanego obroku duchowego. Nie mamy tutaj jednak do czynienia z moralizowaniem, lecz z moralistyką, posługującą się bogatym repertuarem środków poetyckich.

                    Teraz pora, by powtórzyć za autorem Pana Cogito: „Tu zawieszamy opowieść, bo do świętego gaju mitu wkracza właśnie Klio, dziewka rosła, toporna, silna jak koń i nad wyraz ordynarna – bogini uzurpatorów, powtarzająca swoje wytarte frazesy”.

                    Najważniejsze jednak, że ocalał w swej nieskazitelności Pegaz – święty Pegaz jest tworem wyobraźni zbiorowej. Oczywiście nie ludzkiej – tylko końskiej. A jeżeli choć trochę zbliżyliśmy się do innej wyobraźni zbiorowej niźli ta zdominowana przez symetrię i nieustanną krzątaninę Myrmidonów, ludzi-mrówek, to już bardzo dużo…

                    Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
                    Źródło tekstu: Marek Adamiec, Między „Małym zwierzątkiem” a „potworem Pana Cogito”. Bestiarium Zbigniewa Herberta, Czytelnia, nowynapis.eu, 2022

                    Przypisy

                      Powiązane artykuły

                      Loading...